One

-O, przepraszam, nadepnęłam na Panią niechcący. Ale Pani się chyba nie gniewa?

-Nie, skąd.

-Bo widzi Pani, nie każdy jest taki miły. Jeden pan to na mnie nakrzyczał, gdy na niego wpadłam. A tu trzeba tak szybko przechodzić, żeby zdążyć i ludzie na siebie wpadają. A człowiek już nie zauważa wszystkiego. Oczy nie te same. A ja przyjechałam do męża w odwiedziny i się zgubiłam, bo gdy on ma zabiegi, to ja wychodzę na miasto. Nie chcę słuchać tych wszystkich staruchów, bo tylko jęczą, że to ich boli to i tamto. I ciągle gadają o operacjach, lekarzach. Narzekają na służbę zdrowie, a pielęgniarki dla nich takie miłe i dobre. A te baby jak ropuchy skrzeczą i narzekają na wszystko. Ja byłam z nimi na śniadaniu i wie Pani, nie idzie wytrzymać. Albo wybrzydzają, albo nic im nie pasuje. A to jajka za stare, a to chleb nie taki, a to herbata za słodka. A to miejsce przy stole złe. Pani taka młoda. Chyba Pani jest miejscowa, bo tak szybko chodzi jakby do pracy biegła i nie ma bagażu. Widziałam, jak Pani naprowadzała tamte dwie dziewczyny.

-Przyjechałam kogoś odwiedzić..

-A kogo ma Pani chorego?

-Nikogo. Przyjechałam odpocząć.

-A ja tu nikogo nie znam. Mąż mnie namawiał, dzieci namawiały, żeby przyjechać, jakieś koleżanki poznać, bo siedzę sama w mieszkaniu jak go nie ma. A tu żadnej koleżanki nie poznałam, bo te wszystkie stare tylko za chłopami latają i takie świństwa opowiadają. A ja już na emeryturze, wie Pani, i nigdzie nie ruszałam się bez męża. Nawet bilet zły kupiłam. Dzieci na mnie nakrzyczały, że zły bilet. Co Ty, matka, nawet biletu kupić nie umiesz. Tak mówiły. Idę właśnie zwrócić ten bilet. Już raz byłam, ale ta pani w okienku była taka niemiła i nie chciała mi pomóc. Kazała jakieś pismo pisać, żeby zwrot pieniędzy był, a ja zabrałam tylko okulary do czytania, a tych na co dzień nie. To jak mam pisać bez okularów? Jakieś kartki dostałam od pielęgniarek i napisałam, co mi przyszło do głowy. Myśli Pani, że będzie dobrze na takich kartkach?

-Będzie dobrze. Może tak zostać.

-Ale może Pani całość przeczytać, bo ja nie wiem, co tam pisać, żeby było dobrze.

-Uważam, że tak może zostać.

-A może Pani mi napisze to podanie.

-Nie napiszę. Takie też można zanieść. Ważne, aby się czytelnie podpisać. Wniosek może Pani złożyć w kasie, a najlepiej w punkcie obsługi.

-Dziękuję Pani bardzo. W jakim punkcie obsługi?

-Klienta.

-Lepiej już pójdę, bo niedługo obiad, a jak wieczorem zadzwonię do dzieci, to im powiem, że spotkałam taką miłą panią, która mi pomogła i dostanę pieniądze za tamten bilet.

 

 

One

-Rodzice nie chcieli, abym studiowała daleko od od domu. Zagrozili, że nie będą mnie utrzymywać, jeśli wyjadę i nie zapłacą za akademik. Marzyli, że będę studiować na akademii wojskowej. Wie Pani, służby mundurowe, dodatki, przywileje, wcześniejsza emerytura.

-A Pani?

-A ja chciałam uciec z domu jak najszybciej. Okazja nadarzyła się dopiero po maturze. Zdałam egzaminy na germanistykę. Wybrałam ten kierunek, bo było mało chętnych.

-Wyjechała Pani na studia?

-Tak, ok. 400 km od rodzinnego domu. Rodzice nie dali mi ani grosza. Zbierałam truskawki, a potem zrywałam wiśnie, aby trochę odłożyć. W tajemnicy pojechałam na egzaminy. Gdy dowiedziałam się, że zostałam przyjęta, płakałam ze szczęścia.

-Rodzice podzielali Pani radość?

-Skąd. Ojciec się nie odzywał. Mama przez całe życie się go bała, więc nie stanęła po mojej stronie.

-Kto Pani pomagał w tamtym czasie?

-Zaraz po przyjeździe do miasta poszukałam dorywczej pracy. Sprzątałam mieszkania i domy. Nie wyobraża sobie Pani, jaki bałagan mają ludzie w domach. Ile się namyłam tych łazienek, podłóg. Koszul naprasowałam.

-Szkoła życia.

-Tak, ale nie żałuję. Miałam swoje pieniądze, towarzystwo. Do domu rzadko przyjeżdżałam. Jedynie na święta i czasami w wakacje. Byłam tak zmęczona życiem studenckim, dorywczymi pracami, że nie miałam sił na wyjazdy do domu.

-Przepraszam, że pytam, jest Pani jedynaczką?

-Tak, dlatego rodzice chcieli, abym została u nich na stałe. Myśleli, że jeśli nie dadzą mi pieniędzy, to się załamię, ale ja postawiłam na swoim.

-Niesamowite. I wytrwała Pani w tej decyzji?

-Do czasu, gdy ojciec zachorował. Żal mi było mamy, bo została sama w domu z chorym mężem, który nie mógł już pracować. Umówiliśmy się, że przeniosę się na zaoczne i pomogę mamie przy ojcu, a on sfinansuje mi czesne.

-Przeszło mu?

-Co przeszło?

-Te fochy na Panią?

-Tak, pogodziliśmy się. Dotrzymał słowa i opłacił moje czesne, a ja do końca studiów zostałam z mamą i zajęłam się domem. Moja praca magisterska powstała w nocnych pociągach. Pisałam ją na kolanie, a potem przepisywałam na komputerze. Z czasem dom zmienił się w szpital i bibliotekę. Praca zebrała dobre recenzje. Promotor sugerował studia doktoranckie, ale wtedy nie chciałam o tym myśleć ze względu na sytuację w domu. Teraz jestem innego zdania. Mogłam zostać w mieście i robić karierę naukową.

-Powiadają, że nie ma tego złego…

-To niezupełnie tak, jak Pani mówi. Obecnie pracuję w firmie, w której zajmuję się głównie ściąganiem plików ze słupkami i odczytywaniem e-maili. Aby coś takiego robić, nie trzeba mieć studiów. Wystarczy umieć czytać i pisać. Nawet niemieckiego nie trzeba znać, bo przy podpisywaniu umów z sąsiadami korzystamy z usług tłumaczy przysięgłych. Wie Pani, że nabawiłam się astmy na stare lata? Mój syn też ma astmę. Lekarze zalecają pobyt sanatorium, a ja tłukę się z nim pociągami, bo mąż nie chce brać wolnego, aby nas odwieźć. Czuję się stara i brzydka. Miasto mnie dusi. Mieszkamy na osiedlu strzeżonym. Mąż bardzo dobrze zarabia, ale całymi dniami nie ma go w domu. Często wyjeżdża służbowo. Korzysta czasami z mojej pomocy, gdy trzeba coś na szybko przetłumaczyć z języka technicznego. Zdecydował, że syn pójdzie do prywatnej szkoły. Już ją nawet wybrał. Tylko że szkoła mieści się na drugim końcu miasta. Jest tam kiepski dojazd, a ja pracuję za miastem, czasami zostaję po godzinach i nie mam samochodu.

-A prawo jazdy jest?

-Nie mam. Mąż mówi, że nie będzie ze mnie kierowcy i w życiu nie da mi kluczyków.

 

 

 

Oni

Przeważnie zajmuję stoliki w jak najdalszej części sali głównie dlatego, by mieć chwilę ciszy i poukładać myśli, zanim nadam im formę słów. Właśnie serwowano mój idealnie przyprawiony, grillowany stek z sałatką owocową, gdy zza pleców kelnerki (zdecydowanie przesadziła ze sztucznymi rzęsami) usłyszałam najpierw bukiet wulgaryzmów, a potem, gdy pracownica restauracji się oddaliła, ujrzałam ich dwóch ubranych w markowe rzeczy m.in. z krokodylem w logo. Skórzane kurtki zostały niedbale zarzucone na oparcia wolnych krzeseł. Postanowiłam oszczędzić sobie przytaczania wszystkich wyrażeń uznanych za nieparlamentarne, zatem wybaczcie, że wpis będzie nieco okrojony.

-Ja mu mówiłem, że może mnie pocałować w d… i tyle! Tak może powiedzieć do starego, ale nie do mnie. Mówiłem mu tyle razy, idź w p… Jak Ci się nie podoba, to wynocha.

-Ale mu nagadałeś. Niech gamoń idzie do Dyra. Hahaha… Stary nam g… zrobi, a ten gamoń z księgowości nawet nie piśnie, żeśmy na konto firmy się nażarli i obkupili. Nie połapie się, a w razie czego coś się wymyśli. Stary wszystko łyknie, bo po ósmym audyt i teraz tym żyje, a potem nie będzie mu się chciało tego ciągnąć.

Profil tego w bluzie z logo z krokodylem zdradza braki w uzębieniu. Oba łokcie nadal trzyma na blacie stołu. Kufel z płynnym złotem jest przechylany w taki sposób, jakby świadczył o ogromnym pragnieniu konsumującego. Przywołuje kelnerkę. Ta trzepocząc zbyt długimi rzęsami przyjmuje zamówienie.

-Przydałoby się gdzieś ruszyć, d… ogrzać, nie? – zagaduje ubrany w koszulkę polo  z koniem w logo – może jakaś Malta, Cypr. Co powiesz?

-Ósmego masz rozwód, co nie?

-No.

-To po ósmym. Weźmie się lewe zwolnienia. Nie będziemy latać po firmie, bo ktoś tam robi audyt. Zwalimy wszystko na księgowość. Niech się martwi. Stary i tak nam ch…. płaci.

-To mówiłeś, że gdzie lecimy?

-Może Cypr, co?

-Może być Cypr. Jakieś dziwki bierzemy czy ciągniesz swoją starą?

-Gdzie tam starą.

-To bierzemy kogoś stąd czy tam na miejscu zaciągniemy?

-Lepiej na miejscu. Po co nam kłopoty. I tak stara mi żyć nie daje. A dzisiaj szukamy jakiejś love?

-Wiesz co? Chyba nie powinienem tak przed sprawą. Mogę mieć problemy w sądzie.

-Ok, to dzisiaj sobie odpuścisz, a ja najwyżej pójdę do niej.

Notatki

Jeśli jeszcze raz spróbuję przekonać się do zjedzenia hummusu mając nadzieję, że jest pyszny, będzie to znakiem stopniowej utraty moich umysłowych możliwości.
Człowieku, jeśli coś Ci nie smakuje, nie jedz tego. I zamiast rzekomo wyśmienitego smarowidła do pieczywa przyrządź pastę z ciecierzycy z dodatkiem musztardy, kurkumy i ziołowej soli, a potem wcinaj ją przy każdej nadarzającej się okazji. Potem idź na shape po obwodzie i padnij na twarz, gdy Twój starzejący się i obwisły tyłek przypomina Ci o tym, że się zapuściłeś.
Jeśli gromadzisz zapasy jedzenia na kilka dni, to oznacza, że wkrótce zaszyjesz się w swojej dziupli i wreszcie zrobisz coś konstruktywnego albo przepieprzysz ten czas.

Notatki

– Napiszesz mi trzy uniwersalne wstępy i zakończenia do matury?

– Ok, zrobimy. Kiedy matura?

– Jutro.

– To dość bliski termin.

– Powiedziałem, że jadę na ślub cywilny kolegi z pracy. W razie czego poświadczysz?

– Tak.

Egzamin został zdany. Byłam człowiekiem małej wiary.

Staruszki

Bursa znajdowała się niedaleko centrum.Wybrałyśmy to miejsce na nocleg, bo było świetnie zlokalizowane, tanie i dawało możliwość skorzystania z aneksu kuchennego. Poza tym późnym latem opustoszałe. Władze postanowiły zatem za symboliczną opłatą udostępniać niektóre pokoje turystom z zastrzeżeniem, że w jednej części trwają prace remontowe. I w ten sposób moja lista osobliwych miejsc noclegowych powiększyła się o jeszcze jedną pozycję.

Nie miałam siły już dłużej przewracać się z boku na bok, więc gdy tylko zaświtało, postanowiłam pójść do jadalni, by tam poczytać zaległe e-maile i odpowiedzieć na nie. Nie chciałam budzić koleżanki. Uzbrojona w torebkę wymknęłam się cichutko z pokoju bezszelestnie zamykając drzwi.

Przez kuchenne okna było widać, jak noc ustępuje miejsca dniowi. W milczeniu zachwycałam się ciszą brzasku. Otworzyłam szeroko okno. Słychać było ptaki z pobliskiego parku. Zapowiada się piękny dzień, pomyślałam w duchu uśmiechając się do tych, którzy nie mogli bądź nie chcieli być tutaj ze mną. Wszystko im opiszę. Ale najpierw skończę rozdział. Otworzyłam książkę. Zamknęłam oczy.

Ocknęłam się, gdy usłyszałam głos należący do kobiety w wieku bliżej nieokreślonym. Brzmiał młodo i energicznie.

-Patrz, Zosiu, obudziłaś panią. Mówiłam Ci, żebyś ciszej nalewała tej wody.

-Elu, mówiłam Ci, że inaczej się nie da.

-Ale to nie ma znaczenia, dzień dobry – przywitałam się – wystarczy tej wody na kawę dla mnie?

-Dzień dobry. Powinno wystarczyć. Zosiu, wystarczy wody dla tej pani? Kawę chciała zalać.

-Wystarczy. Gdzie położyłaś nasze zakupy?

-Do lodówki. Talerze też podaj. Jesteśmy tu od wczoraj, a Pani?

-Od wczorajszego popołudnia.

-A widzisz, Zosiu, mówiłam Ci, że spotkamy tu kogoś, kto mówi po polsku. Bo my z Zosią postanowiłyśmy zwiedzać Europę. Wczoraj pierwszy raz leciałyśmy samolotem. Wyobraża sobie Pani? Dwie emerytki z Polski postanowiły wyruszyć w podróż samolotem. Trochę się bałyśmy, zwłaszcza Zosia, ale powiedziałam jej „Co nam się może stać, tam w górze? Zawsze to bliżej do Pana Boga. A już swoje przeżyłyśmy”. I poleciałyśmy. A po wylądowaniu zaczęłyśmy rozglądać się za noclegiem.

-Nie miały Panie zarezerwowanego noclegu? Ja zaleję. Proszę siedzieć.

-Nie miałyśmy, bo postanowiłyśmy wybrać się w podróż bez planowanego noclegu.

-To jak Panie tutaj trafiły?

-Podjechałyśmy do centrum i znalazłyśmy informację. Wytłumaczyłyśmy pani z obsługi, trochę na migi, trochę rysunkowo, że szukamy czegoś na kieszeń polskiego emeryta i żeby było blisko do kościoła. Poleciła nam dwa ośrodki. Zapukałyśmy do jednego, ale to jakieś seminarium męskie było i furtian nas nie wpuścił. Mówiłyśmy mu, że mamy po 75 lat, komu i co zrobią dwie babcie z Polski.  Potrzebujemy jakiegoś kąta do spania, nie będziemy przeszkadzać. Ale on nie i nie.

-Ela, może pani coś chce zjeść.

-Spokojnie, zaraz sobie przygotuję. Jestem na urlopie. To jak z tym załatwianiem noclegu było?

-Było tak. Gdy nie udało się w jednym miejscu, postanowiłyśmy działać spontanicznie. Pamiętasz, Elu, co mówiłam?

-Mówiłaś Zosiu, abyśmy odpoczęły w parku. Uważaj, bo rozlejesz. Mamy cukier? Nie wolno Ci za dużo, pamiętaj.

-Nie mamy cukru. Zosiu, wypijmy bez cukru. To ma być szalony wyjazd, na który czekałyśmy długie lata. Nie przejmujmy się bagażami, cukrem, rozlaną herbatą. Miałyśmy zwiedzać i poznawać ludzi.

-Panie jednak planowały ten wyjazd?

-Planowały, hmm, niezupełnie. To było tak. Zosia i ja poznałyśmy się w pracy w przedszkolu. Zosia wkrótce potem wyszła za mąż, a gdy urodziła córkę, postanowiła przenieść się wraz z rodziną na wieś oddaloną od naszego miasteczka o jakieś 130 km, bo tam jej rodzice przepisali działkę. Dzieliły nas kilometry, ale nie zapomniałyśmy o sobie. Pisałyśmy listy, wysyłałyśmy kartki na święta. Rzadko się widywałyśmy, ale znajomość przetrwała przez te wszystkie lata. Zosia żyła swoimi sprawami, budowali z mężem dom. Potem ściągnęli do siebie jej rodziców. Ja nie wyszłam za mąż.

-Elu, bo Ty nie chciałaś tego… A ja Ci zazdrościłam, że jeździłaś na wycieczki nad morze i przez całe życie byłaś taka ładna, szczuplutka, nakręcałaś włosy. A pamiętam, jak na naszym weselu nie chciałaś zatańczyć…

-Zosiu, to już nie ma znaczenia. Miałyśmy opowiedzieć pani, jak tutaj trafiłyśmy.

-Elu, zaczepiłyśmy tych starszych ludzi w parku i oni powiedzieli nam, że dwie ulice dalej znajdziemy budynek w remoncie i żeby tam zapytać, więc poszłyśmy i zapytałyśmy stróża, czy nas przenocuje. Odesłał nas do sekretariatu i tam dowiedziałyśmy się, że możemy zostać na dwie noce.

-Planują Panie spędzić tutaj tyle czasu?

-Tak, potem wyruszamy w dalszą drogę. Chcemy zwiedzić większe miasta.

-Zosia, gdy owdowiała, zaprosiła mnie do siebie na kilka dni. Było jej smutno w pustym domu. Córka i zięć zajęci swoimi sprawami rzadko ją odwiedzali. Rodzice nie żyli. Byłyśmy już wtedy obie na emeryturze. Ona miała po mężu. Zaczęłyśmy wspominać, snuć marzenia, plany i wtedy zaproponowałam, abyśmy wybrały się za granicę. Samolotem. Zosia w tajemnicy przed rodziną odkładała na tę podróż każdy grosz. Kupiła sobie na tę okazję dwie bluzki, jedną białą, a drugą w kropki.

-Elu, ale tę w kropki to Ty mi doradziłaś, razem z tą przemiłą panią w sklepie. Ela uparła się, abym kupiła obie. A resztę do wyjazdu jakoś się uzbiera, powiedziała. W razie czego mi pożyczy. Taki to dobry człowiek z tej Eli.

-Bo Ty, Zosiu, całe życie myślałaś o innych. Zajmowałaś się domem, ogródkiem, potem opiekowałaś się chorą mamą. Teraz jest pora pomyśleć o sobie.

-Elu, nie siedźmy za długo. Jest dużo do zobaczenia. Dzisiaj idziemy do bazyliki. Nie możemy się spóźnić.

-Masz rację, Zosiu. Pora się zbierać. Zostaw te naczynia. Pozmywamy po powrocie.

-Ja chętnie pozmywam, jeśli Panie się zgodzą.

-O, widzisz, Zosiu, pani zajmie się sprzątaniem. Spokojna głowa. Chodź już.

 

 

 

 

 

 

Masażystka

-Ciężko teraz o dobrą masażystkę. Moja, z której byłam ogromnie zadowolona, jest w czasowej niedyspozycji, dlatego przyszłam tutaj. Chcę przetestować nowe ręce.

-Mam nadzieję, że z moich usług też będzie Pani zadowolona.

-Na razie jestem.

-W zeszłym roku skończyłam odpowiednie kursy. Tutaj jest moja pierwsza praca jako masażystki.

-Zdobędzie Pani doświadczenie i otworzy swój gabinet, jak sądzę.

-Pewnie tak, ale wolałabym mieć tutaj część etatu. Trzeba poszukać rynku. Goście chętnie korzystają z naszych usług. Poza tym oprócz masażu może Pani sobie zafundować np. maseczkę na twarz albo inne zabiegi. Manicure, pedicure. Może też Pani skorzystać z sauny. Wszystko w jednym miejscu. Nie trzeba biegać po całej okolicy i szukać.

-Wezmę to pod uwagę. Mają Panie wielu chętnych na masaż?

-Tak, trzeba się uwijać. Akurat jedna klientka odwołała wizytę, dlatego mogłam Panią zapisać.

-Cieszę się i jeszcze raz bardzo dziękuję.

-Masowanie Pani to przyjemność. Pod koniec dnia jesteśmy całe mokre. Godziny pracy ruchome, ale czas jest ściśle wypełniony.

-Nie dziwię się. Dla takiej przyjemności warto wyjść z domu nawet w mroźny dzień.

-Pani jest drobniutka i ma pięknie wyrzeźbiony brzuszek, więc tak bardzo się nie zmęczę. Mam nadzieję, że Panią nie boli?

-Nie, skąd. Może warto byłoby ustalić kategorie wagowe dla poszczególnych klientów i od tego uzależnić ceny usług?

-To byłaby dyskryminacja.

-E, tam, zaraz dyskryminacja. Fryzjerzy ustalają ceny za usługi w zależności od płci długości włosów klientów.

-Zlinczowaliby nas, gdyby inne ceny były dla pań, a inne dla panów.

-Więcej kobiet czy mężczyzn przychodzi do Pani?

-Kobiet, ale panowie też się trafiają. Często mają mocno owłosione plecy i ogromne brzuszyska.

-Fuj! Pewnie mają też problem z utrzymaniem higieny osobistej?

-Nie zawsze. Zdarzają się bardzo eleganccy panowie, którzy towarzyszą swoim partnerkom, a czasem przychodzą sami.

-Nie podrywają Pani?

-Podrywają, ale udaję, że nie słyszę.

-Coś ich w życiu ominęło najwidoczniej albo są tak bardzo zakompleksieni, że sami nie wiedzą, w jaki sposób zwrócić na siebie uwagę i dlatego coś klepią od czapy. Nie mogłabym pracować jako masażystka.

-Dlaczego?

-Brzydzę się dotykać innych ludzi albo tak bliżej z nimi pracować. Nie mogłabym wykonywać zawodu, który wiązałby się z bezpośrednim kontaktem z człowiekiem. W dodatku wdychać te smrody, wysłuchiwać gderania osób, które czują, że przegrywają życie, choć same przed sobą nie chcą się do tego przyznać, dlatego rozpaczliwie chwytają się wszelkich sposobów, by jeszcze bardziej to wyprzeć. Proszę zwrócić uwagę, że część Pani klientów stanowią ludzie w wieku, w którym nikt bądź prawie nikt nie chce ich dotykać, dlatego przychodzą tutaj, by jeszcze poczuć jak to jest być głaskanym. Być może zapomnieli, jakie to uczucie.

-Teraz położę Pani kamienie wzdłuż kręgosłupa. Jeśli będą za gorące, to proszę powiedzieć.

 

 

 

 

Notatki

– Zrobiłam lemoniadę. Przyjdziesz?
– Przyjdę. Będziemy rozmawiać?
– Tak.
– Kupić coś po drodze?
– Jak uważasz. Jestem najedzona. Ale uprzedzam, że w lodówce mam jeno plasterek żółtego sera, resztki mleka i jedno jajko…
– W takim razie coś kupię.
– Myśl głównie o sobie.
– Chcę Cię nakarmić.
– Chcesz mnie utuczyć, abym była obleśna.

– Oj, przesadzasz jak zwykle.
– Zazwyczaj nie jadam o tak późnej porze.
– Naucz się wreszcie jeść normalnie.
– Naucz się wreszcie mnie słuchać.

One

– Nie pamiętasz już, jak przed laty toczyłyśmy rozmowy o tym, jak będzie wyglądać nasze życie? Miałyśmy realizować się w pisaniu oraz wypełniać czas dobrą literaturą, wyśmienitym jedzeniem, muzyką, pięknem i podróżami. Nic z tego nie zostało zrobione. Nic. Żyjemy inaczej, ale to nie jest podłe. Zmieniły się okoliczności na Twoje wyraźne życzenie. Choć przyznaję – obie spieprzyłyśmy sprawę.
– Napisz książkę. Napisz. Będzie się dobrze sprzedawać. Można będzie dołączyć do niej informacje o charytatywnych SMS-ach, które mogłyby pomóc np. mojemu dziecku.
– Odpada. Jakiekolwiek włączanie się ze mną w tego typu akcje odpada. Twoje dziecko ma rodziców, matkę i ojca. Zresztą i tak nie napiszę niczego, co by się sprzedawało.
– Zostałam sama ze wszystkim, sił coraz mniej.
– Byłaś sama jeszcze wcześniej, przez cały czas trwania swojego nieudolnego małżeństwa. Nie zaprzeczaj.
– Czasami chciałabym trzasnąć drzwiami i… zacząć od nowa.
– Cholera, wszystko jest możliwe. Tylko pieprznij nimi w końcu, ale tak, aby się ościeżnice rozleciały.

Barista

-Widzę, że drużyna kawiarni powiększyła się o nowe siły. Świeże i witalne. Ciekawe, co wniosą.

-Tak, pracuję tu od niedawna. Skąd Pani wie?

-Bywam u Was dość regularnie, najczęściej wkrótce po otwarciu albo tuż przed zamknięciem. Mocnej kawy wyłącznie z mlekiem potrzebuję jednakowo bardzo o każdej porze.

-Tym bardziej cieszymy się, że mogliśmy spełnić Pani kawowe marzenie.

-Nie ma kolejki, więc trochę pomarudzę. A o czym Pan marzy?

-Studiuję… Próbuję studiować socjologię. Zaocznie.

-Interesujące, ale to nie są marzenia. Zauważyłam tatuaż.

-Nic się przed Panią nie ukryje. Proszę, oto Pani kawa.

-Dziękuję. Znam ten motyw tatuażu rytualnego. To kalendarz Majów. Ale o tym pewnie Pan bardzo dobrze wie.

-To faktycznie wzór kalendarza. Pani interesuje się takimi tematami?

-Powiedzmy, że co nieco wiem.

-A wracając do marzeń to chciałbym… kiedyś wyjechać do Ameryki Południowej. Może wezmę dziekankę. Nie wiem jeszcze.

-Cudownie. Życzę Panu spełnienia marzeń. Niechaj ta praca się do tego przyczyni. Trochę przecież Pan ją lubi.

-Dziękuję. Nie myślałem o niej w ten sposób. I niech Pani marzenia też się spełnią.

-O, jakie to miłe. Pewnie będzie tak, jako Pan rzekł. Teraz pędzę na pociąg, kolejny będzie dopiero nad ranem. A noce mroźne. Mogę o panu napisać na blogu?

-Może Pani pod warunkiem, że pozwoli mi Pani przeczytać.

-Oczywiście, że pozwalam i proponuję, by Pan wziął lekcje jazdy konnej, jeśli poważnie myśli Pan o wyprawie np. do Patagonii. A po powrocie z podroży lub w jej trakcie założył bloga. Do widzenia.

-Do widzenia. Ma Pani ładne bransoletki.

-Dziękuję. Oryginalne. Z Boliwii.