Zjazd absolwentów. Przygotowania

Wychodzę z piekarni trzymając w ręku ciepłą bułeczkę. Odrywam kęs rozkoszując się jej wybornym smakiem. Naraz słyszę, jak ktoś wykrzykuje moje imię. Głos znajomy, ale co ona… co Ty tu robisz?

-Widziałam Cię, jak wchodziłaś, ale zaczekałam na Ciebie tutaj. Mamy spotkanie, wiesz. Cała klasa. W tej nowej knajpie 10 min. od dworca, aby każdy miał blisko. Będziesz? Ktoś już pisał do Ciebie w tej sprawie?

-Tak, ale nie bezpośrednio. Znajoma mi przekazała, tzn. rozpytywała o mnie ludzi i prosiła, aby mi powiedzieć, że spotkanko jest w planach. Od nich wiem. Z drugiej ręki.

-No właśnie. Mnie nie będzie, ale Ty będziesz?

-Nie mam żadnych pomysłów na ten wieczór, więc pewnie tak.

-Przyjdzie Paweł z żoną i córeczką. Taką małą, słodką ma, ale już chodzi, a moja jeszcze nie, a są w tym samym wieku prawie. Tylko dwa miesiące różnicy. Na fejsa wrzucił fotkę. Renia i Dorota. Podobno sporo osób ma być. Ty, a w co się ubierasz?

-Planuję założyć koszulę flanelową i dżinsy. Tak będzie najwygodniej.

-E, no, odlaszcz się. Zobaczysz, jakie wrażenie zrobisz. Nikt Cię nie pozna.

-Jeszcze zobaczę.

-Dobra, lecę.

Wracam do domu. Zachęcona słowami koleżanki otwieram szafę. Może faktycznie powinnam poszukać stylu na ten jeden, jedyny wieczór? Zawartość szafy pozwala ocenić możliwości finansowe właścicielki oraz określić jej dość mocno swobodny sposób wyrażania poprzez strój stosunku do otoczenia. Pożyczę super kieckę. Tylko od kogo? Dziewczyny już dawno niczego mi nie udostępniły twierdząc, że w nic się nie mieszczą. A co ma do tego ich rozmiar? Poza tym nie pamiętam, chyba ją wydałam albo pożyczyłam i nie mam już. Tyle słyszę. Nie to nie. Też mam sukienkę i się nie chwalę. Z dzianiny, ale na ciepły, letni wieczór raczej się nie nada. Do tego buty na obcasach. Te akurat leżą prawie nienoszone na dnie szafy. Przymierzę je. Może już się rozpadły na skutek upływu czasu? Nic z tego. Wyglądają całkiem znośnie. Miałam je na sobie kilka razy z okazji zmiany stanu koleżanek, określającego stosunek do własnego samca i jego nazwiska oraz na służbowej imprezie, niefortunnie nie przewidując spaceru w nich po murawie. A jeśli spóźnię się na tramwaj i będzie trzeba biec, bo nie opłaci się czekać na kolejny? A co, jeśli zechcemy przejść się po Rynku nocą i pośpiewać. Nie. Nie włożę ich. Tylko solidne klapy lub wygodne sandały, ewentualnie trampki. Trampki i to te, które mam na sobie. kto mnie tam będzie podziwiać, a na pewno patrzeć na moje obuwie. Tylko na weselu trza być w butach, jak wieść niesie.

Przestaję myśleć, zaczynam działać. Aby dobrze wyglądać na spotkaniu absolwentów, trzeba zaprezentować się od jak najlepszej strony. Słychać sygnał przychodzącej wiadomości. Numeru nie mam w książce. Treść dotyczy zlotu absolwentów, na który chcąc nie chcąc wybieram się. Trzeba odreagować trudy codzienności. Wiadomość przychodzi od koleżanki podpisanej dwoma nazwiskami. Co, młoda, chciałaś podkreślić, że ktoś Cię chciał? Odpisuję: tak, będę. Przyjadę sama. Klamka zapadła. Albo klapka. Od sedesu. Po chwili kolejna wiadomość „w co się ubierasz”? Nie będę tłumaczyć, że właściwie kreację mam na sobie. Wskoczę zaraz w szlafrok i nastawię pranie.

 

Oni. Szczęśliwy człowiek

-Dzień dobry. Pani pewnie przyjezdna.

Mężczyzna skromnie ubrany uchylił kaszkiet i uśmiechnął się w moją stronę.

-Dzień dobry. O tej porze nie spodziewałam się nikogo tutaj spotkać. Było dość duszno i tak cicho, że wybrałam się na przechadzkę, a przy okazji kupię chlebek i bułki z jagodami. Piekarnię zaraz otworzą. Przyjechałam na urlop. To Pana konie? Widziałam podobne na polanie pod lasem, przy rogatkach. Tam, gdzie pasą się krowy, a na zboczu owce. Dlatego im się przyglądam.

-Tak, to te. Staruszki już, ale jeszcze trochę pociągną. Mieszkam w sąsiedniej wsi. Przyjeżdżam tutaj oddawać mleko. Krowy też moje. Pani zwykle wstaje tak wcześnie?

-Zazwyczaj tak.

-A ja wstaję codziennie o 5.00 bez względu na porę roku i pogodę. Idę do stajni. Obrządzam. Koniom daję pić. Myślę sobie, ile ludzie tracą, gdy nie budzą się przed świtem. Nie czują zapachu rosy, nie widzą, jak dzień się budzi, jak słońce wstaje. Kto śpi do południa, ten ma krótszy dzień. Taki człowiek jest cały czas zmęczony, gdy snuje się bez celu po domu. Trzeba mieć zajęcie, sens jakiś. Wyjść na pole, ptaków posłuchać. Nawet zimą. Świat jest poukładany, tylko trzeba to zobaczyć, a najlepiej z samego rana. Człowiek, który rano wstaje, wie, po co żyje. Wie, że w oborze czekają na niego zwierzaki. Wie, że trzeba koło nich zrobić. Potem do ludzi wyjść. Sprzedać to, co obrodziło i porozmawiać. Dobre słowo zostawić. Ludzie nie chcą rozmawiać. Zamykają się w swoich domach, bramy na elektronikę zamykają, jakby było ich z czego okraść. U mnie jest brama otwarta. Cały czas. I zawsze ktoś w domu jest. Albo żonka, albo synowa z wnukiem. Tyle razy mówiły, żeby zamykać, a ja jej mówię, z czego nas kto okradnie. Swoi tego nie zrobią, bo na wsi ludzie się znają, a obcy tak rzadko tędy przechodzą, że gdy ktoś się pojawi, to zaraz wiadomo. Pani u kogo ma pokój?

-U Wójcików, tych znad rzeczki.

-Widzę Panią czasami, jak w tamtą stronę Pani chodzi.

-Słychać, kiedy Pan przejeżdża. Konie słychać, jak uderzają podkowami o asfalt i jak jedzie wóz.

-To ja. Może podwieźć Panią? Daleko Pani ma.

-Skoczę do piekarni, a potem tędy będę wracać. Jeśli nadal Pan będzie tutaj stać, to dlaczego nie. Taką taksówką jeszcze nie jechałam.

 

 

Patynowa Pani Domu. Porządki

Znowu od rana leje. Kolejny dzień spędzisz zatem na mało znaczących czynnościach dla ludzkości, ale ogromnym znaczeniu dla Ciebie i Twojego świata. Obejrzałaś chyba wszystkie komedie W. Allena pojąc się przy tym hektolitrami herbaty. Jej zapasy kurczą się. Pamiętaj o tym podczas najbliższych zakupów. Przejrzałaś zawartość półek z kosmetykami. Niektóre straciły ważność… Nieistotne. Pozbądź się ich. Natychmiast. Bez żalu. To tylko tubki, słoiczki i pudełka. Zamknij oczy i wrzuć do worka. Nawet niczego nie poczułaś.

Otwierasz szafę. Na głowę spada Ci szlafrok. Nie ten, który wisi w łazience. Tamten w krówki, który kupiłaś w sieciowym bazarku. Ile razy miałaś go na sobie? Jasne, że to praktyczne mieć czegoś minimum dwie sztuki na wypadek, gdyby jedna uległa uszkodzeniu, ale weź pod uwagę, że nie żyjesz w kraju trzeciego świata, choć kto to wie. Za szlafrokiem spada Ci na głowę poszewka. Składasz ją i szukasz pozostałych części kompletu. Nie ma. Jeszcze raz sprawdzasz. Jest tylko jedna sztuka w ten deseń. Czy to możliwe? Pamiętasz, jak niedawno ubierałaś tę pościel, gdy nocował u Ciebie. Teraz sobie przypominasz. Pocięłaś tamte części, a potem wyrzuciłaś. Ta jedna najwidoczniej się zawieruszyła, ale na niej nie spał. Tak nie może być. Pora na porządki w szafie. Zaczynasz od najwyżej półki. Przekopujesz się przez kartony i mnóstwo drobiazgów, z których urosła góra. Nawet nie wiedziałaś, że jeszcze tyle ich masz. Zrobić wystawkę czy ogłosić się w rubryce „Kupię, sprzedam, oddam”, wyrzucę lub gdzieś pierdyknę, należałoby dopisać. Wygrywa drugi pomysł. Słychać sygnał przychodzącej wiadomości. Schodzisz z drabinki. Odczytujesz informacje. Odpowiadasz na nią. Jasne, że mogę dziś wieczorem. O której? Nawet jeśli będzie lało, to wspólne szwędanie się po mieście ma więcej uroku niż spędzanie czasu w domu na porządkach. Tłumaczysz, co porabiasz i dlaczego. Pomysł z wyprzedawaniem lub oddawaniem gratów został zaakceptowany. Przyjdź. Coś sobie wybierzesz. Najlepiej byłoby, gdybyś sama obejrzała. Jak to, co mnie naszło? Nic. Nie mieszczę się z dobytkiem. Piwnica też odpada. Za symboliczną opłatą korzystają z niej sąsiedzi. Nie będę tego psuć. Nie ma tam ani jednej mojej rzeczy, za wyjątkiem półki z owocowymi i warzywnymi przetworami od mamy.

Wystawiasz kartony na środku izby. Schodzisz na niższe półki. Bluzki w rozmaitych kolorach i fasonach machają do Ciebie przyjaźnie. Niektórych nie zakładałaś od czasu nieudanych randek. Poza tym wyglądasz w nich nietwarzowo. I pomyśleć, że kiedyś miały być Twoją ozdobą. Obecnie nie nadają się nawet do kontenerów z przeznaczeniem na drugi obieg. Nie chcesz, aby inne kobiety skorzystały z odzieży, która nie sprawiła, że z Twojego powodu komuś zabiło szybciej serce. Masz przecież stare krawieckie nożyce. Używasz ich. Ciach, ciach… Jaki cudny dźwięk. Były sobie bluzeczki, koszuleczki, tiszerteczki… Tę zostawię na ścierkę, ta będzie do wycierania okien po umyciu. Rozhuśtałaś się w rozmyślaniach. Pod ostrze nożyc poszły też wyjątkowo niepraktyczne sukienki. Trzy sztuki. Nadawały się tylko na śmietnik. W nich też wyglądałaś beznadziejnie. Do worka, a potem niechaj wędrują w świat. Przedpokój tonie w strzępach ubrań. Ty pośród nich w ferworze działań zmierzających do finalizacji. Czas nie ma znaczenia. Liczy się tylko działanie. Porządkowanie przeszłości. Udaje się częściowo zapanować nad chaosem. Trzaskasz zdjęcia przedmiotom przeznaczonym na podarunek lub sprzedaż. Zamieszczasz fotosy w sieci nie licząc specjalnie na zainteresowanie. Przerwa na coś do picia. Wstawiasz wodę. Oddychasz z ulgą przyznając sobie kolejną gwiazdkę za spryt. Słyszysz sygnał powiadomienia. Niemożliwe. Ktoś zwrócił uwagę na stary notes z długopisem do kompletu oraz na drewniane serce i na zawieszki, o których nie pomyślałabyś, że pies z kulawą nogą będzie pamiętać. Pojawiają się pytania. Możemy umówić się na bazarku. Przyniosę więcej rzeczy w tym stylu. Nie trzeba przyjeżdżać z przyczepką. Ja podejdę z plecakiem. Coś Pan sobie wybierze. Mam jeszcze drewniany domek, ale odpadła w nim owieczka. Jeśli miałby pan dobry klej…

Deszczowe dni mają swój urok…

Codzienność

-Na pewno zajrzę do Twoich tekstów, bądź spokojna. Wiem, że miałam dać znać pod koniec tygodnia, ale wybacz, nie miałam kiedy usiąść i na spokojnie zastanowić się. Jestem przekonana, że niczego nie trzeba będzie w nich zmieniać. Co najwyżej czeskie błędy poprawić. Zdążymy przygotować tekst, po którego przeczytaniu odbiorcy padną z zachwytu (pod warunkiem, że coś z niego zrozumieją, dodaję już w myślach). Treść powinna być prosta w odbiorze i logiczna, aby potencjalni sponsorzy oraz inni ludzie dobrej woli nie mieli trudności w określeniem pola działania. Dodatkowe materiały prześlę pocztą, priorytetem. Damy radę. Narazicho!

Nie poznaję tej dziewczyny. To chyba postępujący proces starzenia się sprawia, że wszystko chciałaby mieć zrobione na wczoraj, jakby jutro miało nie nadejść. Chwytam potrzebne produkty, wrzucam je do torby i wybiegam z domu, aby nadać przesyłkę. Z pośpiechu zapominam o jednej rzeczy, ale dociera to do mnie dopiero podczas wypełniania kwitku. Przy okazji słyszę, jak pracownik poczty rozmawia z klientką:

-Pani jest nadawcą czy odbiorcą? Tu jest napisane W., a Pani mieszka w tym mieście.

-Niech Pan mnie nie poucza! Tyle razy wypisywałam kwitki, gdy Pana na świecie nie było.

-Do Pani do domu ma być dostarczona przesyłka?

-Słucham?! Co za bezczelność!

-Pomyliła Pani adresy. Pani jest nadawcą, bo Pani nadaje paczkę, a odbiorcą jest ktoś inny, bo on tę paczkę odbierze. Proszę jeszcze raz wypełnić druczek. Tutaj ma Pani nowy.

-Nie będę niczego wypisywać! Żądam rozmowy z kierownikiem.

-We własnej osobie. Proszę spojrzeć tutaj. Poczta dostarczy paczkę na adres, który Pani podała, a to jest Pani mieszkanie.

Klientka jeszcze raz spogląda na błędnie wypełniony druczek.

-Faktycznie, to mój adres zamieszkania, ale paczka ma trafić do…

Załatwiam sprawę i umykam. W tramwaju mam ochotę wykrzyczeć: ludasy, myjcie się. Używajcie mydła, wody i szamponu. O dezodorancie nie wspomnę. Zdumiewające, jak wielu ludzi a problem z utrzymaniem higieny osobistej.

Jeszcze odbiór dokumentów z przychodni i można planować dzień. Tu słyszę, że nie można mi pomóc, bo osoba, o którą pytam, przebywa na urlopie. Zapraszamy we wrześniu. Ale chyba przekazała obowiązki komuś kompetentnemu, bardziej stwierdzam niżeli zapytuję. Może Pani próbować rozmawiać z lekarzem, słyszę.

Docieram pod drzwi gabinetu, a tam tłum niczym podczas egzaminu z historii literatury. Podpytuję, co jest grane. My wszyscy czekamy na informację! Niech i Pani czeka. Zatem czekam. Mija godzina. Tłum nie przerzedza się, lecz gęstnieje, podobnie jak atmosfera. Nie zejdę do automatu po wodę ani do toalety, ponieważ kolejka może przepaść, a wraz z nią cenne informacje. Mija kolejna godzina. Zdążyłam wysłuchać historii o badaniu poziomu cukru we krwi, a tym, jak pies puszcza śmierdzące bąki, o uzależnieniu od nikotyny, o wyjeździe za granicę i gromadzeniu w związku z tym niezbędnej dokumentacji, jeszcze niepoświadczonej i nieprzetłumaczonej. Wreszcie nadchodzi moja kolej. W gabinecie okazuje się, że sprawa została załatwiona i nie będę potrzebować więcej zaświadczeń. Te, o które prosiłam, zostały w rejestracji. Niepotrzebnie Pani czekała. Udaję się zatem w kierunku rejestracji i proszę o stosowne dokumenty. Do ich intensywnego poszukiwania ruszyły dwie osoby. Znalazły. Z kompletem dokumentów ruszam w dalszą drogę pozdrawiając uśmiechem napotkane osoby.

 

 

 

Patynowa Pani Domu. Okazje

-Zwolnił się pokój, o który Pani pytała. Czy jest Pani nadal nim zainteresowana?

-Tak, jestem.

-Właściwie można się meldować od zaraz. Dziś odwołano rezerwację. Kiedy by Pani przyjechała?

-Mmmm. Dzisiaj raczej nie. Może jutro.

-Dobrze, więc zrobimy rezerwację od jutra na Pani nazwisko. Na ile noclegów?

-Poproszę na trzy. Na początek. Zobaczymy, jak będzie.

-Zrobione. Do zobaczenia więc.

-Do zobaczenia.

Od samego rana (prawie południa) rewelacje. Wygląda na to, że wyjeżdżasz na urlop. Jeszcze nie wiadomo, czy wymarzony, ale masz nadzieję, że zasłuży na to miano. Póki co ogarnij się i sprawdź, czy masz wszystko, czego będziesz potrzebować w dziczy. Pomocne w tym przypadku bywają checklisty. Spis powszechny się do nich nie umywa. Wygląda na to, że niczego nie brakuje, a gdyby na miejscu przeznaczenia okazało się inaczej, to przecież jedziesz do cywilizowanego przysiółka, nawet jeśli znajduje się na końcu świata. Na zdziczałe obyczaje rzekomo wypoczywającej ludności nie masz zapobiegawczego środka, ale o tym przekonasz się później, gdy ogary pójdą w las, a Twoje pieczołowicie ciułane pieniądze trafią do kieszeni hosta.

Po długiej i wyczerpującej podróży docierasz na miejsce. Jak tu pięknie! Chyba nie mogłaś lepiej trafić. Nie mów hop, póki nie przeskoczysz, czytaj: nie poznasz innych lokatorów, a tych tutaj dostatek. Jest wieczór, więc tylko rozpakujesz się, wskoczysz pod prysznic… Zaparzysz herbatę… Wypoczniesz po podróży…

Opuszczasz pokój. Po drodze unikasz zderzenia czołowego z piszczącym dziewczęciem w wieku ok. 6 lat. W kuchni i przedpokoju unosi się aromat ryby z puszki. Niejednej, jak się okazuje. Amatorzy tego przysmaku volens nolens zafundowali pozostałym przymusową inhalację w oparach konserwy rybnej w oleju. Do tego zapach przypalonego tłuszczu, na którym były podgrzewane tanie wyroby garmażeryjne. Latorośle biegają pośród garnków, patelni oraz innego kuchennego doposażenia. Jedno domaga się frytek, inne w tej samej chwili pragnie sosu pomidorowego z dodatkiem glutaminianu monosodowego. Trzecie próbuje zmywać, wchodząc w już rozdeptane resztki spożywcze tego, co wcześniej spadło ze stołu. Rodzic natomiast walczy z otwarciem kolejnej puszki z rybną zawartością. Postanawiasz nie pożyczać mu swojego scyzoryka. Niech się pomęczy, skoro wybrał na posiłek trudno dostępne produkty zawierające pochodne niklu.

Czego się spodziewałaś po okazyjnej cenie? Chciałaś wypoczynku w dziczy, zatem otrzymałaś to, po co sięgnęłaś. I to z nawiązką. W dziczy i wśród dziczy.

Noc przyniesie ukojenie. Rozgwieżdżone niebo. Szumiący w oddali potok i drzewa kołyszące do snu. Usiłujesz zasnąć. Obudzona w środku nocy prawie siadasz na łóżku. Co jest grane?! Co to za dźwięki?! Dochodzą z sąsiedniego pokoju. Przypominają… odgłosy wydawane przez zwierzęta albo bestie. To tylko zły sen. Kładź się. Nie, to nie sen. Ponownie siadasz na łóżku. Odgłosy nie dość, że nie milkną, lecz jeszcze nasilają się. I tak do bladego świtu. Odkąd wyprowadziłaś się z centrum miasta nie używasz stoperów. Zresztą w tej sytuacji niewiele by pomogły. Wstajesz, aby przygotować herbatę. Trochę nocy upłynie, a do tego czasu chrapiący może przestaną chrapać. Na klatce schodowej półmrok. Nie świecisz światła, aby nie obudzić pozostałych mieszkańców. Drogę do kuchni znasz na pamięć. Wychodzisz z pokoju ubrana tylko w piżamę. W tej samej chwili z sąsiedniego pokoju wychodzi… niedźwiedź. Próbujesz go ominąć. Okazuje się, że on też do kuchni. Nie mógł zasnąć, łóżko za ciasne i gorąco mu. Tak powiedział. Siedzicie więc wspólnie w pomieszczeniu, które zdecydowanie wymaga wywietrzenia po wczorajszej kolacji. Otwierasz okno na oścież. Jeszcze chłodne powietrze muska Cię po twarzy. Dwie kolejne noce prędko miną. Kusturica w tym miejscu miałby co robić bez wyszukanych rekwizytów do scenografii. Kuchnia wygląda niczym z jego filmów przedstawiających w formie groteski życie w regionie nie tak dawno ogarniętym wojną.

Dobrze jest!

 

 

Bigos

-Odłóż ten telefon. Robimy listę zakupów.

-Magda jedzie nocnym pociągiem. Wspieram ją i piszę z nią. Bądź i Ty empatyczny.

-A Ty empatycznie pomóż mi stworzyć listę zakupów, skoro dotąd o niej zapomniałaś. Oczekujemy gości. Co robiłaś przez cały dzień?

-Przeglądałam książki kucharskie w poszukiwaniu czegoś na stół. Czegoś smacznego, prostego i niedrogiego jednocześnie.

-I co wymyśliłaś?

-Bigos.

-Bigos?! Na służbowej kolacji?! Wiesz, ile od niej może zależeć?! Mam objąć kierowanie laboratorium, a Ty chcesz podać bigos mojemu pryncypałowi, który przyjdzie do nas z żoną?!

-Tym bardziej nie rozumiem, co ma do tego bigos. Jeśli nie ufasz moim umiejętnościom…

-Nie zmieniaj tematu. Tu nie chodzi o bigos, tylko…

-Mój drogi, nie będzie miało znaczenia, co postawimy na stole. I tak najważniejsze w całej zabawie będzie to, jak skomplementujesz tyłek i nienaturalnie długie rzęsy żony dyrektora. Swoją drogą ciekawe, czy ona jeszcze zmieści się w drzwiach. Rośnie w oczach, a właściwie w biodrach.

-Przestań. Jutro z samego rana, zanim dzikie tłumy wypełzną na ulice, jedziemy do marketu. Co tam kupujemy?

-Do bigosu potrzebuję kapusty kiszonej i słodkiej, warzyw, suszonych śliwek…

-Kobieto! Zapomnij o bigosie. Podajmy im coś wyjątkowego, coś popisowego. Celowo zaprosiłem dyrektora do domu, żeby spokojnie porozmawiać. Zajmę się alkoholem, bo wiem, jaki preferuje, a Ty jego żoną tak, jak się umówiliśmy. Odłóż telefon wreszcie! Magda dojedzie do celu bez względu na to, co będziesz wypisywać.

-Nie gorączkuj się tak. Gdy byliśmy na wyścigach, żona Twojego szefa nie ruszyła niczego z budki ani z barku tłumacząc się dietami i stanem swojej cery. Poza tym jest zwolenniczką domowego jedzenia, tak powiedziała. A on dodał, że jego małżonka wyśmienicie gotuje. Jadłeś kiedyś coś przyrządzonego przez nią? Ja bym nie miała odwagi. Kiedy ona ma gotować i dla kogo? Całymi dniami biega do salonów piękności, uroda to rzecz gustu naturalnie, albo po galeriach wydając jego pieniądze i żrąc lody. Czy wiesz, że ona nie dostrzega różnicy pomiędzy nazwami: Monako i Maroko, a Ty chcesz ją podjąć niczym cesarzową?

-Ożeniłem się z najurodziwszą i najinteligentniejszą kobietą, jaką nosiła ziemia. Gdybym wiedział, że w zestawie otrzymam upór i determinację, poprosiłbym o egzemplarz bez gratisów.

-Dziękuję, mój dzielny, opanowany mężczyzno o przenikliwym umyśle. A ja otrzymałam w zestawie pragmatyzm, uporządkowanie i planowanie od ogółu do szczegółu. O seksownym mózgu tym razem nie wspomnę. Mogę przygotować przekąski i sałatkę.

-A o przygotowanie bigosu poprosilibyśmy… może Twoją mamę?

-Uwielbia Ciebie i Twoje poczucie humoru. Zawsze Cię lubiła. Zgodzi się nawet bez kwiatów.

-Kupimy jej składniki. Moja natomiast zajmie się… czym mogłaby się zająć?

-Niech coś upiecze, jeśli jej się chce.

-Przekonam ją.

-Do mnie też?

-Do Ciebie już się przekonuje.

-Mąż sklepowej tako rzekł.

-Nie sklepowej, tylko pracownika obsługi klienta w antykwariacie.

-Do usług.

 

 

Przeprowadzka

-Gotowe. Dałyśmy radę.

Kartony z naszym dobytkiem stały obok siebie i czekały na załadunek. Obok nich jej walizka i moja torba podróżna, do której upchałam głównie dokumenty i trochę zdjęć. Nie było tego dużo. Storczyki rozdałyśmy, podobnie jak część książek. Inne znalazły się w piwnicy w domu jej matki, gdzie z czasem przepadną. Na szczęście nie były zbyt wartościowe, przynajmniej dla mnie.

-Co z ikoną?

-Jaką ikoną?

-Trójcy Świętej. Wisi na ścianie. Chcesz ją tu zostawić?

-A, faktycznie. To prezent ślubny od Ciebie, jedyne, co zabrałam ze sobą z poprzedniego życia.

-Oryginalna. Taszczyłam ją z Rosji, z monastyru. Co mamy z nią teraz zrobić?

-Zapomniałabym. Zapakuję ją w folię, aby się nie zniszczyła. Będzie ozdabiać moje nowe lokum i przypominać o Tobie.

Twoją suterenę, młoda, ale łaska Pańska na pstrym koniu jeździ. Poradzisz sobie i tam, skoro życie Cię do tego zmusza. Życie, czyli Twój były… mąż i jego decyzje. Pokłóciłyśmy się o niego i nie podtrzymywałyśmy kontaktu od czasu Waszego ślubu, na który przyszłam głównie z towarzyskiego obowiązku. Ikonę Trójcy Świętej wiozłam dla Was przez dwa kontynenty, ale nawet ona nie pomogła w kryzysowej sytuacji. Początek rozwodów często ma miejsce na sali ślubów, jak mawiają prawnicy specjalizujący się w sprawach rozwodowych i o podział majątku. W Twoim przypadku, mała, nie było czego dzielić. Na własne życzenie zostałaś w jednych majtkach.

-Mamy czas.

-Grześki mają być za jakieś pół godziny. Obiecały nam pomóc. Najpierw pojedziemy do mnie, aby zostawić graty, a potem do Ciebie. Na szczęście to dość blisko.

-Może podzielmy te rzeczy, żeby potem było wiadomo, które gdzie trafią? Podpisałaś kartony?

-Nie podpisałam. Nie mówiłaś, ale chyba rozpoznamy swoje ubrania.

-Chyba tak. Będziesz wiozła te wszystkie albumy ze zdjęciami?

-Tak, część zdjęć przywieszę nad kiblem.

Tyle nam zostało z dotychczasowego życia. Rozdzielamy się, bo nie jesteśmy w stanie dalej płacić za wynajem kawalerki w podłej dzielnicy. Ty wprowadzasz się do obecnej Miłości Swojego Życia, kolejnego artysty bez grosza przy duszy, któremu będziesz płacić rachunki, prać, gotować i wykonywać masaże. Pytanie, gdzie on obecnie tworzy i jak go znaleźć, w której z europejskich stolic? I kiedy doczekamy się choć jednej ukończonej realizacji jego pomysłu? Cud, że zdążył wymalować Wam gniazdko i zostawił Ci do niego klucze. Z tej mąki chleba nie będzie, ani nawet bułek. Co najwyżej zakalec, od którego rozboli Cię brzuch. Ja wracam na przerwane kiedyś studia. Studiowanie w trybie zaocznym trochę kosztuje, dlatego zdecydowałam się na mało atrakcyjną pracę i mieszkanie  w pobliżu uczelni, by mieć czas na prowadzenie badań, przesiadywanie w bibliotekach i napisanie magisterki.

-Grześki dojeżdżają, zbieraj się.

 

Patynowa Pani Domu. Miód

Twój blaszany rumak dzielnie pomyka poboczem raz po raz będąc wymijanym przez rozpędzone auta. Nie wyobrażasz sobie herbaty bez dodatku miodu, podobnie jak A., dlatego mimo licznych trudności postanowiłaś wybrać się po zakup złota w płynie, oczywiście tylko w lokalnym, sprawdzonym gospodarstwie. Docierasz na miejsce. Tym razem jesteś witana przez ciszę. Dzwonisz do drzwi. Nic. Pukasz delikatnie w okno. Nic. Nagle słyszysz zza płotu (nie tylko Ty, okoliczni mieszkańcy również) krzyk wydawany tubalnym basem: tam nikogo nie ma? Kogo Pani szuka? Odwracasz głowę. Widzisz mężczyznę ubranego… rozebranego od pasa w górę, wymachującego coś rękoma. Podchodzisz do niego. Witasz się i tłumaczysz, po co przyjechałaś. Aaaa, miód… Z samego rana przyjeżdża K. aby tu doglądać wszystkiego, bo oni nad morze pojechali. Nie wie Pan, kiedy wrócą, pytasz siląc się na uśmiech. A bo co, słyszysz od nieogolonego, częstego bohatera polskich kabaretów. Nic, tylko chciałam kupić miód (oraz świece z wosku pszczelego i pierzgę), ale o tym już nie powiedziałam dostrzegając nastawienie interlokutora). To kupi Pani, jak przyjadą. I lepiej niech Pani już idzie. Dzisiaj nic Pani tu nie załatwi.

Nie, to nie. Może nie jest za późno, aby podjechać na bazar. Wybacz tę zdradę, mój stały dostawco, nadrobimy to jakoś. Wiedziałaś, że miód się kończy. Dlaczego wcześniej nie pomyślałaś o zapasach? Nie jesteś chomikiem. Nie musisz gromadzić jedzenia. W obecnej sytuacji gospodarczej rynek jest tak nasycony, że wszystkie produkty i usługi są na wyciągnięcie ręki. Wystarczy sięgnąć. Docierasz na bazar. O tej porze niewiele stoisk jest czynnych, a na pewno nie tych ze spożywką. Obchodzisz te, które jeszcze zostały. Nie ma. Nie ma miodu i wyrobów pszczelarskich. Przysiadasz w cieniu jedynego drzewa uchowanego na potrzeby takich jak Ty wędrowców. Co dalej? Srebrne w głowie nici, jak mawiał klasyk. Masz do herbaty cukier trzcinowy dobrej jakości i konfiturę z płatków róży otrzymaną od serca od zaprzyjaźnionej osoby. Dobra nasza, nie zginiesz od potencjalnych obelg usłyszanych od A., a ona nie umrze z pragnienia. Uradowana tą ideą wracasz do swojej dziupli.

Robisz porządki. Omiatasz, przecierasz, wynosisz. O, kaczę, już ta godzina. Obiecałaś, że podjedziesz na dworzec po A. Mam sporo bagaży, tłumaczy jeszcze z trasy. Jasne, że pomogę, deklarujesz. Padacie sobie w objęcia. Jej bagaż podręczny wygląda imponująco. Twoja koleżanka uchodzi za ekscentryczkę, dlatego zamiast dziwić się temu, ile ma toreb i co w nich jest, ciesz się, że poznałaś kogoś takiego jak A.

Dotarłyście na miejsce. A. podaje Ci gigantyczną torbę. Proszę, to dla Ciebie, wiem, że uwielbisz miód, więc przywiozłam jego kilka rodzajów. Nawłociowy, z dodatkiem lawendy, wielokwiat, spadziowy… Mam nadzieję, że znajdziesz coś dla siebie. Wskoczę pod prysznic, jeśli pozwolisz, a Ty możesz w tym czasie ruszyć te swoje herbaciane zapasy. Miodu powinno wystarczyć do końca roku, chyba że w celu leczenia melancholii lub innych weltschmertzów zjesz go prędzej. Co tak patrzysz? Jest z certyfikowanej pasieki.

Całuchy-kluchy!

Patynowa Pani Domu. Urzędy

Wyskakuj z łóżka, zaraz zadzwoni drugi. Celowo nastawiłaś oba, by nie było szansy na zaspanie. Obiecałaś sobie, że z samego rana pojawisz się w urzędzie, unikając w ten sposób potencjalnego tłoku. Raz dwa poranna toaleta. Trzy cztery śniadanie. Pięć herbata. Sześć kawa do termosu. Tylko z mlekiem. Odpowiednie proporcje. Oprzytomnij. Siedem robisz się na bóstwo. Osiem sprawdzasz zamki i wychodzisz. I tak dalej i tak dalej.

Po budynku urzędu od rana krzątają się interesanci i pracownicy. Wyczuwasz lekką nerwówkę. Ktoś szuka toalety, kto inny dziecka, a jeszcze inny telefonu. Pyta o dane niezbędne do zarejestrowania. Pobierasz numerek. Wypełniasz formularz. Czytelnie, koniecznie drukowanymi literami. Pożyczonym długopisem. Tym razem zapomniałaś o własnych przyborach do pisania. Miałaś je spakować poprzedniego wieczoru, aby uniknąć tej sytuacji. Poszukujesz właściciela długopisu. Wdajesz się w pogawędkę. Jesteś zaskoczona ujmującymi manierami i elokwencją rozmówcy. Zwracasz długopis. Tłumaczysz, że zwykle piszesz piórem, ale tym razem jest inaczej. Inaczej byśmy się nie poznali. Pozostali oczekujący na swoją kolej jeszcze z uśmiechem na ustach udzielają instruktażu, co lepiej załatwić wcześniej i gdzie. Wiedziałaś, że zbyt gładko poszło i o czymś zapomniałaś. Fotografia spełniająca określone kryteria. Plama na obrusie w hotelu 5*. Ktoś sugeruje skorzystanie z usług pobliskiego fotografa, bo urzędowy kasuje i jest… urzędnikiem. Ktoś mu wtóruje. Ktoś licytuje, że powinnaś zdążyć, a w razie czego. Nie będzie w razie czego. Wybiegasz z budynku i poszukujesz potencjalnego zakładu. Jest!!! Prosisz o realizację usługi w trybie pendolinowym. Jesteś ustawiana. Nie znosisz tego. Przetrawiona kawa daje o sobie znać coraz bardziej. Dlaczego tyle jej wypiłaś? Proszę się nie wiercić, zaraz będzie po bólu. Zrobione. Dziękuję, ile płacę? Nie można kartą?! Ok, poszukam bankomatu. Wychodzisz i udajesz się w stronę urządzenia. Z daleka dostrzegasz znajome logo. Błagasz bankomat w myślach, aby był sprawny. Na nic Twoje błagania. Wchodzisz do oddziału banku. Informujesz o nieczynnym bankomacie. Otrzymaliśmy zgłoszenie, zostały podjęte odpowiednie kroki. Potrzebujesz gotówki. Zapraszam. Proszę spocząć… Odpowiednio przeszkolony pracownik obsługi przedstawia ofertę. Prawie grzecznie dziękujesz. Odebrał naprawdę gruntowne przeszkolenie. Jeszcze raz prawie grzecznie dziękujesz. Opuszczasz oddział i w trybie błyskawicznym niczym kaszka dla głodnego niemowlaka płacisz pracownikowi zakładu fotograficznego. Po kilku minutach znajdujesz się w budynku urzędu. Może powinnaś rozważyć trenowanie lekkiej atletyki? Zdążasz. Do toalety biegniesz po omacku. Do stanowiska obsługi również. Członkowie komitetu kolejkowego uśmiechają się na Twój widok. Załatwiasz formalności. Wychodzisz z radością w sercu. Teraz dzień może być tylko lepszy.

U dermatologa słyszysz „stan kondycji skóry godny pozazdroszczenia”. A jaki ma być, myślisz, skoro od blisko 20 lat dokładam się do Pani budżetu domowego? Zdążyła Pani w tym czasie zwiedzić wszystkie kontynenty (dziękuję za możliwość wysłuchania fascynujących opowieści), zmienić męża (z tamtym bardziej do siebie pasowaliście) oraz nadać sobie nową twarz (na kimś trzeba testować innowacyjne produkty) i markę (biel w gabinetach jest porażająca).

O tej porze dnia należy Ci się porządny obiad. Pęczak, gotowane warzywa i sałatka z oliwą z oliwek zdają egzamin.

Całuchy-kluchy!

 

One. Gospodarstwo

-Kupisz po drodze szampon?

Widzę, jak w pośpiechu zakłada buty i wiąże chustkę obawiając się, że nie zdąży na tramwaj. Pojedzie następnym. Zwykle i tak się spóźnia.

-Kupię. Chcesz coś jeszcze?

-Coś na śniadanie będzie?

-Będzie. Wyjdziesz wreszcie z łóżka? Kolejny dzień się z niego nie ruszasz. Tyłek Ci przyrósł do materaca?

Z samego rana pretensje. Nie mam siły wstać, przecież wie.

-Wyjdę dopiero wtedy, gdy kupisz szampon. Nie mam czym umyć włosów.

-A ja nie mam już czym rzygać ani czym płakać. Znasz sposób, aby się pozbyć wściekłości na świat? Pić ani palić nie mogę. Przyłożyć komuś też nie bardzo.

-Nie znam.

-Gdyby kurier przyjechał, otwórz mu drzwi.

-Dobrze.

Kolejny karton z niby niezbędnymi rzeczami. Nawet nie pamiętam, co było w poprzednich. Jakieś ozdoby czy narzuta na fotel. Używane oczywiście. Nie znoszę używanych rzeczy, a ona nie znosi moich humorów. Dzisiaj będzie inaczej. Zaskoczę ją powitaniem z fanfarami. Może nawet coś ugotuję.

-I wyjdź z łóżka. Gdy wrócę, pójdziemy do parku. Weźmiemy koc. Przewietrzymy się. Zrobię grzanki. Umyj włosy mydłem dla dzieci. Jeszcze trochę go zostało. Potem ubierz się i ogarnij ten chlew. I przestań wyć. Spójrz w lustro. Twarz cała spuchnięta.

-Spóźnisz się. Idź już. Ogarnę, nie martw się. O której będziesz z powrotem?

-Kończę o 14.00.

-Przyjść po Ciebie?

-Nie przychodź, ale możemy spotkać się pod sklepem. Pomożesz mi przynieść zakupy.

-Dobrze, będę czekać pod sklepem.

Wstydzi się mnie. Mojego zachowania. Wyglądu. Ogoliłam głowę. Któregoś dnia poprosiłam fryzjera, by ostrzygł mnie na 2 mm i tak zostało. Od tamtego czasu staram się trzymać fason. Ostatnio w ramach ograniczenia budżetu nieco się zapuściłam. Z nas obu ona była tą piękniejszą, inteligentniejszą, bardziej uczuciową i wyrozumiałą. Ja natomiast uchodziłam za tą, która grzeje się w jej blasku i nosi teczkę. Trzymamy się razem, odkąd skończyłyśmy studia. Mieszkanie socjalne dzielimy od kilku lat. Tak podobno jest taniej i wygodniej. Nie stać nas na zakup własnych. Zajęłam antresolę. Przechowuję tam dobytek swojego życia. Gdyby to było możliwe, zrezygnowałabym z jedzenia, aby zajmować jeszcze mniej miejsca. Jej rzeczy są wszędzie, a i tak wiecznie ich szuka. Czasami nocuje tu jej eks. Wtedy jest jeszcze ciaśniej. Zaprosiłam Cię tutaj, bo chciałam, abyś zobaczyła jak żyją ci, którzy przed laty wypadli z szeregu i nie planują wbijać się w żaden trend. Nazwij to jak chcesz. Opisz, jak chcesz. Zmień nam imiona albo ich nie podawaj. Nazwę miasta też ukryj. Nalać Ci soku? Obleśny jest i cuchnie. Piję go w ramach kuracji. Mam zryty żołądek, a nie beret, ale radzę sobie. W towarzystwie udaję, że jestem wege, albo dopiero co jadłam, albo że chcę utrzymać wagę.