Notatki

Wyłączam budzik i idę w stronę łazienki. Ostre światło sprawia, że ból dodatkowo się potęguje. To naprawdę moja twarz i włosy?! Koniecznie powinnam coś z nimi zrobić. Ale nie teraz. Staram się myśleć o nowym dniu, choć głowa zajęta poprzednimi. Korektor i puder! Puder i korektor! Więcej pudru, więcej. I rozświetlacza. Nagle zbyt gwałtowny ruch sprawia, że puderniczka wraz zawartością wyślizguje się z rąk, a potem spada na podłogę i roztrzaskuje się na kawałki. Cholera, nie zdążę posprzątać. Zostawiam to na popołudnie. Nogawki moich spodni też ucierpiały na skutek bliskiego spotkania z zawartością puderniczki. Wieczorem nastawię pranie. Tymczasem w półmroku wciskam się w inne spodnie i pędzę.
W pociągu wymiana zdań i poglądów pomiędzy konduktorem a (jeszcze) młodzieńcem na środkach zmieniających świadomość:
– Proszę, Pani była pierwsza…
– Poproszę bilet do stacji…
– Ale ta pani nie była pierwsza. Ja tu stałem.
– Ta pani tu stała. A Pan mógłby poczekać cierpliwie i przepuścić panią.
– Ale ja nie będę nikogo przepuszczał. Jest równouprawnienie. I teraz panowie mają pierwszeństwo w kolejkach. Proszę bilet do…
– Ale ja najpierw tę Panią obsługuję. Proszę, do której stacji ma być bilet?
– A ja jestem nowoczesny i wiem, że teraz mężczyźni mają pierwszeństwo. Kultura nakazuje…
– A mnie w domu uczono, że kobieta ma pierwszeństwo zwłaszcza, że przed panem stoi. Tak kultura nakazuje.
– A mnie nie obchodzi, jakie ma Pani wychowanie.
– I mnie Pana poglądy też nie bardzo.
Najważniejsze, że udało się kupić bilet.
Popołudnie. Po kilku próbach nawiązania kontaktu z salonem fryzjerskim oddzwania pracownik zakładu:
– Dzień dobry. Pani do nas dzwoniła.
– Dzień dobry. Chciałabym się umówić do fryzjera. Strzyżenie. Włosy krótkie… A nie mają Państwo innych, wolnych godzin? … Dobrze, niech będzie za dwa tygodnie po 19.00 … Nie, nie śpię o tej porze … Do męskiego … A jakie to ma znaczenie, że jestem kobietą?… Chciałabym ostrzyc i tak już krótkie włosy na męsko … Nie wiem, jaką mają długość … Krótkie są … Czym mam je teraz odmierzyć?… Proszę zaczekać, mam metrówkę … Aha, są półdługie według Państwa kryteriów?! … Dobrze, może Pan nawet zanotować, że są długie do kolan i przyjdę ściąć warkocze… Do męskiego… Nie, tylko męski wchodzi w rachubę… To dlaczego mają Państwo inny cennik dla mężczyzn, a inny dla kobiet? …Tak, dziękuję … Żadnych maseczek ani ombre, niczego takiego … Tylko strzyżenie… Do zobaczenia.
Pragnę normalności. Chcę posłuchać czegoś pięknego. Natychmiast! Może być duet Springsteen Morello. Gdy słyszę pierwsze dźwięki, zapadam w letarg…

Notatki

Proponowano mi różne rzeczy. Między innymi tani alkohol, niezobowiązujący układ partnerski, kopulację, podróże do miejsc, których dobrowolnie bym nie odwiedziła, nieprzydatne ubrania, w których wyglądałabym jak kaszalot, botoks po 20. r.ż Nakłaniano mnie do tracenia czasu na bezowocne spotkania i rozmowy. Nikt nie zapytał, czy np. potrzebuję pomocy przy podłączaniu kabli w taki sposób, by zsynchronizować urządzenia audio. Albo gdzie miałabym ochotę pójść, by niczym normalny, szczęśliwy człowiek miło spędzić wieczór?
Pamiętam, że podczas wyjazdu do Pragi oddałam swoją szminkę młodej dziewczynie, której zabroniono stosowania tego kosmetyku. Patrzyłam na jej nieporadne próby posługiwania się pędzelkiem i myślałam: dalej, mała, nieźle Ci idzie.

Patynowa Pani Domu. Zakupoholizm

Po krótkich namowach zgadzasz się na towarzyszenie komuś podczas targów promujących najogólniej mówiąc ideę slow life. Ma być ekologicznie, organicznie, swojsko, niedrogo i przyjaźnie, jak przekonuje amator pomysłu. Poza tym można poznać zwariowanych, pozytywnie zakręconych na maksa ludzi i razem zrobić coś dla ratowania planety. Nie wahasz się długo i przystajesz na propozycje spędzenia wolnego dnia na buszowaniu po straganach w poszukiwaniu smakołyków dla ciała i duszy. Wcześniej upewniasz się, ile możesz wydać na zakupowe szaleństwo. Docierasz na targ lekko poirytowana przeciągającym się spóźnieniem koleżanki. Pamiętaj, życie w stylu slow nie jest tym, co praktykujesz volens nolens każdego dnia w drodze do pociągu i z powrotem. Koleżanka żyje slow, bardzo slow, skoro nawet nie poinformowała, że się spóźni. W końcu dostrzegasz ją niespiesznie zmierzającą w Twoją stronę z… kubkiem jednorazowego użytku w dłoni. Na kubku logo sieciówki. Cóż, miało być lokalnie i swojsko, a jest kosmopolitycznie i globalnie. Przepraszam za mały poślizg czasowy, wyjaśnia koleżanka, musiałam zająć się psem. Ma biegunkę. Sporo sprzątania było. Zostawiłam go w domu. Oszczędź mi szczegółów, myślisz, mam wrażliwe ucho i jestem po śniadaniu.

Podążamy w kierunku straganów. Uliczny hałas narasta. Co na targach promujących higieniczny tryb życia robią pstrokate światła?! Prościej będzie wymienić, czego na bazarze nie ma niż to, co jest. Począwszy od produktów kuchni różnych narodów, trawy w sześciu smakach, deserów z dalekich zamorskich krajów (miało być głównie po polsku), twarogów, fast foodów (nieźle jak na slow life) poprzez etniczne ozdoby, średnio praktyczną odzież (szukam logo, metki, czegokolwiek), artykuły gospodarstwa domowego sprowadzane z… różnych krajów. Ceny zwalają z nóg. Jest i biżuteria. Na niej zawiesisz oko, cieszysz się na samą myśl. Nic z tego. Jeśli nabędziesz choć jeden komplet, nie będziesz mieć na życie przez resztę miesiąca. Koleżanka podchodzi z papierową tacką, na której leży jakaś maź o niezbyt apetycznym wyglądzie i zniechęcającym zapachu. Chcesz spróbować, pyta. Nie, dziękuję, odpowiadasz, a w myślach dodajesz, jak dobrze, że jestem po obfitym śniadaniu. Dają za darmo. idź, jeszcze jest, nalega. Popołudniowy upał i narastający tłum sprawiają, że tracisz zainteresowanie jedzeniem, natomiast odczuwasz lekką irytację i zmęczenie. Nagle czujesz, że na coś nadepnęłaś, a po chwili rozlega się skowyt psa. Odwracasz się i zanim zdążysz otworzyć usta, słyszysz: jak łazisz, uważaj, pies! Od kiedy jesteśmy na „ty”, ripostujesz, i jak można narażać zwierzę na taki stres w tłumie i hałasie! Koleżanka wyrasta jak spod ziemi i odciąga Cię na bok i mówi półgłosem, chodź, nie dyskutuj z… A właściciel psa odpowiada: a tu jeszcze druga wpier… się do kolejki. Z innych ust: pan też tu nie stał. Z tamtej strony kolejka jest! Dalszej wymiany zdań nie słyszysz.

Idziemy do naszego bistro, proponujesz. Jasne, padam z nóg, napiłabym się czegoś zimnego, słyszysz w odpowiedzi i po kilku minutach jesteś w drodze do dobrze znanego miejsca. Jest problem z wolnym stolikiem. O tej porze sporo tu żaków. Zamawiasz koktajl owocowy na wynos podobnie jak popularyzatorka ideii slow. Nie dbając o szczegóły wznosicie toast za dobrze przeżytą resztę dnia. To co, może kino, studyjniak? Dlaczego nie? Dzisiaj dzień tańszych biletów. Na targi nie wracasz. Slow life w takim wydaniu jest zdecydowanie nie dla Ciebie.

Marzysz o chwili, w której zajrzysz do osiedlowego warzywniaka, uśmiechniesz się do sprzedawców i kupisz lokalne, sprawdzone produkty. Na ich bazie przygotujesz ulubioną potrawę we własnej kuchni. I deser według swojego pomysłu. Będzie podwójne eko, bo bez dodatkowych opakowań i z korzyścią dla budżetu.

Całuchy-kluchy!

Notatki

– Nie mogę napisać książki o Tobie i Twojej rodzinie. Nikt nie uwierzyłby w tę historię. Stałabym się mitomanką.
– Szkoda. Książka mogłaby przynieść Ci popularność, a może jakąś nagrodę. Zresztą Twoja część byłaby najbardziej optymistyczna i wesoła. Przyciągnęłaby czytelników.
– Nie mogę. Pamiętasz, jak podczas tamtych nocy snułyśmy plany na przyszłość? Co z nich zostało?
– Pamiętam. Ty miałaś ukończyć polonistykę i zająć się poważną pracą w wydawnictwie, pisać, a ja zrobić doktorat, np. z filozofii lub nauk politycznych, i realizować się naukowo. Miałyśmy żyć wygodnie i bezpiecznie, a czasami odwiedzać się w naszych gustownie urządzonych domach.
– Tymczasem moje życie i język zeszły do rynsztoka. A Twoje potoczyło się… Właściwie nie potoczyło się… Różne scenariusze zakładałam, ale nie taki…
– Trzeba żyć tym, co jest, nawet jeśli niczego nie ma.

One

– Przepraszam, mam do Pani pytanie: czy ja czekam na dobrym peronie? Chciałabym się dostać do (…).
– Tak, ten jest właściwy.
– To dlaczego pociąg jeszcze nie nadjechał? Pewnie ma opóźnienie. A może w ogóle go nie będzie? Nie wie Pani?
– Przyjedzie. Nie było komunikatu, że jest opóźniony.
– Bo już jest 5 minut po czasie. A pociągu nie ma. Bo wie Pani ja jadę do wnuczka. On ma kancelarię niedaleko Rynku, w centrum. Daleko jest z dworca do centrum?
– Kawałek trzeba iść. Ale można zamówić taksówkę.
– Hmmm. Bo wie Pani, mój wnuczek, właściwie mój drugi wnuczek nie wie, że przyjadę. Za każdym razem, gdy do niego dzwonię, nie odbiera telefonu. Próbowałam rozmawiać o tym z synem, ale on mi tłumaczy, że wnuk ma dużo pracy, spotkań, klientów. Podpisuje umowy. I dlatego nie odbiera telefonów. Wiec postanowiłam pojechać do niego. Ale tak dawno nie jechałam pociągiem. Z której strony on podjedzie?
– Z prawej.
– A ten przed nami dokąd jedzie?
– Nad morze.
– A to nie ten.
– Kiedyś dużo podróżowałam. Zwiedziłam całą Europę.
– Nadjeżdża Pani pociąg.
– Gdzie? To ten?
– Tak, tutaj jest wejście.
– Tu?
– Tak, tu proszę wsiadać.

 

Notatki

Obsługa kawiarni rozlokowanych na dworcu zdaje się czytać w myślach. Zanim wymówię nazwę wybranej kawy, bariści zawczasu wiedzą, które brałam pod uwagę. Gdy jest trochę czasu i poza mną nie ma nikogo w kolejce, wdaję się w pogawędki z pracownikami:
– Jestem ciekawa, jaki jest Pani ulubiony gatunek kawy.
– Nie piję kawy.
– Naprawdę?! To można pracować w kawiarni i nie pić kawy?!
– Oczywiście, że można. Jestem herbaciarą.
– Awansowała Pani na lidera. Gratuluję. Przeczytałam na plakietce.
– Od niedawna. Dziękuję. Zobaczymy, co dobrego przyniesie awans.
– Trzeba stawiać na rozwój.
– Proszę, oto Pani kawa.
Gdybym miała wybór, urządziłabym mieszkanie w stylu dworcowym. Zaparzałabym ulubioną kawę, paliła kubańskie cygara i pisała.

Oni. P.

-Jelenie, widziała Pani?

-Tak, nie pierwsze dzisiaj.

-Sporo ich tutaj występuje. Gdy mieliśmy praktyki na studiach, jeździliśmy do lasu i robiliśmy obserwacje populacji m.in. jeleni, dzików, saren. Badaliśmy, jak zmiana diety wpływa na ich liczebność. Teraz jadę do kolegi ze studiów. Spotykamy się starą paczką w rocznicę obrony pracy magisterskiej. Pani też do Wrocławia?

-Tak.

-Wraca Pani z urlopu?

-Tak, choć właściwie odwiedziłam koleżankę i razem wyskoczyłyśmy do Białowieży. Następnym razem planujemy Hajnówkę oraz pobyt w gospodarstwie agroturystycznym.

-Wrocław piękne miasto. Studiowałem tam, ale to już Pani wie. Chciałem zostać na uczelni, pracować naukowo. I hodować konie.

-W samym Wrocławiu byłoby raczej ciężko założyć hodowlę. Znowu jelenie przebiegły.

-Widocznie populacja się odrodziła. Nieopodal Wrocławia było gospodarstwo do objęcia. Opuszczone stajnie. Pomieszczenia gospodarcze. Chciałem wraz z kolegą je dzierżawić.

-I co sprawiło, że zrezygnował Pan z tego pomysłu?

-Mama ciężko zachorowała. Rodzice postanowili przepisać na mnie dom pod warunkiem, że zajmę się nimi dożywotnio. Mama, zanim pojechała do szpitala, prosiła, abym się ożenił z moją dawną dziewczyną z sąsiedniej miejscowości. Chodziliśmy ze sobą do liceum. Byliśmy w jednej klasie. Usiedliśmy w jednej ławce i tak się utarło, że zrobiono z nas parę. Potem wyjechałem na studia do Wrocławia. Zakochałem się w tym mieście. Poznałem ciekawych ludzi z pomysłami, Miałem też dziewczynę. Studiowała filologię polską. Była jakby z innego świata. Poezja, koncerty, długie rozmowy trwające czasami przez całą noc. Zanim ją poznałem, nie wiedziałem, że istnieją takie dziewczyny. Latem podróżowaliśmy stopem po Europie. Pakowaliśmy namiot i najpotrzebniejsze rzeczy. Nie mieliśmy grosza, ale byliśmy najszczęśliwsi pod słońcem, jak to się mówi.

-Brawo. I co się z nią stało?

-Chciała ratować świat. Po studiach wyjechała na Bałkany jako wolontariuszka, by pracować z ofiarami wojny. Kontakt został zerwany. Tak się złożyło, że wtedy moja mama była już bardzo chora. Wróciłem do rodzinnej miejscowości. Zaczepiłem się w laboratorium. Ożeniłem się. Niedługo będę mieć dzieciaka. A Pani pracuje we Wrocławiu?

-Nie, studiowałam tam.

-A co, jeśli można wiedzieć?

-Filologię polską.

-Chciałbym kiedyś pokazać Wrocław mojemu synowi. Posłać go na studia i nauczyć, aby nie rezygnował z planów na życie.

Patynowa Pani Domu. Urodnik

Nadszedł ten dzień. Masz wolne. Nie sprzątasz. Nie nadrabiasz zaległości z pracy. Nie zajmujesz się sprawami innych. Nie ogarniasz niczego oprócz siebie. Żadnych zakupów, stania w kolejkach, nasłuchiwania mało inteligentnych rozmów przy kasach. Wstajesz niczym młoda bogini (jasne, że to przesada, dodaje pikanterii życiu) i bierzesz długi prysznic. Otulasz się szlafroczkiem i zabierasz się do przyrządzania czegoś do jedzenia. Owsianka odpada. Chcesz malutkie kanapki. A do tego kawę. Popijając ją zastanawiasz się, jak spożytkujesz ten cudowny dzień. Radiowy spiker zachęca do spacerów na łonie przyrody. Eureka! Wskakujesz w buty pamiętające czasy egzaminów i spodnie sprzed życiowej rewolucji. Biegniesz przed siebie w poszukiwaniu spokoju. Omijają Cię gromady cyklistów wykrzykujących coś raz po raz i całe stada biegaczy z urządzeniami na przedramionach odmierzającymi liczbę przebytych kilometrów. Amatorzy biegania zatrzymują się co jakiś czas i serwują selfie przy pniach drzew. Radio podawało, że spacer wśród przyrody w otoczeniu ptaków (nielicznych w stosunku do użytkowników lasu, jak się okazuje) zdecydowanie poprawia urodę i kondycję. Uwierzyłaś.

Wracasz do siebie. Postanawiasz kontynuować działania mające na celu poprawienie natury. Z szafek wyjmujesz wszystko, czym łazienka bogata i próbujesz odczytywać etykiety. To dzień piękna. Skoro tak został zapowiedziany, to niechaj takim pozostanie. Obmywasz buźkę czymś pachnącym. Potem nakładasz na twarz czarną, plastyczną masę. Napisano na opakowaniu, by dobrze ją rozsmarować, zatem czynisz wedle wskazówek. Kolejny etap to pozostawienie kosmetyku na 10 minut. W tym czasie będziesz leżeć, pachnieć (niekoniecznie substancją, którą się nasmarowałaś) i relaksować się przy dźwiękach muzyki. Kładziesz się wygodnie i zamykasz oczy. Budzi Cię uczucie mocnego ściągnięcia na twarzy. Dotykasz policzka. Dociera do Ciebie, że nie zmyłaś maseczki. Idziesz do łazienki i próbujesz zetrzeć to, co masz na twarzy. Udaje się po wielu próbach, ale jak teraz mocno szczypie. Gdzie Twój olejek? A , jest! Bryzg! Na koszulce ląduje część zawartości buteleczki. Masujesz kolistymi ruchami facjatę. Ojej, ale jak wygląda podłoga. Trzeba ją czym prędzej zetrzeć. Ręcznik i poducha też oblepione czarno-szarym gipsem. Próbujesz je doczyścić. Żegnaj, poduszko. Byłaś mi wierna przez tyle lat.

Zmęczona niezapowiedzianymi porządkami i zaskoczona możliwościami, jakie w Tobie drzemią, postanawiasz kontynuować prace nad poprawianiem tego, co już w sobie masz. Pora na stopy. Czas oczekiwania na działanie zabiegu pielęgnacyjnego wynosi ok. 20 minut. Poświęcisz się. Siadasz przy stole i odmierzasz czas. Nie wytrzymujesz bezruchu i bierzesz się za przygotowanie sosu winegret. Ostrożnie pamiętając, że na stopach masz coś tłustego. Jeżeli sos znowu nie wyjdzie, to dasz sobie spokój i przez najbliższy rok nie będziesz jeść sałatek z jego dodatkiem. Przelewasz składniki do słoiczka, zamykasz go szczelnie i je łączysz. Po trzech minutach następuje degustacja. Pycha. Taki właśnie sobie wymarzyłaś. Zaraz coś do niego przygotujesz. Zrywasz się gwałtownym ruchem z krzesła i… zapomniałaś, że masz tłuściutkie stopy. Wstań, otrzep pył z nóg i weź się za siebie… Wytrzyj maź, którą masz na stopach. Nałóż grube skarpety. Pora na podwieczorek. Zacznij działać. Poprawianie urody ma swoje zalety. Można wreszcie nauczyć się, jak przygotować idealny winegret.

Całuchy-kluchy!

Oni. I.

-Dzwoniłem, bo chciałem, abyś pomogła mi znaleźć ośrodek dla juniora.

-Nie ma sprawy. Żona wie, że tu jesteś?

-Nie wie. Zresztą to nie ma znaczenia. Jesteśmy po rozwodzie.

-Formalnie?

-Tak, zostawiłem jej wszystko. Mieszkanie. Auto. Opiekujemy się małym na zmianę. Ale jest coraz trudniej. Wszedł w okres dojrzewania. Ma ataki. Judyta panikuje za każdym razem i dzwoni do mnie. Zaproponowałem specjalistyczny ośrodek. Nie zgadza się na to. Szantażuje mnie, że wyciągnie jeszcze wyższe alimenty, a ja już nie mam z czego płacić. Porzuciłem korporacyjne tryby. Pracuję na własny rachunek. Przygotowuję projekty. Można z tego wyżyć, ale to niepewny chleb. Wiesz, umieszczenie juniora w całodobowym ośrodku byłoby korzystnym rozwiązaniem. Judyta nie musiałaby rezygnować z pracy, a młody miałby nadzór. Na weekendy i wakacje moglibyśmy go zabierać na zmianę.

-Rozumiem. Interesują Was… Ciebie placówki prywatne czy państwowe?

-Nie ma znaczenia. Myślisz, że w prywatnych miałby lepiej?

-Tego jeszcze nie wiemy. Można byłoby umówić się z Dyrekcją na oględziny. Odbierz.

-To Judyta. A myślałem, że o tej porze ogląda Sulejmana.

-Nie porozmawiasz?

-Nie, pewnie znowu czegoś chce. Wyłączę, zaczekaj.

-Nigdzie nie idę.

-Poczucie humoru Cię nie opuszcza. Jak dawniej. Co się dzieje?

-Nic.

-Jak to nic? Posypałaś brokuły cukrem.

-Faktycznie, nie zauważyłam. Teraz ich nie zjem. Nałożę następną porcję. Od razu poleję sosem czosnkowym. Na pewno nie chcesz? Wprawdzie trochę rozgotowane…

-Nie, dziękuję. Od jakiegoś czasu straciłem apetyt. Nie żałuj sobie. Nadal rozgotowujesz brokuły.

-Nadal. Chyba jestem kulinarnie niewyuczalna.

-Nie sądzę. Z Twojej strony to brak chęci i zacietrzewienie. W imię czego?

-Mieliśmy rozmawiać o ośrodku dla Twojego syna.

-Chyba straciłem na to ochotę. Od 12 lat nie robię niczego innego, jak układam grafik pod rehabilitantów, logopedów, neurologów, pediatrów, terapeutów i szarlatanów. Każdy dzień jest podporządkowany młodemu i jego problemom. O jego matce nie wspomnę.

-Dolać Ci wina? Nie, sorry… Prowadzisz.

-Dolej, proszę. Auto też zostawiłem Judycie. Przyjechałem do Ciebie podmiejskim. Może coś zamówimy?

Notatki

-Czytam Panią. Pani od lat łamie stereotypy, a ja się nudzę, wie Pani. Gdy człowiek wychodzi wyszykowany do ludzi, bywa w kinie, w kabarecie, wtedy żyje, a ja nie mam tutaj przyjaciół ani znajomych, z którymi można wychodzić, aby rozegrać na przykład partyjkę szachów albo wybrać się na wycieczkę rowerową po okolicy. Obrzydło mi spotykanie się z ludźmi i poznawanie nowych osób. Obserwowałem Panią w sklepie, gdy zwracała Pani uwagę tamtemu gamoniowi, aby nie obrażał kasjerki. Jest od Pani dwa razy większy i bardzo agresywny, a Pani się nie bała, że się narazi.

-Nie myślałam o tym wtedy. Chyba zadziałała adrenalina.

-Znała go Pani?

-Tak jakby.

-To pewnie dlatego Pani się nie bała.

-To nie miało znaczenia.

-Pamiętam, jak kiedyś rozmawialiśmy. Uważam, że ma Pani dość radykalne i zdecydowane poglądy. Nic się pewnie nie zmieniło.

-Nic. Może troszkę zmodyfikowało.

-Nie obawia się Pani, że przez to straci kolegów, towarzystwo?

-Nie mam takich obaw. W relacjach z innymi ujawnia się moja osobowość. Jeżeli ktoś jej nie zaakceptuje, to trudno. Co mogę stracić? Znajomych na Facebooku albo lajki, gdy zostanę usunięta?! To by świadczyło o wartości takich relacji. Co mogę zyskać? Porządek i weryfikację znajomości, a to cenna lekcja.