One. Poszukiwania

-O której kończysz zajęcia?

-Za jakiś kwadrans powinnam być w ośrodku. Zaczekasz?

-Zaczekam. Junior znowu mnie wyzwał od różnych. Nie wiem, co robić z tym dzieckiem. Lekarze niby zlecają jakieś badania. Hormony, EKG, nawet tomografię. A ja wiem, że to może być co innego. Niedługo sama zacznę brać leki, jeśli tak dalej pójdzie. No nic, spożywkę zrobimy, gdy wrócimy z cmentarza. Na razie kupiłam kwiaty. Powiem młodemu, żeby je zaniósł na grób. To do zobaczenia.

Godzinę później.

-Nie możemy znaleźć. Biegamy z góry na dół. Pomożesz nam?

-Tak, ale najpierw dzwoń do tych ojców czy jak ich tam zwą. Powinni mieć to zapisane w księgach. Dom zamknięty, ale może ktoś jest w środku albo w pobliżu i mógłby pomóc. Rozpytam ludzi.

-Zaczekaj. O tym nie pomyślałam. Jaki tam jest numer? Zaraz poszukam. Cicho, młody! Zostaw te znicze! Zejdź z grobu! Nie wieszaj się tak! Ludzie nam się przyglądają, kurcze.

-Pogadam z nimi, a Ty szukaj numeru.

-Nikt nie odbiera. Poczta głosowa się włącza.

-Ludzie nie kojarzą nazwiska. Nie chcieli za bardzo gadać. Odwrócili się do mnie plecami.

-To co teraz?

-Szukajmy wśród nowych grobów, w dolnej części. Ja idę na prawo, Ty na lewo. I kwatera po kwaterze.

-Dzwoniłam do jego matki. Też nie odbiera. Młody, nie skacz po grobach! Zaraz dam mu w pysk.

-Chodźmy już. Może w tym czasie uda się dodzwonić do tych batiuszków. Próbuj! Ja tymczasem oblecę ogród i pasieki. Zajrzę do knajpy. Wypytam lokalsów o kogoś o takim nazwisku. Przecież nie zapadł się pod ziemię.

-Właśnie leży pod ziemią, a ja go szukam. Dalej tylko sygnał.

-Ok, ja lecę do knajpy, a Ty i młody biegacie od grobu do grobu. Jeśli coś znajdziecie, dajcie znać.

Jakiś czas później.

-Jest!!!

W drodze powrotnej.

-Teraz da mi spokój i przestanie zadawać pytania. Kiedyś go tu jeszcze przywiozę, a gdy dorośnie, sam zdecyduje, co z tym zrobić. Ma jeszcze babcię. Chcę, aby ją poznał. A ona przez te wszystkie lata nie interesowała się nami. Nawet na jego urodziny nie zadzwoniła ani razu. Nic. Ze mną nie chce gadać. Twierdzi, że to przeze mnie jej syn się zabił.

One. P.

Znalazłam wreszcie taksówkę, która nas tam zawiezie. Za rozsądną cenę. Umówiłam się z kierowcą na konkretny dzień. Będzie do naszej dyspozycji. Do południa. Potem coś tam ma, jakąś jazdę, więc wyrobimy się do dwunastej, tak mu powiedziałam. Chcesz jego numer? Podam Ci. Jeśli chcesz, możesz się z nami zabrać. Byłoby nam razem raźniej. Nie powinno padać. sprawdzałam prognozę. Na wszelki wypadek założę długie spodnie i wezmę sweter. To gdzieś niedaleko poczty. Na niewielkim wzgórzu. Patrz. Nie jest daleko. Mogłabyś przy okazji zwiedzić cmentarz i porobić zdjęcia, skoro to tak lubisz. F. się ucieszy, jeśli z nami pojedziesz. I wiesz, coś trzeba powiedzieć tym ludziom. Nie mam na razie pomysłu, co. Próbowałam dodzwonić się do jego matki. Mieszka w sąsiednim miasteczku. Ale nie oddzwania. Mówiłam jej, że będziemy, i pytałam, czy chciałaby zobaczyć się z wnukiem. On jej wcale nie pamięta. Wie tylko, że ma babcię zamieszkałą gdzieś na końcu świata, gdzie trudno dotrzeć. Ona ma córkę w Szwecji. Czasami ją tam odwiedza. Nawet nie oddzwoniła. Pisałam SMSy. Nie odpowiedziała. Znała mnie. Bywałam u niej, zanim F. się urodził. Po wypadku przestałam bywać. Kontaktu z nią też nie utrzymywałam. Aż do tego roku, gdy wybuchł ten cały covid. Mieliśmy więcej czasu dla siebie. F. jest coraz starszy. Zaczął zadawać pytania. Rozmawiałam z jego psychologiem i zostałam przez niego uprzedzona, że junior może mnie obwiniać o to, że wychowuje się bez ojca. Rozstałam się z A., zanim F. się urodził. To nie miało racji bytu. Zresztą F. jest wpadką. Sama nie wiem, kiedy to się stało. Jego ojciec był totalnym mułem. Szybko ze sobą zamieszkaliśmy, a resztę znasz. Mój brat prowadzi szkołę karate, więc wysyłam F. na zajęcia. Już drugi rok do niego chodzi. Czego my nie próbowaliśmy? Były i szachy i pływanie i jazda na rowerze i wreszcie karate. Brat czasami zabiera młodego do siebie. Zastępuje mu ojca w jakimś sensie. Chłopak bez ojca źle się chowa. Bardzo dobrze o tym wiesz. Pracujesz z różnymi zaburzonymi dzieciakami. Terapii tez próbowaliśmy. Dostaliśmy się do centrum. Ale płacimy za udział w zajęciach, bo to jakieś nowatorskie metody i nie są jeszcze refundowane. Jakaś terapia kolorami, światłem. Niby F. ma się od tego wyciszać. Chodzimy też do psychologa, ale tego mamy na NFZ. Przerwałam terapię, gdy wybuchła epidemia. I tak nie przynosiła spodziewanych rezultatów. Zamiast tego zmieniłam mieszkanie i przy okazji skasowałam auto. Kolejne. Na osiedlu. Dobrze, że wtedy sama byłam wewnątrz. Na nowe na razie mnie nie stać. Rodzice nie pożyczą mi swojego. Mówią, że jestem fatalnym kierowcą i jeszcze ich mogłabym skasować i siebie przy okazji. Dlatego rozbijam się pociągami i taksówkami. To jak, jedziesz z nami?

Notatki. Opóźniony pociąg

– No to stoimy.

– Tak, i nie wiemy, jak długo.

– Boi się Pani tej całej epidemii?

– Nie boję.

– Ja też nie. Tutaj i tak mało kto przyjeżdża. Raczej nikt. Może tacy jak Pani, ale niedługo i oni przestaną.

Pociąg miał opóźnienie. Przez to nie zdążyłam na kolejny i w związku z tym miałam obowiązkową, nieplanowaną przerwę w podróży. Za krótką, by odświeżyć widok  Starówki, a za długą, by spędzić czas na peronie. Można żywić mieszane uczucia do galerii handlowych, ale te umieszczone tuż przy dworcach stają się niekiedy błogosławieństwem, zwłaszcza dla takich pasażerów jak ja. Wybieram stolik z dobrym oświetleniem w sieciowej kawiarni. Nawet mam kartę klienta, o czym przypominam sobie tuż przy ladzie. Żywię ogromną sympatię do baristów. Ruch jest akurat niewielki, więc nawiązujemy pogawędkę:

-Ciekawe, co mówi barista do swojej kobiety po powrocie z pracy na rzucane przez nią „zrób mi kawę, kochanie”?

-Nie wiemy. Jesteśmy singlami. Ale można powiedzieć „proszę bardzo, jedenaście pięćdziesiąt”. A Pani zebrała wszystkie pieczątki i dlatego ma kawę gratis. Rozmiar i typ dowolny.

-Jestem mile zaskoczona. W nagrodę za czujność proszę dołączyć do zamówienia koktajl mango z imbirem, obowiązkowo wegański.

Bariści zazwyczaj poprawiają mi nastrój, szczególnie przed podróżą. Kawa i wszystko do niej smakują wówczas inaczej niż np. w domowym zaciszu. Przeglądam oferty reklamowe. Jako rzadki bywalec sieciowych drogerii słabo orientuję się w promkach. Jeśli mam mydło, szampon i krem do twarzy, zakupione w markecie, to już wypas. Przecieram oczy zmęczone sztucznym oświetleniem w pociągu i w galerii. Czyżby? Zapowiedź produktowa na Boże Narodzenie? Tak, nawet jeśli trwa kalendarzowe lato. Wszak umiejętność planowania, np. zakupów, to cenna umiejętność. I pomyśleć, że jeszcze na wiosnę naśmiewałam się z maseczek z nadrukiem w choinki i brodate dziadki w czerwonych futerkach. Sięgam do torby. Coś w niej zagrzechotało. Okazało się, że to bezcenna pamiątka z urlopu nie przetrwała w transporcie. Wieczne są tylko miłość i diamenty, o ile są prawdziwe. I opóźnione pociągi w jednym z krajów położonych nad Bałtykiem.

Patynowa Pani Domu. Wrześniowe komary

O tej porze roku nie powinno ich być, zapewnia Cię przemiły sprzedawca, ale jeśli już się pojawiają, proszę zastosować ten środek, dodaje. Klienci twierdzą, że jeszcze nie zawiódł. Wprawdzie zapach przynajmniej na początku może wydawać się mdły, ale szybko wypełnia pomieszczenia, a po kwadransie od zastosowania można już otwierać okna i cieszyć się ciszą spokojnego, wrześniowego wieczoru. Spróbuję, odpowiadasz, i lżejsza o pewną kwotę oraz obawy o swój komfort psychiczny podczas późnych, letnich dni udajesz się do miejsca przeznaczenia z mocnym postanowieniem na wypróbowanie niezwykłego specyfiku jeszcze dziś.

Rozpylasz repelent, który powinien chronić Ciebie nie tylko przed komarami, ale również przed muszkami owocówkami, klasycznymi muchami, siadającymi lub nie, jak w popularnym ongiś filmiku, oraz kleszczami. Zacznijmy od komarów. Odczekać ok. kwadransa. Dla pewności będzie to 20 minut. Szacowanie wydatków i czasu oczekiwania nie było i nie jest Twoją mocną stroną. Wiesz, kiedy zaczynasz, ale nie wiesz, kiedy masz kończyć. Towarzyszą Ci emocje, właściwe dla wzorowych gospodyń domowych, oczekujących na pięknie wyrośnięte ciasto lub aromatyczną pieczeń. Właśnie! Kto powiedział, że po rozprawieniu się ze skrzydlatymi ciemięzcami nie przygotujesz czegoś pysznego. Tylko co by to mogło być? Może drożdżowe bułeczki z ziołami? Poszukujesz odpowiedniej receptury, co trochę trwa. Sporo roboty z tymi bułeczkami, wynika z przepisu, ale włożony trud zostanie zniwelowany przez efekt. Pora na sprawdzian z działania środka przeciwko gościom, nieproszonym przez Ciebie, lecz pożądanym przez entomologów. Otwierasz okna. Stajesz w jednym z nich. Jaki piękny wieczór. Idealny czas na małe przyjemności. Zatem do dzieła. Czujesz w ustach smak drożdżowych bułeczek. To Cię napędza do działania. Sprawdzasz ponownie zawartość szafek oraz zgodność ilości produktów z przepisem. Nie masz wszystkich ziół, ale to nic. Od czego masz… Nie! Po trzykroć nie! Po stokroć! Po tysiąckroć! Co tu robi komar?! Środek nie zadziałał, ale Twoje emocje tak. Natychmiast postanawiasz ubić intruza. Walka jest nierówna, ale Twoja konsekwencja z tytanu jeszcze Cię nie zawiodła (w takiej sprawie). Sprytny jest. Mały bohater. Bohaterka. Już wiesz, że bułeczek nie będzie. Przynajmniej dzisiaj. Zjesz tosty i zaświecisz zapachową świeczkę. Komarów wprawdzie nie wypędzi, ale sprawi, że wieczór będzie choć odrobinę przyjemniejszy.

Całuchy-kluchy!

Deszczowe zapiski

Chciałabym mieć na głowie efekt stale potarganych włosów, tłumaczę fryzjerce i oddaję się z zaufaniem w jej sprytne dłonie. Dziewczyna sprawia wrażenie znawcy tematu i zgrabnie operując nożycami przy moich uszach cierpliwie wyjaśnia, jakie triki i narzędzia powinnam stosować, jeśli chcę uzyskać bałagan na głowie. Wychodzę z salonu prosto do sieciówki z kosmetykami, by powiększyć ich zasób w łazience. Kolejny dzień leje deszcz. Przeczytałam już cały zapas książek oczekujących w kolejce na lekturę. W myślach tworzę listę tych, które niebawem wypożyczę, błogosławiąc pomysłodawców i pracowników bibliotek. Gdyby nie czytelnicze świątynie, prowadziłabym życie na wzór bibliotecznego dewianta albo spałabym pod książkami niczym kloszard. Nie wystarczyłoby mi na jedzenie. A propos ostatniego. Nie znoszę robić zakupów spożywczych podczas deszczowej pogody. Szczególnie bieganie po warzywniakach wydaje się w tej sytuacji uciążliwe. Ale nie poddaje się. Z bałaganem na głowie pilnie poszukuję grzanek. Mogłabym zrobić je samodzielnie, lecz wtedy nie byłyby idealnie przyprawione ani chrupiące. Odwiedzam kilka sklepów z wiktuałami. Bezskutecznie. Chyba trzeba będzie spróbować swoich sił jako mistrz złotej chochelki i samodzielnie przyrządzić małe przekąski. Albo zrezygnować z ich konsumpcji przynajmniej dzisiaj. Kolejny punkt na spożywczej mapie myśli. Czy ma Pani grzanki w sklepie? Nie mam. A groszek ptysiowy? Też nie mam. To ja się jeszcze rozejrzę. Rozglądam się. Tuż za plecami na sklepowych półkach znajduję chrupiący obiekt kulinarnego pożądania. Są grzanki! Podam je z tartym żółtym serem. Mówię ni to do siebie, ni to do obsługi sklepu. Płacę i wychodzę. Mam zatem wszystko, czego potrzebuję do przygotowania smacznego, pożywnego obiadu na wrześniowe, chłodne dni. Kto powiedział, że w czasie deszczu nie można rozwijać się jako domorosły kucharz? Nakarmiona i zadowolona wybieram się do E. Odrobiłam lekcje. Mam coś na wymianę. Słoiki z pysznościami za owoce i pomidory. Uda się na pewno!

Patynowa Pani Domu. Deszcz ciśnie

Leje. Wczoraj lało. Dzisiaj leje. Jutro też będzie lać. Zgodnie z prognozami przepowiadaczy. Lepszy deszcz niż muszki owocówki. Teraz jest na nie sezon. W tym roku wyjątkowo mało aktywne. Uwielbiasz patrzeć na spadające krople deszczu, które uderzają do szyby, o rynnę, o chodnik. To Cię uspokaja. Na chwilę. Pół chwili. Zaparzona kawa bulgocze w kawiarce. Od jakiegoś czasu. Dobrze, że w porę zdejmujesz ją z palnika. Inaczej cała mogłaby przywrzeć do ścianek naczynia albo wyparować pozostawiając swąd spalenizny. Takim sposobem  można zaoszczędzić na świecach zapachowych. Masz prawie za darmo (nie licząc ukrytych kosztów obróbki cieplnej oraz zużycia wody) aromat unoszący się w całym mieszkaniu. Właśnie! Gdzie ukryły się świece zapachowe?!. Powinno coś jeszcze zostać z czasów prawnie nakazanej izolacji. Buszujesz wśród kartonów, puzderek i innych miejsc zawierających potencjalne skarby. Znajdujesz to, czego szukałaś, a przy okazji inne rzeczy służące poprawianiu urody. Nawet nie wiedziałaś, że je masz. Natychmiast zapalasz świece. Jest nastrój. Pędzisz do łazienki. Nakładasz na twarz i włosy to, co znalazłaś. Czas oczekiwania na efekty ok. kwadransu. Ok, w tym czasie zdążysz przejrzeć nowości książkowe. Uzbrojona w maseczki i cierpliwość zasiadasz do wydawniczej uczty. W skrzynce znajdujesz m.in. wartościowe, jak wynika z reklamy, propozycje dotyczące relacji, tzn. dlaczego się udają, kto zasiada na tronie (to nie dla Ciebie, za dużo koron w Twoim życiu), dlaczego rozmowy nie zawsze pomagają (pod warunkiem, że ktoś je prowadzi), jakie mechanizmy działają w duszy mężczyzny (jesteś kobietą, więc po co Ci ta wiedza). Do książki dostępnej także w formie elektronicznej jest załączony program, którego realizacja powinna pomóc uporządkować Twoje relacje z osobą przeciwnej płci. Hmm. Paskuda zdechł, a to jedyny samiec w Twoim życiu. Paprotka i storczyk są raczej obupłciowe, a Wasza relacja i tak jest skośna. Ty sprawujesz nad nimi opiekę, a one odwdzięczają się swoim pięknem. Idźmy dalej. Czytasz fragment polecaj lektury. O tym, że samiec został stworzony do budowania, porządkowania, konstruowania świata, a samica do relacji. Masz prawo mieć odmienne zdanie od Autora tezy. Masz prawo do merytorycznej dyskusji. Z treści, które przeczytałaś, wynika, że nie jesteś samicą. Chcesz to dalej czytać? Właśnie. Spójrz na inne propozycje. Znowu diety i choroby układu krążenia. Dotykasz się tam, gdzie powinno być umiejscowione serce. Jest! Pika! Ok, o dietach pomyślę jutro. Dzisiaj brownie i kolejna kawa mocna jak siekiera. Nie dasz rady żywić się głównie brokułami i chudym, gotowanym mięsem. Kolejny temat. Tematy. I następny. Następne. Jak zmienić. Co powiedzieć. Jak uporządkować… Łapiesz się za głowę. Wiedziałaś, że o czymś zapomniałaś. Idziesz zmyć to, co na nią wcześniej nałożyłaś. Limit czasu przekroczony. Producent zapewnił o skuteczności środka. Jest efekt.

Całuchy-kluchy!

One. Sukienka w kolorze fuksji

W sklepie:

-Zostały dwie sztuki. Może Pani zmierzyć obie. Kolor idealnie pasuje do Pani typu urody.

-Zrobię tak, jak Pani powiedziała. Dziękuję. Nie nosiłam sukienek chyba od… Nieważne.

-Ma ciekawe wykończenie pod szyją. Można zawiązać albo zostawić luźno. I jak?

-Dobrze leży. Wezmę tę. Ale przyznam się Pani, że najchętniej wykupiłabym te koszule, gdyby nie podlegały pod męski dział.

-Ja mam kilka. Nosimy je na zmianę z chłopakiem.

U niej:

-Okradłaś księgarnię? Kiedy Ty to przeczytasz?

-Bez obaw. Zdążę. Coś trzeba robić wieczorami, gdy Ty śmigasz na randki albo urządzasz swoje nowe gniazdko.

-A to co? Jaka śliczna? Z długim rękawem. Nie będzie widać blizn. Pożyczysz oczywiście?

-Oczywiście, że tak. Na kiedy potrzebujesz?

-Na początek na jutro, ale najpierw podjedziemy do marketu oddać materiały. Coś tam zostało po chłopakach.

-Randka w markecie budowlanym. Tego jeszcze nie było.

-Zobaczę, ile on potrafi i co powie o sukience, czy mu się w niej spodobam. Jest bajeczna i ten wyrazisty kolor. Gdzie ją upolowałaś?

-Nie upolowałam. Zwróciłam na nią uwagę, a potem kupiłam.

-Pewnie droga.

-Nie, po promocji. Zostały dwie sztuki i…

-Tobie to dobrze. Wchodzisz do sklepu, bierzesz z półki to, czego potrzebujesz, płacisz i jest Twoje. Na zawsze.

-Jeśli rzecz można kupić za pieniądze, to oznacza, że jest niewiele warta. Dopiero właściciel nadaje jej znaczenie.

Kilka miesięcy później:

-Na pewno chce Pani się jej pozbyć?

-Tak. Nie miałam jej na sobie ani razu. Może mi Pan wierzyć.

-Ale metki nie ma.

-Nie ma, bo sukienka była pożyczana koleżance.

-I nie założy jej Pani już? Moja dziewczyna choruje na rzeczy w kolorze fuksji.

-Nie założę. Napisałam w ogłoszeniu, że odbiór osobisty, bo sukienkę oddaję za dobre słowo.

-Pani byłoby w niej ładnie. Nie było okazji do jej założenia?

-Nie było. Pierwsze zgłoszenie wpłynęło niespełna dziesięć minut po zamieszczeniu oferty. I to byli Państwo. To jak? Pakujemy?

 

One. Zielnik

-Padam. Nie ma więcej wody?

-Nie ma.

-Nie kupiłaś.

-Myślałam, że Ty kupisz. Co tam masz?

-Wrotycz. I takie tam.

-Nie żartuj. Wyglądasz, jakbyś obrabowała pół targowiska.

-Zrywałam, gdzie się dało. Objechałam cały teren lasku i kilka sklepów zielarskich. Nasz ulubiony działa tylko do końca miesiąca. Wyprzedają asortyment, więc wyżebrałam upust.

-Jest trujący. Wiesz, że możesz mieć przez to problemy.

-W małych ilościach pomaga.

-W dużych szkodzi.

-Gdybyś zjadła za dużo śliwek, też by Ci zaszkodziły. Pójdziesz do sklepu po wodę?

-A tam co masz?

-Ziele bagien.

-Na bagnach też byłaś?

-Nie, mówiłam Ci, że odwiedziłam kilka sklepów zielarskich i…

-Znowu przepuszczasz pieniądze na niepotrzebne rzeczy.

-A Tobie nawet nie chce się zrobić podstawowych zakupów.

-Możemy kupić filtr do wody zamiast gromadzić plastik.

-Dlaczego więc jeszcze go nie kupiłaś? Uważaj! Wysypało się.

-Lawendę też kupiłaś?! Oszaleję zaraz.

-Zrobimy z niej paczuszki i bukieciki. Będziemy je sprzedawać, a wcześniej zawiesimy w kilku miejscach w mieszkaniu. Inaczej komary nas zeżrą.

-Mnie jest wszystko jedno. I tak nic z tego nie wyjdzie.

-Przy Twoim podejściu. Wrotycz coraz trudniej zdobyć. Trzeba się trochę nachodzić za nim. Nauczę się robić maści i kremy z jego zawartością. Na własny użytek.

-Szkoda, że pieniędzy nie potrafisz wyprodukować na własny użytek. Tutaj chcesz to robić? W kuchni?

-Szkoda, że alimentów z niego nie potrafisz ściągnąć. Mogę mieszać w łazience.

-To lepiej w kuchni.

 

 

 

One. E.

-Pani pewnie na jazdę?

-Tak, ale tam nikogo nie ma. Próbowałam się dodzwonić kilka razy, ale też nikt nie odbiera.

-Jej nie ma. Na stałe tu nie siedzi. Trzeba się umawiać.

-Dzwoniłam od kilku dni, nie odbierała, dlatego przyjechałam. Pomyślałam, że ją zastanę i się umówimy.

-Rzadko ktoś przyjeżdża. Kiedyś było więcej chętnych, ale teraz wyśrubowała ceny za jazdę, dlatego prawie nie ma ludzi. Ona każe kupować jakieś… karnety. Inaczej nie chce dawać lekcji. O zwierzęta mało dba. Ktoś z kolonii przychodzi i je obrządza. Ona się nimi prawie nie zajmuje.

-Ale ja nie mogę wykupić karnetu, bo nie wiem, jak będzie nam się układać współpraca i jakie to będą lekcje. Może jej się nie spodobam albo ona mnie.

-Z nią ciężko się dogadać. Ludzie we wsi już nie próbują. Ona jest dziwna. Wysłała męża za granicę, aby zarabiał. Potem nie chciała go z powrotem przyjąć, choć on pieniądze przysyłał. Kupiła tę działkę i konie, ale rzadko tu bywa. Ludzie przyjeżdżają, pytają o nią, ale w tym roku już nikt nie pyta oprócz Pani. Wie Pani, ona nie jest dobrym człowiekiem.

-Cóż, pozostaje mi zawrócić. Dziękuję za informacje i porady.

-Pani pierwszy raz w tych stronach?

-Pierwszy.

-To zapraszam na kawę.

-Chętnie. Mąż nie będzie się gniewać, że od roboty Panią odciągam?

-On wie, że ludzie przychodzą do mnie na posiadkę. Mam koleżanki. To nasze pole. Wie Pani, co to jest?

-Owies. Dla koni.

-W Pani stronach jest taki?

-Nie ma.

-A to?

– Słoneczniki.

-Niedługo wszystkie zakwitną. Będzie ładnie. W Pani stronach takie są?

– Są, ale nie takie dorodne.

-To nasz dom. A tam mój. Naprawia kosiarkę. Szwagier ma przyjść i mają dzisiaj próbować. Ale ten świat mały. Panią spotkałam przy kartoflach. Z całej Polski tutaj ludzie zaglądają. Działki i domy kupują, potem je dzierżawią, a miejscowi jadą w świat. Dorabiać się.

One. Puszki

-Chcesz je?

-Pewnie, że chcę. Cudne puchy.

-Są Twoje.

-Będą pasować do pasków na ścianie. Zieloniutkie jak wiosenna łąka.

-Nie były używane.

-To po co je kupiłaś?

-Myślałam podobnie jak Ty, że będą pasować do kuchni, którą z taką pieczołowitością urządzałam.

-I?

-Nie pasowały. Podobnie jak kuchnia i nie tylko ona. Do życia.

-Tamto małżeństwo nie było dla Ciebie. Dla Was.

-Małżeństwo w ogóle nie jest dla mnie. Wiesz, kiedy dokładnie kupiłam te puszki?

-Nie wiem.

-W dniu, w którym garnki z zawartością po raz pierwszy poleciały przez okno. Grunt, że nikogo wtedy nie zabiły.

-To już przeszłość. Teraz skup się na…

-Na tym, jak przeżyć z dziećmi, nie pozostawić ich sierotami i nie zostać wyeksmitowaną.

-Nie panikuj.

-Tamtej wiosny miałyśmy jechać do Wiednia.

-Jeszcze pojedziemy.

-Kupiłyśmy bilety i zabukowałyśmy noclegi. Dzień wcześniej dostałam ataku. Ty wpadłaś w furię. Krzyczałaś, że zepsułam Ci weekend, naraziłam na koszty i jestem nieodpowiedzialna. Pojechałaś sama. Jak zwykle postawiłaś na swoim. Kilka dni później dowiedziałam się, że jestem w ciąży. Wzięliśmy ślub, na który nie przyszłaś.

-Nie widziałam w tym związku przyszłości.

-Urodziła się K. Od początku coś było nie tak. Obwiniał mnie o jej stan. Oboje stale mnie o coś obwiniacie.

-Przestaniesz?!

-Właśnie K. się obudziła i domaga uwagi.

-Krzyczy tak, bo nie chce, abyś ze mną rozmawiała i dzieliła się czasem z kimś innym.

-Nie znasz jej. Ona nie umie inaczej.

-I nie będzie umieć, skoro ma Ciebie na każdy gwizdek. Pójdę już.

-A puszki?

-Nie chcę ich.

-To je wyrzuć po drodze. Nie mogę na nie patrzeć.

-A mnie to chciałaś je podarować.

-Ty byś z nich zrobiła właściwy użytek i może do czegoś dobrego by to doprowadziło.

-Chyba w to nie wierzysz.

-Zawsze zazdrościłam Ci porządku na głowie i w głowie. Podasz mi chusteczki?

-Pozory.

-Nie można grać przez kilkadziesiąt lat. To by była schizofrenia.