Leżę w hamaku i spoglądam w umiarkowanie zachmurzone niebo. Nie mam siły mrugać. Poddaję się. Dzień spędzam w hamaku. Obkładam się poduszkami, włączam audiobook. Totalny brak koncentracji sprawia, że po kilku minutach daję sobie spokój. Może film. Najlepiej jakiś z wątkiem nieuleczalnej choroby w tle. Nie dzisiaj. Dzisiaj chillout. Wyłącz myślenie. Wyłącz telefon. Z zaplanowanych zajęć nie zrealizowałam niczego, może z małym wyjątkiem. Zrobiłam pranie w obawie, że wkrótce może zabraknąć czystych ubrań. Od jakiegoś czasu obiecuję sobie, że będę żyć bez planu, tu i teraz. Słychać narastający sygnał dzwonka telefonu. spoglądam na wyświetlacz i mam pewność, że zanosi się na dłuższą pogawędkę. Nie mogę zostać tu, gdzie jestem i nie mam dokąd pójść, rozumiesz. Rozumiem. Każdą cząstkę i kontekst zdania. Od wielu lat wykonuję prace będące dużo poniżej moich możliwości i aspiracji. Wykłócam się o każdą złotówkę z ludźmi nie mającymi pojęcia, ile kosztuje życie. Ale o tym nie wolno nikomu mówić. Nie mam apetytu, rozumiesz. Rozumiem. Od jakiegoś czasu nie pamiętam, co wrzucam do garnka i jest mi zupełnie obojętne, co jadam. Ale o tym cicho sza. Większość produktów spożywczych do niczego się nie nadaje. Jest mdła i niejadalna na dłuższą metę. Idź na bazar, może tam dostaniesz świeże warzywa i owoce, choć o tej porze to mało prawdopodobne, radzę, i raczej nie wierzę, że rozmówca dostosuje się do porady. Ale ja nie mam siły ubrać się. Witaj w klubie. Mam na sobie nocny strój. To wyjdź tak, jak jesteś. Nie mogę wyjść tylko w spodniach od piżamy i starym podkoszulku. Możesz. No co Ty, miałaś mnie pocieszyć, a Ty drzesz łacha. Skąd, idź w piżamie po te cholerne warzywa i owoce, a potem wbijaj do mnie. Jak to nie możesz wejść do kuchni?! Leżysz? Usiądź! Usiądź, mówię! Teraz jedna noga z łóżka, potem druga. Teraz do łazienki. Odłóż telefon. Rozłączę się zaraz. Doprowadź się do porządku i przyjdź na obiad. Nie możesz cały dzień chodzić po domu w piżamie i płakać. A dlaczego nie? Jeśli Ci to pomoże, zapraszam. Super. Będę czekać. Zrobię placki. Ze śmietaną będą. Takie, jak lubisz. Głowa do góry. Kiedyś te instytucje, które odrzuciły Cię podczas castingu na pierdzistołka do wszystkiego, będą żałować, że Ciebie u nich nie ma. Jasne, że możesz kupić po drodze lody. Dla mnie tiramisu i z leśnymi owocami. Zjem ich tyle, że mnie zemdli jak ostatnio. A potem, gdy pójdziesz, znowu wskoczę do hamaka i spędzę w nim noc, i kolejny poranek, a może dzień i wieczór… Ale o tym cisza… Nikomu nie powiem…
Notatki
Noc była dość pracowita. Odpowiedziałam na zaległe e-maile, posegregowałam pocztę oraz pozostałą lekturę na najbliższe tygodnie. Na czas afrykańskich upałów przeniosłam się z noclegiem do piwnicy. Obudziłam się, gdy wskazówki zegara powędrowały na krótko przed jedenastą. SMSy z informacją o zaległościach postawiły mnie na nogi. Zerwałam się i wbiegłam pod prysznic. Sprawdź pocztę. Przedstaw swoją propozycję. Napisz uzasadnienie. Zatwierdź. Prześlij. Dokładnie w tej kolejności. Ale najpierw śniadanie i kawa.
Zmniejszył się upał, więc można planować działania związane z pracą na zewnątrz. Obiegówka po miejscach, w których jest coś pilnego do załatwienia. Spotykam znajomą będącą jest w trakcie przeprowadzania się. Dziewczyna naprzemiennie klnie i płacze. Obrywa się nawet ekipie, którą zatrudniła do pomocy. Mięcho! Jesteście do niczego, mięcho! Co mnie podkusiło, żeby Wam to zlecić, mięcho! Wszystko powiem szefowi! Będziecie mieć po premii, mięcho! Uwaga! Ostrożnie! To stary kredens! Musi jeszcze trochę wytrzymać! Zapodziałam gdzieś fajki. Poczęstujesz mnie, zwraca się tonem błagalno-rozpaczliwym w stronę pracownika firmy. Nie mam, odpowiada zagadnięty. A tak w ogóle to zapytam szefa, czy kończyć tę robotę. Zdaje się mamy dziś jeszcze jedno mieszkanie. Szefie, to wszystko tutaj? Pani ma uwagi! Co Pan mówi?! Jakie uwagi?! Nie mam uwag! Tylko pytam o papierosa! Podchodzi rosły mężczyzna. Co jest, pyta. Nic, tylko gdzieś podziałam fajki. Chciałam prosić o jedną, chlipie. Proszę Pani, my już skończyliśmy. Na kogo wystawić fakturę? Miało być bez faktury, znajoma krzyczy tak głośno, że słychać ją w całej okolicy. Odchodzę nie chcąc w przyszłości być powołaną na ewentualnego świadka w sprawie o znieważenie.
W sklepie spożywczym klientka wybiera najtańszą kiełbasę, ale nie może się zdecydować. Ekspedientka pyta o cel przeznaczenia wyrobu. Staremu do roboty, więc tania i dużo ma być, zdecydowanym głosem odpowiada zapytana. Wybucham śmiechem. Obie kobiety spoglądają na mnie z nieukrywanym oburzeniem. Jeszcze fasola, pomidory i pasta z ciecierzycy, a potem można podchodzić do kasy. Zostawiam za sobą frustrację klientów taniego marketu. Odwiedzam sklep wielkopowierzchniowy. Może tym razem uda się kupić klimatyzator? Nic z tego, informuje pracownik obsługi, gdy się pojawią w hurtowni, to zaraz są rozdzielane. Nam przypadły cztery. Dzisiaj przyszły i od razu je wykupiono. Czy już pogratulowano pomyślunku osobie odpowiedzialnej za zamówienia, pytam z wyraźną ironią. Jest jak jest i tego nie zmienimy, słyszę z uśmiechem w głosie, na co odpowiadam tym samym.
Nie wierzę własnym oczom. Gniazda jaskółek są strącane. W środku z pewnością były pisklęta. Jeszcze dwa dni temu było słychać, jak popisują. Opiekuję się mieszkaniem koleżanki, gdy ona przebywa za granicą. Rośliny padły. Zrobię wszystko, aby przywrócić je do życia, składam uroczystą obietnicę i ruszam do pracy.
Podróżowanie w klasie biznes
Miał być kwadrans temu. Spoglądam na wyświetlacz. Jest informacja o opóźnieniu. Dookoła zmęczone twarze o wytężony wzroku, z którego można wyczytać determinację. Czy już dojeżdża? Może ten będzie nasz? A może… Nie, tym razem to nie ten. Wytatuowana dziewczyna z ok. dwuletnim dzieckiem na ręku, a drugim, jak się okazuje, sześcioletnim, usiłuje zapanować nad niełatwą dla niej sytuacją. Liczymy autobusy? Nie!!! To może coś namalujemy? Nieee!!! Chcę do autobusu. W powietrzu zapach miejskiego zaduchu, kurzu i… nie, niech mi ktoś powie, że się mylę. To zużyta pieluszka jednorazowa. Matko, przewiń dziecko. Autobus tak prędko nie podjedzie. To tanie linie. Jeszcze zdążysz. Sześciolatek rozrzuca pastelowe kredki dookoła. Część w moją stronę. Uśmiecham się mimowolnie. Maluch odwzajemnia uśmiech. Nie zaczepiaj pani. Chodź tu. Mama Ci coś pokaże. Chłopiec idzie do matki i łapczywie chwyta za telefon. Matka w tym czasie wyjmuje czystą pieluszkę, kładzie drugiego malucha na ławce i przewija go. Grunt, że karmić nie zaczęła. Zgromadzeni pasażerowie odwracają wzrok, podobnie jak ja nie chcą tego oglądać! Nie krzycz! Nie będę w to grać! Chcę do autobusu! O, tata idzie. Paweł, weź go! Daj mu jakieś ciastko czy coś. Potem mu dam. Nasz autobus właśnie zakręca. Masz bilety? To z mojego ściągną. Soczek kupiłem i jakieś drożdżówki.
Wesoła rodzinka zajmuje miejsca ze stolikiem. Podroż upływa pod znakiem słuchania piosenek oraz pisków w dziecięcym wykonaniu. Tym razem sprawdza się klimatyzacja, ale i ona składa broń przed bijącym po nozdrzach fetorem ludzkich wydzielin. Nie narzekam na przyjemny chłodek. W słuchawkach ulubiona stacja radiowa. Powstaje plan działań na najbliższe dni. Usiłuję sobie przypomnieć, gdy… słyszę przeraźliwy krzyk i spazmy. Psieplasiam, psieplasiam, że Cię obzigałem. Natężenie dźwięku zwiększa się. Psieplasiam. Odwracam głowę w stronę, z której dochodzi płacz. Widzę przeraźliwie umęczone dziecko przytulone do bezradnego ojca, udekorowanego kleksem zawierającym kwas żołądkowy, matkę zajętą smartfonem, dwulatka grzebiącego w śmieciach rozrzuconych na stoliku, pod nim i dokoła niego. Ojciec trzyma w ręku foliówkę z wymiocinami, które są również na siedzeniu i głaszcze spoconego syna i spogląda wokół siebie. Prędko odwracam głowę. Niedługo będzie postój, to Pan podejdzie do apteki i kupi coś temu dziecku. Ale dzisiaj może być nieczynne. Święto jest. I te worki Pan wyniesie. O nowe popyta. Może ludzie dadzą.
Po przerwie miejsce rodzinki plus okazuje się być pustym. Pasażerowie, którzy wsiedli na postoju, zajmują strefę miejsc siedzących w przejściu, przy schodach. Wyobrażam sobie zapach olejku kąpielowego oraz jaśminowej herbaty. Pragnę znaleźć się pod prysznicem. Zapomnieć o podróżowaniu ostatnią klasą. Zatopić się w wartościowej lekturze i cieszyć wolnością.
Miasteczko, w którym nic się nie dzieje
Tłum narasta z minuty na minutę. Dziś koncertuje ikona popkultury dla niewymagającej publiczności. Impreza nie jest biletowana. Podobnie jak wszystkie plenerowe, które mają na celu przypodobanie się potencjalnym wyborcom. Na parkingach, chodnikach i skwerach zatrzymują się auta z rejestracjami z różnych stron Polski. Jeszcze chwilę temu było czym oddychać. Obecnie czuję się przyduszana ciałami spoconych osób przepychających się niczym w matni. Kieruję się w stronę wyjścia. Zablokowane. Schodzę więc w dół, by obejść muszlę koncertową i nadkładając drogi wrócić do siebie. I tu zastaję korek z ludzi. Gdzie są służby porządkowe? Na służbie. Nie mam innego wyjścia niż przymusowy postój pod drzewami. Tam przynajmniej jest powietrze i cień. Dopadam wolne miejsce pod rozłożystym klonem i zaczynam rozumieć, dlaczego pozostało tam nieco przestrzeni. Odór mężczyzn spożywających napoje z procentem działa odstraszająco nie tylko na komary. Na tym etapie jest mi wszystko jedno, czy zostanę zgnieciona przez tłum, czy uduszona oparami i moczem.
-Pani teraz nie przejdzie. Poczeka Pani, aż trochę ludzi pójdzie do przodu. Tutaj przynajmniej cień Pani ma. I miejsce do siedzenia. Niech Pani tak nie patrzy na mnie.
-Próbuję Pana słuchać, póki jeszcze słyszę, choć zaraz to się pewnie zmieni.
-Pani przyjezdna.
-Tak, zwiedzałam miasteczko i impreza mnie zastała. O której to się kończy?
-Aż zagrają, ale ludzie pewnie będą chcieli bis.
-O, matko i córko.
-W tym miasteczku, pani szanowna, nic się nie dzieje. Jestem tu codziennie z kolegami to wiem. Dopiero jak z unii pieniądze przyszły, to jakieś płyty na Rynku wymieniają albo co. Imprezy robią. Władza kiełbasę rozdaje.
-A mnie się tutaj podoba.
-Przyjechać i wypić kawę, lody zjeść to każdemu się podoba.
-Jak długo Pan tu mieszka?
-Prawie od urodzenia. Miałem rok, jak mnie rodzice przywieźli. Chodziłem tu do szkoły, potem do Liceum Plastycznego.
-Do Liceum Plastycznego? Tego, które mieści się w byłym dworku?
-Tak, do tego. Tam teraz wystawa jest. Rocznicowa. Widziała Pani?
-Jeszcze nie. Pan jest Autorem wystawy?
-Nie, ja nie robię wystaw ani nie maluję już, chociaż jak na Panią patrzę, to chyba powinienem znowu zacząć.
-Myśli Pan, że teraz się przecisnę do wyjścia?
-Może Pani próbować. Nie chce Pani zostać na koncercie?
-Nie, mam inne plany.
-To też nie moja muzyka. Przyszedłem tu z kolegami pogapić się na tępy tłum i pośmiać z nich. Wszyscy tacy sami. Żyć się odechciewa, gdy tak się pomyśli, ale ja się napiję i jakoś leci. I tak mam ich w dupie. Zaraz pewnie nie będziemy się słyszeli. Tylko niech Pani nie myśli, że jakimś dziadem, łajdakiem jestem. Do matury podszedłem, a nawet ją zdałem. Na studia mi się nie chciało iść, chociaż nauczyciele namawiali. Zakochałem się w takiej jednej. Wybrała innego. Poleciała na jego obietnice i piękne oczy.
-Zdarza się. Nie ma czego żałować. Pan też ma piękne oczy.
-Jest. Jest. Co Pani się tu najbardziej podoba?
-Stare cmentarze. Więcej w nich życia niż np. tutaj.
-Kapliczka w części ewangelickiej będzie remontowana. Przyjedzie Pani następnym razem i sobie obejrzy, choć dla mnie taka jak teraz jest najładniejsza. Tablica pamiątkowa też ma być.
Bazar
Pchle targi, dzikie stragany, kina studyjne, lokalne rzemiosło, ludzie stąd i stamtąd, ich historie, dramaty, byty i niebyty. To wszystko składa się na atmosferę miejsca. Dlatego unikam galerii, multipleksów, sieciówek i fastfoodowych punktów gastronomicznych. Rzadko nocuję w hotelach, a komercyjne biura podróży omijam szerokim łukiem. Gdy jadę gdzieś po raz pierwszy, koniecznie rezerwuję czas na wędrówkę po bazarach. Towary kupuję głównie od lokalnych dostawców. Często pytam o kanał dystrybucji i źródło pochodzenia. Proste recepty i sposób sprzedaży. Gawęda. Szczery uśmiech. Spracowane dłonie. Zauważam detale. Patrzę w oczy sprzedawczyni (i nierzadko producentowi w jednej osobie). Wymieniamy grzeczności. Wiem, że spędzę z nią trochę czasu.
-I tak jeździ Pani po Polsce?! Rozmawia z ludźmi, słucha, a potem? Co potem?
-Czasami opisuję te sytuacje, a czasami nie, ale pamiętam wszystkie. Często z detalami, nawet w co kto był ubrany. Może niezbyt dokładnie, ale jakiś szczegół z ubioru zapamiętam, np. fartuch albo kapelusz. Dużo czasu nie ma na pogawędki. Nie chcę Pani wystraszyć klientów.
-Może Pani się dosiąść. Tutaj z boku. Mam tylko to plastikowe wiadro. Niewygodnie będzie.
-Nie szkodzi. Mam chustkę. Rozłożę. Pomóc w czymś Pani? Mogę podawać, układać…
-Nie trzeba. Jakoś daję radę. Wstaję o 5.00 rano. Doję krówki. Mój chłop obrządza. Zbiera jajka. To te. Pakujemy wózek. Potem siadam na rower. Jadę tutaj. Z mlekiem, jajami, serem. Czasami mam ogórki. Chce Pani wody z ogórków? Dobra na upały i zdrowa. Pani da butelkę albo słoik. Proszę. Jak Pani będzie długo się tu kręcić, to pić się zechce.
-Wracam wieczorem.
-W południe jestem z powrotem na wsi.
-Zapytałabym, ile Pani ma lat, ale nie wypada kobiet pytać o wiek.
-A, tam nie wypada. A kraść albo łajdaczyć się wypada, albo po buziach okładać? Mam osiemdziesiąt i dwa roki.
-Podziwiam, że Pani się chce.
-Jeżdżę tak od wielu lat. Latem wożę truskawki, jagódki, grzybki. Jesienią nawet kaczuszkę albo kurkę przywiozę, ale trzeba wcześniej powiedzieć, żeby mięsko się nie zmarnowało. Ja nie dla pieniędzy tu jeżdżę, ale dla ludzi. Popatrzeć, jak żyją, co gadają. Trzy razy w tygodniu. W sobotę jest największy ruch. I co, dobra woda?
-Pewnie, że tak. Cały towar Pani schodzi?
-Prawie zawsze schodzi, a co nie schodzi, to rozdam. Jak Pani obejdzie już wszystko, to niech Pani przyjdzie do mnie. Może coś zostanie, to Pani dam. Nie można marnować tego, co się zebrało. Dorobić to się dorobiłam. Człowiek musi mieć zajęcie, bo inaczej głupieje. Ja jestem roboty nauczona. Od małego. Było nas w domu ośmioro. Byłam druga po bracie. Wesoło było. Biednie, ale wesoło. Biegaliśmy po łąkach, po lesie. Żyliśmy z pola i z tego, co się zebrało w lesie. Ale dobre jedzonko było. Dzieciaki zdrowe, krzepkie. Chłopaki jak dęby. Grały na grzebyku albo piszczałki robiły. Nie to, co teraz. Drewna nie narąbie. Zwierząt nie obrządzi. Dachu nie położy. Pieca nie wyczyści. Co to za chłop.
City break
-Wdepniemy na chwilę do galerii?
-Jasne. Możemy.
-Mam kartę stałego klienta. Zbieram punkty w programie lojalnościowym. Jeszcze Trochę mi brakuje. Chciałabym też kupić coś do mieszkania. Pomożesz mi wybrać.
-Ok, możemy zdobywać punkty i poszukiwać skarbów do Twojego gniazdka.
-Ale uprzedzam, że hala jest spora i trochę pochodzimy. Mam nadzieję, że Cię to nie zmęczy.
-Jestem odporna. Bez obaw.
Obiegłyśmy chyba wszystkie sklepy z artykułami wnętrzarskimi. Małe AGD plus sieciówkowe dodatki do mieszkań. Objuczone niczym biblijna oślica postanowiłyśmy zakończyć maraton po targowisku próżności w przytulnej kawiarni. Zamówiłyśmy kawę z przekąskami, a potem sprawdzałyśmy, co mamy w torebkach. Z głośników… Niemożliwe. Cave. Wracają wspomnienia. A pamiętasz, jak biegłyśmy na pociąg, Ty wściekła i rzucająca piorunami… Przesiadka w środku nocy… A on śpiewał… Ledwo zdążyłyśmy… Konduktor patrzył na nas dziwnie. Skład był przepełniony… Ktoś śpiewał tę właśnie piosenkę… Tamto nie przetrwało. Nie miało szans według Ciebie. Nie przypominam sobie, w którym momencie umarło, ale pamiętam doskonale, kiedy się zaczęło. Zaczepił nas w przerwie koncertu, bardziej Ciebie. Otuliłaś go chłodnym spojrzeniem. Byłaś ubrana na czarno jak mistrz. Ale Ty chyba nie chcesz o tym słuchać.
-Zaprowadzisz mnie na Starówkę?
-Może poproszę obsługę, by zmieniła wykonawcę. Tak, pewnie. Pokażę Ci wszystko. Pójdziemy z tymi workami.
-Nie przeszkadza mi wykonawca ani piosenki. Idziemy?
-Zaczekaj. Niech złapię oddech. Albo chodźmy.
Żyję, więc doświadczam. Widoków, zapachów, klimatu, dźwięków. Zaniedbane podwórka. Tylko pozornie. Nieład w tej sytuacji ma swój nieodparty urok. Dostrzegam świetność domów w poprzednich stuleciach. Drewniane balkony. Stare drzewa. Cudnie szumią. Szkoda, że nie mogą opowiedzieć historii lokatorów. Szyldy drobnych rzemieślników. Uwielbiam. Mimo że rzemiosło powoli gaśnie, jego ślady pozostają. Wyraźnie czuję zapach piwnicznej stęchlizny. Zaglądam do środka. Jest niesamowicie. Za murem spotykam lokalsów. Pewnie nie słyszeli o idei slow life, ale doskonale wiedzą, na czym ona polega. Grają w karty. Rozmawiają. Śmieją się. Jakby czas nie istniał. Sami dla siebie są ochroniarzami. Niepotrzebne im alarmy, elektronicznie sterowane bramy, monitoring, agencja ochrony, wysokie płoty. Zagaduję. Opowiadają dużo i chętnie. O historii budynku, miejsca. O sposobach na życie. O tym, komu się udało. O tym, co wyszło, ale nie tak, jak tego oczekiwano. Pytają o mój powód odwiedzin. Dziwią się, że wykorzystuję wolny dzień na pielgrzymowanie po ich świątyniach zamiast na zwiedzanie światowych metropolii. Tłumaczę im, że niektóre miasta już zaliczyłam, a teraz chciałabym robić coś, czego jeszcze nie doświadczyłam. Mogłabym tak wędrować nieustannie. Wreszcie docieram do znanego zaułka. Niemożliwe. Nadal kwitną tam hortensje. Zdziczały. Podobnie jak ja. Za dużo znaków i wspomnień. Niezupełnie. Za każdym razem odkrywam coś nowego nawet w dobrze znanych miejscach. Lokatorów wyraźnie ubyło. Mury budynków nadal się kruszą, ale jest ostrzeżenie i są ślady wandalizmu. Z okien wyłaniają się strzępy firanek. Po drugiej stronie słychać dźwięk skrzypiec. Ktoś ćwiczy lekcje. Życzę mu powodzenia i idę dalej modląc się w milczeniu, by potencjalni inwestorzy omijali to miasto szerokim łukiem. Nie można zabić ducha czasu. Ani miejsca. Ani zgasić go w ludziach.
Chwile z życia ulicy
Na pytanie, jak wytrzymywać w upalny dzień w mieście, odpowiedzią może być poddanie się refleksji: gdzie jest zapisane, że trzeba wytrzymywać. Bez względu na to, czy upały przyjdą, a temperatura wzrośnie, czy stanie się zupełnie inaczej, dni i tak przeminą, a życie będzie toczyć się swoim rytmem niczym kamień powodujący lawinę zdarzeń.
Gdy wreszcie opuściłam własną strefę komfortu z zamiarem uzupełnienia zasobów spożywczych, zderzyłam się z kilkoma głazami. Ujrzałam kobietę w wieku nieokreślonym, w biodrówkach o dwa numery za ciasnych, wysiadającą z auta terenowego z folią aluminiową we włosach. Właścicielka oryginalnej fryzury podniesionym tonem zwracała uwagę telefonicznemu rozmówcy, by odebrał faktury, a jeśli „tym razem nie będą mieli, to wal w ryj albo naślij psy. Co nie?! bez kasy mamy zostać?! A tamtych <pada nazwisko, którego ze względu na przepisy RODO nie upublicznię> przypiłuj, żeby się pośpieszyli z tą ścianą. Ja teraz idę do fryzjera, stoję, k…, na chodniku, bo nie było gdzie zaparkować> Przypadkowi przechodnie zaczęli się odsuwać w trosce o własne bezpieczeństwo. Nagle folia aluminiowa spada na płytę chodnika. Choleryczna niewiasta przydeptuje ją niebotycznej długości obcasem klapka. Później słychać tylko jej krzyk i wzywanie do pomocy fryzjerek, które przywiedzione wrzaskiem wybiegły na zewnątrz i zaczęły majstrować przy głowie zrozpaczonej klientki. Zdumiewające, jak upał może wpłynąć na kreatywność.
Weszłam do sklepu wielkopowierzchniowego głównie z zamiarem ochłodzenia emocji. Spacerując pomiędzy półkami i lodówkami nabrałam ochoty na mleczny deser z owocami. Wybór nie był prosty. Wokół mnie grupa złotej młodzieży usiłowała zrobić zakupy, choć dużo lepiej od tej czynności wychodziło jej robienie zamętu. Przy kasie harcerze włączeni w zbiórkę środków pieniężnych na obóz pomagali pakować zakupy. Jakie to budujące, pomyślałam, młodzi ludzie wyrażający chęć niesienia pomocy przy drobnostkach, by w uczciwy sposób zapracować na wielkie sprawy. Przy kasie mężczyzna wzrostu przynajmniej 1.90 m, wagi ok. 130 kg z kością. Unosi się od niego zapach ubrań poddanych suszeniu w zawilgoconej łazience. Tembr głosu i aparycja, delikatnie mówiąc, wątpliwego herbu hrabia ze spalonego dworku. Dzieci grzecznie pytają, czy zapakować zakupy. „Za robotę byście się wzięli albo do szkoły poszli, a nie żebraninę <cenzura> organizować!” Mali ochotnicy wyjaśniają, że to akcja zorganizowana i na co zostaną przekazane środki. W reakcji słyszą, a wraz z nimi pozostali klienci „Do normalnej pracy idźcie, bando jedna”. Dzieci nie poddają się, choć mówią coraz cieńszymi głosikami „Ale to taka praca”. Na co jegomość przeniknięty fetorem wilgoci w furii wykrzykuje „Ty mnie tu nie poprawiaj, ani nie pouczaj, dziecko. Swoje widziałem…” Dalsza część wywodu nie nadaje się do opisywania. Owoce zdarzenia to: milczenie harcerzy oraz ustawianie się coraz liczniejszej klienteli, która prosiła o pomoc w pakowaniu zakupów. Z dalszej odległości zobaczyłam tylko, jak w stałym tempie napełniają się puszki. W konsekwencji minęła mi ochota na lody z owocami. Aby nie opuścić sklepu z kompleksem pustego koszka chwyciłam kubeczek śmietany, który pozwoliłam zapakować dzieciom. W chwili, gdy wspierałam ich inicjatywę, puszka była prawie pełna.
Szłam w stronę parku, gdy przypomniałam sobie, że przecież jeszcze nie jadłam lodów. Przysiądę zatem w kawiarni, pomyślałam, przy okazji się ochłodzę i nieco odpocznę. Przed lokalem serwującym lodowe smakołyki rozgrywa się scena. Oto bohaterowie: dwaj niechlujnie ubrani mężczyźni, którym w życiu nie wyszło, oraz ich nędznie odziana, dzwoniąca protezą na NFZ rodzicielka, wnioskuję m.in. na podstawie tego, co do nich krzyczała. „Długi rosną, nie mam z czego żyć. Komornik zabrał już kuchenkę, stół i krzesła! Jest jeszcze <określona matematycznie kwota> do spłacenia!”. Synkowie z wyrazami twarzy bohaterów kultowego filmu „Lot nad kukułczym gniazdem”, przeniknięci fetorem nie do końca strawionego glutenu czy też sfermentowanych owoców wrzeszczą „Nie krzycz, dobra, nie krzycz, ludzie patrzą, słuchają, co to za wariat się drze! Jeszcze pomyślą, że wariatkę prowadzimy! Nie drzyj się! Jaki komornik?! Jak opieka?!”. Teraz następuje gwałtowna gestykulacja. Matka w butach z bazaru, z włosami przepalonymi od niefachowo zakładanych wałków zalewa się łzami. Usiłuje tulić syna do siebie. Zostaje mało dyskretnie odepchnięta. Drugi syn stoi obok. Energicznie wymachuje rękami. Grzecznie stosuję formułę i wchodzę do lokalu. Chyba nie zjem dziś deseru. Przynajmniej nie tutaj.
Patynowa Pani Domu. Upały
Pojęcie wysokich temperatur dla każdego z Was może oznaczać coś innego. Dla Patynowej upały zaczynają się, gdy temperatura powietrza jest wyższa niż 22 stopnie Celsjusza. Dla niektórych skwar zaczyna się, gdy termometr wskazuje np. 35 kresek. Tak czy inaczej w obliczu wyzwania trzeba znaleźć sposoby, dzięki którym wysokie temperatury nie zdeterminują naszych działań i aktywności.
Po pierwsze znajdź czas, by odwiedzić ogród botaniczny lub arboretum. Pośród wysokich drzew na pewno zasmakujesz cienia. Rozsiądź się wygodnie na ławeczce i obserwuj ekosystem. Do torby spakuj wodę smakową i coś do czytania. Znajdź miejscówkę w pobliżu oczka wodnego. Łagodny szum wody wpłynie kojąco na Twoje skołatane serce i wyciszy emocje. Postaraj się spędzić cały dzień na spacerach i rozmyślaniach. Sporządzaj notatki. Zajmij czymś ręce i umysł, dzięki temu zapomnisz o upale.
Ogranicz gotowanie w mieszkaniu. Temperatura wewnątrz wzrośnie, gdy będziesz usiłowała przyrządzić coś do jedzenia. Wiem, że gotowanie to Twój słaby punkt, dlatego weź pod uwagę stołowanie się na zewnątrz. Wybierz sprawdzony lokal gastronomiczny. Wypytaj obsługę o menu. Reaguj z właściwą dla siebie naturalnością na skład potraw, np. jeśli nie trawisz kiszonej kapusty, wyraź to grymasem lub stosownym, choćby onomatopeicznym, komentarzem. Jeśli nie odpowiada Ci jadłospis w danym lokalu, odwiedź następny. Gdy w kolejnych będzie podobnie, zrezygnuj z jedzenia na mieście. W środku nocy, gdy temperatury nieco spadną, samodzielnie ugotuj warzywa i makaron. Zrób zapasy na kilka dni. W razie potrzeby sięgnij po wydzieloną porcję. Podgrzej ją na patelni. Unikniesz w ten sposób niepotrzebnego krzątania się po kuchni i zaoszczędzisz czas.
Temperaturę w mieszkaniu można obniżyć również poprzez rozwieszanie mokrego prania. Nastawiaj zatem pralkę tak często, jak się da i susz pranie w pomieszczeniach, w których długo przebywasz. Nie masz tylu brudnych ubrań? Nie szkodzi. Upierz więc firanki, ręczniki, prześcieradła lub co tylko można. Jeżeli i te są czyste, to nastaw program do płukania, a następnie rozwieś wypłukane rzeczy.
Gdy zawiodą powyższe sposoby, módl się o deszcz. Nie potrafisz? Skąd wiesz?! Spróbuj ponownie. Nie działa?! Podejmuj więc starania do skutku.
I pamiętaj: upały są jak czas. Mijają.
Całuchy-kluchy!
One
-U mnie ten stan przejściowy trwa już trzy lata. Jeżeli kiedyś będzie Pani mieszkać i pracować za granicą, proszę się nie zgadzać na jakieś przejściowe sytuacje. Gdyby Pani widziała, w jakich warunkach mieszkam z chłopakiem. Na 20 m2. Inni Polacy, którzy wyjechali z dziećmi, przeklinają ten kraj. Żyją w zagrzybionych norach na jednym pokoju z kuchnią. Polska rodzina z dwojgiem dzieci mieszka tak od siedmiu lat. Dzieciaki chorują. Tamtejsi lekarze nie znają przyczyny, więc nie mogą postawić diagnozy. A ja im mówię. To od grzyba na ścianach i śmieciowego jedzenia. I jeszcze od braku normalności. W okolicy, w której mieszkamy, jest wysoka przestępczość. Strach po zmroku z domu wychodzić, jeśli to miejsce w ogóle można nazwać domem. Ciasnota, zaduch i sypiące się okna. Zimą trzeba kocami okładać, bo tak wieje. Ubrania nie chcą schnąć. Wilgoć. Trzeba wozić do pralni, a to dodatkowe koszty. Dlatego dzieciaki chorują. Zanim przyjechały z rodzicami, widziały tylko obrazki w internecie, jak to dobrze i ładnie jest za granicą. Rodzice lub ktoś z sąsiedztwa przywozili im prezenty. Czekolady, słodycze, zabawki. Jakby w Polsce tego nie było. Dzieci myślały, że jadą do zaczarowanego, lepszego świata. Po przyjeździe czar prysł. Rodziców nie widują. W szkołach nie nadążają z programem. Trochę luzu mają w niedziele, gdzieś przy parafiach. Latem jakieś festyny są organizowane albo Dzień Dziecka. Nie chciałabym skazywać swojego dziecka na takie życie.
-Może kiedyś Pani wróci.
-Mam taką nadzieję. Dlatego nie chcę sprzedawać mieszkania po rodzicach. To rudera, ale zarobię na remont. Spłacę brata. Tak się umówiliśmy. Nie chcę tam zostać. Harować po kilkanaście godzin dziennie jako pomoc kuchenna albo sprzątaczka. To mit, że gdy nauczy się Pani języka, to Pani za granicą do czegoś dojdzie. Do niczego Pani nie dojdzie, gwarantuję to Pani. Też mam certyfikat. Zrobiony jeszcze w Polsce. Podobnie jak wielu Polaków. Wie Pani, w jakim psychicznym dołku ludzie żyją na emigracji? Co się dzieje z ich dziećmi? Mają tak silne zaburzenia, że żaden psycholog tego nie może wyprostować. Rodzice się załamują. Nie wiedzą, gdzie i jak szukać pomocy. Popadają w alkoholizm, w inne nałogi. Na początku, gdy przyjechałam, próbowałam ludziom tłumaczyć, pocieszać jakoś, że to przejściowe, że minie, że kiedyś do czegoś dojdą, gdy zacisną zęby. Wtedy jeszcze w to wierzyłam, ale z czasem wiara osłabła. Zastanawiam się tylko, co będzie, gdy ja złapię deprechę. Kto mi pomoże?
-Ktoś na pewno się znajdzie. To, co robimy dla innych, wraca do nas.
-Pocieszyła mnie Pani.
One
-Kupi Pani bukiet?
-Nie, dziękuję.
-Kupi Pani. Proszę. Pani. Dwa mi zostały. Dzisiaj szybko sprzedałam. A zimno. Pada. I wiatr. Kupi Pani.
-Dobrze, wezmę jeden.
-Kochana Pani jest. Drugi dla Pani. Za darmo.
-Może jeszcze ktoś po niego przyjdzie.
-Nie, raczej nie. W taką pogodę. Dzisiaj jest zimno. Jechałam rowerem i nie mogłam złapać tchu, tak zimno. Zatrzymałam się na chwilę i trochę poprowadziłam.
-Nie ma Pani peleryny przeciwdeszczowej albo parasola?
-Miałam parasol, ale połamał się. Dostałam drugi od takiego sympatycznego pana, który kiedyś kupił bukiet. Dał za dużo, ale nie chciał reszty. Mam ten parasol w domu. Porządny taki. Szkoda go na taką pogodę jak dzisiaj. Ja tu na chodniku siedzę. Towaru pilnuję. Jeszcze ktoś mi podbierze.
-Co jeszcze Pani sprzedaje oprócz bukietów?
-Warzywa. Z własnego ogródka. I jajka od wiejskich kurek.
-Dojeżdża Pani tutaj rowerem.
-Tak, dwa razy w tygodniu kilkanaście kilometrów w jedną stronę. Straż miejska mnie nawet nie przegania, bo strażnicy mądrzy ludzie. Wiedzą, że ja nie siedzę tu dla zarobku, ale dla ludzi. Popatrzeć na ulicę, jak auta jeżdżą albo matki z wózkami. Czasami z kimś porozmawiam. Dam dobrą radę. Wysłucham.
-Ma Pani rodzinę, dzieci?
-Coś Pani powiem. Nie mam dzieci. Ja je tylko urodziłam, ale dzieci nie mam. Jeden syn siedzi w Niemczech już będzie… ze 20 lat. Ma tam… dziecko, kobietę. Młodsza od niego. Tak siedzą, jak to się mówi, na kocią łapę. Kiedyś jeszcze zadzwonił od czasu do czasu, przesłał zdjęcia wnuka, kartkę jakąś na święta lub na imieniny. Raz widziałam wnuka, jak był mały. Przywieźli go do Polski, do mnie, ale już nie przywożą. Drugi syn ze mną wcale nie rozmawia, choć mieszka jakieś kilkanaście kilometrów ode mnie. Nawet nie zajrzy, nie zapyta, co słychać, jak mi się powodzi albo czy jestem zdrowa. Nie obchodzę go ani trochę. Sama Pani widzi. Nie mam dzieci. Ale jakoś żyję. Z emerytury. Z tego, co uskładam, chociaż pieniądze są już mi niepotrzebne. Czynszu nie płacę. Na opał mam. Zdrowie też jest. Nie narzekam. Gdy z ludźmi pogadam, to mi lżej.
