One. B.

-Przed godziną tez mówiłaś, że coś piszesz.

-To zarzut?

-Nie, element podtrzymujący rozmowę. Co robiłaś w tym czasie?

-Nic. Psychicznie przygotowywałam się do pisania.

-To jednak coś robiłaś.

-Powiedzmy.

-A to co?

-Ścierka do podłogi.

-Przecież widzę. Pytam, co z nią? Jest sucha jak pieprz.

-Do wyrzucenia.

-Ok. Co z obiadem? Naharowałyśmy się trochę.

-Ja nie jem. Mam jelitówkę.

-Nie nabiorę się na to.

-Nie ufasz mi?! Po tylu latach?!

-Przestań. Wiesz, że nie o to chodzi.

-A o co?

-O to, że nie wychodzisz z domu.

-Bo lipa jest.

-Gdzie?

-Na zewnątrz.

-Gorąco i lipa. Brzuch mnie boli.

-Zamawiam pizzę. Dokładasz się?

-Daj spokój. Powinnam Ci ją postawić.

-Pół na pół, ok? Coś musisz jeść.

-Jadłam bułkę. Nie zmieszczę niczego więcej.

-Biorę z brokułami i serem feta. Jaki sos, pytają?

-Dla mnie tysiąca wysp.

-Nie możemy tak dłużej żyć. Pieniędzy wystarczy tylko do końca miesiąca przy mocno ograniczonych wydatkach.

-Mamy ustalić dyżury korzystania z łazienki albo prysznica?

-Nie o tym mówię. Nie mamy kasy. Na zaraz.

-Chodzimy do pracy. Zajmujemy się domem Twojej byłej szefowej, gdy tamta pływa po wyspach Pacyfiku. Sprzątamy… Zbiory są… Jakoś dajemy radę.

-Tak, ale to za mało. Starcza głównie na jedzenie. Nigdzie nie pojedziemy, chyba że na dziko, ale jeśli gdzieś się ruszymy, to kasa nam się urwie. Na jedno wyjdzie.

-Mogę gotować.

-Nie żartuj.

-Możemy coś sprzedawać.

-Co na przykład? Twoje teksty? Chcesz, aby ludzie czytali o Twoich dołach życiowych, dziurach emocjonalnych albo o tym, co jesz, albo raczej, że nie jesz? Tak się nie da, mała.

-Mnie jest wszystko jedno, o czym ludzie będą czytać, byleby czytali. Pomagałam w księgarni. Wiem, co czytają. Czasami to buble… Czymś ambitnym się nie interesowali… Przeważnie.

-Księgarnia padła jak większość wszystkiego, za co się bierzesz. Powinnaś iść do pracy, abyśmy miały stałe dochody. Nie przeżyjemy zimy z tym, co mamy.

-Możemy jechać za granicę. Mówiłaś, że ktoś znajomy…

-Nie możemy, bo nie mamy za co ani do kogo. Poza tym już się nie opłaca taki wyjazd. Trzeba wiedzieć, po co się jedzie i na jak długo, a znając Ciebie, będziesz chciała po dwóch tygodniach wracać albo rzucić robotę, a potem zwiedzać jakieś zamki czy coś.

-Wiesz, że szukam.

-Słabo. Weź się za coś. Może do jakiegoś sklepu podejdź albo… sama nie wiem… Nie może zostać tak, jak jest. Ja mam tylko pół etatu. Dorabiamy sprzątaniem, ale to niedługo się urwie. Twoje oszczędności stopniały, mimo że żyjemy bardzo skromnie. Kobieto, nie masz dokąd pójść ani dokąd wrócić. Podobnie jak ja. W domu rodzinnym nie ma dla mnie miejsca.

-Pokój tam jest. Twój.

-Zajęty przez brata i bratową z dzieckiem, zanim się wybudują, ale to jeszcze potrwa. I co mi po tym pokoju? Do najbliższego sklepu polną drogą mam ok. 3 km. Zimą i wczesną wiosną tonę w błocie. Z czego tam będę żyć? Nie siedź tak. Głowa do góry. Na pewno coś wymyślimy.

 

Notatki

-W piżamie?! O tej porze?! To co ty robiłaś w nocy?! – A. nie dawała za wygraną – Jak można… Kobieto, chcesz spędzić resztę życia w łóżku?! Ubieraj się! Zaraz będę!

-Nie, nie zaraz. Chcę się najpierw doprowadzić do porządku.

-Przyjadę i zaczekam.

-Nieee! Nie możesz mnie widzieć w takim stanie!

-Widziałam Cię w gorszym stanie, szczególnie na dworcu, gdy autobus się spóźnił albo gdy nie zdążyłyśmy na ostatni pociąg, bo mnie się zrobiło niedobrze, a Ty… Zrobiłaś taką awanturę, że pasażerowie zaczęli się odsuwać. Wbijam za kwadrans. Chcę Cię widzieć wykapaną i ubraną, jasne?!

-Mam opuchnięte oczy. Nie wyjdę z domu.

-Nie Ty jedna. Założysz okulary i jakoś damy radę.

Po godzinie. W bistro.

-Można już to sprzątnąć?

-Tak, dziękuję. Ten koktajl smakował obrzydliwie.

-Tak?! Następnym razem postaramy się przygotować lepszy.

-Jak można nazywać koktajlem ciecz powstałą z białego proszku, uzupełnioną jedną słabo zmrożoną truskawką?

Spojrzenie A. mówi „Daj spokój. Zapłać i wychodzimy”.

-Takie mamy receptury, wyjaśnia pracownica bistro najwidoczniej nie spodziewająca się kontynuacji wątku.

-Zmieńcie je. Ten smak, konsystencja napoju i niekompatybilna z nim nazwa są nie do przyjęcia.

A. prosi o rachunek. Gdy kelnerka się oddala, A. ocierając pot mówi:

-Widzę, że wracasz do formy. Wystarczyło wyciągnąć Cię z domu. Sałatkę proponuję zamówić w innym miejscu. Masz wiele odwagi.

-To nie odwaga, tylko brawura. Nie przyjdę tu więcej, chyba że coś się zmieni.

-Dzwonili z ośrodka. Zaczynam w przyszłym tygodniu. Na razie zlecenie przez dwa miesiące.

-Super. Będę Ci pomagać. Albo zgłoszę się jako wolontariusz. Co Ty na to? Zdążymy wyskoczyć na festiwal?

-Zdążymy, nawet możemy zaliczyć cały program. Nie wiem, czy wytrzymasz na wolontariacie? Czy Twoje nerwy albo poczucie estetyki wytrzymają?

-Wytrzymają. Mam pomysł na sztukę z elementami pantomimy. Można by spróbować.

-Ty jak zwykle w swoim świecie. Nie możesz żyć nie dotykając ziemi.

-Mogę.

-Mogłabyś pójść do pracy, ale takiej etatowej. Miałabyś wtedy spore szanse, aby zaistnieć jako bardziej wiarygodna osoba. Wiesz, inaczej patrzy się na ludzi, którzy podejmują się konkretnej pracy na stanowisku. Mimo wszystko funkcjonujemy w pewnych strukturach.

-Pisanie też jest strukturalne. Porządkuje myśli i otoczenie. Słowa są ważne. Od słów wszystko się zaczyna. Nazwij coś, a nadasz temu znaczenie.

 

 

Oni

-Zabukowałes lot?

-Uhmm. Z przerwą w Lizbonie. Wdepniemy na fado?

-Pewnie. Może z noclegiem? Zwiedzimy co nieco. Torre de Belem. Zamek. Klasztor. Co chcesz.

-Czasu będzie dość. Można z noclegiem. Znam hostel. Znośnie, w miarę czysto. W przystępnej cenie.

-Załatwiłbyś to?

-Jasne. Już sprawdzam ceny. Jedna noc?

-Jedna. starczy nam. To będzie krótki wypad. Na Kubie sobie odbijemy.

-Bab nie bierzemy.

-Nie, po co drewno do lasu wozić.

-Słusznie. Tu mam coś taniego. Lukaj.

-Wygląda dość dobrze. Bierzemy. Dwuosobowy.

-Twoja nie robiła scen, że ze mną jedziesz.

-Jakie sceny?! Przypiliła się, bo kasę czuje, a ja ją trzymam na dystans, chłopie. Nie dość, że opłacam rachunki i czasami zabieram do knajpy, to jeszcze mam jej wczasy nad oceanem fundować? Żeby mi się tam darła i fochy strzelała?! Ona nie zarobi nawet na waciki. Udaje, że ma forsę. Od rodziców doi, a teraz myśli, że frajera za gacie złapała, bo ode mnie też jej coś skapnie. Po Kubie coś jej powiem na ten temat. Tępa aż boli, a wydaje się jej, że tego nie widać.

-Chyba nie taka tępa, skoro wie, koło kogo dupą kręcić. Chłopie, uważaj, aby Cię w alimenty nie wkopała. Nie patrz tak!

-Ale masz dowcip!

-Sorry, znam życie. Miejscówka w Lizbonie zaklepana.

-Dzięki. Rozliczymy się…

-Daj spokój. Potraktujmy to jako rewanż za ten obiad. Bierzemy jeszcze po bronksie?

-Prowadzę.

-Byłbym zapomniał. Ale możemy zostawić auto, a dopiero wieczorem gdzieś pojechać. Albo taksówkę weźmiemy.

-Ok, zamów i dla mnie.

One. Córeczki

-Dziewczynki są bliźniaczkami?! Nie przypuszczałabym. Na pierwszy rzut oka oczywiście.

-Mają po 6 lat. Janinka i Marysia.

-Piękne imiona.

-Długo z mężem nie mogliśmy się zdecydować. I zostało, jak zostało.

-Ale temperamenty mają różne. I osobowości.

-O, tak! Jak Pani na to wpadła? Janka nie chce się uczyć. Pani w przedszkolu czasami skarży, że jest uparta i ciągle się śmieje. Pani myśli, że to z niej albo z dzieci.

-A ja uwielbiam, gdy Jana się śmieje. Od razu ją zauważyłam.

-Ona Panią również, ale obawiała się podejść i zagadnąć. Uczymy dzieci, aby nie zaczepiały obcych.

Matko, naucz dzieci, jak rozmawiać z ludźmi, jak ich rozróżniać i jak nawiązywać kontakt oraz jak go ograniczać albo zrywać, bo gdy Ciebie zabraknie, będą musiały poradzić sobie same.

-Jasne. A druga córcia jest przeciwieństwem Janki?

-Tak, ma na imię Marysia. Jest ułożona i ambitna. Uczy się hiszpańskiego i od razu  pochłania każdą lekcję. Pani mówi, że jeszcze takiej dobrej uczennicy nie miała. Marysia chce wszystko umieć perfekcyjnie. Jeśli coś idzie nie po jej myśli, zaraz się obraża. Na siostrę także. Czasami wstydzi się za Jankę, która nie znosi prac domowych oraz tego, gdy ktoś ją poucza.

Matko, Twoja perfekcyjna córka kiedyś się potknie o ziarenko piasku i zamiast wstać po upadku, otrzepać kolana i opatrzyć ranę, będzie łykać leki, by odzyskać równowagę albo biegać od jednego specjalisty do drugiego, którzy oprócz tego, że wyciągną od niej masę pieniędzy, w niczym nie pomogą.

-Martwię się o Jankę, czy da sobie radę w życiu. Będzie jej ciężko z takim charakterkiem.

Matko, to, co Marysia zdobędzie ciężkim tyraniem, Jance przyjdzie bez wysiłku. Ona zyska przychylność innych przy pomocy osobistego uroku i jednego uśmiechu. Będzie miała gdzieś sukcesy, nagrody, wyróżnienia i Twoje pochwały. Będzie żyła pełnią życia i darła łacha z tych, którzy biorą udział w absurdalnym wyścigu szczurów. Ale Ty, matko, jeszcze o tym nie wiesz, i dlatego będziesz próbowała za wszelką cenę wcisnąć ją do przygotowanego przez siebie schematu.

Patynowa Pani Domu. Perfekcjonizm

Tym razem nie zaśpisz na popołudniowe zajęcia. Nastawiasz budzik i dodatkowo dla pewności prosisz Szwester o zegarynkę. Ale to dopiero po południu. Teraz jest lekko po godz. 10.00, a Ty odziana w ulubiony szlafrok (nie masz innego, tylko ten jeden, więc nie ma szans, by nie zyskał miana ulubionego) próbujesz zaplanować dzień. Napiszesz fragment na podstawie materiałów, które gromadzisz. Zbieractwo jest uznane przez niektórych specjalistów za jednostkę chorobową, zatem marsz do pracy. Nie ma przerzucania myśli z miejsca na miejsce. Z rozmyślań i skutecznego zarządzania czasem wyrywa Cię dźwięk telefonu. Po nazwie pojawiającej się na wyświetlaczu wiesz, że trzeba rozróżnić sprawy ważne od pilnych.

Już to sprawdzam, Kochana. Zaraz odpalę kompek i prześlę Ci, jeśli uda się coś znaleźć. Bardzo dobrze robisz, że negocjujesz warunki. Będzie nostalgicznie, czuję to w moczu. Oczywiście, ze możemy wybrać się na festiwal. Wstęp za free. Inaczej byśmy nie poszły. Powspominamy stare czasy, gdy tułałyśmy się po takich eventach. Zostaniemy do nocy, będzie taniec z ogniem. Kolejny w naszym życiu. Szczegółowy program pewnie gdzieś tam jest w sieci. Też Ci wyślę. Założę coś czarnego jak zwykle. Jeśli będzie upał, to nie pójdziemy. Nie będę paradować w czarnym kapeluszu podczas upału. Pomożesz mi przewieźć ekologiczne soki. Będzie stoisko. Zazwyczaj jest. Powinnam je pić, bo inaczej mogę dostać szkorbutu albo wyłysieć. Wypadną mi zęby i włosy. Tak, moja fanaberia, a Ty nie chcesz, abym była atrakcyjna, tylko bezzębna! Nie stać mnie na wymianę szufladki ani na perukę.

I się zaczęło. Wyszukiwanie, gromadzenie, przetwarzanie informacji. Przesyłanie, odsyłanie, kopiowanie. Powinnaś wziąć prysznic. Jest południe. Kurier nie może się dostać, więc schodzisz do niego pozdrawiając po drodze napotkane dusze. Dziękujesz za przesyłkę. Kto ma szkołę, ten w godzinach południowych ma prawo paradować w szlafroku.

Na obiad zupa z pietruszki. Wczoraj też ją jadłaś i co z tego. Jeśli tak dalej pójdzie, to i na jutro zostanie. Ciepło w brzuszku, ciepło w duszku. Pamiętaj, by nastawić budzik na wypadek, gdybyś znowu zaspała na zajęcia. Zapisałaś się do nowego instruktora, więc nie możesz dać plamy. Pożyczysz koleżance sukienkę. Jak to nie masz do niej bolerka?! Nie mam, chyba że chcesz sztuczne futerko. Będziesz pięknie wyglądać w tym zestawie w środku lata. Jesteś chyba jedyną osobą, jaką znam, która nie ma bolerka. Jakie to ma znaczenie, pytasz w duchu, wyjmując sukienkę i podając ją koleżance. Nie zmieszczę się w nią. To przymierz inną. Nie, jednak pójdę z mamą na zakupy. Może coś wybierzemy. I będzie bolerko. Bolerko-żeberko, myślisz.

Nie będzie tak źle. Nie dość, że nie zaspałaś, to w dodatku wyszłaś z domu odpowiednio wcześnie, Mistrzyni Zarządzania Czasem. Powinnaś być o odpowiedniej porze. Wchodzisz do sali. Zajęcia już się rozpoczęły, jak widać. Ćwiczysz z pozostałymi osobami. Wprawdzie zestawy są dość energiczne, ale nie narzekasz. Po skończonych zajęciach instruktor pyta, czy na pewno jesteś zapisana do jego grupy, bo nie może doliczyć się jednej osoby więcej. Wyjaśniasz, na jaki typ ćwiczeń przyszłaś. Ale to był trening po obwodzie, słyszysz, a nie FitBalet. Ten jeszcze trwa w sali w drugim skrzydle.

Całuchy-kluchy!

One. Handlarka

-Skądś Panią znam. Kojarzę, że kiedyś miała Pani stoisko z etnicznymi wyrobami z Ameryki Południowej. Albo to nie była Pani.

-To byłam ja. Pani kupowała u mnie kolczyki i torebkę z Ekwadoru. Pamiętam, że została ostatnia sztuka i Pani ją kupiła nawet nie patrząc na cenę.

-Podobała mi się do tego stopnia, że nie zawracałam sobie głowy tak trywialną sprawą jak pieniądze. Kupiłam też sweter, ale już się zużył. Był tak zmechacony, że nie mogłam go nadal nosić np. do pracy. A się z Panią działo, gdy Pani nie było?

-Zrezygnowałam z prowadzenia stoiska, gdy moja mama zachorowała. Trzeba było się nią zająć. Myć, karmić. Zapewnić łóżko z materacem przeciwodleżynowym. Zadbać o dom.

-Smutna sprawa.

-Tak. W handlu miałam przerwę. Potem było ciężko wrócić na rynek. Konkurencja zrobiła swoje. Próbowałam coś sprzedawać przez Internet, ale to nie to samo, co na żywo. Ktoś podchodzi do stoiska. Interesuje się. Ogląda. Rozmawia. Sprzedawca poznaje gust. Coś zawsze doradzi. Jeździ po Polsce. Ma rozeznanie, co się komu podoba, co jeszcze trzeba zamówić. A w Internecie jest niby formularz, ale ciężko rozmawia się z ludźmi głównie przy pomocy okienek. Zresztą trudno mi było pogodzić opiekę nad mamą, dziećmi i jeszcze handel.

-A tato Pani dzieci? Pamiętam, że Państwo razem prowadzili stoisko.

-Zaczął wyjeżdżać coraz częściej do swojego kraju niby po towar, niby po ziołowe specyfiki, mikstury. I wie Pani, jak takie historie się kończą. Ja tu, on tam. Dzieciaki zostały ze mną. Trochę już podrosły, więc mam łatwiej.

-Je też kojarzę. Śliczne, oliwkowe karnacje. Ciemne włoski. Etniczne stroje, ręcznie wytwarzane po tamtej części globu. Odróżniały się. Zwłaszcza córcia.

-Dużo Pani pamięta.

-Często do Was zaglądałam. Nawet gdy byłam nad morzem, spotkałam Pani męża i kogoś z jego rodziny. Kupiłam wtedy rękawiczki z wydzierganymi lamami. Niedługo potem zostały skradzione w supermarkecie. Byłam też na wykładzie Pani męża o roślinach leczniczych stosowanych w Ameryce Południowej. On był, jak to się u nich mówi, curandero.

-Nadal jest. Niczego nie mam z tego małżeństwa oprócz dwojga udanych dzieci.

-To jednak coś dobrego zostało.

-Niech Pani uważa na siebie. I nie zaczyna czegoś, co nie ma racji bytu.

Patynowa Pani Domu. Pietruszka

Niezastąpiona w kuchni oraz podczas kuracji gwarantujących powrót do zdrowia. Osoby chcące pozbyć się zbędnych kilogramów powinny koniecznie włączyć ją do jadłospisu. Bogate źródło witaminy C i żelaza. Nie traci swoich właściwości podczas obróbki cieplnej. Bohaterką dzisiejszego wpisu staje się Pani Pietruszka, a właściwie jej nać. Ale po kolei.

Wstałaś z łóżka jak zwykle prawą nogą. Podczas pożywnego śniadania, na które składały się resztki czerstwiejącego pieczywa z masłem i dżemem, sporządziłaś listę zakupów. Ba, szumnie powiedziane. Potrzebujesz tylko kilka sztuk warzyw i owoców, obowiązkowo sezonowych i lokalnych, pieczywo z dodatkiem orkiszu i… na tym koniec. Kupuj tylko tyle, ile zjesz w ciągu najbliższych dwóch dni, Ty i najbliżsi w Twoim otoczeniu, pamiętaj o złotej zasadzie konsumenckiego minimalisty. To nie hołd idei, ale Twoje możliwości finansowe sprawiają, że jesteś jej wyznawcą. Biegniesz do marketu. O tej porze powinny jeszcze być świeże i nieprzebrane. Jest środek tygodnia. Grilloluby budzą swoje instynkty ok. piątku, jak wykazują statystyki sprzedaży. Napełniasz kosz potrzebnymi produktami. Tylko jedna doniczka z pietruszką. Wygląda naprawdę okazale. Będzie stanowić ozdobę Twojej kuchni. Słyszysz głos obsługi „może weźmie Pani dwie, policzymy taniej. A już się kończą. Cena za nać pietruszki w tym roku jak za ośmiorniczki. „Skoro będzie mnie stać na zielone owoce morza, to chętnie. Poproszę”. Poczułaś się niczym VIP. „Tak właściwie to damy Pani trzy doniczki, jeśli Pani chce. Ta jedna taka bardziej licha, więc byłaby gratis, a za tamte obie policzymy”, obsługa świetnie wyszkolona w marketingu bezpośrednim negocjuje dalej. „Heh, jeśli ma się zmarnować… Biorę.” Odważna decyzja jak na kogoś mającego jeno dwie ręce oraz siatkę wielorazowego użytku.

Obładowana trzema doniczkami z zieleniną oraz siatką z zakupami warzywno-owocowymi wracasz do siebie. Jaki piękny, letni dzień! Ptaki śpiewają, słońce świeci, sąsiedzi uśmiechają się z nieudawaną serdecznością: „będzie co do rosołu wrzucać, co?”. Oj, tak, ripostuję, przez całą zimę”, chyba nakarmię tym armię <trawożerców>”. Stawiasz zakupy na blacie. przychodzi refleksja: co ja zrobię z taką ilością natki pietruszki? Niech się zastanowię. Część zamrożę, a część…

Reszta dnia upływa pod znakiem przetwarzania natki pietruszki i nadawaniu jej innego, pożądanego kształtu. Poszukujesz uniwersalnych receptur na potrawy z dodatkiem zielonego źródła zdrowia i witamin. Twoja kuchnia wzbogaca się o pietruszkowe pesto, umówmy się, że kombinacja rozmaitych składników typu orzechy, siemię lniane i drobno posiekana natka to pesto. Jest i sos np. do makaronu. To nic, jeśli tymczasowo brakuje makaronu. Ważne, że jest sos. Oddasz część do wspólnej lodówki. Naleśniki z warzywami. Tylko tym razem cienkie usmaż. Przez kilka kolejnych dni nie umrzesz z głodu, a przy okazji zrobiłaś zapasy na zimę.

Całuchy-kluchy!

 

Plecak

Bagaż podróżny to niemy świadek wojażu oraz tego, co się odbywa poza utartymi szlakami, szczególnie w miejscach, w których nawet bociany nie zawracają, ponieważ jeszcze tam nie doleciały:

-I jeszcze na plecak bilet trzeba wykupić.

-Poproszę. Nie wiedziałam… Dlaczego za plecak mam zapłacić tyle, ile za pasażera?

-Bo na siedzeniu leży.

-Ale ja go mogę trzymać na kolanach.

-Nie będę z Panią dyskutował. Płaci Pani czy wychodzi?

-Płacę, ale uważam, że to nie w porządku.

-Opłata się należy. Jak Pani chce, to może na piechotę iść. To ostatni kurs.

-Nie chcę. Zapłaciłam przecież. Jakby nie można było do bagażnika go dać.

Dalsza część drogi upływała we względnym milczeniu. Plecak został zabrany z siedzenia i trzymany na kolanach, aby ustąpić miejsca pasażerowi. Nie miałam siły spierać się o parę złotych tym bardziej, że było relatywnie późno, a ja po całym dniu podróżowania różnymi środkami marzyłam jedynie o prysznicu i lekkiej kolacji. Stan techniczny pojazdu budził wątpliwości nawet u takiego laika jak ja. Moje obawy potwierdziły się. W pewnym momencie otrąbieni cudem lądujemy się na poboczu. Jest dawno po zmroku. Znajdujemy się na drodze lokalnej. Kierowca wysiadł. Obchodzi bus dookoła, a potem udaje, że panuje nad sytuacją wykrzykując od czasu do czasu nieparlamentarne wyrażenia. Dźwignia zmiany biegów stała się bezużyteczna. Ktoś z pasażerów podpowiada, aby wetknąć kija od szczotki i spróbować nim manewrować. Jesteśmy w połowie drogi. Jakoś dojedziemy do miasta, odzywa się chłopak z fryzurą samuraja z kataną przy boku. Jadę na turniej, jutro z rana mamy ćwiczenia. Nie może mnie zabraknąć, dorzuca, mam swoją funkcję na pokazie. Ja wracam z drugiej zmiany, a jutro obiecałam przyjechać wcześniej, aby zastąpić koleżankę, odzywa się sfrustrowana pasażerka, nie ma mnie kto przywieźć. Jak tak dalej będzie, to dzwonię na Policję.

Kwitniemy w ciemnościach na poboczu. Tereny przygraniczne. Są krzaki. Nie ma latarni. Część pasażerów rozładowuje nerwy pielęgnując swój nałóg. Nie panikować. Zachować spokój. Chętnie poznam osoby, które osiągnęły spokój po usłyszeniu słów „uspokój się”. W końcu zapada decyzja. Samuraj godzi się trzymać kij od szczotki i manewrować nim w miejscu, w którym znajduje się dźwignia zmiany biegów. Zatrzymywać się będziemy na awaryjnych i tylko tam, gdzie nie ma monitoringu. Tym razem nie zawiadamiamy Policji. Wsiadamy na własne ryzyko. Ruszamy. Jedziemy. Samuraj z wdziękiem operuje kijem od szczotki. Snuje opowieść o swoim plecaku, całkiem podobnym do tego, który wciąż trzymam na kolanach. Wspomina pobyt na Mazurach, gdy były całkiem dzikie. Teraz jest cywilizacja i nie ma tego uroku, co kiedyś, prawi.

Docieram do wsi w środku nocy. Na szczęście kierowca bombowca postanowił zrobić przystanek dość blisko chałupy, w której miałam zabukowany nocleg. Pukam delikatnie w okno nie chcąc obudzić gospodarzy. Wiem, że jest późno. Mieliśmy mały problem z dojazdem. Trzeba było zadzwonić. Mój by przywiózł. Ale ja nie wiedziałam, gdzie jesteśmy. To nic. Jutro też jest dzień. Odpływam przytulona do plecaka.

 

Patynowa Pani Domu. Drobiazgi

Dziś napiszesz wreszcie coś więcej niż wiadomość w komunikatorze. Wstajesz rano z tym mocnym postanowieniem. Gra jest warta świeczki. I stołu, na którym stała. Pomysł na tekst narodził się kilka dni temu, ale z jego realizacją jest gorzej. Nie pozwól innym grać Twoimi kartami. Ty je wykładasz i nimi dysponujesz. Rady otrzymane podczas szkoleń są bezcenne, podobnie jak to, co usiłujesz tworzyć, a nie przynosi Ci szczególnych grantów oprócz satysfakcji i (podobno) porządku w głowie. Zacznij dzień od małych przyjemności. Ok, kawa zaparzona, śniadanie przygotowane, lektura rozpoczęta (po spożyciu śniadania przy świecach). Wybierasz świeczkę, która oczyszcza powietrze z toksyn pachnąc przy tym delikatnie. Jaka szkoda, że nie wymyślono uniwersalnego środka na skuteczne oczyszczenie głowy z gonitwy myśli. Pozostaje wiara producentowi świec. Krzątasz się po własnej dziupli próbując zaprowadzić w niej porządek. Nastawiasz pralkę. Siadasz przy kompku i sprawdzasz wiadomości. Odpowiadasz na nie, pozdrawiasz, doradzasz, oferujesz, wysyłasz zapytanie. Zapominasz na jakiś czas o tlącej się świecy, ale ona o Tobie pamięta. Co tak cuchnie?! Zapaliło się aluminiowe opakowanie, w którym była umieszczona. Zrywasz się, by ugasić ogień. Po opanowaniu sytuacji oceniasz straty. Przepalona podkładka (w składzie ma na pewno plastik, który przywarł do serwety i stołu. Trudno, nie można być materialistką. Minimalizm jest obecnie trendy. Pozbywasz się bez żalu nieużytecznych przedmiotów. Gorzej ze smrodem pochodzącym od aluminium. Oczyszcza powietrze! Wolno się spala! Delikatnie pachnie! Akurat. Reklama kłamie. Niech tylko dorwiesz producenta. Wystawisz mu odpowiednią opinię i na pewno niczego u niego nie kupisz. Tymczasem trzeba zająć się najbliższym otoczeniem. Otwierasz na oścież okno. Jakie cudne chmurki! Rozwieszasz pranie, a następnie wychodzisz po zapasy spożywki. Nie będzie padać. Nie powinno. Tak brzmiały komunikaty w radiu. Przebierasz nogami, jakbyś miała dogonić odjeżdżający pociąg. Zdążysz. Zdążysz, słyszysz? Gdy miotasz się pomiędzy sklepowymi półkami, zaczyna lać. Myślisz o swoim praniu rozwieszonym na świeżym powietrzu. Dobrze jest!

 

Patynowa Pani Domu. Paskuda

Ten dźwięk rozpoznasz wszędzie, zwłaszcza w środku nocy, podczas próby rozkoszowania się ciszą,  gdy leżysz pod kocem i usiłujesz zasnąć. Nie próbuj się oszukiwać. Charakterystyczne bzyczenie o tej porze roku. Słychać je tuż nad Twoim uchem. To nie daleki odgłos silnika pojazdów poruszających się na drogach szybkiego ruchu. Nie. Zapalasz lampkę. Leci, leci samolocik. Wylądował. Chwytasz na oślep za coś miękkiego, co akurat jest pod ręką. Uważaj na śnieżną biel sufitu. Uwa… Jutro… Nie! Dzisiaj go umyjesz i nie będzie śladu po zbrodni. Kładziesz się w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku i ponownie przyzywasz Morfeusza, aby rozłożył swoje ramiona. To nie ten dźwięk. Przecież dopiero unicestwiłaś to, co skrzydlate i żądne Twojej krwi. Tym razem nie wstanę, postanawiasz, może sam się wykończy. Nie tej nocy. Chyba jest ich więcej niż jeden. Sygnały wysyłane przez owadzie wampiry są coraz głośniejsze i brzmią niczym orkiestra strojąca instrumenty na chwilę przed koncertem. Przecież padało, a podczas deszczu i krotko po nim raczej nie powinny się pokazywać. Może ta prawidłowość obowiązuje na zewnątrz, ale komar jak każde stworzenie swój rozum ma i przed deszczem też pragnie się schronić, by nie zmoczyć skrzydełek. Tylko dlaczego w pokoju, w którym spędzasz noce (i dnie). Wstajesz, chwytasz ręcznik i szukasz intruza. Uważnie obserwujesz ściany i sufit (nie szklany). Omiatasz wzrokiem meble i sprzęty. Gdzie się schowały małe szkodniki? Może wpadły do akwarium? Wtedy Paskuda by się z nimi rozprawił. Paskuda to dyżurny glonojad, duży, tłusty i niegrzeszący urodą, który waletuje u Ciebie podczas nieobecności prawowitego właściciela. Wyrobisz mu wizę turystyczną i zaczipujesz, jeśli będzie trzeba, ale póki co walczysz ze zmianą dźwięków. Paskuda jest nocnym markiem. Obżera się niemiłosiernie, głównie w nocy i stanowi skuteczną konkurencję dla rozmaitych gatunków ryb, które pojawiają się w jego otoczeniu. Może powinnaś go nauczyć kilku sztuczek, np. gdy usłyszy lub wypatrzy komara, to wyskoczy z wody i go połknie w powietrzu. Ewentualnie w wodzie. Ewentualnie niech go nawet nie połyka, byle oczyścił najbliższą przestrzeń z jego obecności. Paskuda zajmuje się głównie sobą. Niczym stary kawaler ma swoje przyzwyczajenia, fochy i wyraźnie znaczy terytorium. Źle znosi przeprowadzki, chyba że do Patynowej Pani Domu. Po przepisowym okresie karencji przybywa mu gramów i energii, na to wygląda. Tym razem nie możesz liczyć na jego pomoc, ale dobrze, że jest. Przynajmniej masz po co wstać z łóżka. Są. Dwa. Były. Nie będzie dużo mycia. Kładziesz się z nadzieją, że to ostatnie osobniki, a reszta zdarzy się jutro. Śpij, Paskudo, nie budź, bo Ci sprowadzę niewydarzoną dziewczynę i dopiero wściekły będziesz…