Notatki. Jagody

-Numer 23, proszę.

Odbieram naleśnik z serem i jagodami przyprószony cukrem pudrem. Tym razem spóźniłam się na pierogi. Lokuję się na kamieniu z widokiem na przełęcz. Udaję, że nie widzę tłumów turystów składających się z mniej lub bardziej szczęśliwych rodzin, nieudolnie ukrywających trudności, które podczas urlopów wypływają z siłą ulewnego deszczu zmieniającego górski potok w rwącą rzekę.

-Pani pewnie lubi jagody.

-Tak.

-Tutaj będzie ładny widok, proszę. I odpocznie Pani.

-Dziękuję. Pan też lubi jagody?

-Lubię, ale mi się przejadły. Zbieram je codziennie i tutaj przywożę.

-To jem owoce pracy Pana rąk.

-Trzeba wiedzieć, gdzie zbierać. Jeszcze trochę zostało. A schronisko płaci od litra, ale trzeba codziennie być z dostawą. Tu, gdzie Pani siedzi, lubię odpoczywać.

-Chyba nie zajęłam Panu miejsca.

-Nie, siadam tu na chwilę, bo za jakąś godzinę trzeba będzie na dół schodzić. A tutaj wieje. Przyjemnie tak usiąść i się ochłodzić.

-Tu zawsze takie tłumy?

-Dzisiaj i tak spokojnie. W weekendy więcej ludzi jest.

-I tak Pan sobie dorabia tymi jagodami?

-Jagodami i czym się da. Pracy się nie boję. Pomagam z doskoku przy koniach. Widziałem, jak Pani się kręci po wsi. Tej małej nikt nie pilnuje?

-Sama siebie pilnuje. Ma kryzys.

-Skąd Pani wie?

-Widzę. Tam przy stoliku siedzą jej rodzice, babcia i niepełnosprawny brat.

-Po czym Pani to poznaje?

-Minęłam się z nimi. Niech Pan spojrzy na tego dzieciaka. Widać, że coś jest na rzeczy, choć z boku nie wygląda, a matka cały czas koło niego skacze. A to nos wyciera, a to w herbatę dmucha, a to naleśnikiem karmi. Babka jej wtóruje. Matka odtrąca ręce chłopa, a on ma potrzebę zrobienia zdjęcia i wrzucenia w Internet, jak to szczęśliwie spędza wczasy z rodziną.

-Pani to chyba w wywiadzie pracuje.

-Z ludźmi. Zaraz się przekonamy. Co tam, dziewczynko, zmęczona górami?

Potakuje.

-Nie wyspałaś się?

Potakuje.

-Brat pewnie w nocy hałasował?

Potakuje.

-Czy to nie do Ciebie babcia macha?

Potakuje.

-Nie idziesz?

Łzy lecą jak grochy.

-Co byś chciała teraz robić?

-Tu posiedzieć (przez łzy).

-Ona Wam nie przeszkadza? Babcia zjawia się przy nas niczym duch gestami sugerując odpowiedź. Babciu, to dziecko jest do tego stopnia wymęczone atmosferą panującą w Waszej rodzinie, że potrzebuje oddechu na osobności.

-Nie, w żadnym wypadku. Do dziewczynki: lubisz, gdy wieje wiatr?

Potakuje.

-A wycieczki lubisz?

-Ze szkoły.

Babcia oddala się na odchodnym dorzucając: tylko nie zaczepiaj obcych.

-Jeździcie w góry ze szkoły?

-Nie, do wesołego miasteczka i do parku linowego. Ale w góry pojedziemy, gdy będziemy w starszych klasach.

-Lepiej tak bez mamy na wyjazdach czy z mamą?

-Bez mamy i taty.

-Skończyłam jeść. Pora powoli schodzić.

-Nie chce Pani zjechać?

-Nie, wolę zejść.

-Do widzenia. Trzymaj się, dziewczynko. Wiele wycieczek przed Tobą.

Notatki. Obsługa klienta

Preferuję zakupy w sklepach internetowych. Nie tylko ze względu na bezpieczeństwo w czasie epidemii covid. Jeśli już się zdarzy, że uzupełniam zapasy w stacjonarnych punktach handlowych, chcę być obsługiwana szybko i sprawnie bez zbędnego rozwlekania niepotrzebnych dialogów pomiędzy sprzedawcą a konsumentem. Czytam ze zrozumieniem informacje zawarte na tabliczkach. Mielenie na życzenie. Poproszę 50 gramów aromatyzowanej kawy o smaku pieczonych kasztanów i tyle samo o zapachu kubańskiego rumu. Tylko tyle? Tak. Chciałabym spróbować. I prosiłabym o zmielenie. Wyraz twarzy sprzedawcy mówi za siebie. Mam brudzić młynek dla Twoich nędznych 50 + 50?! No dobrze, tym razem Ci zmielę, ale o następnym zapomnij. I z takim nastawieniem przystępuje do pracy. Zlikwidowano mój ulubiony punkt z kawą, w którym pojawiałam się doraźnie podczas pauz. Baristów, standardy i obsługę kawiarni wspominam z rozrzewnieniem. Dlatego wybrałam się na poszukiwania innej miejscówki specjalizującej się w serwowaniu zestawów śniadaniowych (w moim przypadku pełniących nierzadko funkcję szybkich, spontanicznych kolacji).

Jednego razu przyjechałam mocno spóźnionym pociągiem. Wygląda na to, że po całym dniu poszczenia zdążę co najwyżej na tosta z kawą, jeśli oczywiście „moja” kawiarnia jeszcze będzie czynna. Była czynna. A wewnątrz przy każdym pojedyncznym stoliku siedział jeden klient i wsuwał „mój” zestaw podróżny. Obsługa lokalu mnie rozpoznała. Pani kiedyś dostarczyła nam książki. Istotnie, to byłam ja. Co dzisiaj bierzemy? Wegański koktajl. Plus średnia kawa z mlekiem. Plus tost bez mięsa. Ze świeżymi liśćmi szpinaku. Jak szaleć, to szaleć. Ale Państwo zaraz zamykają. Spokojnie, przecież nie wygonimy klientów. Są Państwo po długiej i zapewne ciężkiej podróży. Jeszcze trzeba kasę rozliczyć. Kawa dla Pani gratis. Jak to?! Zebrała Pani wystarczająca liczbę punktów. Chyba że Pani nie chce darmowej kawy. Zróbmy tak. Jedną wypiję w ramach programu lojalnościowego, a drugą poproszę zawieszoną. Na jutro. Największą i najmocniejszą, jaką Państwo mają. Czytałem książki, które Pani przyniosła na wymiennik. O czym były? O Ameryce Południowej, o tym, jak malarka jadała tosty z awokado. I do tego kawa. Od razu pomyślałem o Pani. Zazwyczaj wybiera Pani tosty z awokado i nosi Pani chustę zarzuconą na ramiona. Różne chusty. Jak ona.

Tamta kawiarnia już nie istnieje. Jej byłej obsłudze życzę wszystkiego najlepszego. Aby zaparzali najlepszą kawę i serwowali najbardziej chrupiące tosty, o jakich tylko można pomarzyć. Pocovidowy świat nie będzie normalny.

Notatki. W księgarni

-Zeszło na psy to wszystko. Wydawcy. Autorzy. Księgarnie. Sprzedaż. Wszystko. Jakiś chłam i nic więcej. Nie macie pojęcia o rynku księgarskim.

Dyskusja w tym tonie trwała w najlepsze i zastała mnie podczas szperania na półkach z towarem przeznaczonym do wyprzedaży. W ulewne dni w trakcie trwania urlopu postanowiłam odwiedzać księgarnie tudzież czytelnicze kawiarnie, w których wizyta stanowi dla mnie nieodłączny element udanego wypoczynku. Tą zasadą kieruję się od ładnych paru lat. Przyglądam się nie tylko tytułom i sprzedawcom, ale również klientom. Niekiedy wdaję się w niepotrzebną, jak się z czasem okazuje, dyskusję. Lubię wiedzieć, o czym i jak mówią czytelnicy. Niektórzy z nich niewiele robią sobie z tego, że mają publiczność. Tak było i tamtym razem. Dystyngowany jegomość pouczał sprzedawcę o historii książki i rynku księgarskiego powołując się na swoje liczne odwiedziny w czytelniczych świątyniach.

-I po co te gadżety? Księgarnia powinna być księgarnią, a nie punktem sprzedaży błyskotek i jakiegoś badziewia.

-Ale te gadżety są związane z czytelnictwem, zachęcają do czytania, rozumienia i dyskutowania, odparła z uśmiechem pracownica księgarni.

-Jakieś kubki, pierdoły. Poza tym większość tego, co Pani sprzedaje, została wydana niechlujnie. Autorzy nie odbyli gruntownego wykształcenia. Nie wiedzą, o czym piszą, a redaktorzy niestarannie wrzucają teksty do druku i nie separują kiczu od wartościowych dzieł.

-Każdy ma prawo popełnić książkę. Czasy się zmieniły. Wystarczy znaleźć wydawcę, złożyć projekt i czekać na akceptację. Sprzedajemy to, co nam schodzi bądź potencjalnie zejdzie, na co jest zapotrzebowanie.

-Psujecie tym samym rynek promując badziewie.

-Jeżeli Panu nie odpowiada tutejszy asortyment, proponuję skorzystać z oferty innej księgarni.

-Na przykład to. Co to jest? Asertywność. Ludziom trzeba pisać książki o tym, jak odmawiać?

-Jak bronić własnego zdania, własnych przekonań i nie dać się wykorzystywać, np. w pracy.

-Naczytają się głupot, uwierzą jakimś tam niby ekspertom, a potem im się pracować nie chce.

-Jeśli chciałby Pan skorzystać z porady w zakresie doboru lektury, chętnie pomogę. Dalsza dyskusja na inne tematy raczej nie ma sensu. Powinnam wracać do obowiązków.

-Pani obowiązkiem jest uwzględniać życzenia klientów i odpowiadać na ich pytania, a ja się tego domagam jako klient właśnie.

-Nie jest Pan jedynym na pasażu, więc powoli Pan…

-Pozwoli Pan! Pozwoli Pan! Nawet obsługi klienta Panią nie nauczono. Niech Pani idzie już, gdzie chce.

One. Wybór

-Co Ty nałożyłaś na twarz?

-Peeling zawierający ziarna zmielonej kawy.

-Lepiej to zmyj, bo jeszcze mała się wystraszy.

-Jeśli ojca się już nie boi, to współlokatorki w maseczce tym bardziej nie będzie.

-Jeszcze zacznie Cię naśladować, a ja stracę u niej autorytet.

-Kiedy go miałaś?

-A Ty swoje. Dom zaczyna przypominać chlew, bo wszędzie nastawiałaś jakiś słoików z nieznaną zawartością.

-Recycling, organiczne kosmetyki. Słyszałaś zapewne. Wykorzystuję, co się da, aby oszczędzać energię i w ten sposób coś robić dla planety. A zużyte fusy po kawie nadają się również do nawożenia roślin.

-Zrób coś wreszcie dla siebie, a planeta i świat będą Ci wdzięczne.

-Co dokładanie masz na myśli?

-Zacznij zarabiać, weź się za siebie. Nie mówię, że to, co robisz, nie ma wartości, ale może czas wziąć sprawy w swoje ręce?

-Życie mam ułożone.

-Nazywasz porządkiem zajmowanie się cudzymi dziećmi, ogarnianie domu i nakładanie na twarz czegoś, co powinno lądować na śmietniku?! Wszędzie walają się te Twoje organiczne produkty. Kawa jest coraz droższa, a my potrzebujemy jej coraz więcej na Twoje fanaberie. Dom zaczyna cuchnąć.

-Tę miejscówkę trudno nazwać domem.

-Proszę, wielka pani redaktor zabłysnęła elokwencją i dowcipem.

-Skończ.

-Tkwisz w tym miejscu nie dlatego, że tak wybrałaś, moja droga, ale dlatego, że nie masz wyboru.

-Ty za to masz i dlatego nie podejmujesz pracy zgodnej z kwalifikacjami, tylko zadowalasz się byle czym. Nie wymówisz mi pokoju, bo układ jest dla Ciebie korzystny. Masz ogarnięte mieszkanie i dzieci, a ktoś dokłada się do rachunków. Masz na kim wieszać psy za swoje nieudane życie osobiste. Dzieciaki są za małe, a kot Ci nie napyszczy. Możesz wybrać co najwyżej puszkę z żarciem dla niego, ale jemu wszystko jedno, co będzie wszamiał.

One. Szyby

-Nadal widać smugi. Spójrz pod światło.

-Umyj je sama, skoro masz jakieś ale.

-Nie ale, tylko czepiam się, żebyś wiedziała, jak to jest. Być krytykowanym. Ciągle. Tak przy okazji wieczko już się domyka. Co z nim zrobiłaś?

-Ścisnęłam śrubki przy pomocy kombinerek, następnie wygięłam wieczko do oporu i ponownie zamknęłam. Dlatego teraz chodzi jak…

-Ty i Twój perfekcjonizm. Każdego chłopa nim przegonisz. I nikomu nie dasz zarobić.

-Co mają do tego chłopy?! Zaoszczędziłyśmy na zakupie nowej kawiarki. Jeszcze trochę odłożymy i kupimy parową myjkę do szyb. Nie będę się pałować z wycieraniem ich do sucha, a i tak zostają smugi.

-Pani Ilona, ja bym wolała zmywarkę. Już mnie bolą ręce od zmywania i cała mokra jestem jak tak stoję i zmywam.

-Na zmywarkę trzeba będzie jeszcze poczekać.

-Powiedz swojemu ojcu, żeby Ci ją kupił, gdy następnym razem Was odwiedzi.

-Dziewczyny, koniec dyskusji! Na zmywarę nie ma miejsca.

-Mama bierze na nas piniądze. Niech je wyda na zmywarkę.

-Koniec tematu zmywarki. Co dzisiaj jemy?

-To, co ugototowałaś.

-Skoczę po ziemniaki do warzywniaka. A do nich…

-Ciekawe, czym za nie zapłacisz? Chyba swoimi książkami.

-Kurier zabrał je dopiero wczoraj. Pieniądze z wyceny powinny wpłynąć na konto za kilka dni.

-Całe życie czekasz na pieniądze. Poszłabyś do pracy. Na etacie miałabyś stałą pensję. A Ty wyprzedajesz wszystko, co masz, jak największy dziadol i chodzisz po domach do cudzych dzieci.

-Jakiś grosz z tego jest, mądralo. Dostajesz pieniądze na dzieciaki, więc podskakujesz i zrzędzisz, a do roboty nie pójdziesz. Grunt, że kartony z książkami spakowałaś. Co jutro wrzucamy na wymiennik?

-Dwie pary butów juniora, słoiki z Twoimi przetworami i kilka sztuk zdekompletowanych talerzy, pani perfekcyjna.

Oni. Szambo

– Z czego ja będę żyć? Z czego będziemy żyć? Jak się wybronią tacy jak ja?

– Wybronicie się, zobaczysz, wybronicie.

– Długo by czekać.

– Zaczekaj, a zobaczysz, że się wybronicie. Na szambie i na gównach największy interes jest.

– Ale co szambo ma do takiej roboty? Nie widzę zależności.

-No właśnie Ci tłumaczę. Na przykładzie. Metr sześcienny wody kosztuje przykładowo dwa złote, a metr sześcienny gówna cztery złote.

-Dalej nie kumam.

-Poczekaj, jeszcze nie skończyłem.

-Metr sześcienny gówna, no, mało ważne, ile kosztuje, a dlaczego więcej od wody?

-Bo jest gównem.

-O to to. Bo tego nikt nie zbadał i nie zbada. Nie będzie maczał palca i chłeptał językiem tego, co tam jest. Pozostaje przyjąć, że tam pływa gówno i nikt nie będzie tego pił ani się w tym kąpał, aby sprawdzić, czy tam jest woda, czy gówno, czy inne coś.

-Nadal nie… Czekaj… Kumam.

-No właśnie o to idzie. Nikt nie zbadał gówna i nikt, kto pobiera opłaty za wodę i gówna, nie będzie tego robił. Wyobraź sobie, że tam na szafie widzę gołębie. Siedzi Pójdzik. Macha do mnie. Na piwo zaprasza. Woła: „jak się masz? Wstawaj, idziemy na piwo”.

-Kumam!

-Ja mu odpowiadam: dzisiaj nie. A teraz idź do najlepszego doktora, docenta, profesora psychiatry i udowodnij mu, że ja tego nie widzę. Nie ma tam Pójdzika i nikt mnie nie woła.

-Teraz kumam kontekst.

-Gdyby tak szybko leczyli tych wszystkich zamkniętych, to oni by wychodzili ze szpitali i poszli do roboty. Wydawaliby pieniądze na rozrywkę. Na mecze chodzili. Do restauracji. Pojechaliby gdzieś. A tak siedzą pozamykani. Nie wiedzą, co mają w głowach, bo tego nikt nie zbadał i nie zbada, co komu w głowie siedzi. A tam szambo płynie.

-Krótko mówiąc utrzymywanie ludzi, dorosłych i dzieci, w chorobie i w strachu jest bardziej dochodowe niż zachowywanie ich w zdrowiu. W interesie tych wszystkich speców od speców jest utrzymywanie stanu, by ich podopieczni nie wyszli zbyt szybko z dysfunkcyjnego życia, bo tylko trwanie w chorobie, prawdziwej lub urojonej, sprawi, że uruchomi się cały zastęp osób chcących dorobić się na ich przypadłościach. Ile stanowisk pracy uruchamia chory człowiek, a ile zupełnie zdrowy? Teraz rozumiem.

-Mówiłem Ci, że na szambie i na gównach najlepszy interes jest.

Notatki. Marzec

Mija kolejny miesiąc nierównej walki ze zjawiskiem szumnie określanym jako pandemia. Niecierpliwie zaglądam na witryny jeszcze czynnych punktów handlowo-usługowych. Na szybach ogromne napisy w stylu „nie poddajemy się, walczymy do końca”. Jakiego końca? Czyja to wojna? Co dla jednych jest celem, dla innych stanowi środek do celu. Znam takich, dla których epidemia jest wybawieniem. Nie muszą wychodzić z domu, chyba że po coś do jedzenia, a i to można obejść zamawiając zakupy spożywcze przy pomocy aplikacji. Wreszcie nie trzeba udowadniać wszystkim dookoła, że sobie radzą. Wreszcie nie trzeba zapraszać gości, co można przecież wytłumaczyć względami sanitarnymi. Nie trzeba podejmować trudu dbania o siebie i otoczenie myśląc „wreszcie nikt niczego ode mnie nie chce i ja niczego od nikogo nie chcę”. Nie trzeba licytować ze znajomymi, w jakiej kto knajpie ostatnio był, co spożywał, za jakie pieniądze, gdzie i jaką sztukę obejrzał, jaki film, dokąd wyjechał na weekend. Nie przyznają się oficjalnie do tego, że wreszcie mogą występować bez masek, bo nie ma publiczności. Pokazywać tego, co gotują, jeśli w ogóle coś potrafią ugotować. Stan pandemii to dla nich błogosławiony czas i oby trwał jak najdłużej. Doklejają do tego teorie, że są intro- ekstra- czy a-. Niespójność w ich myśleniu, mowie i działaniu bije po oczach.

Wyobrażam sobie, że jestem wędrowcem. Podróżuję z walizką wyszperaną w sklepie ze starociami. Taką, jakiej nikt nie ma. Nie cierpię pospolitości przejawiającej się w sposobie bycia, mówienia, ubierania się, urządzania życia „po swojemu” Żałosne: ci, którzy najbardziej zarzekają się, że ogarniają się po swojemu, stanowią mdłe kalki tego, co serwuje popkultura, a im głośniej wyrażają swój pogląd, tym bardziej staje się to żenujące. W mojej walizce nie ma wielu rzeczy. Jedynie pamiątki mające wartość sentymentalną. Filiżanki. Etniczna biżuteria. Zdjęcia. Ok, nośniki ze zdjęciami, ale część fotografii chciałabym mieć wywołanych. Produkty made by herself. Reczy przytargane podczas podróży przez ocean, dwa kontynenty, a czasami trzy. Bagaż podręczny to pamięć o ludziach, krajach i kulturach, natomiast świadomość to pamięć o smakach, dotyku, migawkach z życia wędrowca. Bez rozmaitych form graficznego retuszu. Wystarczy, aby wyruszyć w dalszą drogę i nie zatrzymywać się. Podróżuję z punktu do punktu czasami zatrzymując się w miejscu, które uznam za właściwe. Rozpoznasz mnie po walizce, martensach i kapeluszu.

Pozostań w dobrym zdrowiu i miej piękny, wiosenny czas! Żyj w ciągłym ruchu, byle nie na karuzeli! I nie przekonuj innych nieustannie, że sobie radzisz, bo to widać.

One. Książki

-Znowu się na niego wściekłaś.

-Aż tak widać?

-Pewnie, że widać. Zasiadasz do kompulsywnego pisania za każdym razem, gdy od niego wracasz albo kończysz rozmowę.

-Spostrzegawcza jesteś.

-Jedni obżerają się lub piją, idą na zakupy, na siłkę albo na szybką randkę. Ty zasiadasz do kompa i stukasz w klawiaturę niczym Beethoven w pianino.

-Już dawno niczego nie napisałam. Chciałabym nadrobić zaległości.

-Jeśli nie możecie bez siebie żyć, razem czy osobno, może powinniście wziąć ślub? Chętnie widziałabym Cię…

-Sorry, piszę, za pół godziny będę do Twojej dyspo…

-Może stałabyś się słynną pisarką, skoro on tak na Ciebie działa. Wpadasz w twórczy szał, wystarczy, że chwilę porozmawiacie ze sobą na chacie, a Ty wracasz jak natchniona do działania.

-Posegregowałaś książki?

-Nawet nie rozpakowałam kartonów.

-Miałyśmy to zrobić razem. Wiesz, jak trudno będzie mi się z nimi rozstać.

-Tu niedługo nie będzie czym oddychać. Musimy się pozbyć części z nich.

-Nastawiam się, że gdy Ty wydasz własną książkę, będzie tu jeszcze mniej miejsca, ale do tego czasu może przeprowadzisz się i zamieszkasz gdzieś w starym wiatraku. Z nim. Twój książkowy książę zapewni Ci życie na odpowiednim poziomie. Ramiona wiatraka będą skrzypiały, a ja będę Was odwiedzać, jeśli mnie zaprosisz. Przy okazji pomogę w promowaniu Twojej twórczości.

-Co ja bym bez Ciebie zrobiła. Ok, zamykam zdanie i zaczynamy buszowanie wśród zdechłych moli. Na początek pawlacz.

-Tamte są po byłych lokatorach. To jakieś druki z dziedziny ogrodnictwa czy coś. Szkoda ich tak po prostu…

-Mówili, co mamy z nimi zrobić?

-Tak, przekazać bibliotekom albo antykwariatom.

-Do dzieła. Przynieś reklamówki. Jutro z samego rańca pojedziemy z nimi w okolice Rynku.

-W sobotę? Weekend jest.

-Te, z których pisałaś doktorat, zostawiamy.

-Nie będę potrzebne. Dajmy je do reklamówek. Może jakiś zbłąkany doktorant lub amator uprawy ziemi skorzysta z tej wiedzy.

-Tamtych nie oddam.

-Są… Wyglądają niezbyt estetycznie.

-Kupiłam je na dworcu, a właściwie otrzymałam za drobną przysługę. Nawet ich nie przeczytałam.

-Podobnie jak znacznej części z nich. Zdradzisz, jaką?

-Co jaką?

-Przysługę.

-Za pogawędkę.

-Może i ja wybiorę się na dworzec, aby porozmawiać. Nie wiedziałam, że w ten sposób można dorobić.

-Worek na śmieci i do makulatury.

-Nie chcesz chyba wychodzić w taką pogodę.

-Daj, bo się rozmyślę.

Notatki. Dzień Kobiet

Pora na kolejne świętowanie. Tym razem obchodów dnia, na który czekają kobiety z wytęsknieniem jawnym bądź ukrytym. Niektóre już kilka dób przed wybuchem szału na lansowanie bukietów i czekoladek zamieszczają ich zdjęcia na portalu z lajkami. W sieci mnożą się artykuły proponujące rozmaite sposoby i formy spędzania wolnego czasu 8 marca, czytane przeze mnie lawinowo. Dowiaduję się z nich m.in. do czego nosić klasyczną białą bluzkę. Must have w szafie każdej baby. Mam szafę? Tak. Białą bluzkę? A jakże. Nawet w dobrej kondycji. Nic dziwnego, skoro była zakładana jedynie na egzaminy, w tym dojrzałości oraz poprawkowe. Zatem liczy sobie… Niejedną dekadę. Nie cierpię klasyki w takim wydaniu i najchętniej pozbyłabym się jej, lecz została wykonana z… i dlatego sporo wówczas kosztowała. Nie potrafię się z nią rozstać, choć prezentuje się na mnie i na innych dość żałośnie. Kiedyś potnę ją nożyczkami i dopiero wtedy wyrzucę. Nie nadam jej drugiego życia. Nie odstąpię potrzebującym. Marzę o sytuacji, w której klasycznym strojem na egzamin będzie koszula flanelowa typu unisex i martensy, których kupiłabym kilka(naście) par na zapas. To by zależało od tego, jak często kwalifikowałbym się do poprawkowych. Styliści obu płci radzą, by nie przesadzać z liczbą ubrań, lecz zwracać uwagę na ich jakość oraz etyczną produkcję. Oczywiście ciuchy powinny być wykonane z organicznych materiałów.

Jako że lokale gastronomiczne wciąż działają w trybie na wynos lub z dowozem, oferują przygotowanie romantycznej obiadokolacji przy świecach zapewniając wszystkie detale, począwszy od wyłącznie wyśmienitych dań wraz z deserem i apertifem poprzez obrus, a skończywszy na środkach rozjaśniających półmrok i tworzących nastrój. Zorganizujemy Wam romantyczny wieczór. Ty wybierasz menu i dodatki, my zajmiemy się resztą. Ok, może być pizza z ananasem. Świece mam. Lampkę też. Jestem w gronie osób jadających włoski specjał z zapuszkowanym owocem w kształcie koła z dziurką po środku oraz pijących kawę wyłącznie z mlekiem.

Propozycje prezentów z okazji Dnia Kobiet: kurs makijażu (wirtualny oczywiście). Wyobrażam sobie romantyczną scenę. Ona i on siedzą w półmroku (mogło zabraknąć zapalniczki do świec na przykład) przy daniach serwowanych w naczyniach jednorazowego użytku. Ona ubrana w klasyczną białą bluzkę wielokrotnego użytku, on w mniej klasyczną. Po wzniesionym toaście on wyjmuje potwierdzenie przelewu za wykupiony abonament na kurs makijażu. Jest moc! Albo ona drżącą dłonią rozpakowuje prezent przewiązany atłasową czerwoną wstążką, a tam… Bielizna, o Której Zawsze Marzyła, tylko rozmiar nie ten. Za mała. Ona myśli. Na pewno kogoś ma i ten prezent był dla niej. A to łajdak. Za duża. Ona myśli. Nawet nie zna mojego rozmiaru! Czyżbym aż tak przytyła?! A to łajdak.

Cieszmy się i nie myślmy za dużo… Świętujmy i pozwólmy świętować innym. Dajmy sobie prawo do popełniania błędów, ale jedynie wtedy, gdy czegoś się na nich nauczymy.

Notatki. Luty i co dalej.

Arktyczne mrozy, a po nich odwilż. To naturalna kolej rzeczy. Jeszcze kilka tygodni temu zamarzło moje myślenie o noworocznych postanowieniach, snutych wśród bąbelków musującej cieczy zwanej potocznie szampanem. Dziś już część postanowień odparowała. Dosłownie. Jak tu planować podróże i domowy budżet, jeśli ogólnoświatowa gospodarka nadal pozostaje w stanie delikatnie mówiąc stałym. Budzę się z zimowego snu, który trwa od blisko roku. Usiłuję przypomnieć sobie, czego mi jeszcze nie wolno, co zostaje odłożone na później, czego na pewno nie zrealizuję, a co może dojdzie do skutku, a może nie. Codzienność stawia coraz więcej wyzwań. Zakupy robione wśród przecenionych serduszkowo umotywowanych produktów, tulipanów z okazji Dnia Kobiet oraz czekoladowych zajączków i jajeczek. Niech żyją spece od marketingu, których kalendarz nie różni się niczym ogólnie przyjętego, i dzięki temu niezorientowani w światowych trendach mogą liznąć tego miodu. Zapasy. Coraz ich więcej. Na wypadek, gdybym nie mogła przez jakiś czas urzędowym nakazem wychodzić z dziupli.

Przedwiosenne porządki. Zachęcam do nich każdego. Jeśli chcesz, pomogę. Podpowiem. Doradzę, co zrobić z… Wzruszające są apele organizacji charytatywnych o nieoddawanie osobom z doświadczeniem bezdomności produktów zużytych, bezwartościowych, zabrudzonych wydzielinami. Ludzkimi i zwierzęcymi. Cóż, każdy może podarować jedynie to, co ma wewnątrz siebie. Niektórzy zbyt dosłownie zrozumieli tę zasadę, ale zapomnieli, że fortuna kołem się toczy.

Pieczołowicie układam czerwone szminki. Mam je tylko w tym kolorze, ale w różnych jego odcieniach. Moja twarz ma różne odcienie, którym nie mogę jeszcze nadać odpowiedniego wyrazu ze względu na przymus noszenia maseczek. Tak więc nakładam szminkę na usta, gdy pozostaję we własnym mieszkaniu, aby nie zapomnieć, do czego służy uwielbiany przeze mnie kosmetyk. Łazienka zmienia się w laboratorium. Tworzę w nim specyfiki do pielęgnacji ciała. Próbuję czytać. Opowiadania. I słuchać. Twojej historii. Nie denerwuj się, że jeszcze jej tutaj nie zamieściłam. Jestem głodna Twoich opowieści. Chcesz rozmawiać o wszystkim. Bez tematów tabu. Pytasz. Nie zawsze odpowiem. Moją ulubioną biblijną postacią jest Jan Chrzciciel. Mówię niewygodne rzeczy, więc pewnie skończę podobnie jak on. O głowę skrócą mnie ci, którzy rekrutują się z kręgu moich wielbicieli. Pytasz, czy przyjadę. Na razie nie przyjadę. Nie wolno. Nie można. Nie powinnam. Nie trzeba. Nie teraz. Nie wiem. Pisz. Coś wymyślimy.