One

Ja nie będę już długo żyć. A miałam wesołe życie. Proste, ale wesołe. Myśli Pani, że ona kiedyś będzie chodzić? Pewnie Pani myśli, że nie. A ja Pani powiem, że matka niepotrzebnie z nią jeździ po tych wszystkich lekarzach. Bo dzieci nie trzeba leczyć od chorób, tylko od strachu. Bo choroby, niemowa i paraliż biorą się głównie ze strachu. I trzeba szukać takiego sposobu, który by uleczył strach. A wtedy żadna choroba w człowieka nie wejdzie.

Biurka

Historia mojego życia jest nierozerwalnie związana z historią moich biurek. Gdy podarowano mi pierwsze z nich, ciężkie i solidne, nie posiadając się ze szczęścia poczułam się nad wyraz dorosła. Do tej pory pamiętam jego zapach oraz miłe zaskoczenie, które towarzyszyło mi podczas pierwszych oględzin. Nie sposób zliczyć, ile czasu przy nim spędziłam. Lekcje, próby malarskie, kreślenie, zabawy z wykorzystaniem nożyka do cięcia papieru i w związku z tym prawie zerowe ślady użytkowania mebla. Obecnie stoi w piwnicy przyczyniając się w pewien sposób do realizacji mojego urodzinowego życzenia.
Drugie sprawiłam sobie na studiach. Kwintesencja kiczu i tandety. Cóż, kiedyś mi się podobało, ale potem… Hmm… Nie będzie potem. Nie napisałam przy nim niczego sensownego, może z wyjątkiem pracy magisterskiej, choć o sensowność i zasadność w tym przypadku raczej ciężko. Obecnie stoi bezużyteczne.

Kolejne zostało zaprojektowane według moich wskazówek. Wzięłam pod uwagę także zdanie wykonawcy. Czekam na realizację. Chyba się niecierpliwię.
Jeżeli nie masz pomysłu na siebie i na własne życie, spraw sobie nowe biurko. I napisz, co zamierzasz.

Mikołajki

– Podlejesz roślinki u mnie w mieszkaniu?

– Tak, zajmę się nimi.

– Ale najpierw powiem Ci, które i jak, abyś wiedziała.

– Jasne.

– W jadalni skrzydłokwiaty, fiołki do spodeczka… Storczyków nie ruszaj.

– Dobrze. Wreszcie urządziłaś jadalnię. Super.

– Nie urządziłam. Wyznaczyłam kąt, w którym będziemy spożywać.

– W kuchni dracenę. Niedużo.

– W gabinecie, w którym niczego jeszcze nie ma oprócz roślinek na parapecie, anturium oraz wszystkie w zielonych doniczkach. Zapamiętasz? Gabinet to mały pokój. Nie ma tam nawet biurka. Nie pomyl z salonem, w którym nota bene równiez niczego nie ma.

– Postaram się zapamiętać, ale zaczekaj. Zanotuję. Nie masz biurka?

– Nie mam i nie wiem, kiedy będę mieć. Myślę o przewiezieniu starego, choć nie wiem, gdzie ono jest. Ale pomieszczenie nazwałam gabinetem, choć są tam głównie kartony z materiałami do pracy, mapy, jakieś resztki filcu, albumy ze zdjęciami.

– Też nie mam biurka. Ani służbowego, ani prywatnego.

– To jak piszesz i pracujesz? Przy czym?

– Na podłodze ustawiłam lapek, podłączyłam drukarkę. Maskotki do ćwiczeń są tuż obok. Przybory na zajęcia manualne również.

– Coś w naszym życiu poszło nie tak.

One

– Piszę pewną historię, wie Pani.
– Dobrze. Pisz.
– Teraz piszę rozmowę między dwiema osobami, kobietą i mężczyzną.
– O czym będzie ta rozmowa?
– Powiem Pani, gdy napiszę.
– Dobrze.
– Proszę Pani, jaka rzeka płynie przez Londyn?
– Tamiza.
– Aha. Dzięki.
Zaglądam przez ramię. Rzecz dzieje się w Londynie podczas romantycznego, jak mniemam, spaceru. Usiłuję zrozumieć przekaz. NN nie ustaje w pisaniu dialogu.
M: Mogę potrzymać Cię za rękę?
K: Możesz. W końcu jesteśmy na randce.
M: A mogę Cię pocałować w usta.
K: Nie możesz. Jeszcze nie jestem Twoją ukochaną.
Jakie to oczywiste.

Małe co nieco

Czytasz wymóżdżyny, które kiedyś wypłynęły z Twojej głowy i zastanawiasz się, jak to możliwe, że wyszły od Ciebie. Grunt, że nie ujrzały światła dziennego.
Dochodzisz do wniosku, że zamiast eksperymentować ze stukaniem w klawiaturę powinnaś przyrządzić coś do jedzenia. Uczysz się zatem przygotowywać udawaną frużelinę, którą konsumujesz bez względu na porę dnia. Chrzanisz narzuconą dietetyczną dyscyplinę i wcinasz to, na co masz ochotę. Żaden dzień bez kreski, jak w starożytności mawiano.

Kobieta, Która Nie Piecze Pierniczków

Są kobiety, które przed świętami Bożego Narodzenia nie sprzątają domów na tip-top, ale zamiast tego porządkują swoje relacje. Nie gotują kosmicznych ilości nikomu niepotrzebnego jedzenia, które finalnie ląduje wśród śmieci, ale dzielą się swoim czasem z tymi, którzy go najbardziej potrzebują. Są kobiety, które nie pieką pierniczków, bo zamiast nich wolą rozdawać uśmiechy wszędzie tam, gdzie się pojawią. Są kobiety, które nie ubierają mieszkań w mnóstwo tandetnych ozdób, ponieważ same stanowią ozdobę domu. Są i takie, które rezygnują ze słuchania jazgotliwych dźwięków, ponieważ dla nich najpiękniejszą muzyką jest cisza. W przedświątecznym czasie życzę im Nie-Zwariowania od nadmiaru bodźców, które po sobie nie pozostawiają niczego oprócz pustki.

Wspomnienie

Brak dostawy prądu przez kilka minut sprawia, że sąsiedzi uśmiechną się do siebie (niektórych można ujrzeć po raz pierwszy od kilku lat), wymienią grzecznościowe powitania oraz wspomogą podgrzewaczami. Poza tym błyskawicznie znajdują się latarki. Moja, jeszcze z czasów studenckich, wciąż jest w dobrym stanie, jak się okazało. Wchodzi w skład podręcznego zestawu harcerza, obok zapałek, podgrzewaczy i miesięcznika dla kobiet. No dobrze, i załadowanego telefonu z numerem m.in. do B., przygotowanej do tego, by mnie wysłuchać i wesprzeć (dziękuję, za Twoją wiarę w to, że oprócz Ciebie ktoś jeszcze czyta grafomańskie poczynania sygnowane tutaj moimi inicjałami). Romantycznie jest, nie ma co. Obiecałam sobie, że kąpiel i nocne życie zorganizuję przy świetle podgrzewaczy. Już dawno nie ogarnęło mnie podobne szaleństwo. Może kiedyś, w czasach PRL-u, gdy któregoś melancholijnego wieczoru nastąpiła przerwa w dostawie energii elektrycznej. Wówczas nie miałam niczego innego do zaświecenia oprócz mocno kopcącego się znicza. Zapaliłam go więc, ustawiłam na parapecie w kuchennym oknie i tak przygotowana na armagedon czekałam na powrót mamy.

One

Nie, tak dzwonię bez okazji. Jestem ciekawa, w jakim g*wnie się teraz taplasz. Mam nadzieję, że wyjdziesz z tego obronną ręką jak zwykle. Wspominam nasze tanie poniedziałki w Kinie Pod Baranami oraz to, jak ocaliłaś moją twarz przed butelką lecącą wprost na mnie. W wolnych chwilach objadam się bez pamięci. Zgadłaś, mam agresora. Nie, tak ogólnie na życie. Dajesz radę, oczywiście, że tak. To nic nowego. I tak będą psioczyć. Mózg mi wkrótce eksploduje. Napiszę, obiecałam sobie, że napiszę. Chętnie przeczytam Twoje fragmenty. Podeślesz?

Inaczej

Koła pociągu stukały miarowo. Odkąd sięgam pamięcią, ten dźwięk uspokajał mnie niczym kołysanka. Być może było tak dlatego, że wychowałam się nieopodal stacji, i gdy byłam dzieckiem, często po szkole chodziłam na dworzec, siadałam na ławce, na peronie i liczyłam wagony. Rozkład jazdy znałam niemalże na pamięć. Obiecywałam sobie, że gdy dorosnę, zostanę maszynistką albo konduktorką, by móc podróżować za darmo i bez końca słuchać stukotu kół. Pamiętam, że podczas ciepłych pór roku nie pozwalałam mamie zamykać okien w pokoju, abym mogła słyszeć przejeżdżające pociągi. Hałas powodowany przez gwizdy oraz turkot ciężkich maszyn zupełnie mi nie przeszkadzał.

Obecnie rzadko mam okazję go słyszeć. Mieszkam w sterylnej kawalerce z dźwiękoszczelnymi oknami, u przyjaciół, którzy wyemigrowali za chlebem ładnych parę lat temu i wbrew własnym słowom coraz wyraźniej odwlekają decyzję o powrocie. Mój dość nieuporządkowany świat zawodowy oraz brak płynności finansowej powodują, że przyjemności w postaci podróży i eksplorowanie nieodkrytych przestrzeni pozostaną w sferze nieprędko zrealizowanych marzeń.

Czasami zdarzają się momenty podróżniczego szaleństwa, przez co rozumiem kilkudniowe wypady, podczas których lowcostowo odpoczywam. Tak stało się i tamtym razem. Postanowiłam wracać nocnym pociągiem, co według mocno stąpających po ziemi było związane z ryzykiem utraty zdrowia bądź życia, ewentualnie z trwałym kalectwem. Gdyby te same osoby wiedziały, że w dodatku jestem sama w przedziale, z pewnością zarezerwowałyby  dla mnie nagrobek.

Marcowe słońce już zaszło. Spoglądałam w dal, przez okno uśmiechając się do wspomnień. Pociąg zatrzymał się na małej, smutnej stacji. Wysiadło niewielu pasażerów. „Jeszcze kilka godzin i będę leżeć pod ulubionym kocem, we własnym łóżku” myślałam dodając sobie otuchy. Zaświeciłam lampki jarzeniowe i wyciągnęłam sudoku. Przez kilka minut nawet udało mi się skupić na prawidłowym wpisywaniu cyfr do odpowiednich kratek. Nagle drzwi przedziału rozsunęły się, usłyszałam krótkie i szorstkie „Dzień dobry”.

̶  Dzień dobry – odpowiedziałam i zajęłam się sudoku kątem oka przyglądając się współpasażerowi, który usiłował zorganizować sobie przedziałową przestrzeń. Po rozmiarach jego bagaży można było przypuszczać, że wybiera się raczej w dłuższą trasę. Byliśmy jedynymi pasażerami w przedziale, zatem było dość sporo miejsca dla naszych rzeczy i dla nas.

– Może Pan postawić tę walizkę po mojej stronie, pomieścimy się – zachęciłam – w końcu nie jesteśmy przesadnie pokaźnych rozmiarów.

Mój potencjalny rozmówca najwyraźniej nie miał ochoty na pogawędkę, bo gdy tylko udało mu się uporać z bagażami oraz częścią gadżetów, od razu rzucił się do monitora tabletu i gorączkowo poszukiwał potrzebnych informacji. Trwało to do momentu, gdy masywne drzwi przedziału rozsunęły się z hukiem i pojawił się w nich zwalisty konduktor, który tubalnym głosem powiedział:

– Dobry wieczór. Proszę bilety do kontroli.

Pospiesznie okazaliśmy niezbędne dokumenty.

– Państwo razem? – zapytał.

Spojrzeliśmy ze współpasażerem po sobie. Milczeliśmy dłuższą chwilę, chyba nie do końca rozumiejąc sens i kontekst konduktorskiej wypowiedzi.

– W podróży razem – ryknął konduktor wyraźnie zadowolony ze swojej błyskotliwej riposty – przyjemnej podróży.

– Dziękujemy – tym razem natychmiast jednogłośnie odpowiedzieliśmy.

– Proszę zgasić światło – powiedziałam do konduktora, po czym podsunęłam kolana pod brodę i otworzyłam butelkę wody mineralnej.

– Rzadko zdarza się, by ten skład był niemalże pusty – usłyszałam – zazwyczaj o tej porze jeździ nim mnóstwo studentów, słoików oraz rozmaitej maści naciągaczy – informował mnie współpasażer nawet przez moment nie podnosząc oczu z nad tabletu – Pani często tak podróżuje… sama?

– Często nie, jedynie wtedy, gdy mam taką potrzebę – odpowiedziałam ostrożnie – Pan chyba dobrze zna tę trasę i pociąg? – bardziej stwierdziłam niż zapytałam.

Mój współpasażer oderwał się od kompulsywnego pisania i wysyłania wiadomości. Zajął się pałaszowaniem niemałej w moim odczuciu kanapki.

– Kiedyś sporo się tędy jeździło, teraz jakby rzadziej. Czasy się zmieniły. Trzeba pracować tu i tam – usłyszałam z wyraźną nostalgią w jego głosie. Postanowiłam pociągnąć za konwersacyjne sznurki.

– Wraca Pan z urlopu?

– W pewnym sensie.

– To znaczy… Aha… Ma Pan przerwę w życiorysie? – zapytałam trochę nieśmiało licząc na to, że nie speszę rozmówcy.

– Można to tak nazwać. Mam przesiadkę w Katowicach, tam jestem umówiony z kolegami, i na Grecję prujemy, domki malować.

– Piękne zajęcie w pięknym kraju.

– Może i tak jest. Zresztą malowałem i remontowałem domy i nad Morzem Czarnym, i Północnym, teraz pora na Śródziemne.

– Pewnie. Warto odwiedzić wiele miejsc, zanim zrzuci się plecak i powie „To tutaj”. I można wtedy rozpocząć budowę swojego domu. Lubi Pan w taki sposób podróżować?

– Jeśli trzeba, to i podróżuje się. Gdy się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma.

– Skoro tak… Ale chyba odpowiada Panu taki tryb życia, jeśli nadal jest Pan w drodze i przesadnie nie narzeka.

– Kiedyś mieszkałem i studiowałem w Krakowie. Wynajmowaliśmy z kolegami mieszkanie w podłej dzielnicy. Ubikacja była na korytarzu. Dzieliliśmy ją z sąsiadami, starym małżeństwem, któremu oprócz włosów i zębów niewiele wyszło.

– Studiował Pan?

– Tak, zacząłem historię sztuki, ale po jakimś czasie uśmiechnęła się do mnie wizja dorobku na Zachodzie i od tamtej pory jeździmy z kolegami po Europie, by starym ruderom nadawać drugie życie.

– Hm. Ciekawa perspektywa.

– Chyba się trzeba będzie trochę zdrzemnąć. W osobówce już nie będzie tak wygodnie jak tutaj.

– Pewnie tak – przytaknęłam i zaczęłam układać się na siedzeniach. „Cholera, co z tym ogrzewaniem, znowu nie działa”, pomyślałam, a potem sięgnęłam do sporych rozmiarów plecaka po ręcznik, który doraźnie miał pełnić rolę koca. Tymczasem mój sąsiad narzucił sobie kurtkę na twarz i zasnął. „Mam nadzieję, że nie będzie zbyt głośno chrapać”, przeszło mi przez głowę, po czym zapadłam w letarg.

Ocknęłam się po jakimś czasie. Był środek nocy. Spojrzałam na zegarek. Za kilkanaście minut zgodnie z rozkładem powinniśmy być na Dworcu Głównym. Nieprzytomna ze zmęczenia zaczęłam po omacku pakować swoje drobiazgi. Założyłam buty. Współpasażer najwyraźniej zbudzony moją mało dyskretną krzątaniną też zbierał się do chowania swoich gadżetów.

Pociąg wjechał do miasta. Ostre, jasne światło lamp biło po moich przemęczonych oczach sprawiając im dodatkowy ból. Chyba nie ma bardziej skutecznego środka na dobudzenie w środku nocy niż blask jarzeniówek.

– Już jesteśmy w mieście – usłyszałam – właśnie mijamy kamienicę, w której kiedyś mieszkałem.

– I jak? Podobało się Panu?

– Bardzo. Może kiedyś jeszcze tam wrócę.

– Chciałby Pan wrócić?

– Pewnie tak… No, ustawię te swoje kolosy przy drzwiach wyjściowych, bo potem wygodniej będzie je wynieść. Przytrzyma mi Pani?

– Tak, oczywiście.

Jedną ręką chwyciłam za walizkę, a drugą trzymałam drzwi przedziału. Tymczasem sąsiad zgrabnie wyniósł pozostałe bagaże, a potem niedbale narzuciwszy kurtkę pożegnał się rzucając na odchodnym nieśmiertelne „Powodzenia” i opuścił przedział.

 

 

Fragmenty

– Cieszę się, że się spotkaliśmy. Pomyśl o mnie czasami.

– Poczułem się dziwnie, gdy to powiedziałaś. Jesteś dla mnie ważna.

– A jeśli ktoś jest dla kogoś ważny, to co wtedy?

– Wtedy nie kończy się znajomości słowem „Powodzenia”, bo ona trwa.

– „Powodzenia” oznacza „Żegnaj”?

– Tak…

– Zostań…