Patynowa Pani Domu. Obiad w rodzinnym gronie

Nie znosisz hasła „dawno się nie widzieliśmy”, szczególnie w wykonaniu niby lubianego członka rodziny, który generuje odzew „może wpadłabyś do nas, np. w niedzielę”. O tym wiedziałaś już od lat, ale po mijającym dniu Twoja wiedza została dodatkowo usystematyzowana. „Dlaczego nie. Brzmi zachęcająco” (znowu ta kurtuazja). Chętnie odwiedzę Was w niedzielę”. „To super. Może na obiad. Moja ugotuje coś dobrego, a Tobie przyda się kilka dodatkowych kalorii. Będą jeszcze inne osoby”. „Jasne. Może mogłabym Wam jakoś pomóc? Coś przynieść, np. deser”? Co i kogo obchodzą moje kalorie. Nie liczę ich, podobnie jak lat i pieniędzy. „Nie trzeba. Nie będziesz pałować się z pieczeniem i wożeniem tego po pociągach”. Kto powiedział, że będę piec?

Tak czy inaczej nadchodzi dzień upragniony przez innych. Nie zastanawiasz się, co na siebie włożyć. We wszystkim wyglądasz jak sto milionów euro (przeznaczonych na cel charytatywny). Zostałaś hojnie obdarzona przez naturę. Jak mawiała słynna projektantka „stylu i klasy za pieniądze nie kupisz”. Masz styl, właściwie różne, a klas ukończyłaś kilka (naście). Sukienka z secondhandu w kolorze butelkowej zieleni robi wrażenie. Od kilku lat zakładasz ją głównie na spotkania w rodzinnym gronie, by przekazać zaproszonym gościom, że w Twoim wieku najlepszą ozdobą jest miłość (niczym do słów piosenki z tańcem w tytule: „gdy trzymasz mnie za rękę, to nawet w starej ładnie mi sukience”) oraz kropelka perfum nr itp. itd. Gdy mózg, najbardziej seksowny organ, w naszym ciele, jest dodatkowo ładnie opakowany, masz wygraną w kieszeni. Co byś zrobiła z takimi pieniędzmi, to już inna sprawa. Na szczęście nie masz tego dylematu.

Docierasz na miejsce. Ze stacji jesteś odwożona pod wskazany adres. Dom tradycyjnie nowobogacki. Jedna z licznych kopii, często proponowanych przez znudzonych architektów, przedmiotowo podchodzących do klientów charakteryzujących się niewysublimowanym smakiem na piękno, harmonię i estetykę. Gospodyni wita Cię szerokim uśmiechem. Poprawia włosy niby przypadkiem informując, że dopiero wczoraj zaliczyła wizytę u fryzjera i „jeszcze nie nabrały ostatecznego kształtu, bo za dużo lakieru nałożył”. Grunt, że Twoja figura go nabrała, a Twój naiwny mąż dał się nabrać na Twoje potencjalne zalety. Gdybym miała twarz taką jak Ty, też starałabym się odwrócić od niej uwagę coraz nowszymi koafiurami.

Przy stole zachowujesz powściągliwe spojrzenie. Nie odzywasz się niepytana. Grzecznie chwalisz pieczeń przygotowaną przez gospodynię. Gdyby nie miała innych, licznych talentów, nie musiałaby zabiegać o uznanie w taki sposób. „Doskonały sos” wymyka Ci się, choć wiesz, że zbyt tłusty jak na Twój francuski żołądek. Z ulgą podnosisz do ust owoce. Pijesz kawę i zagryzasz pieczołowicie przygotowanym ciastem. Tylko malusi kawałek. Tyle, ile wymaga grzeczność. Dobrze wiedziała, że nie preferujesz ciast z kremami, przetykanych ogromną ilością spożywczych trucizn. Wyjątek stanowią torty, wytwory rąk i wyobraźni mamy D. To nic, że jest sezon na szarlotkę i szara reneta zdałaby egzamin celująco. Ciasto przygotowane przez gospodynię stanowi idealny obraz jej samej oraz mieszkania, które urządzała podobno z tak ogromnym trudem. „Na te meble czekaliśmy kilka miesięcy. Projektant się nie wyrobił”. Jaki projektant? Jesteś skłonna wskazać palcem, kto je wyprodukował i zmontował. Pieniądze rodziców topniały w zastraszającym tempie, dlatego realizacja zamówienia była rozłożona w czasie. „A te dodatki wyszperałam na …”. Słabo szperałaś. Są niedobrane i stanowią wyraz kompletnego bezguścia. Gospodyni mogłaby się bardziej zatroszczyć o komfort gości, bo w domu zimno. Na szczęście zabrałaś ze sobą chustę, którą otulasz się jak kocem. Pora na Ciebie. Nie chcesz chyba wracać ostatnim pociągiem. Składasz podziękowania za gościnę. Gdy na stacji trzymasz w dłoni bilet powrotny, wyraźnie oddychasz z ulgą.

Całuchy-kluchy!

Patynowa Pani Domu. Recycling

-Zakładasz lakiernię?! – krzyk D. słychać już od bramy i od tego czasu cała okolica wie, czym się zajmujesz – smród na pół miasta. Wrzeszcz jeszcze głośniej. Niechaj sąsiedzi wiedzą, że się nie nudzisz. Może wpadną na pomysł, by wezwać straż miejską. Zdejmujesz z twarzy maskę ochronną.

-Zakładam, że zaraz się zamkniesz. Tworzę.

-Co? Pokrywanie farbą starych, drewnianych skrzynek nazywasz twórczością?! – śmiech D. stawia do pionu miasto – i jeszcze to wdychasz, człowieku?

-Chcę wykorzystać wszystko, co mam. To ekonomiczne i ekologiczne rozwiązanie. Stworzę coś z niczego – tłumaczysz D. na czym polega idea domowego recyclingu – te kawałki drewna zmienią się nie do poznania. Powstaną z nich półki na książki i drobiazgi. Wyszperałam w piwnicy. Okazało się, że są całkiem całkiem… Wystarczy pomalować i już mamy coś nowego, czego nikt nie ma. Poza tym to uspokaja.

-Ty i spokój – śmiech D. nie ustaje – lepiej zajmij się wyszywaniem albo wydzieraniem kulek z papieru. Też się zrelaksujesz.

-Przyszłaś przeszkadzać czy pomagać? Bierz za to i delikatniutko przesuwaj. Niech dobrze wyschną. D. chwyta za Twoją pięknie pomalowaną na biało skrzynkę, a po chwili ślad farby odbija się na jej dłoni i spodniach. Zamiast śmiechu słyszysz niecenzuralne słowo. Drugie. Skrzynka traci look, który jej zafundowałaś.

– Nie mów brzydko do moich skrzyneczek na skarby.

-Weź je sobie. Wszystkie.

Z twarzy D. znika uśmiech, a w to miejsce pojawia się foch. D. wygląda idiotycznie z białym śladem na udzie.

-Masz jakiś rozpuszczalnik albo coś?

-Coś.

-Bardzo zabawne. Co tu robią te słoiki?

-Przydadzą się na…

-Burdel.

-Na lampiony. Obwiążę je kokardką.

-Teraz na sprzątanie garażu albo piwnicy trzeba ideologię dopisać. Nie możesz zwyczajnie powiedzieć, że robisz porządki? Albo że Twój budżet nie wytrzyma zbędnych zakupów, z wyjątkiem książek? Znowu ich naznosiłaś.

D. Gwałtownie gestykuluje. Ma tak od lat. Zbyt emocjonalnie reaguje na nieoczekiwany zwrot akcji. Misternie zbudowana piramida ze słoików chwieje się niebezpiecznie.

-Uważaj, Dora!

Za późno. Słychać brzęk tłuczonego szkła. Pozdrawiasz w myślach sąsiadów zapewniając ich zawczasu, że dzień się jeszcze nie kończy, Ty i koleżanka macie się świetnie, a Sulejman pokocha tę, która jest mu przeznaczona bez względu na to, czy w tym odcinku sąsiadki o tym usłyszą, czy nie. Porządkujesz ganek ostrożnie sprawdzając, czy nic nie zostało. I po lampionach. Nie wszystkie słoiki się stłukły. Dwa zostały. Do czegoś trzeba przecież nałożyć przesmażone jabłka z cynamonem.

-Sorry – mruczy D. tym razem lekko przerażona – odkupię Ci je, tylko nie zaraz.

– Daj spokój. Sprzątam dziuplę na zimę. Mój budżet jest zamrożony na jakiś czas. Bez lampionów też będzie romantycznie. I bez jednej skrzynki na książki.

Całuchy-kluchy!

Patynowa Pani Domu. Zdrowa żywność

-Ale zgadzasz się?

-Nic z tego.

-Wiedziałam, że tak będzie.

-Nie umawiaj mnie z nikim bez mojej zgody. Rozmawiałyśmy o tym nie raz.

-Wiem, ale on jest… W każdym razie będziecie do siebie pasować jak dwie połówki śliwki.

-Ale nie będę zakładać sukienki i szpilek. Żadnych szaleństw. Zresztą do soboty daleko. Może jeszcze się rozmyśli.

-Nie rozmyśli. Tylko nie ciągnij go w stronę mediateki. Ani do katedry.

-To gdzie mam z nim pójść?

-Może na targi ekologiczne. Oboje lubicie zdrowe żarełko. Targi są w starej hali fabrycznej.

-Tam będzie hałas i sporo ludzi. Poza tym on mi się nie podoba, przynajmniej na zdjęciu, które pokazałaś.

-Sama mówiłaś, że uroda nie wystarczy.

-Ma mój numer telefonu?

-Ma. Wy się znacie.

-???

-Kiedyś się poznaliście, ale kontakt się urwał, bo on wyjeżdżał na wyspy. Coś mu tam nie wypaliło. Konto na fejsie też ma, ale nie może Cię na nim znaleźć, bo Ciebie trudno wyszukać.

-Kiedyś Cię ubiję, ale jeszcze nie dzisiaj. Zgoda?

-Opowiesz, co i jak?

-Opiszę na blogu. Pożyczysz mi lokówkę?

-Pewnie, że tak. Nie mów mu o blogu. Jeszcze się wystraszy i więcej się umówi.

Sobotni poranek. Nie masz się w co ubrać, tzn. masz, ale to raczej nie nadaje się na wielkie wyjście, by zrobić na kimś wrażenie. Kiedy ostatnio zależało Ci na wywarciu na kimś solidnego wow? Właśnie, z wyjątkiem rozmów o pracę nie było takich sytuacji w ostatnich latach. Życie to nie casting, a dzisiejsze spotkanie zaowocuje jedynie zakupami i ewentualnie nasiadówką w sieciowej pizzerii. Na wszelki wypadek przybędziesz na nie najedzona. Wspólnie wcześniej ustalacie, że lepiej przejść się na ostrów niż na targ spożywczy. Jest tam zdecydowanie mniej ludzi i można spokojnie porozmawiać. Twój makijaż jest dość oszczędny. Kto się nie spodoba na brudno, to na czysto trudno. Ale martensy wypucowałaś jak na wojskową paradę. Niech nie myśli, że to dla niego. Poza tym chciałabyś posłuchać muzyki na żywo w wykonaniu ulicznych artystów. On także. Ok, a już miałaś nadzieję, że zaproponuje coś innego. Byle nie pytał, co ciekawego ostatnio czytałaś lub jakie kino preferujesz. Nie pamiętasz, kiedy ostatnio przeczytałaś coś zwartego od deski do deski. A kino? Cóż, regularnie sprawdzasz stan konta oraz ofertę multipleksów i dochodzisz do wniosku, że tej formy rozrywki raczej nie potrzebujesz. Przynajmniej przez jakiś czas. Jeśli kino, to wyłącznie studyjne. Masz karnet, z którego raz skorzystałaś. Niedługo straci ważność. Włosy umyłaś, nawet dwukrotnie, i uczesałaś bez pomocy lokówki. Okazało się, że lokówkowy rolce royce nie sprawdził się przy Twoich fryzurowych wymaganiach.

Na spotkaniu było tak, jak się spodziewałaś. Spacerowaliście. Rozmawialiście. Następnie pizza zamiast eko sałatek z dodatkiem jarmużu, oliwek i dietetycznego makaronu. Zapytał Cię, jakie kino preferujesz i zaproponował, że Cię odprowadzi. Podziękowałaś za udane spotkanie i wyjaśniłaś, dlaczego to nie będzie koniecznie.

-Przecież sama trafię.

Całuchy-kluchy!

 

 

 

 

Patynowa Pani Domu. Sezon grzewczy

Może to tylko u Ciebie? Aby rozwiać wątpliwości, rozsyłasz pytania do znajomych. Po chwili otrzymujesz odpowiedzi. U mnie słabo. U mnie nic. My jeszcze nie grzejemy. Przy okazji garść dobrych rad. Może to przejściowe? Może warto odpowietrzyć kaloryfery? Może są zakręcone? Jeszcze nie jest tak zimno. Wytrzymasz. Zadzwoń do spółdzielni. Albo do hydraulika. Brat Grześka by pomógł, ale nie dzisiaj. Świetnie! Skoro masz rozeznanie w temacie, wypadałoby go popchnąć. Ale jest piątkowy wieczór i większość porad można schować do szuflady. Przynajmniej do wtorku.

Bez względu na to, ile potrwa usuwanie awarii ogrzewania, trzeba zorganizować sobie czas bez ciepła. Zgodnie z poradami sąsiadów i części rodzinki, o dyskusyjnych forach nie wspominając (co byś bez nich zrobiła) rozgrzewasz stopy mocząc je w ciepłej wodzie z dodatkiem soli (kosmetycznej o zapachu lawendy. To pozwoli Ci się wyciszyć). I jeszcze olejkiem kamforowym natrzyj stopy. Cudownie rozgrzewa. To nic, że po zastosowaniu kuracji w mieszkaniu unosi się zapach leciwego hipochondryka. Pomogło… Na jakiś czas. Zakładasz stary sweter, a na niego polar (również nadgryziony zębem czasu). Podwójne skarpetki. Do boju! Zaparzasz sporą ilość herbaty. Jest cynamon. Imbir. Jest kardamon. Coś na pewno pomoże. Doraźnie. Prognoza się sprawdza.

W międzyczasie obmyślasz strategię, z kim się skontaktujesz, by pomógł w sprawie nieczynnego ogrzewania. Odkopujesz stare znajomości. Na niewiele się to zdaje. Czekasz cierpliwie na poniedziałek. Od rana telefonami szturmujesz pracowników spółdzielni. Trzeba po hydraulika albo kogoś, kto się na tym zna, słyszysz ciepły głos w słuchawce i wiesz, że dobrze trafiłaś. Po południu odwiedzasz lokalny żeleźniak. Tam otrzymujesz motywującą informację w trosce o Twój domowy budżet. Z tym poradzi sobie Pani sama. Po co od razu wzywać hydraulika. On skasuje jak za zboże. oczywiście jeśli Panią swędzi parę groszy, może Pani wezwać. Ale ja Pani pokażę sposób. Przykłada Pani motylka z boku kaloryfera, o tutaj, i przekręca Pani do siebie. Ok, płacisz i wychodzisz w poczuciu szczęścia, że Twój portfel wytrzyma usuwanie kolejnej niedogodności w Twoim gospodarstwie.

Po powrocie do domu robisz wszystko według instrukcji sprzedawcy ze sklepu. Cóż, podłogę i tak trzeba było umyć. Zakasujesz rękawy. Po kwadransie podłoga lśni jak na reklamie. Mieszkanie jest wywietrzone. Teraz pachnie chemicznym aromatem cytrynowym. Czego się nie robi dla zwiększenia własnego komfortu w chłodne, jesienne dni. Odkręcasz kaloryfery. Późnym wieczorem biegasz po domu bez polaru i ciepłego swetra. Przydzielasz sobie punkty za zaradność. Dobrze jest!

One. Gruszki

-Jak Ci minęło popołudnie?

-Byłam na cmentarzu. Miałam wyłączony telefon.

-W jakim celu? Przecież nikogo tam nie masz.

-Zwiedzałam stare grobowce i spacerowałam alejkami. Chciałam się wyciszyć.

-I co pomogło?

-Pomogło, ale teraz bym się czegoś napiła.

-Najpierw przechadzasz się pomiędzy grobami, a potem piszesz te mroczne rzeczy. Niedługo sama staniesz się grobowcem.

-Co to?

-Gruszki.

-Przecież widzę.

-To dlaczego pytasz?

-Chciałam dowiedzieć się, kogo zamierzasz nimi nakarmić.

-Nas, chyba że jeszcze kogoś zaprosimy do stołu.

-Zjemy tyle? Zmarnują się.

-Nie zmarnują. Ugotuję je z dodatkiem goździków. Zrobimy zapasy.

-Rozpieszczasz mnie. Znowu noc z głowy?

-Jeśli nie można inaczej. Ty będziesz pisać dreszczowce, a ja w tym czasie zaprawiać gruszki.

-Dojrzewam do decyzji o wolontariacie w hospicjum.

-Jeszcze Ci mało wrażeń?! Żyjesz opisywanymi przez siebie historiami, często ciężkostrawnymi, a na deser chcesz patrzeć, jak ludzie odchodzą?

-Chciałabym…

-Wiem, co byś chciała… Wyłącz to myślenie. Żyjemy tu i teraz. Nie podołasz.

-To się okaże.

-Obieramy gruchy?

-Obieramy. Podaj nóż. Wiesz, wcale nie mam ochoty iść na to przyjęcie.

-Powinnaś iść. Tak uważam.

-To idź za mnie lub ze mną.

-Jeszcze czego. To Twoja działka i Twój problem. Wyobraź sobie, że ta impreza to cmentarz, skoro je uwielbiasz. Będzie Ci lżej.

-W pewnym sensie nie pomyliłaś się. Dzielimy je na ćwiartki?

-Albo na sześć części, jeśli większa. Wstawię garnek z wodą.

-Naprawdę chcesz je teraz gotować?

-Noc długa. Przynajmniej zajmiemy się czymś dla żywych. Tylko nie pisz o tym na blogu.

-O gruszkach nie mogę, o śmierci i przemijaniu też nie powinnam. Wiem, że zrozumiesz i wybaczysz.

 

Notatki

Jesienne, opadłe liście wirują na silnym wietrze tworząc symfonię. Wciskają się pomiędzy ogromniaste głowy dyń rozlokowanych na werandzie jakby chciały ogrzać się pośród ich zwalistych ciał. Jest coraz zimniej. Zapada zmierzch. Przygotowałam świece i lampiony na wypadek przerw w dostawie prądu. Dziś już były przepięcia. Od porannych godzin w mediach grzmiącym głosem są podawane komunikaty ostrzegające przed porywistym wiatrem. Przynoszę kolejny dzbanek herbaty. Mogłabym tak spędzić zimę. Otulona w za duży sweter i koc. Nie sprzedam domu. To szaleństwo, powiesz, w Twojej sytuacji?! Przy braku stałego przypływu gotówki?! Nie podołasz wydatkom i pracy. Nie przepracowałaś ani jednego dnia. Nie wiesz, czym jest praca fizyczna! Znam na pamięć Twoje frazy.

Jakie to prozaiczne! Jakie znaczenie mają pieniądze w sytuacji, gdy urządzam kawałek wszechświata po swojemu? Lubię, gdy budzisz mnie SMS-ami w środku nocy. To nasza forma spotkania. Albo e-maile przychodzące o każdej porze. Czytam je kilkakrotnie, podobnie jak SMS-y. Zwykle poprawiają mi nastrój. Nie żałuję ani jednej sekundy w naszym byciu-niebyciu na odległość. Jestem to winna wszystkim, którym nie mogę stale towarzyszyć w codzienności. Jestem to winna Wam i sobie. Prosisz o wieści, jak mi mija czas, jaka herbatę zaparzyłam, co porabiałam w przerwach pomiędzy układaniem tekstów a włączeniem pralki, co ugotowałam na obiad, czy mam jeszcze zapasy lektury i jakiej. Teksty tworzą się same. Moje palce to tylko narzędzia, a kompozytorami są ludzie, bez których nie wyobrażam sobie życia. Jadam regularnie. Ostatnio głównie potrawy zawierające dynię. Suszę jej pestki.

Nie planuję sprzedaży domu. Wiem, że będą trudności z jego utrzymaniem. Właśnie spoglądam na róże. Niektóre odmiany mogą kwitnąć nawet podczas pierwszych przymrozków. Ich szczepki są u Ciebie w przydomowym ogródku. Gdy patrzymy na nie, możemy stale być razem. Nie znam się na uprawie ogrodu. Będę potrzebowała kogoś do pomocy. Doraźnie. Płot jest do wymiany. Najchętniej bym z niego zrezygnowała. Nie znoszę ogrodzeń. Część domu będzie zimą nieogrzewana. Nie mam środków na opał. Poza tym przyda się ktoś do naprawy starego radia. Nie chcę nowego. Uparłam się i już. Żaden serwisant, do którego się zwróciłam, nie podjął się naprawy. Będę więc szukać dalej. Do skutku.

Jaka jest różnica pomiędzy szczęściem a zadowoleniem? Pytasz coraz częściej. Odpowiedź jest taka: zadowolona jestem, a szczęśliwa bywam.

One. Doktorat

-Mogę Pani zająć chwilkę?

-Proszę.

-Siedzi Pani taka zamyślona. Chciałabym zaproponować Pani udział w ankiecie. To nieobowiązkowe oczywiście.

-Jaka to ankieta?

-Pracuję nad doktoratem i chciałabym Pani zadać kilka pytań, jeśli Pani pozwoli. Mogę też wysłać ankietę na e-mail, jeśli tak by Pani było wygodniej.

-Poproszę na e-mail. Jestem tu tylko przypadkiem. Nie jestem pacjentką.

-Nie, a ja pomyślałam… Nieważne. W takim razie…

-Może ankieta przyda się komuś, albo roześlę ją po znajomych. Może ktoś zechce podzielić się swoją historią?

-Dziękuję, byłabym zobowiązana.

-Miałam kiedyś znajomą, która robiła doktorat z nauk przyrodniczych. Wciąż opowiadała, jakie ma zajęcia, co miesza w probówkach, jakie komórki, co podaje myszom i kiedy wyniki. Nie potrafiła żyć bez zajęć na uczelni. Nie miała innych tematów do rozmowy jak tylko praca naukowa. Rozmawiała posługując się głównie naukowym żargonem. Znajomych i kontaktów poza środowiskiem naukowym również nie miała. Mało czytała, chyba że prasę naukową związaną ze swoją dziedziną. Przy bliższym poznaniu okazała się cholerną nudziarą.

-E-mail z ankietą do Pani już wysłany.

-Dziękuję, do zobaczenia.

Wieczór.

-Pomożesz jej w lekcjach? Niczego nie kumam z tego polecenia. Dzisiaj znowu był problem w szkole i jechałam na złamanie karku. Chcę się przejść. Wziąć Ci coś z osiedlowego?

-Pomogę, daj. Niczego nie potrzebuję. Spotkałam dzisiaj dziewczynę, doktorantkę. Wysłała mi ankietę do wypełnienia. Trzeba napisać zakończenie. Tak jest w poleceniu do zadania.

-Znowu będziesz trąbić po ludziach o naszych sprawach?

-Tym razem zatrąb Ty, jeśli potrafisz.

-Ty jesteś specjalistką od kreowania fikcji literackiej.

-Nie powiedziałam, że się tym zajmę.

-Ale nie odmówiłaś. Podczas wywiadów dla studentów byłaś już bezdomną, schizofreniczką, bezrobotną, ojcem rodziny. Kim jeszcze nie byłaś? Osiedlowa Matka Teresa. I po co Ci był ten doktorat?

-Idź już, nie nakręcaj się.

-Udostępniłam Twoje teksty znajomemu. Był nimi zachwycony.

-I kto tu pierze publicznie nasze brudy?

-Uważaj na niego, jest kobieciarzem. Będzie starał się Ciebie uwieźć. Prosił o więcej tekstów.

-To mu je daj. Jestem odporna na działanie męskich hormonów szaleństwa.

-Może na swojej drodze nie spotkałaś nikogo, kto byłby zdolny do uwiedzenia Ciebie.

-Wiesz, nie pokazuj mu więcej tekstów. Niech sam kombinuje, gdzie i jak je znaleźć.

 

 

 

 

One. Dom

-Co jest?

-Nic. odpocznę chwilę.

-Siedząc na schodach?! Może zrobimy sobie krótką przerwę, gdy trochę ogarniemy?

-Te szczeble poręczy niedługo wypadną. Wyrobiły się przez wszystkie lata.

-To już nie ma znaczenia. Nowi właściciele zdecydują, co z nimi zrobić. I tak trzeba odnowić całe schody, ale to im zostawiasz. Wiedzą, na co się porywają. Dom jest do remontu, zwłaszcza dach, który lekko przecieka.

-Został nam jeszcze strych.

-Zniesiemy klamoty na dół, a potem zadzwonię po kuzyna. Pomoże nam je zawieźć…

-Mogłam nie zgadzać się na opróżnianie domu przed wyprowadzką.

-Dobrze zrobiłaś. Komu chciałaś zostawić ten bałagan? Chodź, napalę w piecu. Spalimy…

-Jeszcze posiedzę, sorry, ale nie mam natchnienia. Opadłam z sił.

-Rozpalę, a potem wrzucimy do pieca wszystko, co papierowe. Te kartony zawierają blisko 40 lat życia Twojej rodziny. Chcesz, aby ktoś inny tam zaglądał? Skąd wiesz, co z nimi zrobi? Rusz się, trochę zostało. Do kiedy masz się stąd wynieść?

-Do piątku dali mi czas.

-Niedługo zrobi się ciemno. Lepiej wyjechać za dnia. Zwierzęta na drodze. Brak oświetlenia… Jak długo chcesz tak siedzieć?

-Spędziłam tu kawał życia. Gdy piętro domu było niewykończone, siadałyśmy na schodach i budowałyśmy na nich bazę. Obserwowałyśmy okolicę z okna na strychu. Często suszyło się tam pranie. Miał być dla mnie.

-Teraz Ci się zebrało na sentymenty. To tylko miejsce. Nie dałabyś rady utrzymać domu i go poprowadzić. Nie mieszkałaś tu od czasu studiów. Dom jest niedoinwestowany. Wymaga sporych nakładów finansowych. To cud, że tak szybko udało się znaleźć kupca i to bez pośrednictwa agencji.

-W zeszłym roku ekipa rozebrała na podwórku drewnianą chałupę.

-Skończyło się coś, aby zaczęło się coś. Dom trafi w dobre ręce.

-Oni chcą przebudować podwórko. Stary ogródek z ziołami i warzywami zasypać korą, a na ich miejscu posadzić iglaki.

-O gustach się nie dyskutuje.

-To wbrew naturze. Kora zakwasza glebę. Jaśminowce i pigwowce mają być wycięte. Słyszałam, jak o tym rozmawiali. W piwnicy jeszcze stoją słoiki z dżemem z pigwy sprzed kilku lat.

-Nie masz wpływu na to, co zrobią kolejni gospodarze. Wolnoć, Tomku, w swoim domku.

-Stare drzewa owocowe w ogrodzie też wytną. Zobaczysz.

-Nie miałabyś czasu ani sił, aby się nimi zajmować. Zdziczałyby.

-I tak są dzikie. Może zostaniemy tu na jeszcze jedną noc?

-No dobrze, ale od rana ostro bierzemy się do pracy. A teraz szykuj coś na rozpałkę.

 

One. Zachcianki

Popołudnie. W przedpokoju mnóstwo koszy i skrzynek z warzywami. Niektóre z nich przejrzałe, o czym świadczy unoszący się w powietrzu zapach. Muszki stadami oblegają zawartość skrzynek.

-Matko i córko! A to co?

-Pomidory, papryka i cebula na przetwory. Z darów.

-Ale leje. Akurat byłam na targu, gdy lunęło. Nie wzięłam parasolki.

-Po co byłaś na targu?

-Po ser. Naturalny. To, co serwują markety, nie nadaje się do jedzenia. Przy okazji kupiłam warzywa. Ugotujemy zupę krem i ryż zrobimy. Z jabłkiem i cynamonem.

-Kończą się nam pieniądze, a Ty masz zachcianki.

-Dobrze wiem, ile kosztuje porcja sera z certyfikatem. Nie możemy sobie wszystkiego odmawiać. Nie wiedziałam, że przyjdą warzywa z darów.

-Przebierzesz ją?

-Nie.

-Ty ją odrzuciłaś. Podświadomie. Niczego przy niej nie chcesz robić.

-Zmiana szychty. Chciałaś wyjść do lekarza, a potem do apteki, więc nie opóźniaj, tylko idź. Ja z nimi zostanę.

-Już się zbieram. Chcesz coś?

-Z apteki? Nie, dziękuję.

-Zrobienie zakupów coraz bardziej graniczy z cudem.

-Nie mamy auta, dlatego chodzimy na zakupy na raty i na plecach przynosimy tyle, ile zdołamy udźwignąć. Trochę dostaliśmy z fundacji. Nie umrzemy z głodu. A propos może znajdzie się opiekunka z MOPS-u na stałe? Długo tak nie pociągniemy.

Noc. W korytarzu nadal stoją skrzynki z nieobranymi warzywami. Pośród nich dziecięce zabawki, ubrania oczekujące na upranie, nierozpakowane zakupy.

-I jak te sery? Mogą być?

-Odkładam każdą złotówkę na mieszkanie, a Ty mnie karmisz serami. Plan na życie mi się rozjeżdża, a dla Ciebie istotne głównie to, co masz w brzuchu.

-Co dokładnie Ci się rozjeżdża?

-Nikt nas nie odwiedza. Nie mów, że nie zauważyłaś.

-Czy uważasz, że to dobra miejscówka na kolację przy świecach lub popołudniowe herbatki?

-Towarzystwo się wykrusza ze względu na moją sytuację, ale przynajmniej wiem, ile było warte. W pracy spokojniej już?

-Już tak. Mogę w czwartki i piątki odbierać dzieci ze szkoły, choć już czas, aby same wracały. Ty w tym czasie ogarniesz mieszkanie i siebie.

 

One. Wtedy

Obudziłam się w środku nocy. Znowu mi zimno. Myślę o Tobie. Wspomnienie jest formą spotkania. Zapewniam Cię, że stale jesteśmy razem. W takich sytuacjach często wracam pamięcią do czasu, gdy wieczorami rozpalałaś w piecu ogień. Momentalnie robiło się ciepło w całym domu. Wstawiałyśmy wodę na herbatę. Przywoziłaś ją od znajomej lekarki, która oprócz tego, że wyciągała od Ciebie pieniądze, rozdawała hojnie herbaty i kawy niby pochodzące z całego świata. Pewnie sama nie dała rady ich wypijać albo wcale jej nie smakowały, dlatego się ich pozbywała. Najbardziej lubiłam herbatę o zapachu pieczonych kasztanów. Lekarka medycznie Tobie niewiele pomogła. Znowu byłaś w punkcie wyjścia. Miałaś nadal zrujnowane zdrowie z tą różnicą, że bez oszczędności. Smażyłaś naleśniki dla naszej gromadki, a ja smarowałam je powidłami śliwkowymi z cynamonem. Wiem, że nie znosisz cynamonu, lecz dodałaś go z myślą o mnie. Często myślałaś najpierw o innych, o sobie prawie wcale i to się zemściło. Mówiłaś, że życie Ci się rozjeżdża, że rozpadasz się na kawałki, że czujesz się nieatrakcyjna i nie masz znajomych ani prawdziwych przyjaciół.

Już się nie odwiedzamy. Wiem, że nadal smażysz konfitury i robisz przetwory. Cukier zastępujesz stewią. Pamiętam Ciebie siedzącą na schodach domu i drylującą wiśnie. Tłumaczyłaś, że pestki będą dla świń. W październiku chodziłyśmy na orzechy. Mocno wiało od pola, a w wąwozie było potwornie zimno. Nie chciałam nosić chustki na głowie, ale mnie do tego zmusiłaś. Podrzucałaś kawałki gałęzi, które zaczepiając się o koronę drzewa sprawiały, że część orzechów spadała na ziemię. Dotychczas nie opanowałam tej sztuki. Gdyby nie Twoja pomoc, na tamtym etapie życia, umarłabym z głodu albo rozpaczy.

Obecnie kupuję coraz droższe i cieplejsze koce. Jeden z nich wykonano z wełny alpaki, ale żaden z nich nie grzeje jak ogień rozpalony w piecu Twojej kuchni. Unikam dżemów wyprodukowanych fabrycznie. Jadam jedynie te przygotowane w domowej kuchni. Śliwkowe z dodatkiem cynamonu zostawiam na dnie słoiczka z myślą o Tobie. Powtarzałaś, że pisanie to świetny sposób na poradzenie sobie z traumą i kiedyś zaczniesz pisać. Obecnie nie masz na to czasu. Nie będziesz mieć czasu. Tak uważam, ale jestem człowiekiem małej wiary.