Notatki. Niedziela

Wychodzę przed południem. Mijam stojącego w drzwiach klatki schodowej zaniedbanego higienicznie człowieka, ubranego w brudny turecki sweter oraz spodnie pamiętające czasy bazarów wczesnych lat 90. Przerzedzone, tłuste włosy pozostają w niechlujnym nieładzie. W XXI wieku, gdy łazienka jest w każdym domu w niedzielne przedpołudnie można jeszcze spotkać kogoś, kto o zasadach higieny osobistej słyszał może w latach szkolnych. W dłoni ozdobionej zapuszczonymi paznokciami trzyma obitą, blaszaną miskę, z której aluminiową łyżką wyjada ziemniaki obficie polane przypalonymi skwarkami. Swąd przypalonych skwarków i cebuli roznosi się po całej okolicy.

Matka z dwojgiem dzieci. Jedno w wieku ok. 4 lat i drugie noszone w  chuście w wieku kilku miesięcy. Dodatkowo w jej dłoni smycz, na której idzie uwiązany pies. Mówią tak głośno, że słychać ich z daleka. Wybierają się na wycieczkę po okolicy. Zmierzają w w kierunku dworca kolejowego. Zostaw. Nie rusz. Połóż. Zaraz w d*pę dostaniesz. I zobacz, co narobiłeś. Nie wezmę Cię już nigdzie. Oddaj to. Potrzymaj psa. Nie tak mocno. Nie szarp. Czterolatek kładzie się na chodnik, który dzieli z resztkami niestrawionego pożywienia. Rozpoczyna się pokaz akrobatyczny w jego wykonaniu. Widownia nie klaszcze. Oddala się spoglądając w ekrany swoich smartfonów. Matka wraz z dziećmi i czworonogiem wsiada do pociągu.

Późne niedzielne popołudnie. W bistro przy stoliku rodzina z dzieckiem o specjalnych potrzebach edukacyjnych. W powietrzu czuć dziwne zawieszenie, ciszę przed burzą. Intuicja mnie nie zawodzi. Dziecko z zaburzeniami zachowania i emocji nie odnajduje się w świecie, do którego zostało zaproszone. Na oczach konsumentów daje temu wyraz w postaci konwulsji oraz rzucania czym popadnie. Przytomny ojciec wynosi je na zewnątrz. Matka w błyskawicznym tempie ubiera pozostałą dwójkę, chwyta torebkę i wybiega za nim.

Moja strefa ciszy i komfortu znajduje się za zamkniętymi drzwiami mieszkania. Rezygnuję z obiadu w punkcie gastronomicznym. Wracam do siebie. Otulam się w koc niczym w kokon. Nie ma mnie dla nikogo.

Patynowa Pani Domu. Od kuchni

W piątkowy wieczór Twój image raczej rozmywa się z klasycznym wizerunkiem kogoś ubiegającego się o miejsce na okładce pisma przeznaczonego dla wymagającego czytelnika o odpowiednich zasobach materialnych. Postanawiasz w tym czasie nie przyjmować gości, zresztą kto po zajechanym tygodniu pracy chciałby Cię odwiedzić. Pewnie niewielu nawet zauważy, że rozpoczął się weekend. Wpadasz więc na pomysł, że oszczędzisz sobie jutro troski o żołądek i już dziś przygotujesz coś na wzmocnienie ciała i ducha. Wybór pada na krem z dyni ze względu na ogólną dostępność składników i stałą rezerwę przypraw niezbędnych do przygotowania sezonowego specjału.

Przynosisz z ganku Jej Pulchność Dynię z rodu Hokkaido („dobra na frytki, na zupę, zapiekana, zasmażana i duszona. Tylko pestek proszę nie jeść; są niesmaczne”). Jest lodowata. Po pierwsze trzeba ją pokroić. Rozpoczynasz dzielenie warzywa na części, co nie należy do łatwych czynności ze względu na jego kształt oraz specyfikę miąższu. Mocujesz się mimo to. Nie chcesz przecież umrzeć z głodu. Żyjesz w miejskiej dżungli, trzeba sobie radzić. Każdy nóż wydaje się zbyt tępym narzędziem, by rozprawić się z jedną niewinną dynią i podzielić ją najpierw na duże cząstki. Ostrzyż zatem nóż. Próbujesz kroić. Bach! Są cztery kawałki. Punkt dla Ciebie. Jeszcze raz wbijasz ostrze noża w kawał dyni. Bach! I czerwona ciecz zdobi deskę (do krojenia warzyw, aby było jasne). Usiłujesz zatamować krwotok. Nacięcie jest zbyt głębokie, by pomogła woda utleniona (gdzieś tu ją schowałaś, niemożliwe, że nie ma. Przecież ostatnio była) i zwykły plaster z opatrunkiem. Przerywasz kuchenne szaleństwo. Opatrujesz krwawiącą ranę. Znalazłaś dwa gaziki. Przykładasz. Słabo. Notatki i zapiski do bloga mają specjalne miejsce w Twoim królestwie. Pełnią rolę podnóżka skrzyżowanego z kamerdynerem. Myśli i motywy są zapisane wszędzie w trosce o słabą pamięć. Część z nich zostaje opryskana na czerwono. To nic takiego. Sporządzisz nowe notatki. Widocznie tamte pomysły nie były do wykorzystania. Wykonując mini akrobacje ucinasz potrzebną ilość plastra z opatrunkiem. Doraźnie pomogło. Nie da rady kontynuować prac z nieczynnym palcem wskazującym. Jutro też jest dzień. Dziś idziesz spać bez kolacji w ramach duchowej łączności z krajami Trzeciego Świata.

Całuchy-kluchy!

Notatki

Szczury. Coraz ich więcej. Zauważam martwe osobniki na chodnikach, skwerach i przy kontenerach ze śmieciami. Śmieci też coraz więcej. Dżuma obudzi szczury i pośle je, by zasypiały w szczęśliwym mieście, pisał A. Camus, twórca idealny na obecną porę roku, zmorę i jednocześnie czas renesansu melancholików. Nie mam siły cieszyć się nią. Do głosu dochodzą sprawy wymagające dopracowania zagłuszane kompulsywnym obżarstwem. Zaległe spotkania, których nie było, rozmowy przy kawie i lampce wina. Nie dzisiaj. Nie w najbliższej przyszłości. Szczury szukają mieszkania. Krążą, węszą, drapią…

Rozmowa nastolatek. Koleżanki pocieszały płaczącą rówieśnicę. „Powiesz, o co chodzi? Przecież jesteśmy przyjaciółkami. Nam możesz zaufać.” Piękne słowa i deklaracje. „K. powiedział, że będziemy rozmawiać, a potem zaczął mnie wyzywać i przeklinać na mnie”. „On na wszystkich się drze i przeklina. Nie jesteś pierwsza i ostatnia.” „Ale to było straszne. On tak wrzeszczał na cały korytarz. Inni słyszeli”. Koleżanki sympatyzującym gestem przytuliły przyjaciółkę. Mała, kiedyś tacy jak on będą ostro żałować, że nie umawiali się z taką jak Ty. Jesteś śliczniutka z blond grzyweczką i aparatem na zębach. Oczka jak u lalki. Uroda w parze z intelektem to dobre połączenie. Nadciąga jesień. Podlej rzęsy, jeśli to pomoże, a na wiosnę zapomnisz o łajdaku, który nie jest wart tego, by nosić Ci plecak, a co dopiero umawiać się z Tobą na randki. Pisz pamiętnik, jeśli jeszcze nie zaczęłaś.

Szczury piszczą. Zajmuję się pracą fizyczną. Kompulsywnie porządkuję otoczenie. Nie jestem w nastroju do myślenia koncepcyjnego. Pochłaniam wszystko, co znajduje się w zasięgu ręki. Paluszki, orzechy, cukierki. Hektolitry herbaty znikają w błyskawicznym tempie. Coraz więcej zjedzonych słodkości, słoności i tego, co pomiędzy. Samopoczucie też pomiędzy. Szczury osiedlają się nie pytając o pozwolenie. To nie jest dobry czas na podejmowanie wiążących decyzji. Gryzonie stawiają fundamenty swojego królestwa. Usuwam z lodówki resztki zepsutego jedzenia. Przeglądam zapasy. Wystarczy na kilka dni. Szczury budują imperium. Nie przeszkadzam im.

 

Patynowa Pani Domu. Kuracja

W końcu nadszedł ten dzień, w którym mimo wcześniej stosowanych środków zapobiegawczych obudziłaś się w potwornym bólem głowy, gardła i ogólnie całego ustroju. Najbardziej bolały Cię nerwy z powodu nieziemsko pięknego września. Dotarło do Ciebie, że przez jakiś czas nie będziesz się nim cieszyć z powodu niedyspozycyjności. Nie masz siły wstać z łóżka, a co dopiero mówić albo robić coś koncepcyjnego. Jedenaste. Nie będziesz narzekać. Robisz śniadanie i zastanawiasz się, jak poukładać swoje sprawy, by znaleźć czas na wizytę u lekarza. Telefonujesz do przychodni. Po kilku próbach udaje się nawiązać połączenie. Widocznie zostałaś uznana za przekonującą, skoro uprzejma recepcjonistka postanowiła Cię umieścić na liście rezerwowej instruując, o której przybyć, do kogo i co powiedzieć, by sprawa znalazła korzystny finał dla obu stron.

W gabinecie lekarza. Korzystasz z porad recepcjonistki. Może powinnaś zapisać się na kurs aktorski? Najwyraźniej oddychasz z ulgą po otrzymaniu recepty oraz zwolnienia. Udajesz się do apteki. Wśród tłumów pacjentów przemiła obsługa pyta dość głośno (w każdym razie mógł nie słyszeć tego jedynie ten, u kogo zdiagnozowano znaczny ubytek słuchu) „A lek przeciwgrzybiczy Pani wie, jak dawkować czy mam napisać”? „Proszę napisać”, odpowiadasz siląc się na uśmiech. Obecni pacjenci, a wśród nich sąsiadka spoglądają znacząco w moja stronę.

Zakład krawiecki mamy Ewki. „Bido, ledwo mówisz i patrzysz na oczy. Mam coś, co powinno Cię wzmocnić. Będziesz wieczorem w domu? Ewa Ci przyniesie. Tak dla kurażu”. Nie odmawiasz, nawet gdy wiesz, że przez jakiś czas nie skorzystasz z alternatywnej kuracji. „Jedz dużo czosnku i pij kefir”, dodaje na odchodnym.

Przeziębienie zwala Cię z nóg. Ostatkiem sił przygotowujesz inhalację z użyciem olejku eukaliptusowego. Mieszkanie wypełnia się aromatem przypominającym starego hipochondryka. Przeprowadzasz zabieg. Popołudnie przesypiasz. Budzi Cię telefon od Ewy:

-Stoję pod domem. Wyłączyłaś domofon. Kupiłam po drodze cytrusy. O tej porze roku smakują raczej obrzydliwie, ale dzięki nim szybciej Ci się polepszy. Pomyślałam, że nie będziesz mieć do tego głowy.

Ewka strzela jak z automatu, zwykle poprawia Tobie nastrój samą swoją obecnością. -Wejdź, Ewa. Akurat… Akurat wstałam.

-Przyniosłam coś na wzmocnienie. Od mojej mamy. Masz jeszcze konfitury i pomidory? Co tak… pachnie? Ewa stawia mnóstwo pytań.

-Czosnek. Najadłam się na zapas. Zaproponowałabym herbatę, ale uprzedzam, że możesz się zarazić.

-Gdzie tam? Najem się czosnku tak jak Ty i będziemy sobie śmierdziały. Jadłaś coś na obiad?

-Nie mam siły mówić, a co dopiero pitrasić.

-Może usmażymy naleśniki? Umieram z głodu.

-Jeśli masz ochotę. Składniki są w lodówce. Ja mam wolne. Choruję.

Całuchy-kluchy!

 

 

One. M.

-Zmieniłaś numer telefonu?

-Tak, nie dawała mi spokoju. Nie chciałam, aby szła po moich śladach i szkodziła mi szarpiąc dobre imię. Choroba coraz bardziej oddala ją od społeczeństwa. Dzieje się tak od ładnych dziesięciu lat.

-Poznałam ją, gdy sprzedawała w sieci własnoręcznie uszyte obrusy i serwety. Chciała dorobić, pomóc rodzicom. Oszczędności pochodzące z wyjazdu za granicę szybko topniały, dlatego postanowiła wziąć sprawy we własne ręce i sprzedawać coś swojego. Raczej nie było z tego kokosów. Potem za wikt i opierunek zamieszkała z dziadkiem, który nie wymagał całodobowej opieki, lecz delikatnego nadzoru. Gotowała mu, przynosiła zakupy, pilnowała wizyt lekarskich. Dzięki temu rodzina miała dwoje niepełnosprawnych z głowy.

-Co z jej doktoratem?

-Otworzyła przewód i na tym poprzestała. Promotor okazał się wyrozumiały, ale to nie pomogło. Choroba sprawiła, że M. nie łączyła zdarzeń w całość. Jednocześnie silne zaburzenie osobowości pokazało, że nie była zdolna do zrobienia np. prawa jazdy, a w jej przypadku to konieczność. Prace badawcze i projekty na odludziach. Wyjazdy zagraniczne na stypendium (trzeba było zaliczyć co najmniej dwa) też nie wchodziły w rachubę. Na początku drogi naukowej do interesu trzeba dokładać. Dziadek zdecydował się pomóc M., ale ona przepuściła otrzymane od niego pieniądze. Własnych nie potrafiła zatrzymać przy sobie. Co zarobiła, to rozdała innym w potrzebie. Była wykorzystywana.

-Czym obecnie się zajmuje?

-Jest zdiagnozowana. Mieszka przy rodzicach. Nie otrzymuje renty, ponieważ nie pracowała zawodowo za wyjątkiem sieciówki, w której dorabiała na zlecenie krótko po ukończeniu studiów i przy zbiorach w szarej strefie. Nadal zakłóca porządek publiczny. Wzywa służby. Sieje zamęt. Ze względu na epizody choroby psychicznej nie może podjąć stałej pracy. Ostatnio podobno zostawiła garnek na gazie, po czym wyszła z domu nie zamknąwszy drzwi. Na szczęście matka wróciła odpowiednio wcześnie i ugasiła ogień. Nic się nie stało tym razem. Rodzice są bezsilni. Starają się o sądowe ubezwłasnowolnienie M.

-Mam jedno nasze wspólne zdjęcie, to z Okęcia. Jesteśmy na nim we trzy. Pamiętasz?

-Tak, poleciałyście do Moskwy, aby przejechać się koleją transsyberyjską. Beze mnie. Chciałyście szukać szamanów, a ja się bałam, dlatego nie pojechałam. Poza tym nie miałam pieniędzy. Odprowadziłam Was do samolotu. Tamta podróż miała być początkiem wielkiej przygody.

-Ale nie była. W trakcie przemierzania Rosji doszło do dziwnych sytuacji. M. nie dawała rady unieść ciężaru wiedzy, która przed nią została odsłonięta. Po powrocie do Polski okazało się, że jest totalnie spłukana. Pieniądze na wyjazd pożyczyła od kogo się dało. Nie bardzo miała jak zwrócić. Problemy zaczęły narastać. Resztę już znasz. Od tamtego czasu nasze stosunki się ochłodziły.

-Któregoś razu wyrzuciła mnie z domu. Wtedy pomyślałam, że coś się dzieje. Może dlatego zaczęło się psuć, że w porę nie zareagowałyśmy?

 

Patynowa Pani Domu. Urodziny

-Jak to nie wyprawiasz?! Ale z prezentem chyba mogę wpaść?

-Jasne, że możesz. Z prezentem czy bez niego. Zresztą Ty jesteś prezentem.

Tą konkluzją zakończyłaś przydługą jak na wolny wieczór konwersację. W tym roku miało być inaczej. Spokojnie, bez echa. Kameralnie. Może przy lampce wina. Do tego dobry film. Sałatka fit. Wszak w towarzystwie jesteś chyba jedyną osobą, która się nie odchudza ani nie trzyma diety ze względu na treningi siłowe czy żadne inne. Zatem postanowione. Bez amoku związanego z podejmowaniem gości.

W ciągu najbliższych dni otrzymujesz powiadomienia z grzecznym zapytaniem, co porabiasz w sobotnie popołudnie, bo miło byłoby wpaść z wizytą, spotkać się, niezobowiązująco oczywiście, ale jeśli nie chcesz, choć ostatnio tak rzadko gdzieś bywasz…  Może u Ciebie byłoby sympatyczniej? Tak, zapraszam. Będę w domu. Tylko uprzedzam, że nie mam niczego do jedzenia. Gdybyście mogli coś ze sobą przynieść…

Co to oznacza dla Ciebie? Będą goście i to całkiem sporo, jak na warunki lokalowe, którymi dysponujesz. Po pierwsze. Nie wpadaj w panikę. To nic, że jest bałagan. Ogarniesz go raz dwa. Nie masz środków chemicznych do czyszczenia? To je zakup. Nie, ekologiczne będą bardziej skuteczne i tańsze. Tych użyjesz. Zrób checklistę produktów spożywczych, które zostaną spożytkowane do przyrządzenia czegoś, co rozpieści podniebienia Twoich gości. Nie samą konwersacją człowiek żyje.

W aptece dwukrotnie tłumaczysz podejrzliwej farmaceutce, do czego posłużą Ci igły i strzykawki. Naprawdę po to, by dotrzeć do trudno dostępnych miejsc i je doczyścić. Wiem, jak to brzmi, myślisz widząc spojrzenie z ukosa pracownicy apteki. Dostajesz wspomniany towar. Jeszcze tylko piekarnia i warzywniak. W drodze powrotnej obładowana siatkami z zakupami spotkasz Ewkę. Padacie sobie w objęcia. Wiem, kochana, że miałam Ci podrzucić słoik z powidłami, ale nie miałam kiedy. Podejdziesz jutro do mamy, do zakładu (krawieckiego, przyp. PPD)? Będą tam na Ciebie czekały.

Jutro. Udajesz się do wspomnianego zakładu. Ilością dżemów od Ewki marzycielki mogłabyś nakarmić armię. Zmagając się z ciężarem słoików pokonujesz drogę powrotną. Mocno ograniczona przestrzeń w szafkach kuchennych sprawia, że część powideł ląduje w komórce u sąsiadki. Na wszelki wypadek życzysz bon appetit wszystkim potencjalnym smakoszom. Na urodzinową imprezę postanawiasz przygotować m. in. andruty przekładane gotową masą krówkową oraz powidłami. Pycha. Kruszysz orzechy. Andruty same się pokruszyły. Orzechów masz sporo, ale Twoi goście nie są wiewiórkami. Nie każdy lubi chrupać. Gdy masa zmieszana z orzechami i powidła czekają na rozsmarowanie, wyjmujesz andruty, które wyglądają jak produkty do samodzielnego złożenia ze szwedzkiego marketu. Tym razem z bólem serca rezygnujesz z piszingera. Stawiasz na pomysłowość zaproszonych gości. Wieczorem okazuje się, że na stole jest wszystko, o czym zamarzą wybredne podniebienia. Konsumenci świadomi Twojego wkładu w rozwój gospodarki żywnościowej, przybywają z własnymi wiktuałami. Czujesz się  bardzo szczęśliwą kobietą.

Plurimos annos, plurimos!

One. Duet

-Opuścić rolety?

-Nie, nie trzeba.

-Co tym razem? Nie możesz tak nie spać kolejną noc.

-Obudziłam Cię?

-I tak miałam wstać po coś do picia. Co jest grane?

-Układam tekst. Mogę iść do kuchni, jeśli…

-To niewiele pomoże, szczególnie przy ostrym świetle. Zepsujesz wzrok, rozbudzisz się na dobre i znowu przez resztę dnia będziesz sfrustrowana.

-Mam dziury w głowie. Nie udawaj, że nie zauważyłaś. Kolejny raz zapomniałam o zrobieniu przelewu. Dzisiaj wpakowałabym się po koła samochodu na przejściu. Nie kupiłam mydła i nie odebrałam rzeczy Mikołaja z szatni, jak prosiłaś.

-Nie masz dziur, tylko jesteś coraz bardziej rozkojarzona. Za dużo na siebie wzięłaś. Jesteś przemęczona w dzień, bo nie sypiasz w nocy. Dlatego stale jest Ci zimno. Powinnaś pomyśleć o dłuższej przerwie. Tak się nie da żyć. Bezsenne noce, bezsensowne przerzucanie klamotów z miejsca na miejsce. Szczelnie wypełniony dzień na wysokich obrotach. Kobieto, kto tak żyje i jak długo?

-Jakiej przerwie? Od czego?

-Weź zwolnienie. Od życia. Pojedź gdzieś. Odpocznij. Złap dystans. Zapętliłaś się. Nie masz ani chwili dla siebie w ciągu dnia. W nocy gorączkowo analizujesz, co się zdarzyło, co i kto powiedział. Co zostało do zrobienia na wczoraj, a co na zaraz i dlaczego nie nadążasz. Stale gdzieś biegasz. Wykonujesz mnóstwo czynności, z których nic nie wynika. Jakieś kursy, szukanie grup popaprańców, udawanie działalności społecznej. Angażowanie się w pomoc. Bez tego można żyć. Kiedy ostatnio byłaś z kimś w kinie albo na spacerze? Długim takim. Kiedy ostatnio włóczyłaś się bez celu? Co ostatnio zrobiłaś dla siebie?

-Jakie zwolnienie?! Oszalałaś?!

-Nie oszalałam. Nie podnoś głosu. Obudzisz dzieciaki.

-Ok, cicho już będę.

-Nie rycz. Nie mówiłam Ci o tym wcześniej. Szukam domu dla naszej ferajny. Kiedyś miałam marzenie, by kupić domek, zaszyty gdzieś, w oddaleniu od cywilizacji, żeby go udostępniać wszystkim udręczonym. Znalazłam taki nawet, ale był ponad moimi możliwościami. Będę szukać do skutku.

-A gdzie ja się podzieję? Co ze mną będzie?

-Tak, jak powiedziałam. Udostępnię Ci kąt w domku. Pora, abyśmy się ustatkowały. Ty i ja. Dwa pokoje już nie wystarczą. Dzieci rosną. Wymagają większej przestrzeni, a my nie możemy stale mieszkać razem. Mamy różne potrzeby i charaktery. Trzeba stanąć na własnych nogach.

-Nie umiem palić w piecu.

-To nic skomplikowanego. Nauczysz się.

-Nie nadaję się na odludzie.

-Nie zrozumiałaś mnie. Poszukuję domku dla siebie i dzieci. Ty zostajesz tutaj, ale będziesz mogła nas odwiedzać, jeśli zechcesz.

 

 

One. Alicja

-Zimno się zrobiło. Możesz zamknąć? Dzięki. Poszukam koców. Chcesz też?

-Tak, jeśli masz zapasowy.

-Powinno coś się znaleźć. Trzymaj.

-Po kolejnej nieprzespanej nocy od rana jest mi zimno. Obejrzymy coś?

-Możemy. Co proponujesz?

-Mocniejsze czy na wesoło? Wybieraj.

-Na wesoło. Ty zajmij się odpalaniem sprzętu, a ja postaram się o nastrój.

Alicja włącza laptop, gdy krzątam się po kuchni w poszukiwaniu świec albo czegoś, co chwilowo zmienia klimat. Znajduję tealighty o zapachu przypominającym pomarańczę, albo ogólniej cytrusy. Zaświecam kilka i ustawiam na odwróconej skrzynce.

-Wiesz, że to podobno niezdrowe? Ale cóż, czego się nie robi dla przyjemności kumpeli.

-Jeśli chcesz, mogę zdmuchnąć.

-Nie, zostaw. Wstawisz wodę na herbatę? Nie mogę się rozgrzać.

-Dobrze. Masz sproszkowany imbir albo kardamon? Powinny pomóc takiemu zmarzluchowi jak Ty.

-Imbir znajdziesz tam, gdzie zawsze. A co do herbaty poproszę zieloną. Tymczasem poszukam czegoś na smutne wieczory dla samotnych kobiet.

-Nie jesteśmy samotne, przecież spędzamy ten czas wspólnie – odpowiadam i znikam w kuchni. Gdy wracam, widzę Alicję, jak leży skulona w kłębek pod kocem. Na zewnątrz wystaje jedynie chustka, a spod niej kosmyki włosów, które ostatnimi czasy układają się w rzadkie placki. Na skutek przeżytego silnego stresu oraz utraty stałej pracy w zeszłym roku wypadła jej większość włosów. Od tamtej pory Alka nosi na głowie kolorowe chustki, co w jej wykonaniu i tak jest cudem. Proponowałam kurację wspomagającą odrost włosów. Tłumaczyła, że chciałaby to wszystko przemyśleć i poukładać. Chcieliśmy nawet zorganizować dla niej zrzutkę, ale kategorycznie odmówiła. Od tamtej pory zamknęła się w sobie. Popadła w przygnębienie. Zerwała kontakty. Usunęła konta na portalach społecznościowych. Nie przyjmować jałmużny. Nie być obiektem litości. Została ze swoim bólem podporządkowując mu resztę życia. Taki miała pomysł na siebie. Początkowo nie chciała nawet wychodzić z domu. Wróciła do malowania i szkicowania. Mama przynosiła jej potrzebne materiały z zaprzyjaźnionego sklepu dla plastyków. Z czasem Alicja zaczęła sprzedawać swoje prace. Okazało się, że jest zainteresowanie.

-Czytam Twoje teksty od jakiegoś czasu. Niektóre są trudne w odbiorze. Powinnaś zamieszczać do nich komentarze albo bardziej rozbudować opisy. To by ułatwiało zrozumienie.

-Właśnie dlatego nie zamieszczam komentarzy ani szczegółowych opisów, aby czytelnicy odnaleźli w nich cząstkę siebie.

-Możesz opisać moją historię. Możesz w niej użyć prawdziwego imienia. Pozwalam.

-Dzięki.

-Oraz opisać okoliczności, w jakich się poznałyśmy i dlaczego w ostatniej chwili mnie wystawiłaś i nie pojechałaś na imprezę plenerową. Właśnie, dlaczego Cię tam nie było?

-Dlatego, że też mam przeszłość.

-Znowu tajemnica?!

-Nie chciałabym pojawiać się w określonych miejscówkach ani środowisku.

-Przed kim się ukrywasz?

-Nie ukrywam. Dbam o własny komfort psychiczny.

Wyprzedaż garażowa

-Filiżanki są jeszcze w tamtym koszyku. W różyczki, jeśli takie Panią interesują. I jeszcze w romby. Pozbywamy się tych wszystkich rzeczy.

-Zauważyłam napis „wyprzedaż garażowa” i postanowiłam zajrzeć. Przechodziłam tędy.

-Dobrze Pani zrobiła. Może znajdzie Pani coś przydatnego. Popatrzy, zastanowi się.

-Młynek do kawy działa?

-Działa. Mamy drugi. Jeszcze nieużywany. Niedawno w prezencie na rocznicę ślubu dostaliśmy ekspres do kawy, który mieli. Mężowi i tak nie smakuje z ekspresu. Pije plujkę, siekierę taką, choć mu nie wolno. A kawę kupuje mieloną, tak więc stoją dwa młynki. Nazbierało się tego przez tyle lat.

-Państwo się przeprowadzają?

-A skąd! Nie mamy się gdzie ruszyć. Garaż cały pełny. Same kartony, pudła, kosze. W przedpokoju, na poddaszu też. Nie wiem nawet, co w nich jest. Przegląda Pani sukienki? Na Panią raczej tu niczego nie będzie.

-Dom jest niesamowity. Stary z poddaszem. Zabytek?

-Tak, niczego nie można tu zmieniać. Na wszystko potrzebna zgoda konserwatora zabytków. Te okna wprawialiśmy w zeszłym roku. Poprzednie już się rozsypywały. Syn zajmuje piętro. U niego okna są niewymienione. Twierdzi, że tak lubi i taka uroda okien, że nie będzie zmieniać. Firanek też nie chce zakładać.

-Uważam, że firanki są i tak niepotrzebne na wysokim pierwszym piętrze. Kto go tam będzie podglądać? Chyba te stare drzewa z ogrodu, na które wychodzi widok z okna. A swoją drogą piękny ogród. Dziki. Idealnie pasuje do domu.

-Dziękuję. Nie mam ręki do ogrodu, dlatego taki zaniedbany.

-Nie to miałam na myśli. Chciałam powiedzieć, że te sosny i grab oplecione bluszczem są takie niezwykłe, a paprotki i poziomki przypominają mi las. Ma Pani odrobinę własnego lasu przed domem.

-Podobno kiedyś był tutaj las. Mój dziadek karczował go wraz z innymi mieszkańcami wioski pod budowę gospodarstw. Ale kilka drzew zostawił, specjalnie dla babci, która nie pozwoliła ich ścinać. Dziadka przygniotło spadające w dół drzewo. Babcia została sama z moją mamą, która miała wtedy niecałe dwa latka,  i wujkiem w brzuchu.

-Piękna historia. Bardzo romantyczna.

-Babcia nie wyszła powtórnie za mąż. Mieszkamy tutaj od pokoleń. Nie chcemy opuszczać tego miejsca. Jesteśmy za bardzo do niego przywiązani. Mamy jeszcze córkę. skończyła studia, zootechnikę i wyjechała za pracą na Śląsk, ale tęskni bardzo. Wiosną i latem jest tutaj niemalże w każdy weekend. Zimą rzadziej. Ciężko się dostać, a ona dopiero robi prawo jazdy. Ale zapowiada, że gdy tylko trochę się odkuje, to wróci. Ta wyprzedaż jest też po to, aby pomóc jej spełnić marzenia o powrocie. Chcemy kupić jej auto, dlatego odkładamy każdy grosz. Znowu będziemy wszyscy razem jak kiedyś.

One. S.

Razem zaczynałyśmy jako sprzedawcy powierzchni reklamowych. Obie przyszłyśmy do firmy w tym samym czasie. Obie stawiałyśmy pierwsze kroki w branży. Obie byłyśmy chude i przerażone ogromem pracy, która nas czeka. Obie wychodziłyśmy ostatnie z biura. Obie prawie tam nocowałyśmy. Obie w krótkim czasie osiągnęłyśmy bardzo dobre wyniki. Obie wychodziłyśmy na papierosa, choć tylko Ty z nas paliłaś. Ja przychodziłam socjalnie, jak zwykłaś mawiać. Snułyśmy plany, co będziemy robić po opuszczeniu tego obskurnego miejsca, gdy się trochę odkujemy. Chciałaś wyjechać w góry i hodować owce. Produkować bryndzę albo inne ekospecjały. Ja zamierzałam uciec na drugi koniec Polski i tam zacząć od nowa. Chciałam pracować zdalnie i sprzedawać coś ładnego.

Potem kogoś poznałaś i postanowiłaś nas opuścić. Przeprowadziłaś się do niego. Odeszłam wkrótce po Tobie, gdy atmosfera zaczęła się psuć. Tamtego roku jesienią stanowisko lidera objął G. Zaczął wymagać coraz więcej. Chciał świeżej krwi. Zatrudnił szczurków. Jeździli razem na weekendy. Z czasem wypadłam z obiegu, mimo że moje notowania jako sprzedawcy nie spadły. Z czasem się z tym pogodziłam. Z czasem Ty zaczepiłaś się u konkurencji i zaczęłaś od początku. Z czasem wspinałaś się po szczeblach kariery i osiągnęłaś wysokie stanowisko. Z czasem Cię doceniono, a realizacja Twoich pomysłów doczekała się konkursowych zwycięstw. Z czasem nasze kontakty się poluzowały. Do tamtej majówki.

Byłam coraz bardziej zniecierpliwiona tym, że nie udało mi się zarezerwować noclegu. Szukałam wytrwale pokoju dla jednej osoby. Wtedy wyjazdy w pojedynkę, zwłaszcza kobiet do głuszy, nie były tak popularne jak obecnie. Postanowiłam sprawdzić jeszcze jeden numer. W słuchawce usłyszałam Twój głos. Rozpoznałam Cię od razu. Jasne, że mnie pamiętałaś. Po tylu latach. Miałaś jedynkę, a właściwie dwójkę, ale przygarnęłaś mnie po kosztach. Miałam pomóc w ogarnięciu gospodarstwa. Na miejscu nie zastałam owiec. Zamiast nich było kilka kóz. Dawały mleko, a Ty przerabiałaś je na sery. Twierdziłaś, że cienko przędziesz, dlatego wynajmujesz dwa pokoje turystom. Latem jest łatwiej, bo zbierasz grzyby i jagody. Nauczyłaś się robić przetwory. Twój syn wyleczył się z alergii bez środków farmakologicznych. Wybrałaś to życie dla niego, aby miał szczęśliwe dzieciństwo. Nie zmieniłaś nazwiska po rozwodzie, aby nie tłumaczyć młodemu zawiłości, których i tak w tym wieku by nie pojął. Nie przewidziałaś, że przy roztopach i późną jesienią drogi będą nieprzejezdne, a szkoła daleko. Autobus nie chciał podjeżdżać. Młody musiał iść codziennie do głównej drogi, skąd był odwożony do szkoły. Nie miał kolegów. Za towarzystwo służyły mu głównie kozy. Ty nie miałaś dla niego zbyt wiele czasu zajęta ich dojeniem i warzeniem serów. Dorabiałaś pisaniem na zlecenie. Przestałaś robić makijaż, farbować włosy, dbać o dietę i sylwetkę, nosić szpilki. Mówiłaś, że tak jest dobrze. Zostawiłam Ci wszystkie kosmetyki, które przywiozłam, łącznie z perfumami. Z początku nie chciałaś ich przyjąć. Widziałam, jak szkliły Ci się oczy, kiedy ich dotykałaś. Prosiłaś, abym Ci opowiedziała o sobie, o wielkim świecie, który za szybko pędzi.