Frytki z batatów

-Pani jest taka pełna życia i ma piękną cerę. Jaki jest sekret utrzymania jej w tak dobrej kondycji? Jeśli to nie tajemnica oczywiście.

-Częstuję ludzi uśmiechem. Oprócz frytek, ale nimi zarabiam na życie. Podać Pani sól?

-Nie, dziękuję. Od razu Panią zauważyłam. Ma Pani fantastyczne podejście do dzieciaków. Ale na tym chyba nie da rady zarobić tym bardziej, że cena porcji dla nich jest inna niż ta oficjalnie podana.

Ruch przy budce wzmaga się, więc rozmowa jest przerywana. Ale mimo to właścicielka nie przestaje się uśmiechać do klientów dla każdego mając ciepłe słowo.

-Jest Pani bardzo spostrzegawczą osobą w takim razie. Kiedyś pracowałam w szkole. Napatrzyłam się na to, jak dzieciaki boksują się z życiem.

-I co sprawiło, że po części zmieniła Pani profesję?

-Sporo przeszłam. Nie godziłam się na zmiany. W międzyczasie przebrnęłam przez ciężki rozwód. Zostałam z niczym. Bez mieszkania. Nie miałam się gdzie podziać. Wtedy poznałam B. Gdzieś tu się kręci. Robi obchód okolicy. Jutro wyruszamy bardziej na północ.

-Też na kiermasz tego typu?

-Tak, połączony z nadaniem imienia jakiemuś ośrodkowi.

-Taki kawał świata Państwo zjeżdżą. Można przy okazji poznawać ciekawych ludzi.

-Głównie bezdomnych. Takich jak my. Nie wiem, na ile jest Pani zorientowana w temacie tzw. wykluczonych.

-Coś tam wiem, ale to nieuporządkowana wiedza i raczej nienabyta na drodze osobistej praktyki.

-W Polsce żyje cała masa ludzi, którzy nie mają się gdzie podziać. Wędrują z dobytkiem na plecach lub w rękach. Widzę w nich siebie sprzed lat.

-Duży ruch u Pani.

-Nie zawsze tak było. Konkurencja nie śpi. Podatki nas zjadają.

-Frytki smakują wybornie. Pomysł oryginalny. Posiłki spod znaku eko na kółkach.

-Cieszę się, że Pani tak mówi. Od wczoraj widzę, jak Pani krąży po polu, ale stołuje się chyba głównie u nas. Mam rację?

-Tak i dlatego mam odwagę zapytać o czas sprzed ciężarówki.

-Chciałam być zawodowym kierowcą, dlatego złożyłam podanie do technikum w czasach, gdy dziewczyn raczej nie przyjmowano do tego typu szkół. Wraz z dwiema koleżankami byłyśmy pionierkami.

-Świetnie. Warto przełamywać schematy. Iść pod prąd. Pokazać, że można.

-Byłam… Jestem autsajderem. Pani też nim jest. Widzę to w Pani oczach. Taka wilczyca stepowa.

-Coś tłoczno na tym stepie się robi.

Oni. Walka

-Uwierz mi. Nie mam z tym niczego wspólnego. Odkąd on się pojawił, stale mam kłopoty. Kto był odpowiedzialny za dokumenty, które wyparowały? Przygotowałem je zgodnie z Twoim poleceniem. Mam za dużo na głowie. Łatwo się zgubić. Dolać Ci wina? Moim zdaniem mogliby się postarać o lepsze. Tak w ogóle skąd on się wziął? To jego projekt. Obliczenia też powinny być jego. Obieg dokumentów i komunikacja. Łańcuch gdzieś się przerwał. Siedziałem nad pierwszym etapem. Nie mogłem się wyrobić. Wiem, że jest nowy i trzeba go sprawdzić. Ale ja pracuję w firmie od lat i dotychczas nie miałem kłopotów z zamknięciem terminów. Jasne, że możecie mieć zastrzeżenia do projektu. Dlaczego wstrzymano pierwszą transzę za jego realizację? Tego nie wiem. Tylko dlaczego ja za to obrywam? Kelnerka nie podchodzi do stolika. Może trzeba ją zawołać? Płatność przy kontuarze. Świetnie. Nie ma to jak budowanie marki. Dlatego Cię tutaj zaciągnąłem. Spokojnie możemy pogadać.

Kawiarnia o kameralnym charakterze. Menu proste. Krótka lista. Krótkie składy smakołyków. Dalszej części wywodów nie słyszę. Klienci z sąsiedniego stolika wyraźnie nie pasują do wnętrza lokalu. Są zbyt dobrze ubrani i posługują się gadżetami z wyższej półki cenowej. Dopijają wino, płacą i wychodzą.

Przedpołudnie wita świat pochmurnym niebem. Auta pędzą do miejsca przeznaczenia. Czekam na zmianę świateł. Obok mnie stoi uzależniony mężczyzna w wieku nieokreślonym z owrzodzonymi łydkami. Rany mogą wskazywać na problemy z układem krążenia. Na plecy niedbale zarzucony plecak. W dłoni opakowanie po energetyku i pusta małpka.

-Mamo, dam sobie radę. Przestań. On jest rozsądny. Ja jestem rozsądny. Chłopak ma 7 lat. Da sobie radę. Ona nie będzie nam mówić, co mamy robić. Mamo, nie płacz. Nie płacz, słyszysz?! Nie krzycz. Nikomu go nie oddam. On jest mój. Jaki sąd?! Jakie badania?! Nigdzie go nie wywiezie. Co ona Ci nagadała? Nigdzie go nie oddam. Zabiję się, ale go nie oddam. Chłopak 7 lat. On rozumie. Tak tylko mówię, że się zabiję. Jej też nie zabiję. Wykradnę dziecko. Nikt nam go nie odbierze. Zobaczysz. Nie płacz. O, matko! Auto! Nie, nie wpadłem pod auto. Jestem pieszym na pasach. Mamo, Ty z nią nie rozmawiaj. W ogóle. Chłopak jest mój.

One. Ulewa

-Trzeci dzień leje.

-Przecież to lubisz.

-Nie wiem, za co się zabrać. Akwarele. Pastele. Może medytacja. Tyle do zrobienia.

-Mogłabyś się ogarnąć. Siedzisz w szlafroku, a jest popołudnie.

-I tak nie wychodzimy.

-Dla samej siebie ogarnij się. Zrób coś. Włosy ułóż. Umyj się.

-Ty ciągle swoje. Siedzisz tylko przed kompem i trzaskasz w klawiaturę udając, że coś robisz. Mogłabyś chociaż powiedzieć mi, w jakim kierunku idę. Ocenić akwarele. Coś doradzić.

-Nie znam się na tym, a jeśli malowanie sprawia Ci przyjemność…

-Chciałam nimi trochę dorobić. Rozwijać się.

-Od lat niczego nie sprzedałaś. Daruj sobie zarobek.

-Oni uznali, że nie muszę zarabiać w ten sposób. Malować i sprzedawać.

-A w jaki?

-Mogę prowadzić zajęcia z medytacji albo arteterapii.

-Dlaczego zatem ich nie prowadziłaś i nie prowadzisz?

-Nie było chętnych.

-Bzdura.

-Nie mam ukończonych specjalnych kursów.

-Wciskali Ci ciemnotę, aby wozić się na Twoich plecach.

-Kto?

-Ci, którym opłacałaś rachunki. Z którymi dzieliłaś łóżko i lodówkę. Byli zachwyceni Twoimi pracami, ale to nie przedkładało się na zarobki. Zauważ, tylko ci, którzy z Ciebie korzystali, byli zadowoleni z tego, co robisz. Gdzie oni teraz są?

-Ludziom plany się zmieniają. Czasami z dnia na dzień.

-Ulotnili się, gdy zaczęłaś brać coraz silniejsze dropsy i wyskoczyłaś ze wszystkiej kasy. Syfiaste lumpy bez grosza przy duszy. Artyści ze spalonych teatrów. Nikt oprócz nich nie zachwycał się Twoimi arcydziełami, ale tego nie zauważyłaś. Obgotowali Ci mózg, ale tego również nie dostrzegasz.

-Lepiej kończ swój doktorat.

-Zrezygnowałam.

-O, proszę.

-Nie będę pisać pod dyktando profesury i publikować zakłamanych wyników badań.

-Tak im powiedziałaś?

-Niezupełnie. Inaczej ubrałam to w słowa. Zresztą doktorat nie jest mi do niczego potrzebny. Większą satysfakcję daje mi praca z grupami i wolontariat. Może rozważysz tę opcję?

-Nie czuję się na siłach.

-Tobie jest potrzebna pomoc. Lecisz w dół, mała.

Oni. Zamek

Od lat zmagam się z bezsennością. Lubię wtedy nasłuchiwać nocnej ciszy i uderzeń kropli ulewnego deszczu, jeżeli ten akurat pada. Aby zebrać myśli i wtłoczyć je w coś, co będzie przypominać dłuższą całość, wychodzę nad staw. Gospodyni nie zamyka na noc bramy. Drzwi na klucz również. Nie ma zainstalowanego alarmu, a ściany jej domostwa nie są ozdobione przez logo firmy ochroniarskiej. Podobno zamek w drzwiach nieustannie się psuje, a jego otwarcie wymaga niemałego sprytu. Tamtej nocy staw był spokojny. Łódki kołysały się jak zwykle lekko skrzypiąc. Lubię do nich wsiadać i bujać się delikatnie.

-Czy Pani mówi po polsku?

-Tak.

-Jest Pani jakoś związana z tym ogrodem? Przepraszam, że tak pytam. Widziałam, w jaki sposób Pani dotyka roślin i przygląda się im i spaceruje Pani po ogrodzie, jakby go dobrze znała. Prowadzi Pani badania?

-Przyjechałam tu na krótki urlop.

-Podobnie jak ja.

-Chyba obie lubimy wymknąć się przed świtem, aby tu pobyć sam na sam. Wspaniały widok na staw. Robi Pani zdjęcia?

-Nie, wyszłam bo nie mogłam zasnąć. Gorąco, a on chrapie coraz głośniej. Pewnie Panią przez ściany też obudził.

-Łódka lekko zaskrzypiała. Uwielbiam łódki.

-Spanie w osobnych pokojach też nie pomaga. Żyjemy osobno. Od lat. Tylko kredyt nas wiąże.

-Widziałam, jak zmagała się Pani z zamkiem w drzwiach, podczas gdy mąż robił wykład na temat różnych technik zastosowanych w jego budowie.

-Nie jest moim mężem. Nie mamy ślubu.

-Łatwiej rozprawić się z zagadkowym zamkiem niż z własnymi demonami, co?

-Z zamkiem sobie poradzimy. Jakoś. Ale spakowanie walizek to już coś.

-Ma Pani dokąd pójść?

-Nie.

-A Pani konkubent?

-Jemu tak dobrze. Zresztą nie poradziłby sobie beze mnie.

-Słońce wstaje. Bociany już są. I czapla.

Miejscówka

-Bus dalej nie jedzie. Wysiada Pani?

-Tak.

-Potem pieszo trzeba. Droga prowadzi w las.

-Bez obaw. Dam radę.

Docieram na miejsce. Gospodyni przekazuje klucze i niezbędne informacje.

-Spacerować tu Pani może wszędzie. Lasy. Woda. Zwierząt niech się Pani nie obawia. Większość uciekła gdzieś w głąb lasu. Zaszyły się. Boją się hałasu i ludzi. Wyczuwają ich z daleka. Mamy swoje jajka i kurki. Ser. Mleko. Można samemu przyrządzić. Będzie Pani korzystać ze śniadań?

-Nie, dziękuję. Poradzę sobie.

-Gdyby te drzwi nie chciały się otworzyć, niech Pani poprosi któregoś z pracowników. Ale raczej nie będą. Ostatnio mówiłam chłopu, aby jeszcze raz zamontował zamek. To tyle na początek. gdyby Pani miała pytania, proszę dzwonić albo zejść do ogrodu. Tam zazwyczaj ktoś jest. Otworzyłam okno, żeby ładnie słońcem zapachniało. Chyba to Pani nie przeszkadza.

-Nie, skąd. Uwielbiam zapach słońca.

-Widok na ogród. Może Pani korzystać z jego urody.

-Dziękuję. Nie omieszkam.

-Mało turystów, ale dzięki temu można bardziej odpocząć. Jeszcze coś Pani pokażę. Gdy Pani wyjdzie za ogrodzenie, niech Pani nie chodzi tamtą drogą. Widzi Pani, o, tamtą.

-Rozumiem, ale z tego, co pamiętam, jeszcze kilka lat temu…

-Deweloper wykupił działkę, apartamenty i kawałek drogi. Dojazd będzie tylko dla mieszkańców i gości apartamentowca. Jeśli ktoś zobaczy, że Pani tamtędy przechodzi, może się czepiać.

-Zauważyłam, że budowa stoi i nic nie wskazuje na to, by w najbliższym czasie coś się zmieniło…

-Nie mogą się dogadać z inwestorem. Drogę wykupili i nie pozwalają nią chodzić. Sąsiedzi donoszą. Robią zdjęcia moim gościom. Ludzie się denerwują, gdy nagle zajeżdża im ktoś drogę i zwraca uwagę.

-Zmiany idą.

-Miejsce straci urodę. Do mnie ludzie przyjeżdżają bez dzieci i zwierząt. Chcą odpocząć. Nie ma grilla. Dmuchańców. Wynajmuję tylko trzy pokoje. Od lat nie ruszam się stąd. Nie wyjeżdżam na wakacje. Moje miejsce jest tutaj. Nie mogę zostawić interesu ani klientów. Szkoda mi Was. Gdzie byście się podziali?

Gospodyni wychodzi, a ja rozglądam się dookoła. Dostrzegam troje ludzi na tarasie przy stoliku. Młody mężczyzna i jego rodzice. Podobieństwo członków rodziny do siebie jest uderzające. Siedzą w ciszy. Matka próbuje zagaić rozmowę. Niby wszystko w porządku, ale spojrzenie młodego, sposób jego mówienia, mimika. Znam je. Wskazują na… Nie pomogą drogie, markowe ubrania. Przypominam sobie jedno z ogłoszeń napisanych w rozpaczliwym tonie przez zdesperowaną matkę poszukującą pomocy. Ta przynajmniej miała odwagę przyznać, że syn jej się nie udał.

Dzień Matki

Kwiaty. Bukiety. Czekoladki. Mnóstwo kwiatów. Mnóstwo czekolad. I znicze. Mnóstwo. Cmentarze i groby toną w zniczach i świeżych kwiatach. Alkohol. Podzwaniają butelki w sklepowych koszach. Coraz więcej par oczu zdradza wspomaganie organizmu przez pochodne etanolu.

-Idę na cmentarz, bo matkę szanuję – zdradza jegomość objuczony jednorazówkami, w których połyskują butelki, wkłady do zniczy i tanie konserwy mięsne – I jeszcze ten bukiecik – dodaje.

-Proszę sobie wyjąć. Do zapłaty będzie…

-Tak drogo?! Bukietu nie wezmę. Chyba że tańszy macie. Ten jest najtańszy?! Nie biorę. Jeszcze trochę i na nic nie wystarczy.

Ze sklepowych półek znikają alkohole niczym po dotknięciu czarodziejskiej różdżki. Różne ceny. Róże potrzeby. Różne na nie odpowiedzi.

Na portalach społecznościowych mnożą się publikacje zawierające zdjęcia otrzymanych laurek, prezentów, bukietów i innych akcentów dowodzących pamięci. Spójrzcie, jakie piękne dzieci urodziłam. Jakie pomysłowe i jakie zaradne.

Awantura w ośrodku jeździeckim. Toczek wart więcej niż pensja pracownika stajni ląduje na betonowej posadzce. Słychać krzyki nastolatki, która gwałtownie gestykuluje próbując rodzicom wyperswadować ich pomysł.

-Nie unoś się. Ja z Tobą rozmawiam – krzyczy matka – opłaciliśmy Ci lekcje.

-Dam sobie radę. W d… mam Wasze pieniądze. Jesteście obciachowi i nudni – oponuje małolata nie przestając rozrzucać wokół siebie jeździeckich gadżetów.

-Nie słuchasz instruktora, dlatego nie ma postępów – matka nie daje za wygraną. Ojciec w tym czasie stoi z boku i spogląda w dal.

-Czego ode mnie chcesz?! Te głupie konie mnie nie słuchają – wrzeszczy latorośl, a jej obłożone końskim nawozem obuwie lecą w stronę zaparkowanych aut. Ojciec nadal stoi sztywny jak kamień. Ostoja rodziny. Skała. Młodsza siostra nieletniej awanturniczki ma łzy w oczach i cerę bladą niczym beza.

-Idźcie już. Sama wrócę – głos i zachowanie nastolatki stają się coraz bardziej agresywne – nie idę z Wami do żadnej knajpy. Utuczycie mnie jak świnię. Nie będę miała dzieci. Nie jestem jak ona. Tępa i żałosna. Rozumiem, rozumiem, powtarzasz w kółko. Latasz po psychologach. Leki chcesz mi aplikować, a chyba Ty ich potrzebujesz. Ciągnij ją dalej na sznurku do gabinetów jak świnię na rzeź. I sami z ojcem tam idźcie. Udajecie tylko.

Notatki. Przerwa

Nie dotrę do domu, zanim szkolenie się rozpocznie. Wiem to co najmniej od kwadransa. Nie wzięłam słuchawek, a nie mam ochoty częstować współpasażerów pewną dawką informacji n.t. uważnego przeżywania tu i teraz, choć może niektórym by się to przydało. Po co mi taka duża torba, skoro i tak nie noszę w niej tego, co akurat jest niezbędne? Dalej nie pojedziemy, wybrzmiewa komunikat, a tuż za nim słychać automatycznie otwierane drzwi. Z autobusu wylewa się masa ludzi zmierzających w różnych kierunkach. Przynajmniej mam blisko do centrum. Stąd łatwiej coś złapać. Z założenia. Czołgam się do najbliżej ławki. Poszukuję telefonu. Są i słuchawki. Przypominam sobie, że mam ich dwie pary. Obie podręczne. Jedna została w domciu. Na wypadek, gdyby. Nie skupię się na treściach przekazywanych przez prelegentkę biegnąc za kolejnym autobusem lub tramwajem. Jest knajpeczka. Wygląda na przytulną. Zajmuję miejsce przy stoliku. Nieopodal dostrzegam rodzinkę składającą się z dwojga dziadków, rodziców i dzieci, chłopca i dziewczynki w wieku szkolnym. Latorośle z czapkami na głowach mają oczy utkwione w ekrany tabletów, a nogi niedbale zarzucone na stół. Rodzice kierują w stronę dzieciaków nieliczne komentarze. Brak reakcji. Czasami wtrącają słowa z angielskim akcentem. Brak reakcji. Dziadkowie tylko się uśmiechają. Wyglądają na niebyt zamożnych emerytów zabranych na wspólny urlop w charakterze współinwestorów. Kelnerka od kilku minut usiłuje poznać szczegóły zamówienia. Dzieci nawet nie spoglądają w jej stronę. Nie dbam o to, że szkolenie się rozpoczęło. Zdążyłam się zalogować. Skoro jest o uważności, to właśnie ją praktykuję. Tymczasem przy sąsiednim stoliku seniorzy wyraźnie ożywają, gdy pracownik knajpki zwraca się bezpośrednio do nich. Kelnerka to jedyna osoba zainteresowana konwersacją z emerytami, którzy opowiadają jej, jak cudownie mieć dzieci i wnuki obok siebie po tak długim czasie rozłąki. Wreszcie mogą spotkać się i porozmawiać. Dzieci nawet zabrały ich na krótki urlop. Z Irlandii przyjechały. Dalszej części rodzinnego występu nie rezonuję. Skupiam się na treściach przekazywanych podczas szkolenia. Fragment o bólu głowy. Uważnie słuchaj, gdy ktoś mówi, dlaczego boli go głowa. Wracam pamięcią do niedawnej rozmowy.

-Proszę Pani, ja już wiem, dlaczego mnie boli głowa. Pani, która przychodzi do nas, a szczególnie do mojej mamy od jakiegoś czasu, stawia jej… I ona właśnie powiedziała, dlaczego mnie boli głowa.

-Dlaczego jej zdaniem?

-Moje ciało odbiera problemy i jeśli nie mogę ich wyrzucić, to mnie boli albo ciało, albo głowa. Przez nią uciekają problemy.

Może kiedyś zostanę szamanką? Nikt nie rozliczy mnie z akademickiej wiedzy, a pieniądze zawsze ludzie przyniosą.

Słucham wykładu z zainteresowaniem. Czas na dyskusję. Aktywnie w niej uczestniczę zastanawiając się jednocześnie, dlaczego mnie rzadko boli głowa.

Oni. Miasteczka

-Nie zmarzła Pani?

-Nie.

-W nocy nie było prądu przez jakiś czas. Ani ciepłej wody. Ogrzewanie nie działało.

-Nie odczułam.

-Nie było komu usunąć awarii. Dopiero nad ranem zabrali się za to.

-Brakuje rąk do pracy.

-Owszem. To miasteczko wymiera. Pewnie Pani zauważyła?

-Tak, przyjeżdżam tu od lat i jest coraz trudniej znaleźć choćby dobrą knajpkę. Ludzie udają przedsiębiorców myśląc, że potrafią prowadzić biznes gastronomiczny serwując głęboko mrożone frytki z piekarnika z mieszanką surówek z wiaderek. Dobrej kawy też nie uświadczysz.

-Może Pani jeść tutaj. Dwa razy w tygodniu przychodzi pomoc do sprzątania. Smacznie gotuje. Osobno dla nas dwojga, osobno dla żony. Mnie wystarczy na dwa dni. Dzisiaj też będzie. Chyba że Panią odstrasza łóżko żony i samochód z hospicjum.

-Nie odstrasza. Dziękuję za propozycję. Pewnie skorzystam.

-Póki żona żyje, ciągnę ten interes. Nie chcę, aby myślała, że pozbywam się go, bo ona już nie wyjdzie z choroby. Ale tylko pojedynczym osobom wynajmujemy. Pani na urlopie?

-Tak, wysyłają nas na siłę, bo przestój w zakładzie.

-Tutaj młodzi nie mają po co być. Wyjechali na zachód. Tu brak perspektyw. Kiedyś były imprezy, festiwale. Zjeżdżali turyści. Na camping, na koncerty. Było wesoło. Kolorowo. Całe noce śpiewaliśmy i graliśmy z młodymi. Rozkładali namioty u nas w ogrodzie. Latem i wiosną. Miasteczko żyło. Teraz się rozłożyło jak żona w chorobie. Gdy raz córka przyjechała i zobaczyła samochód z hospicjum na podjeździe, o mało mnie nie zabiła.

Patynowa Pani Domu. Ziemiórki

Twoje roślinki w nowych, ceramicznych osłonkach prezentują się majestatycznie, myślisz spoglądając na kolejne nabytki z niemałym trudem zdobyte na wymienniku. To wspomnienie sprzed kilku tygodni osładza Ci wietrzne, deszczowe dni (i noce). Skąd w środku zimy wzięły się w gospodarstwie małe, czarne irytujące stworzonka, zainteresowane Twoimi ścianami i sprzętami nie mówiąc o zielonych towarzyszach. Sięgasz do rozmaitych źródeł wiedzy i dzięki wirtualnym, a jakże, konsultacjom z ekspertami nadajesz nazwę skrzydlatym intruzom. Ziemiórki. Brzmi groźnie. Wytępić niełatwo. Nastaw się na wojnę okopową. Sposób ekologiczny najpierw. Przygotuj pułapkę. Lubią (ziemiórki) żółty kolor, zatem wabik powinien mieć jak najwięcej tej barwy. Czekasz kilka dni. Nic. Odliczasz przepisowy czas. Nic… Na pułapce, ale nie w pokoju. Nadal skuteczny jest jeno mechaniczny sposób pozbywania się owadów. Pora zastosować drastyczne metody walki z wrogiem. Przygotowujesz mieszaninę. Sklepy ze środkami do ochrony roślin to dobry pomysł na biznes. Sprowadzimy interesujący Panią środek. To potrwa… dni. Zaczeka Pani? Zaczekam, a przy okazji udoskonalę cnotę cierpliwości. Po zastosowaniu mieszaniny należy dokładnie umyć ręce, a rękawiczki ostrożnie zdjąć i wyrzucić. Specyfik trzymamy z dala od dziecięcych rączek. Nie zamierzam z nim iść do przedszkola ani na plac zabaw tudzież polać żelków, choć na te ostatnie nawet muchy nie siadają nie będąc zainteresowanymi wzmożoną konsumpcją.

Trucizna na ziemiórki cieszy się dobrą opinią i jest mega skuteczna zdaniem sieciowych użytkowników. Może i moje muszki złapią się w tę sieć? Pożyjemy, ja i one, a potem zobaczymy (muszki ponownie na ścianach i sprzętach). Pierwsza próba nieudana. Pora na drogą. Operacja ziemiórka ma kilka etapów. Połącz metody eko i nieeko. Łączysz zgodnie z poradami zawartymi na forach. Niebawem staniesz się specjalistą od tępienia ziemiórek, tzn. od tego, co robić, aby ich nie wytępić, narażając jednocześnie na szwank swój portfel i coraz słabsze nerwy. Pułapki w kolorze żółci nadal ozdabiają Twój domek, pieniędzy masz zdecydowanie mniej z powodu nieoczekiwanych wydatków, a ziemiórki mają się dobrze od czasu do czasu wpadając na podwieczorek do już nie nowiuśkich doniczek z ziemią.

One. Winda

-Słyszałam, jak dzisiaj w nocy wróciłaś.

-Obudziłam Cię, sorry.

-Nie, tylko… Wiesz, to takie dziwne. Co Ty właściwie robisz na mieście w środku nocy?

-Nie mogłam zasnąć, więc jeździłam tramwajem.

-I pomogło?

-Nie, ale trochę się wyciszyłam.

-Dziwne czasy nastały. Aby się wyciszyć, wsiada się do komunikacji miejskiej.

-Obserwowałam pasażerów.

-I co zauważyłaś?

-Tani, sprany dres, między innymi, a jego właścicielka, o rubensowskich kształtach, tachała słoik z rosołem. Dyndał śmiesznie.

-Co można robić w środku nocy ze śmiesznie dyndającym słoikiem?

-Pisać o nim. Jeździłam po mieście. Spacerowałam. Zaglądałam ludziom do okien czasami.

-Nie boisz się.

-Już nie. Autobus podwozi mnie prawie pod nasz blok.

-Ale że oberwiesz od kogoś.

-Wiesz, nie zaczepiam ich. Do tej pory jakoś mi się udawało. Lubię sobie wyobrażać, czym żyją ci, u których po północy świeci się światło i to nie od telewizora.

-Coraz mniej ludzi. Tylu wyjechało. Niektórzy nie wrócą.

-E, tam… Ktoś został, np. my.

-Winda się zacina.

-Windą też lubię jeździć. To taki dziwny środek lokomocji.

-Była nieczynna przez jakiś czas. Ekipa medyczna nią wjeżdżała. Coś tam im się wylało i trzeba było wzywać kogoś do sprzątnięcia. Nerwowa atmosfera. Babka z góry wyła. Nie było z nią praktycznie kontaktu. Ten jej syn, dłużnik, nie żyje. Mówią, że serce. On tu żył nielegalnie. Policja go niby szukała, a on się ukrywał u matki. Wychodził nocami. Może go widziałaś?