XI Nie będziesz milczał, gdy wszystko w Tobie krzyczy

Aneks do przykazań, boskich i ludzkich. Jeśli zostaniesz pozbawiony prawa głosu, wyraź to, nawet jeżeli wydaje Ci się, że wołasz na pustyni.

Trwa Blue Monday, dowiadujesz się od innych. Dotychczas nie miałaś pojęcia, że wyznaczono najbardziej depresyjny dzień w roku. Gdyby nie fakt, że zazwyczaj masz gdzieś nazewnictwo, którym określana jest codzienna chandra, nie zwróciłabyś uwagi na prozaiczne rzeczy t.j. np. mróz i zimny wiatr, brak ogrzewania w spóźnionym autobusie, wrzask otoczenia, czyjeś nieskoordynowane posunięcia decyzyjne. To ten jedyny dzień w roku, w którym może się coś nie udać. Dlatego w drodze powrotnej do domu planujesz, o czym napiszesz na blogu (z planów nic nie wychodzi, pierwotnie miało być nieoptymistycznie), układasz zdania, frazy, wybierasz temat. Nie żałujesz, że z powodu przedłużającego się zebrania kolejny raz nie zrobisz zakupów spożywczych. W szafce masz dyżurujące pestki słonecznika, suszoną żurawinę, orzechy. To niezawodny zestaw na spóźnioną kolację. Dodaj jabłka. Zaparz ulubioną zieloną herbatę w ogromniastych ilościach. I masz ucztę, mała. Zapal świeczki o zapachu… nocnego księżyca w pełni (copywriter się postarał). Wcześniej weź aromatyczną kąpiel. Zmyj z siebie cały gnój i wymiociny kilkunastu minionych godzin. Stój pod prysznicem tak długo, aż poczujesz, że szlam z Ciebie spłynął. Otól się szlafrokiem mięciutkim jak kaczuszka. Włącz ulubioną audycję. Pomyśl o kimś, kto sprawia, że w Twoim życiu nie ma melancholijnych poniedziałków, a potem do niego napisz lub zadzwoń.

Blue Monday czy Black Friday. Słowotwórcom i badaczom zjawiska zależy głównie na jednym. W te dni masz się czuć parszywie jak szczur ze stacji metra, a wyjściem z sytuacji powinien być niekontrolowany konsumpcjonizm powodujący ogromną wewnętrzną pustkę, która krzyczy na zewnątrz.

Dobrej reszty życia.

Il.

 

Kuzyni

-Możesz oprzeć ją o stół – gość hotelowy w wieku 50 + wydał polecenie swojemu towarzyszącemu koledze – Nie będzie Pani przeszkadzać? – bardziej stwierdził niż zapytał.

-Nie, w żadnym wypadku, odpowiedziałam przełykając grecką sałatkę.

Jadalnia była pełna. Stolik, przy którym siedziałam, oferował trzy wolne miejsca. W myślach poganiam Ewę. Szybciej, mała, bo niebawem skończy się cierpliwość chcących się posilić przy tym stoliku, a ja nie mogę uśmiechać się w nieskończoność i tłumaczyć, że to miejsce czeka na Ciebie. Odnoszę wrażenie, że konstruktor jadalni nie przewidział pełnego obłożenia hotelu ani tego, że wszyscy goście wpadną na pomysł, by zjeść śniadanie o tej samej porze. Nie wziął też pod uwagę, że nie wszyscy konsumujący mieszczą się w rozmiarze XS, dlatego co jakiś czas obijaliśmy się o siebie.

-Powinniśmy się najpierw zapytać Pani, czy pozwoli nam się dosiąść – powiedział w moim kierunku jeden z zainteresowanych.

-Proszę, wprawdzie jedno miejsce czeka na koleżankę, ale ona chyba prędko nie zejdzie.

Znam Ewkę. Świetna babka, idealny kompan na spontaniczne wypady, ale poranki ma straszne. Dużo gorsze od moich. Nie należę do grona cierpliwych, więc nie czekam, aż misternie ułoży fryzurę, a wcześniej natłuści się po kąpieli jednym z tych ekospecyfików produkowanych w jej domowym laboratorium. Z reguły budzimy się i schodzimy na śniadanie o różnych porach. Tak było i tym razem.

-W takim razie my Pani potowarzyszymy, jeśli Pani pozwoli.

-Będzie mi ogromnie miło.

-Kule mogą tak zostać?

-Mogą.

-Jeden z panów zajął miejsce za stołem, a drugi poszedł po coś do jedzenia dla nich obu.

Stół szwedzki z minuty na minutę stawał się coraz uboższym. Opiekun niepełnosprawnego mężczyzny co jakiś czas donosił potrawy, z których wydzielał dwie porcje.

-Gdybyśmy zeszli wcześniej, wybór byłby większy, powiedział do podopiecznego.

-Proszę się tym nie przejmować. Gdy część gości wyjdzie, obsługa uporządkuje stół i doniesie małe co nie co, wtrąciłam.

-Pani pewnie na festiwal?

-Zgadza się. A Panowie?

-My też. Zna Pani program?

-Tak, mam ulotkę.

-Myśleliśmy, że nie dojedziemy. Jego tak bolało, że nie wiedzieliśmy do końca, czy wsiadać w samochód. Ale uparł się, abyśmy tutaj przyjechali. I jesteśmy. Gdyby Pani wiedziała, jaki on jest uparty. A jaki problem z noclegiem. Niczego nie można było znaleźć po atrakcyjnej cenie. W ostatniej chwili podjechałem tutaj i mówię, że jeśli niczego nie będzie, to rezygnujemy z koncertów.

-Ale Panowie mieli szczęście.

– Ostatni pokój wolny, na parterze, więc dla niego wygoda.

-Nie mieli panowie wcześniejszej rezerwacji?

-Nie, my jeździmy, jak to się teraz mówi, bez planu.

-To ciekawe.

-Wie Pani, właściciel kul odezwał się po chwili milczenia, kiedyś miałem wszystko zaplanowane i wszystkiego sobie odmawiałem. Chciałem wybudować dom. Działka była. Pieniądze też. Rodzice trochę pomagali. Mieliśmy gospodarstwo. Zaczęliśmy odkładać. Stanął dom w stanie surowym. Potem… Potem był wypadek i wszystko runęło. Nie chciało mi się żyć. To mój kuzyn. On mnie wyciągał, zbierał na krótkie wycieczki. Tłumaczył, że niczego w życiu nie widziałem. Pora to zmienić. On się mną opiekuje podczas wyjazdów. Prowadzi samochód. Wymyślamy wspólnie, gdzie jechać, co zobaczyć. I tak trafiliśmy tutaj. Piękne koncerty, prawda?

Ewcia właśnie zeszła. Przywitała się z nami i poszła wybrzydzać.

-O, tak. Dodatkowo można przysłuchiwać się próbom, jeśli ktoś lubi.

-Pani już kiedyś była na tym festiwalu?

-Staram się przyjeżdżać co roku. A to moja koleżanka, która z chęcią mi towarzyszy. Prawda?

Ewcia macha i posyła uśmiech.

-My dopiero od jakiegoś czasu tak podróżujemy. Jestem na rencie, więc trzeba trochę odkładać, aby gdzieś pojechać.

-A jaka jest szansa, że Pan się tego pozbędzie, zapytałam wskazując na kule.

-Prawie żadna, tak mówią lekarze. Dlatego, wie Pani, jeżdżę gdzie się da, aby nie zasiedzieć się w domu. Dzieci prawie dorosłe, dają sobie radę. A my dwaj w drogę.

-Nie boją się Panowie tak bez pewności noclegu?

-Nie, po wypadku już niczego się nie boję. Co mam do stracenia? Mówię do kuzyna, najwyżej będziemy nocować w aucie, ale to się jeszcze nie zdarzyło. Jeździmy po festiwalach, jakiś imprezach, koncertach. Tam, gdzie człowiek zawsze chciał być, ale nie był. Już mówiłem Pani dlaczego.

 

 

 

(ponownie) Patynowa Pani Domu – retrospekcje

Zainspirowana słowami zachęty jednej z samotnych matek trojga dzieci postanowiłaś naprędce sporządzić notatkę o tym, jak żyć po dziadowsku i nie oszaleć.
W upalny, letni dzień zapragnęłaś coś zjeść (wbrew pozorom to Ci się dość często zdarza). Zrobiłaś szybki przegląd własnej lodówki, następnie stanu konta i doszłaś do wniosku, że możesz pozwolić sobie na lekki posiłek. Nie ma jajek ani warzyw! Dla kogoś oznaczałoby to pójście do najbliższego sklepu i uzupełnienie zapasów, a dla Ciebie – dramat, bo jajka powinny być od szczęśliwych kurek, z pewnego źródła, a ono przebywa obecnie na urlopie! Gdzie tu szukać tymczasowego pośrednika?! Z zamiarem znalezienia go niczym galerianka udajesz się na maraton po warzywniakach i spożywczakach. Ba! Na hasło „szczęśliwe kurki” obsługa spogląda na Ciebie z dziwnym wyrazem twarzy, więc po kilku próbach poddajesz się i nabywasz jajka przepiórcze. Do tego warzywa, herbata (nie ma ulubionej, więc decydujesz się na nie-ulubioną), jogurt, bułki i coś do kawy. Przez kilka dni nie umrzesz z głodu.
Wracasz na metę w porze, o której specjaliści od upałów radzą nie wychodzić z domu. Wypijasz hektolitry wody smakowej, a następnie płuczesz warzywa i uruchamiasz wielofunkcyjne urządzenie mające pomóc takim jak Ty w przygotowaniu nieskomplikowanych posiłków. Tarcza nośna przestaje się obracać. Chwila nieuwagi i masa, na którą składają się wymęczone warzywa wraz ze skórką z cytryny, bryzga dookoła.

Niemożliwe! Mechanizm nadal się nie działa! To nie sen! Twoje maleństwo odmawia posłuszeństwa. Czekasz jakiś czas. Może robisz coś nie tak?! Po upływie akademickiego kwadransu podejmujesz kolejne próby. Do urządzenia wrzucasz niemalże wszystko, by sprawdzić, czy zadziała. Po czasie odmierzanym serwisami informacyjnymi poddajesz się. Obiado-podwieczorek okazuje się nieistotny. Surowa marchewka jest pyszna.
Chwytasz się ostatniej deski ratunki i zgłaszasz usterkę sprzętu do serwisu. Spoglądasz na kuchnię. Jak dobrze, że dziś nikt nie zapragnął Ciebie odwiedzić. Zmywasz to, co jest rezultatem działań.
Stan faktyczny Patynowa na dziś: zdechła roślinka, dwa bezpowrotnie stracone jajeczka przepiórcze, wielofunkcyjne urządzenie wymagające naprawy, zmięte, bezużyteczne warzywa, zakup oraz wypicie nie-ulubionej herbaty. Dobrze jest!

Patynowa Pani Domu

Gdy pewnego wieczoru postanawiasz rozprawić się z drobnymi pracami dla majsterkowiczów, ogarnia Cię płonące uczucie gotowości do działania. Poszukujesz potrzebnych narzędzi i okazuje się, że w sytuacjach podbramkowych (braku laku) nawet zawartość starej kosmetyczki staje się pomocna. Błyskawicznie szkolisz się oglądając filmiki przygotowane przez pracowników marketów budowlanych. Dzięki projekcjom wiesz, których produktów Ci brakuje, a które mają swoje zastępniki. Wiesz także, jakie prace Cię czekają. Rozpoczynasz od wykręcenia śrubek przy pomocy śrubokrętu <warto było ocalić kilka z nich podczas czyszczenia domowego magazynu>. Nieźle Ci idzie. Nie wiedziałaś, jakie siły drzemały w Twoich dłoniach, zanim podjęłaś się tego zadania. Przypominasz sobie, że na zajęciach praktyczno-technicznych (z przed reformy) posługiwałaś się różnymi narzędziami wykonując prace na ocenę. <tzw. męskie prace zaliczałaś na celujący (czasami na bardzo dobry z plusem; inaczej z tzw. kobiecymi. Tu było dostatecznie dobrze, co dawało średnią… Policzcie sobie > Resztę działań odkładasz ze względu na braki w produktach. Zamiast odwiedzać perfumerie, złożysz wizytę w markecie budowlanym. Chyba polubisz zakupy.

Notatki

Na wyświetlaczu alarm za 3 godz. 1 min. Kolejna noc w plecy. Próbuję czytać. Brak koncentracji. Mimo wszystko usiłuję zebrać myśli. Może coś napiszę. Z tym też kiepsko. Stawiam tezę, że teoria o gromadzeniu pomysłów i zapisywaniu przemyśleń w nocy, gdy otoczenie się uspokoi, jest błędna. Gdyby było inaczej, większość z nas już dawno otrzymałaby Pulitzera. Dlaczego nie stać mnie na cygara? Przynajmniej zajęłabym czymś ręce.
Pytano mnie, dlaczego nie napiszę czegoś dla młodszych dzieci. Nie i już. Nie mam argumentów, dlaczego nie. Nie chciałabym pisać czegokolwiek dla dzieciaków. Ani dla młodszych, ani dla starszych. Mają rodziców. Niechaj oni piszą albo opowiadają, jeśli potrafią i im się chce.
Zabieram się zatem za porządkowanie i tak poukładanych rzeczy. Zaraz, zaraz… Do tamtych kartonów nie zaglądałam. Tzn. nie pamiętam, abym takie miała. A w nich Placebo. Tego kiedyś namiętnie słuchałam i uczyłam się angielskiego bawiąc się w tłumacza. A to dobre. Znajduję również inne głęboko ukryte niespodzianki. Drobne upominki. Własnoręcznie wykonane. Wciąż pamiętam okoliczności, w których je otrzymałam.

Budzik. Wyłączam. Środek nocy. Rutynowe czynności w łazience. Wychodzę. Zapominam pilota. Sąsiad ma i użycza. Dotychczas byłam przekonana, że o nieludzkiej porze wstają głównie tacy jak ja oraz członkowie ekip budowlanych, których codziennie mijam po drodze. Jeszcze nie wyję. Jeszcze nie… Ale wewnątrz wszystko kipi i rozsadza czaszkę…

One

-Miałam wtedy niepełny etat w szkole. Byłam przyjęta na zastępstwo. Koleżanka ściągnęła mnie z  zagranicy w środku roku szkolnego. Nie miałam się gdzie podziać, a w mieście ciężko samej się utrzymać. Wynajęłam pokój w kamienicy u kobiety zajmującej się szyciem kostiumów dla teatrów. W szkole zarabiałam grosze, które z ledwością wystarczały na opłacenie pokoju i dojazd do pracy. Oszczędności stopniały w zastraszającym tempie. Chciałam udzielać korepetycji, ale pani Tatiana zaproponowała, abym skontaktowała się z biurem obsługi widza. Poszukiwali do pomocy zaufanej, dyspozycyjnej wieczorami osoby. W ten sposób trafiłam do teatru. W ciągu dnia byłam nauczycielką w podstawówie, a wieczorami przenosiłam się do świata iluzji i zaprzeczeń. Czasami pani Tatiana przynosiła do domu niepotrzebne kostiumy lub to, co z nich zostało. Przebierałam się w nie, a ona robiła mi zdjęcia. Cudowny czas. Obejrzałam chyba wszystkie przedstawienia. Nauczyłam się na pamięć dialogów z Ionesco i Becketta. Czasami prosto po szkole biegałam na próby. Siadałam cichutko z tyłu i zastanawiałam się , jak by to było, gdybym stała na scenie zamiast aktorki. Widziałam, co działo się za kulisami, gdy gasły światła, a publiczność już dawno opuściła budynek teatru.

-A co takiego się działo?

-Aktorki zdejmowały kostiumy, zmieniały uczesanie i sztuczne rzęsy. Zmywały makijaż. Niektóre płakały. Inne nerwowo próbowały się dodzwonić do swoich facetów, co zwykle się nie udawało, więc zamawiały taksówkę, a te, które miały dzieci, pouczały przez telefon ich nianie, co na jutro przygotować. Większość z nich paliła nałogowo lub chodziła na jakieś terapie.

-Ale chyba dobrze wspominasz tamten czas?

-Tak, bardzo dobrze. Wiesz, że marzyłam o studiach w PWST?

-Domyślałam się.

-Rodzice mi odradzili. Mówili, że to niepoważne. Zastrzegli, że nie pomogą finansowo, jeśli zdecyduję się tam studiować, gdy oczywiście się dostanę. Dlatego wylądowałam na pedagogice.

-Nic straconego. Jeszcze możesz podjąć studia.

-Nie, już nie. Nie chcę. Pozwolisz, że wyjdę na papierosa?

-Tak, proszę.

Wraca po kilku minutach.

-Tak szybko?

-Szybko?! Wiesz, jest jeszcze coś.

-Tak?

-Rozmawiamy o mojej niby karierze w teatrze. Może zamówimy jeszcze coś do picia? Stawiam.

-Nie ma sprawy. Następnym razem odstawię.

Kelnerka błyskawicznie zjawia się z tacą.

-Czego się napijemy?

-Dla mnie tylko yerba i tonik.

-Poprosimy yerbę i dwa duże toniki.

-Wiem, że wtedy starałaś się o pracę w teatrze. Widziałam Twoje CV, zupełnie przypadkiem. Leżało na wierzchu.

-Sporo wiesz.

-Powiedziałam dyrekcji, że podejmę się każdej pracy, nawet doraźnie pomogę sekretarce.

-Ale co w związku z tym?

-Łucja, wyrzuciłam Twoje CV. To dlatego nie otrzymałaś posady, a wkrótce potem wyjechałaś i zaszyłaś się w jakimś ośrodku na odludziu.

Zamówione napoje lądują na blacie stołu, a kelnerka z gracją oddala się.

-To nie ma teraz znaczenia. Żadnego.

-Podobno nie miałaś z czego żyć.

-Miałam. To były plotki.

-Chciałam Ci powiedzieć, ale zniknęłaś. Nie było okazji.

-Daj spokój. Nie wracajmy do tego.

-Dopiero po latach zobaczyłam Cię przypadkiem na dworcu. Nie mogłam uwierzyć, ale to na pewno byłaś Ty. Niewiele się zmieniłaś. Poszukałam w sieci, na portalach społecznościowych. Na szczęście miałam Twój stary e-mail i Cię znalazłam. Wymyśliłam więc spotkanie po latach przy lampce wina, a Ty się zgodziłaś. Zaraz, a czym obecnie się zajmujesz? Powiedz coś.

-Właściwie niczym istotnym. Pora na mnie.

-Nie wypiłaś yerby.

-To nic. Wypij ją za mnie.

Zmierzchało, gdy opuściłam lokal. Rynek o tej porze roku wyglądał bajecznie. Odetchnęłam pełną piersią. W drodze na przystanek tramwajowy układałam w głowie plan na sobotę. Najpierw zajęcia na podyplomówce. Trzeba dostarczyć pracę zaliczeniową. Dostarczona. Jutro ćwiczymy role według scenariusza mojego autorstwa. Sama słodycz. Tym razem nie wybuchnę śmiechem. Obiecuję. Uwielbiam prowadzących i swoją grupę na pedagogice teatru.

 

 

 

 

One

Fragment rozmowy pomiędzy wykształconymi kobietami:
– I jak było na jeździe?
– Fantastycznie.
– Cieszę się. Już teraz zapraszam Cię na jazdę w terenie. Umówimy się kiedyś w stadninie, w której pobierałam lekcje. Pojedziemy najpiękniejszą trasą. Ale jeszcze nie teraz. jeszcze nie. Bo teraz, wybacz, ale mnie nie stać, aby Cię zaprosić na taką wycieczkę. Kiedyś się wybierzemy i będziemy galopować.
– Chętnie. Na cały dzień pod warunkiem, że do tego czasu nie zapomnę podstaw.
– Wtedy weźmiemy dodatkowe lekcje. A na razie trzeba zmagać się z codziennością i układać finansowe priorytety, np. w tym miesiącu zrezygnowałam z wizyty u fryzjera.
– Ja natomiast trwale rezygnuję z randek. Nie stracę czasu i sił, a za oszczędności wynajmę fachowców do domowych napraw. Część usterek potrafię usunąć sama, np. rozkręcić cieknący kran, ustalić, co tam nie działa, a potem skręcić go z powrotem.

Jak żyć? Nie wiem

Na pogłębienie egocentryzmu oraz mocne dowartościowanie się polecam kontakty z dzieciakami. I przy okazji dowiesz się, jak można celebrować ważne rocznice. Oto przepis. Posłuchaj wykładu o świętej klusce, nawet jeśli dotychczas nie miałaś pojęcia, że takowa istnieje. W doborowym towarzystwie zasiądź do niebiańskiej uczty zwieńczonej szarlotką. Następnie w promieniach gasnącego dnia idź do lasu, by poszukać tam śladów braci mniejszych. Po drodze pozdrów człowieków uprawiających szybki marsz z kijkami. Prowadź za rękę dziewczynkę, która pięknie śpiewa i ma cierpliwość, by Ciebie tego nauczyć. Efekty lekcji mogą ocenić np. Twoi sąsiedzi. Cierpliwie odpowiadaj na każde pytanie stawiane przez gromadkę zuchwałych maluchów. Przygotuj ich na pytania problematyczne. Mów szczerze, dlaczego wstajesz do pracy w środku nocy, dlaczego to jest nieznośne i dlaczego jeździsz masowym środkiem komunikacji. Powiedz uczciwie, dlaczego nie jadasz granatów, ale chętnie pijesz sok z jeżyn z małego kieliszka. Nie nastawiaj się, że wspólne wykonanie laurki patriotycznej ujdzie Ci płazem. Zagraj w każdą przyniesioną planszówkę. Skrupulatnie realizuj zadania, które przypadną Ci w udziale (bez względu na publiczność, która się temu przygląda). Zaśpiewaj świeżo nauczoną piosenkę, jeśli potrafisz albo wydaje Ci się, że potrafisz. Nie zwracaj uwagi na ojców dzieci wyrażających swoje niezadowolenie z obecnej sytuacji społeczno-gospodarczej. Zostań do późna, by podziwiać układy taneczne oraz poćwiczyć z Chodakowską. Pozwól się obudzić uśmiechem, pocałunkami oraz pozdrowieniami, które poprzedzają lekturę Mikołajka. Sprawdź, czy zgadza się liczba małych domowników. Podziwiaj kilkakrotnie odświętne stroje, które doskonale leżą na każdym, kto je założy. Zejdź na poranną kawę w pełnym makijażu bez względu na to, ile czasu Ci zostało na jego wykonanie. Gotowe! Miłość niejedno ma imię. Całkiem niedawno poznałam kilka z nich.

Notatki

Zamiast kawiarni, pubów i multipleksów należałoby budować dworce kolejowe. Gdyby nie one, większość ludzi nie spotkałaby się i nie miałaby o czym rozmawiać. Nie poznałoby się wiele par, a wielu bezdomnych nie wiedziałoby, gdzie ma się podziać. Małolaty na gigancie nie doświadczyłyby świata, a dorośli mający problem z organizacją własnej mikroprzestrzeni nie zasmakowaliby życia symbiotycznego z czasem. Dworzec kolejowy – dla jednych to początek nowej drogi, dla innych – przerwa w autobiografii. Miejsce graniczne.

Ziemniaki „na biedaka”

Który punkt wyznacza początek nowego dnia, a koniec poprzedniego? Sygnał budzika po nieprzespanej nocy? Nastawienie wody na herbatę? Włączenie radia? Spojrzenie w lustro? Może to usłyszenie piosenki, na którą długo polowałaś, aż wreszcie podczas szykowania pasty kanapkowej trafiasz na nią. Tytuł oraz wykonawcę zapisujesz w pamięci. Marzenia się spełniają, zwłaszcza te drobne. A może początek dnia stanowi opuszczenie bezpiecznego portu, którym są Twoje cztery ściany i sufit? Może jest nim uśmiech zaniedbanej starszej osoby, która przez okno na parterze spogląda na świat? O czym ona wtedy myśli, gdy opiera się o parapet, a jej oddech ozdabia szybę? Czy też nie przespała nocy? A może się nie kładła? Może na kogoś czeka?

Gdzieś widziałam osoby z wyrazem twarzy podobnymi do niej. To było w czasach, gdy zostawiałyśmy przygotowane przez nas jedzenie bezdomnym w parku.

Nasze ścieżki nie miały prawa się przeciąć. Spotykałyśmy się głównie w niedzielę na obiedzie albo na koncertach. Byłaś i jesteś mistrzynią w wyszukiwaniu atrakcyjnych cenowo imprez. dzięki Tobie poznałam twórczość T. Capote’a. Czasami przychodziłaś do mnie coś obejrzeć w telewizji, ponieważ nie miałaś własnego odbiornika. Ja w tym czasie głównie zmywałam, aby Tobie nie przeszkadzać. Nie miałam radia, a Ty telewizora, więc przychodziłam do Ciebie posłuchać naszej ulubionej audycji. Snułyśmy wtedy plany, czym będziemy zajmować się, gdy skończy się przejściowy czas.

Próbowałam gotować. Motywowałaś mnie. Twoją specjalnością był ryż z warzywami, a moją odpowiednio przyprawione pieczone ziemniaki z dipami. Gdy mnie odwiedzałaś, wyciągałam najlepsze naczynia. Obiad, na który składały się przeważnie pieczone ziemniaki albo makaron w sosie musztardowym z brokułami, podawałam na półmisku, który wcześniej ogrzewałam i przyozdabiałam. Wyobrażałyśmy sobie, że to prawdziwa uczta. Prawiłaś komplementy pod adresem mojej kuchni. Może wówczas faktycznie tak było? Gdy przeprowadziłam się do siebie, co jakiś czas próbowałam przyrządzić ziemniaki „na biedaka”. Nic z tego nie wyszło. Za każdym razem potrawę trzeba było wyrzucać. Nie powtórzyłam tamtego kulinarnego sukcesu. Aż do poprzedniego wieczoru.

Post dedykuję tym, którzy pokazali mi, jak można żyć.