One

Sobotnie przedpołudnie. Z łazienki słyszę, jak krząta się po mieszkaniu. Udostępniła mi wszystkie swoje kosmetyki z uwzględnieniem mojego gustu i potrzeb. Mieli kawę, oczywiście w ręcznym młynku, bo taka smakuje znacznie lepiej. Nawet przez drzwi czuję zapach świeżo zmielonej łączący się z zapachem pieczywa prosto z piekarnika.

-Dzień dobry. I to wszystko dla nas? Ale się wyspałam.

-Dzień dobry. Dla nas. Wolisz mleko podgrzane czy może być zimne?

-Poproszę zimne.

-Za chwilę będą chrupiące bułeczki. jeszcze trochę poczekamy, aby się dobrze podgrzały.

-Nie mogę w to uwierzyć.

-W co? W bułeczki?

-Nie udawaj, przecież wiesz, o czym mówię. Siedzimy w Twoim mieszkaniu, szykujemy śniadanie, pijemy pyszną kawę. Za oknem słychać ptaki, pierwsze zwiastuny wiosny. Taki sielankowy obraz. Uwierzyłaś w to wiele lat temu, zanim ja zdążyłam zamarzyć.

-Tak, kto by pomyślał. Dwie dziewczyny z dworca czekające na nocny pociąg, których ścieżki się przecięły, ponieważ ktoś omyłkowo zakwaterował je w tym samym pokoju. Byłaś taka wściekła, choć nie dawałaś po sobie poznać. Na zajęciach prawie się nie odzywałaś, czasami stawiałaś pytania, brałaś udział w scenkach, ale  Twój wyraz twarzy wszystko zdradzał. Pamiętam, że byłaś ubrana na czarno, a na ustach miałaś czerwoną szminkę. Siedziałaś milcząca i dumna. Dopiero na krótko przed odjazdem odważyłam się Ciebie o coś zapytać. Gdy zaczęłaś odpowiadać, nie mogłam wyjść z podziwu… Rozmowa była długa, wymieniłyśmy adresy i telefony. Ale na pociąg nie zdążyłyśmy, dlatego postanowiłyśmy pojechać nocnym.

-Oj, kawa stygnie.

-Nie martw się, jest sporo w zapasie. Zaparzymy nową, jeśli będzie trzeba. Bułeczka dla Ciebie, proszę.

-Dziękuję. Mimo lat nie zmieniły nam się upodobania. Ale chyba ktoś pomylił się w zrealizowaniu naszych marzeń.

-Nie pomylił. Nic nie jest przypadkowe.

-Podobno. Ale u nas jest jakby zamienione. Ja marzyłam o antresoli, Ty – o dużym balkonie. Tymczasem Ty masz antresolę, z której korzystam do woli, a ja cieszę się balkonem, na którym wspólnie popijamy koktajle.

-Ale chyba nie masz o to żalu do nikogo?

-Nie, skąd. Nawet jestem zadowolona z takiego obrotu sprawy. A także z tego, że skończyłaś ziołolecznictwo, podczas gdy ja w młodości jedynie marzyłam o studiach na kierunku przyrodniczym. Życie pokazało, że kompletnie się do tego nie nadaję. Tylko postaraj się nie zmarnować wiedzy, którą zdobyłaś.

-Na razie dyplom schowałam do szuflady. Wiedziałam! Wiedziałam też, odkąd się poznałyśmy, że kiedyś na końskich grzbietach wybierzemy się na przejażdżkę do ruin dworku. Gdy pierwszy raz tam pojechałyśmy, był jeszcze przed remontem. Ale miałaś minę, gdy Ci powiedziałam, że widzę tam nas i nasze konie, które odpoczywają, podczas gdy my bez pośpiechu popijamy espresso z gustownych filiżanek. Przez grzeczność nie zaprzeczyłaś. Mówiłam Ci, że piękny ogród kiedyś ożyje?

-Mówiłaś też, że masz pomysł na jego rekonstrukcję. Filiżanki, z których teraz pijemy są podobne do tamtych z kawiarni.

-Wyglądają identycznie. Znalazłam je na wyprzedaży. Dworek po części został odrestaurowany. Stawy zarybione, ogrodowi powoli jest nadawany nowy kształt, choć ja bym wolała, by pozostał na pół dziki. Ile lat nas tam nie było?

-To będzie… Sporo. Lepiej uważaj, o czym marzysz, bo niektóre marzenia mogą się spełnić. Ale stare drzewa pozostały?

-Tak, czytałam, że projektant zieleni o to zadbał. Mógłby przewidzieć miejsce na zielnik, by zbierać i sprzedawać zioła. Potem ktoś otworzyłby herbaciarnię i miejsce by zarobiło na siebie. A odnośnie marzeń. Mam w zapasie kilka. Tak bym chciała, aby wystarczyło mi życia na ich mądrą realizację.

-Jesteś na dobrej drodze.

-Na to wygląda. Obie jesteśmy, a wszystkie próby prowadzą jedynie do tego, by jeszcze bardziej cieszyć się z rezultatów. Zapowiada się piękny, bezchmurny dzień. Na której klaczy chciałabyś pojechać?

-Może na Havanie.

-Ja na Mesalinie. Przedzwonić do stajni?

-Dobry pomysł.

 

Czwartek

Pierwszy widok otrząsający mnie z porannego odrętwienia to wymiociny tuż pod drzwiami klatki schodowej. Aby je ominąć, należy zrobić dużego susa albo dać mocny krok. Z zakwasami po treningu to nie będzie proste, ale mimo wszystko podejmuję wyzwanie. Udało się. Oby spadł deszcz i to wszystko zmył, myślę, a w odpowiedzi słyszę łagodny śpiew ptaków i… dzięcioła na śniadaniu. Wróciłeś, łajdaku. Teraz będzie już tylko lepiej.

Kilkanaście godzin później.

Pada i mocno wieje. Jest przeraźliwie zimno, nie spakowałam rękawiczek, więc idę coraz szybciej, by zdążyć na wcześniejszy pociąg. Postanawiam jeszcze zrobić małe zakupy. Uzupełniam zapasy herbaty. Poszukuję też nowych połączeń kulinarnych, dlatego nieco dłużej niż zwykle marudzę przy stoisku z produktami hiszpańskimi. Kupuję oliwki, białe wino oraz czekoladę do picia, którą przygotuję po powrocie. Dodam korzenne przyprawy i będę delektować się jej smakiem. Poradzono mi, aby na bezsenność pić ciepłe mleko. Saute nie przeszłoby mi przez gardło, dlatego stosuję jego kombinacje np. z dodatkiem miodu, wanilii, smakowego cukru. Mikstura działa tuż po spożyciu, a w nocy i tak nie śpię.

Podchodzę do stoiska zielarskiego. Rozglądam się za kosmetykami na bazie roślin. Zanim będę przygotowywać własne, powinnam się jeszcze wiele nauczyć. Słyszę rozmowę sprzedawcy z klientką:

-Wcale mi ten olej nie pomaga, no, może trochę na żołądek, ale zamawiam już teraz trzy butelki dla siebie i koleżanki, bo trzeba o siebie dbać, co nie? Znowu idziemy się czymś ostrzyknąć. Jesteśmy maniaczkami piękności. A ten olej niech Pani lepiej zamówi w większych ilościach. Specjalnie mówię wcześniej, aby na mnie czekał.

Kobieto, jeśli myślisz o zastrzykach z botuliną, która zawiera jad żmij, to śmiało naplujcie z koleżanką do słoika, a potem natrzyjcie się własną śliną. Mentalnie zasiadam w loży szyderców, zatem tego typu podpowiedzi nie są dla mnie czymś nowym.

-Przecież Pani jest zadbana, odpowiada sprzedawca.

-E tam, ale to nie zasługa ziół i tego, co Pani sprzedaje, tylko zabiegów. Niedługo znowu na coś pójdziemy.

Spojrzenie zielarki i delikatna zmiana w jej mimice bezcenne. Tymczasem piękność ciągnie monolog:

-Mamy z koleżanką umowę. Kilka razy do roku idziemy się upiększać. Cały czas coś ze sobą robimy. Trzeba jakoś wyglądać, no nie? O, a Pani za mną stoi. To już idę, bo Pani pewnie też po coś.

Pada mocniej. Teraz pozostało pokonanie trasy z hali do dworca. Już pewne, że nie zdążę na wcześniejszy pociąg. Nie szkodzi. Dzięki temu materiał na bloga sam się tworzy. Staję niedaleko kasy biletowej, ale jestem na tyle blisko, aby usłyszeć rozmowę pomiędzy pracownikiem kolei a klientami:

-Poproszę studencki dwa razy do stacji Szczecin Główny.

Chyba się przesłyszałam. Kasjerka w odpowiedzi na hasło:

-Jeszcze raz.

-(głośniej i wyraźniej niż poprzednio) Poproszę dwa studenckie do stacji Szczecin Główny.

Tym razem jestem pewna, że słyszałam to, co pracownica kasy:

-Jeszcze raz.

-(bardzo głośno i wyraźnie) Chciałem kupić bilet do stacji Szczecin Główny. Studencki. Dla dwóch osób. To moja legitymacja.

-Proszę Pana, my jesteśmy na stacji Szczecin Główny.

Kurtyna!

Składam podziękowania wszystkim, którzy dostarczają mi materiałów na bloga nawet o tym nie wiedząc.

Całuchy-kluchy!

 

Pełnia

Obserwuję księżyc przy bezchmurnym niebie. Jest przepiękny. Tej nocy na pewno będę mało spała. Intuicja podpowiada, abym złapała głęboki wdech, bo coś we mnie eksploduje, ale jeszcze nie na tyle, abym wzywała pomocy mojego ziemskiego Anioła Stróża (nota bene i tak się pojawił, za co dziękuję, Aniele).

Niedawna sprzeczka z recepcjonistą uświadamia mi, że głównym powodem bariery w spójnym widzeniu rzeczy są różnice w osobowościach rozmówców, a nie pełnione przezeń funkcje. Jeżeli dochodzi do wymiany zdań pomiędzy przełożonym a podwładnym, a ich rezultatem nie jest kompromis, to dzieje się tak dlatego, że jedna ze stron w żaden sposób nie może zrealizować własnych potrzeb ani dogłębnie wyrazić siebie. Komunikacja zachodzi na poziomie osobowości, a nie na poziomie funkcji.

Wracam po dniu pełnym rozgrzebanych spraw. Przez cały czas sporządzałam notatki, które zaszyfrowałam do tego stopnia, że podczas składania ich w jednolity tekst całkiem się pogubiłam. Pomysły warte zrealizowania przychodzą do głowy w najmniej oczekiwanych chwilach, szczególnie wtedy, gdy nie możesz ich zanotować. Pozostaje korzystanie z pamięci, a z nią bywa różnie, zwłaszcza u osób, które starają się nie robić niczego, w co nie wierzą. Mimo wszystko próbuję nadać słowom kształt.

Ze sklepowej półki chwytam sporą torbę makaronu. Dopiero przy kasie uświadamiam sobie, że jadłam go wczoraj i dwa dni temu. Jem dzisiaj i jutro też zjem.

Ktoś przychodzi z krótką, jak zapewnia, wizytą. Wywiązuje się rozmowa. Mówimy o planach i pomysłach na spędzanie urlopu. Na hasło Bałkany odzywają się kolce na dnie moje serca. Wspominamy. Planujemy. Sporządzamy mapę oraz listę zakupów. Włączam muzykę. Na stół wkracza rakija. Nucimy. Snujemy opowieści. Robi się sentymentalnie. Po co rozdrapywać strupy, ktoś zapyta. Po to, aby oczyścić rany, kupić plaster i być gotowym do dalszej drogi. Mimochodem spoglądam na zegar. Późno. Powinnam się położyć, jeśli kolejnego dnia nie chcę straszyć sąsiadów.

Noc podczas pełni okazuje się bezsenną. Bałkańska muzyka wraz z filmowymi obrazami jeszcze długo wybrzmiewa w wyobraźni.

Następny dzień się nie liczy.

 

One

-Nawet ładnie się urządziłaś. Wystarcza Ci miejsca w szafach?

-Tak, z powodzeniem. Nie chciałam zagracać przestrzeni. Poza tym nie mam wielu ubrań i butów.

-Hahaha. Jakie to w Twoim stylu. Kiedyś mówiłaś, że w domu najważniejsze będą dla Ciebie biurko, cisza oraz miejsce na stare buty. A te rzeczy?

-To pamiątki. Z podróży. Moich i cudzych. Raczej cudzych, tym bardziej dla mnie cenne. Ta na przykład pochodzi z…

-Wiem. Nie kończ.

-Nie wiesz.

-Od niego. Byłam na ich ślubie. Mój były zaprosił mnie na swój ślub. Kościelny. Niby przypadkiem spotkaliśmy się na parkingu. Powiedział, że się żeni. Wpadnij, rzucił. Wyobrażasz to sobie?! A, przecież Ciebie nie było na tym ślubie. Czy byłaś, bo już nie pamiętam?

-Nie zostałam zaproszona. Po co tam poszłaś?

-Chciałam to zobaczyć.

-Co chciałaś zobaczyć?

-Jego w garniaku. Nie wierzyłam, że kiedyś go założy. Gdy się spotykaliśmy na rodzinnych obiadkach albo innych ważnych uroczystościach, u niego zawsze był problem ze strojem. Nie znosił formalnych ubrań. Koszul, marynarek, krawatów.

-Może na tę okazję zmienił preferencje?

-Utył.

-Może ona dobrze gotuje. Może to jedyne, co potrafi dobrze robić.

-Gdy był ze mną, jadał w pośpiechu, a do pracy dojeżdżał rowerem, prawie co drugi dzień siłka.

-Cóż, ludzie się zmieniają czasami pod wpływem kogoś, czasami od siebie. Wesele też zaliczyłaś?

-Nie, widziałam na zdjęciach i na filmie. Ewka trzasnęła kilka z komórki. Pokażę Ilonce, powiedziała, zawsze miał na nią oko, ale jej się nie podobał. A kto się Ilonie podobał? Widziałaś te filmy?

-Nie widziałam.

-Załamałabyś się. Typowo nowobogackie. Przesyt dekoracji. W pewnym momencie myślałam, że balony i tiule spadną gościom na głowę. Podobno wynajęli dekoratora wnętrz. Oprócz stołów na sali stały osobno trzy szwedzkie. Jeden z tradycyjnymi wyrobami. Wiesz, kaszanka, smalec, szynka, piwo prosto z beczki. Z browaru jakiegoś oryginalnego. Było tego tyle, że wystarczyłoby dla jadłodajni i jeszcze zostało. Bażanty też tam widziałam. Dekoracje ze słomy, brzozowych witek. Znasz Ewcię. Wszystko dokładnie sfilmowała. Tuż obok stał drugi z owocami morza, które leżały na jakiejś lodowej kruszonce. Spinały go dwa łabędzie wykute z lodu, a obok nich był krasnal. Też z lodu. W ręku trzymał jakiś koszyk, a w nim już nie dopatrzyłam się, co było. Ewcia mówiła, że ostrygi. Kolejny stół był z ciastami. Muffinki, landrynki, bezy itp. Panna młoda też wyglądała w sukni jak wielka beza. Wcale nie miała figury.

-Może ktoś poczuł się nią zainspirowany?

-Pamiętasz, jak kiedyś zarzekał się, że śluby, wesela, cały ten młyn to nie dla niego? On ceni sobie wolność, tak powtarzał. Chce żyć w wolnym związku, podróżować, zwiedzać, poznawać obce kultury. A na ich weselu grali disco polo. Haha, u niego na imprezie disco polo. I w dodatku tańczył przy tym. On, fan bluesa, jazzu i Jarocina. Jak ja tego nie cierpiałam, ale jeździłam na te jego zloty.

-Pamiętam, mówił też, że woli szczupłe, zgrabne dziewczyny od tych bardziej… przysadzistych. Dlatego katowałaś się dla dietami i chodziłaś na step.

-I po co mi to było?

-Nie pij już dzisiaj, ok? Schowam wino.

 

Patynowa Pani Domu. Przaśne placki

-Nie mogę przyjechać. Nie, nie mam szczególnego powodu. Chcę przez najbliższe dni zająć się sobą. Latem też nie obiecuję. Jeszcze nie mam planów. Wiem, że miejsca jest dość. Krucho u mnie z kondycją. Nie uwierzysz. Wzięłam się za domowy chleb. Tak, za dużo jak na jedną osobę, dlatego rozdam bezdomnym (pod warunkiem, że się uda). Jak wtedy, gdy chodziłyśmy do parku i zostawiałyśmy im jedzenie oraz ubrania. Potem ukradkiem obserwowałyśmy, czy było zainteresowanie. Pamiętam. Miałyśmy mieszkać obok siebie, najlepiej w domkach. Ty po obronie doktoratu miałaś zająć się pracą naukową na poważnej uczelni, a miałam pracować głównie zdalnie jako nie wiadomo kto. Długo nie miałam pomysłu na siebie, ale życie skutecznie to zweryfikowało. Nie możemy się poddać. Wiem, że nic z tego nie wyszło, ale chyba nie zamierzamy zaraz umierać. Jasne, kto to wie. Brak decyzji też jest decyzją. Papatki!

Kończę rozmowę i zajmuję się wyrabianiem ciasta drożdżowego. Nie nabiorę wprawy, jeśli nie spróbuję, myślę, i postępuję według receptury, którą otrzymałam od Wzorowej Pani Domu. Odstawiam ciasto do wyrośnięcia. Powinnam kupić glinianą misę albo jeszcze lepiej żeliwną. Ale gdy się nie ma, co się lubi. Nie należy przesadnie skupiać się na materialnej stronie rzeczywistości, nieśmiertelna zasada śmiertelników.

Odstawić do wyrośnięcia na 20-30 min, napisano. Odstawiam. Najbezpieczniej będzie na 25 min, wyznaczam średni czas i zajmuję się lekturą. Po mieszkaniu poruszam się na paluszkach niczym baletnica albo trwam w bezruchu. Gdy upływa czas podany w przepisie, zaglądam do schowka. Mamma mia! Wszystko łącznie z półką, garnkiem i ściereczką pływa w cieście drożdżowym, które miało pięknie wyrosnąć. I wyrosło zgodnie z oczekiwaniami. Dodaj sporo serca do wszystkiego, co przyrządzasz do jedzenia, radzą WPD, wówczas każda potrawa na pewno się uda. Ha! Przy okazji odkryjesz przepis na przaśne placki, bo życie polega na tym, by wytyczać nowe szlaki, również kulinarne.

Całuchy-kluchy 🙂

 

 

Notatki

– Dzień dobry. Poszukujemy nowych twarzy. Nie chciałaby Pani wypełnić formularza i stanąć przed kamerą. To zajęłoby kilka, może kilkanaście minut.
– Nie ma sprawy. Ale ja nie mam przygotowania aktorskiego.
– To jest bez znaczenia.
– Jakich konkretnie osób Państwo poszukują?
– Mamy w bazie różne profile. Od studentek poprzez osoby dojrzałe, a nawet w podeszłym wieku.
– Tak więc moja data urodzenia Państwa nie przerazi?
– Nie, skąd.
– Adres zamieszkania obecny podać?
– Tak, to ułatwiłoby sprawę.
– Ale ja mieszkam pod różnymi adresami.
– To proszę wpisać adres zameldowania.
– Gotowe.
– Dziękuję. Zadam Pani kilka pytań.

– Proszę.
– Czy zgodziłaby się Pani na wejście w rolę postaci złożonych albo dyskusyjnych moralnie, na początek oczywiście epizodycznie?
– Brzmi ciekawie. Jakie byłyby to role?
– Np. prostytutek, narkomanek, osób współuzależnionych?
– To by zależało od tego, co miałabym robić na planie.
– A mogłaby Pani teraz np. wcielić się w postać partnerki narkomana i zrobić awanturę, ponieważ zapomniał o jej urodzinach?
– Tak.
– Proszę, oto tekst. Operator kamery da Pani znak, po którym Pani zaczyna.
– Nawet sweter i moje buty pasują do sceny.

 

 

Oni

– A jak długo Pan tutaj pracuje, w lesie, z dala od ludzi?
– Będzie ze 20 lat albo lepiej. Latem jest łatwiej, bo przyjeżdżają i rozkładają się z namiotami lub przyczepami. To się tu zajrzy, tam zajrzy, coś podpowie. A gdy przyjdzie koniec sezonu, można oszaleć. Ale coraz gorzej z ludźmi jest.
– Gorzej?
– Tak, hołota coraz częściej przyjeżdża. Udaję, że nie widzę. Ale nie sposób zatkać sobie uszu na to, co wygadują.
– Co wygadują?
– Wyzywają mnie. Od takich różnych, wie Pani. Co to w zakładach dla pomylonych siedzą. Może i ja jestem świrem? Siedzę tutaj cały rok, bez przerwy. Zimą i późną jesienią mam towarzystwo tylko tych trzech psów. Gadam z nimi, opowiadam im o sobie, o różnych rzeczach, o ludziach, którzy kiedyś byli na campingu. Wygarniamy sobie czasami. Widzi Pani tę sukę. Tę, co pierwsza przybiegła Panią obwąchać?

– Tak. Groźna?

– Nie, gdzie tam. Tylko tak na początku, aby poznać. Przybłęda. Jest ze mną najdłużej. Z nią najwięcej sobie gadam. A zimą, gdy mróz i w cygance napalę, to nawet ją do chaty zawołam i tak sobie siedzimy razem jak baba z chłopem. A te dwa mi podrzucili. I tak zostaliśmy. Całe moje towarzystwo. Pani pewnie myśli, że ja od wariatów uciekłem?
– Nie myślę o Panu w ten sposób.
– Bo Pani jest grzeczna. A co Pani robi na co dzień? Pracuje gdzieś Pani?
– Tak. Ile policzyłby Pan za dobę za miejsce na campingu?
– On musiałby zapłacić. A Pani miałaby wejście za darmo. Tylko niech Pani nie przyjeżdża w sezonie. Szkoda byłoby Pani na to, co się tu dzieje.

14 lutego. Święto patronów Europy, Cyryla i Metodego

Po męczącym dniu czołgasz się do prysznica. Potem padasz w szlafroku na łóżko i zamykasz oczy. Słyszysz tango notturno. Próbujesz ogarnąć resztę dnia. Budzisz się, gdy okolica jest dziwnie cicha. To już ta godzina? Na wyświetlaczu nieodebrane połączenia i SMS.

Tak, możesz wbić na herbatę. Raczej nie mam niczego do jedzenia oprócz resztek zupy. No dobrze, są orzechy i miód. Reflektujesz? O tej porze dopiero się budzę. Pożyczę Ci.

W sprzątaniu na czas przed przybyciem spodziewanych gości jesteś mistrzynią.

Miałaś zamieścić post wcześniej. Miałaś nie brać udziału w konkursach związanych z walentynkami. Miałaś nie wygrać kolejnej książki. Tym razem o tym, jak oczarować ukochaną osobę w kuchni. Na ten temat powinnaś stworzyć fotoblog lub coś w tym rodzaju.

Kolejny telefon. Ktoś potrzebuje Twojego czasu i rozmowy.

Tak, przyjdę. Przyniosę.

Jestem dumna z bycia Europejką.

 

Św. Cyryla i Metodego, patronów Europy. Wigilia

Jest deszczowe, zimne popołudnie. Wracasz do siebie brodząc w błocie po kostki. Prace wykończeniowe nad chodnikiem i poboczem zostały przerwane z niewyjaśnionych przyczyn bez podania terminu ich wznowienia. Samochody dostawcze i inne wiozące np. ciężki sprzęt dodatkowo rozjechały glinę, żwir i to, co pod nimi się znajduje. Idziesz pod wiatr. Jeszcze przedwczoraj w okolicy słyszałaś stukanie dzięcioła. Dziś potęgują się Twoje wątpliwości, czy ptak nie zmienił preferencji żywieniowych i terytorium. Nie, nie będziesz tego dłużej rozważać.

Szerokim lukiem omijasz witryny sklepowe zdradzające zainteresowanie jutrem. Przecież to święto patronów Europy. Co w takim razie robią na wystawach elementy garderoby w kolorze czerwonym mocno eksponujące pierwotne źródło pokarmu ssaków naczelnych albo ich okolice bikini? Oczywiście wszystko mocno okraszone dekoracjami w kształcie serca w rozmaitych barwach, z których dominującymi są czerwień i róż. Jaki jest ich związek z Twoją europejską tożsamością? Nawet zegary zostały oklejone serduszkami. Uwielbiasz serducha (nie tylko w gulaszu), szczególnie to jedno, jedyne, ale by oklejać nimi np. przedmioty codziennego użytku? Nie wpadłabyś. Ale skoro już mowa o dekoracjach, to figurka św. Mikołaja z gwiazdką i bałwanki zdobiące szyjki butelek są spoko o każdej porze roku, szczególnie w Twojej dziupli.

Zamówiono tekst o świętowaniu 14 lutego, zatem wracamy do tematu. Byłaś dziś świadkiem, jak ona robiła jemu karczemną awanturę o sposób celebrowania walniętych tynków. Przechodnie oczekujący na tramwaj mieli w pakiecie atrakcję. Treść rozmowy suto okraszona wulgaryzmami dotyczyła jutrzejszej kolacji. Bo Ty jesteś tępym…  i nigdzie mnie nie zabierasz! Nawet mi kwiatków nie kupisz, Ty… (gałganie, przyp. Autora), zboczeńcu. Nie pamiętasz o walniętych tynkach! A o czym Ty pamiętasz?! O swoim… (życiu, przyp. Autora). Jeszcze będę musiała zapłacić za tę pizzę może, co?! Oj, młoda, młoda, takiego sobie wybrałaś. Młody nie pozostawał dłużny. A Ty zamknij mordę, wariatko! Idź do roboty wreszcie albo na siłkę, bo wyglądasz jak tłusta locha. Nadjechał tramwaj.

Można inaczej. Można.

 

One. Ghost writer

Kilka tygodni po maturze:

-Złożyłaś papiery tylko na jeden kierunek?

-Tak.

-I na jedną uczelnię?

-Tak.

-Zamierzasz aż tak zaryzykować?

-Tak.

-A jeśli Cię nie przyjmą?

-Wtedy będę się martwić.

-Nie można być aż tak pewnym siebie.

-Można.

-Dlaczego jesteś taka uparta?!

Gdy pięć lat później stałam z ciepłym dyplomem ukończenia wybranego kierunku studiów pod drzwiami instytutu, przypomniałam sobie tamtą rozmowę. Nie sądziłam, że nadarzy się okazja, by tej samej osobie udowodnić skuteczność swoich ówczesnych racji.

-Z tego, co pamiętam, chciałeś być krytykiem literackim.

-Kiedyś coś tam próbowałem.

-I?

-Za pierwsze zarobione pieniądze kupiłem bilet do Szwecji. A Ty?

-A ja odwiedzam sklepy ze szwedzkimi artykułami tutaj w Polsce. To z kraju wikingów masz bliżej do Sztokholmu niż ja.

-Racja.

-Kiedy o Tobie usłyszę? Publikujesz pod pseudonimem czy jestem ignorantem?

-Raczej nie usłyszysz. A jak Twoje sprawy?

-Robię to i owo, ale bez większych sukcesów.

-Da się z tego wyżyć?

-To zależy, ile kto potrzebuje. Kiedyś zaproponowano mi pracę ghost writer’a, ale nie przyjęłam tej propozycji.

-Nie żartuj. Czasami są z tego niezłe pieniądze.

-Nie chciałam ryzykować. Jeśli okazałoby się, że książka odniesie sukces i zdobędzie nagrody, jak potem udowodniłabym, że brałam udział w jej tworzeniu.

-A skąd pewność, że otrzyma nagrody i odniesie sukces?

-A skąd Twoje przekonanie o tym, że nie odniesie sukcesu i nie zdobędzie nagród?