One

Nocowałam w różnych miejscach, np. w pociągu pędzącym przez południowo-zachodnią Ukrainę, który miał zepsute szyby i zatrzymywał się gdzieś w stepach. Trudno określić, na których stacjach. Nie znam rosyjskiego, więc nie mogłam odczytać ich nazw Tak więc przez całą noc były otwarte okna i mogłam słuchać, czym żyje Ukraina i jej mieszkańcy, wtedy jeszcze nieuwikłani w zawiłe problemy polityczne. Spałam w wielu pociągach rozmaitych relacji. I doszłam do wniosku, że nie ma znaczenia, gdzie spędzam noce i co służy mi za poduszkę. Najczęstszą kołysanką w podróży jest dla mnie miarowy stukot kół. Nocowałam w starej szopie, w której hulały myszy, a szerszenie zdążyły opuścić swoje gniazdo. Spałam na starej łódce oraz w wieloletnim namiocie, który po burzy się nie rozleciał, a mnie nie spadła wówczas nawet kropla deszczu na głowę. Łóżka w internacie niepełnosprawnych dzieciaków były ultra wygodne. Odstąpiono mi jedno, abym miała cudne sny i nie musiała moknąć. Na wyposażeniu był też ciepły koc…

Rozmowy

– A jak długo Pan tutaj pracuje, w lesie, z dala od ludzi?
– Będzie ze 20 lat albo lepiej. Latem jest łatwiej, bo przyjeżdżają i rozkładają się z namiotami lub przyczepami. To się tu zajrzy, tam zajrzy, coś podpowie. A gdy przyjdzie koniec sezonu, można oszaleć. Ale coraz gorzej z ludźmi jest.
– Gorzej?
– Tak, hołota coraz częściej przyjeżdża. Udaję, że nie widzę. Ale nie sposób zatkać sobie uszu na to, co wygadują.
– Co wygadują?
– Wyzywają mnie. Od takich różnych, wie Pani. Co to w zakładach dla pomylonych siedzą. Może i ja jestem świrem? Siedzę tutaj cały rok, bez przerwy. Zimą i późną jesienią mam towarzystwo tylko tych trzech psów. Gadam z nimi, opowiadam im o sobie, o różnych rzeczach, o ludziach, którzy kiedyś byli na campingu. Wygarniamy sobie czasami. Widzi Pani tę sukę. Tę, co pierwsza przybiegła Panią obwąchać?
– Tak. Groźna?

– Nie, gdzie tam. Tylko tak na początku, aby poznać. Przybłęda. Jest ze mną najdłużej. Z nią najwięcej sobie gadam. A zimą, gdy mróz i w cygance napalę, to nawet ją do chaty zawołam i tak sobie siedzimy razem jak baba z chłopem. A te dwa mi podrzucili. I tak zostaliśmy. Całe moje towarzystwo. Pani pewnie myśli, że ja od wariatów uciekłem?
– Nie myślę o Panu w ten sposób.
– Bo Pani jest grzeczna. A co Pani robi na co dzień? Pracuje gdzieś Pani?
– Tak. Ile policzyłby Pan za dobę za miejsce na campingu?
– On musiałby zapłacić. A Pani miałaby wejście za darmo. Tylko niech Pani nie przyjeżdża w sezonie. Szkoda byłoby Pani na to, co się tu dzieje.

Dzbanuszek

Jak głosi starszawe porzekadło, gdzie drwa rąbią, tam wióry lecą, co w praktycznym rozumieniu podejmowanych przeze mnie działań oznacza: jeśli próbujesz samodzielnie ugotować coś, czego wcześniej nie robiłaś, nastaw się na skutki uboczne. Nie będę podawać receptury, bo nie ona stanowi przekaz owego wpisu, lecz poniesiona szkoda w postaci kilkudziesięcioletniego dzbanuszka do zaparzania herbaty. Jak można było do tego dopuścić?! Po pierwsze pazerność. Po wtóre zapominalstwo. Gdybyś nie wymyśliła robienia zapasów z warzyw na wywar oraz rybę po grecku, dzbanuszek nadal byłby z Tobą. Pamiętaj, że nie jesteś wiewiórką. Nie potrzebujesz gromadzić niczego do jedzenia na potem. Masz orzechy? Masz i to w ilościach wystarczających do nakarmienia całego stada wiewiórek. Po co Ci jeszcze mrożone warzywa? Ale wracając do przesądzonych losów dzbanuszka. Utraciłaś go w bardzo prosty sposób: zmieniając nakładki wielofunkcyjnego urządzenia kuchennego oraz wypróbowując ich działanie. Nacisnęłaś w wyznaczonym miejscu. Warzywa stają się idealnie poszatkowane. Zmieniłaś nakładki. Jedna zsuwa się i z impetem ląduje na imbryku. Słychać dźwięk tłuczonej porcelanowej pokrywki. Nie chcesz tego widzieć. Nie chcesz. Nie chcesz… Do końca masz nadzieję, że da się go uratować. Nic z tego. Sprzątasz potłuczone kawałki niemalże od razu i wyrzucasz je do kosza. Będzie mniej bolało. To tylko dzbanuszek. Nie martw się. Kupisz sobie następny. Tylko który przetrwa wszystkie życiowe przeprowadzki, remonty kuchni, zmianę umeblowania, czyli 40 lat soczystego domowego życia? W sumie herbata ekspresowa też smakuje wyśmienicie. całuchy-kluchy

Adwent

-Obeszłam kilka galerii oraz znajome sklepy w poszukiwaniu czegoś na kolację wigilijną. Chciałabym wyglądać zjawiskowo przynajmniej przez kilka dni w roku, a tu klęska. Niczego nie ma, same szmaty na wieszakach. Nie uświadczysz nawet zwykłego swetra przetykanego np. złotą nitką. Klasycznego swetra albo bluzki. Myślałby kto.

-Mam kilka uniwersalnych ubrań na każdą okazję i brak okazji, więc z tym raczej nie będzie problemu. Zamierzam pokazać się w zwykłej sukience. Zresztą kolacja wigilijna powinna mieć charakter rodzinny i dlatego nie przejmuję się własnym wyglądem podczas jej trwania, podobnie w czasie świątecznego obiadu.

-Na szczęście udało nam się kupić drzewko modrzewiowe w doniczce.

-Z pewnością będzie pięknie wyglądać.

-A Ty ubrałaś już choinkę?

-Nie planuję.

-To jak będziesz świętować bez choinki?

-Jak co roku. Zawieszę w widocznym miejscu ozdoby, które otrzymałam od niepełnosprawnych podopiecznych oraz ich rodziców, aby mi przypominały o tym, co w życiu ważne. Dowody pamięci już wręczyłam.

-??

-Po skończonej kolacji zaparzę aromatyczną herbatę w ogromnym kubku i przy dźwiękach kolęd będę ją leniwie popijać wspominając tych, którzy fizycznie nie mogą dzielić ze mną świątecznych chwil.

-Dziwactwo.

-Celebrowanie ciszy nazywasz dziwactwem?

 

One

Bistro jest utrzymane w klimacie stylizowanym na industrialny. Dostrzegam kilka braków w niedopieszczeniu szczegółów oraz oświetlenia, ale dziś postanawiam tego nie zauważać. Objuczona torbami niczym biblijny osiołek weszłam tam z zamiarem zjedzenia czegoś pysznego, co miałoby zastąpić mi ciepły posiłek o późnej porze. Wewnątrz dwóch klientów. Przy ladzie uwijają się dość ładne młode kobiety. Na blacie stoi przeznaczony na napiwki słoik z napisem „Zbieram na suknię ślubną i buty”. Po złożeniu zamówienia podpytuję, kto z obsługi ma w planach zmianę stanu cywilnego. Przyznaje się do tego jedna z kelnerek, na co odpowiadam:

– Sądząc po zawartości słoika jeszcze trochę Pani brakuje.

-Tak, ale już coś odłożyłam.

-To ja Pani coś dorzucę.

Monety pobrzękują cicho. Odchodzę od lady. Zdejmuję palto i zajmuję stolik. Cholera, jak tu zimno. Ogrzewanie wysiadło, czy co, myślę i czuję, jak narasta we mnie agresja, ale doskonalę się w cnocie cierpliwości i nie zwracam uwagi obsłudze, że w takich warunkach raczej ciężko mi będzie odczuwać przyjemność z jedzenia. Ogrzewam dłonie o filiżankę z kawą. Wkrótce pojawia się komunikat, że mogę odebrać zamówione potrawy. Zwracam się do kelnerki, tej, która zbiera na suknię ślubną:

-Dziękuję. Zimno coś tutaj.

-Szef kazał oszczędzać na ogrzewaniu, zwłaszcza gdy jest mało ludzi.

– Ja nie lubię, gdy jest zimno.

-My też nie.

-Podobnie jak nie lubię bywać w miejscach,w  których oszczędza się na ogrzewaniu.

-My też nie.

Śmiejemy się wszystkie. Zabieram tacę z potrawami, które smakowałyby całkiem nieźle, gdyby tak szybko nie wystygły. Silny głód sprawia, że prędko pochłaniam zwartość talerza. Ubieram się na stojąco dopijając kawę (i wyjadając mleczko łyżeczką). Na odchodnym rzucam w stronę obsługi:

-Życzę Pani, aby jak najprędzej odłożyła pieniądze na sukienkę i buty. Proszę pozdrowić kucharza.

 

 

 

 

One

Nauczyłam się żyć bez pieniędzy oraz tego, gdzie i jak nie będąc widoczną spędzić noc poza miejscem, które z założenia powinno być domem. Czasami podróżowałam za uśmiech i pogawędkę. Poznałam niesamowite historie tak czy inaczej doświadczonych ludzi z różnych środowisk. Poruszałam się po danym kraju bez znajomości jego urzędowego języka. Przetrwałam bez uszczerbku na zdrowiu niejedną noc na dworcu. Potrafiłam uwolnić się od osób i relacji, które systematycznie mnie wyniszczały. Wypracowałam skuteczną formę obrony przed kolejnymi próbami ataku. Określiłam swoją pozycję w stadzie. Doświadczyłam tego, że płacz najskuteczniej oczyszcza i leczy duszę podczas długiej podróży nocnym pociągiem. Wiem, czego nie umiem i nie chciałabym umieć. Znam swoje braki i wyraźne ograniczenia. To smutne, że przy tej wiedzy i umiejętnościach moja obrona dyplomu wypada blado. To smutne, że miarą kobiecości w licznych środowiskach niezależnie od statusu społecznego ich członków jest to, w jaki sposób kobieta prowadzi dom, co potrafi ugotować (albo czego nie potrafi), że ma idealnie wysprzątane mieszkanie, czym je udekoruje, co postawi na świątecznym stole oraz czy jest mężatką i ile dzieci urodzi. To smutne, że wciąż trzeba udowadniać, że ma się wiele zalet nie wspominając o kompetencjach. To smutne, że najczęściej ludzie, którzy myślą zupełnie inaczej niż Ty, decydują o Twoim być albo nie być. W dzieciństwie i młodości najlepiej czułam się w chłopięcych ubraniach.

Iluzje

– Mogłabyś tym razem dostosować się i przyjąć zaproszenie na rodzinną kolację.
– Właśnie! Rodzinną. Co ja mam w związku z tym robić przy WASZYM rodzinnym stole?! Kolejny raz wysłuchać wszystkich pierdolin, które znam na pamięć?!
– Nazywaj te rozmowy, jak chcesz. Proszę Cię tylko, abyś przez jeden wieczór zachowała dla siebie urazy, krzywdy, docinki i przyszła ubrana stosowanie do okazji.
– Poszłam z życiem na różne kompromisy. Zrezygnowałam z hamaka na rzecz Twoich, powtarzam, TWOICH, mocno kiczowatych i drobnomieszczańskich mebli ogrodowych. Zrezygnowałam z kota, ponieważ Ty masz rybki.
– Zaraz wyjdę, bo nie odpowiadam za swoje reakcje na Twoje słowa.
– Rób, co uważasz.
– Co ma do tego kot, którego nie było?! Mam dosyć Twoich kaprysów! Kobieto, zastanów się, co Ty wyprawiasz?! Kto wytrzyma z Tobą i Twoimi pomysłami?!
– Nie w tym rzecz, aby ktoś wytrzymywał moje fanaberie, ale by nie mógł bez nich żyć. Z taką osobą zwiążę się na stałe. A ci, którzy nie podjęli ryzyka, niech żałują.

Iluzje

Konkubent. Ktoś, kto np. mieszka w podłej dzielnicy. Nie ma wygórowanych wymagań w sprawach jedzenia (żywi się głównie tanim piwem oraz tym, co jego konkubina do domu przyniesie) i ubioru (wystarczą dres i koszulka mocno nadgryzione zębem czasu). Miewa ambiwalentny stosunek do higieny osobistej oraz do płacenia rachunków. Zdarza się, że katuje (czasami ze skutkiem śmiertelnym) dzieci osoby, z którą mieszka. I wtedy istnieje pretekst do pokazania jego sytuacji w mediach głównego nurtu.
Partner. Ktoś, kto np. wespół z matką (nie zawsze/nie tylko) swoich dzieci nabywa nieruchomość na strzeżonym osiedlu. Wspólnie z partnerką robi zakupy w supermarketach, na bazarach, w ekopunktach, odbiera rzeczy z pralni. Dzieli się obowiązkiem opieki nad potomstwem. Spędza z nim wolny czas, odwozi do szkoły, wyjeżdża na wakacje, opłaca kursy i dodatkowe lekcje. Powoduje niewidoczne rany na duchu i psychice. Ale tych media nie pokażą.

Lampka białego wina i nieodwzajemniony pocałunek

– Niewiele pamiętam z tamtego czasu, ani o czym wtedy rozmawiałyśmy. Jedynie to, że grała bardzo smutna muzyka. Nawet nie wiem, jakiego wykonawcy.
– Ja pamiętam. Nie była taka znowu smutna. Włączyć Ci ją?
– Takie rzeczy też pamiętasz?! Niesamowite.
– Wcale nie. Mogę Ci opowiedzieć, jak byłaś tego dnia ubrana oraz czego dotyczyły nasze rozmowy.
– Aż się boję.
– Kogo się obawiasz? Siebie?
– Ciebie i tego, co jeszcze wymyślisz.
– Niczego nie wymyślam, tylko staram się odtworzyć w pamięci to, co wydarzyło się tamtej lipcowej nocy.

Naleśniki

Męczą mnie niekończące się wędrówki po sklepach w poszukiwaniu uroczych drobiazgów, bez których śmiało można się obejść, gdyby nie wyraźne sugestie otoczenia wciąż zmieniającego gusta i guściki w zakresie potrzeb realizowanych podczas celebrowania świąt Bożego Narodzenia.

W pewien słoneczny dzień postanowiłam przełamać własną niechęć do praktykowania zakupów. Gdy w ekspresowym tempie uporałam się ze sprawunkami, pomyślałam, by zmęczonemu ciału zafundować niebiańską ucztę, a że jestem fanką naleśników w każdej postaci, nie omieszkałam pojawić się w słynnym lokalu serwującym owe specjały na kilkanaście sposobów.

Czas oczekiwania na realizację zamówienia od momentu jego złożenia wyniósł… bagatela, ok. 20 minut. Nadmienię, że zanim złożyłam zamówienie gośćmi lokalu była para cudzoziemców, która właśnie zakończyła konsumpcję i w angielskim stylu zbierała się do wyjścia.

Gdy już podano mi potrawę, okazało się, że jest kompletnie zimna, a ser żółty, którym ją posypano, nawet się nie rozpuszczał. Fety w ogóle nie było czuć w smaku, zatem postanowiłam jej poszukać. Nie znalazłam.

Jeśli otworzysz kiedyś naleśnikarnię, najpierw naucz się smażyć naleśniki, a potem zatrudnij kogoś, kto to potrafi. Dobrze go przeszkol ze znajomości składników, połączeń, receptury oraz sposobów serwowania. A na zakończenie etapu edukacji, zanim zechcesz mu zapłacić, przeprowadź egzamin praktyczny z całości. Powodzenia!