Łańcuszek

-Może go przypadkiem zostawiłaś w szatni albo gdzieś w sklepie, gdy przymierzałaś ubrania?

-Dzwoniłam do sklepu, nawet z menago rozmawiałam. Ponownie sprawdził. Nie ma. Zostawiłam namiar na siebie. Wyjaśniłam, dlaczego łańcuszek jest cenny i po czym rozpoznać, że to ten właściwy. Zgubiłam go razem z zawieszką w kształcie klucza wiolinowego. Ma charakterystyczne cechy użytkowania.

-Nie zostawiłaś go u kogoś?

-Nie, nie zdejmowałam go z szyi, chyba że przed kąpielą. Ale obdzwoniłam nawet ośrodki, w których nocowałam podczas urlopu… Nie znalazł się.

-Znajdź podobny i kup, jeśli Ci na nim tak zależy.

-Nabyłam go w szczególnych okolicznościach, zrozum. Ale ok, poszukam podobnego, jeśli nic się nie zmieni.

Telefony oraz e-maile. Rozmowy i opisy. Przesyłanie przykładowych zdjęć do sklepów jubilerskich. Wszystko na nic. Mamy podobny. Pamiętamy Panią. Dołożymy starań, by klucz wiolinowy był tych samych rozmiarów, co poprzedni. Odtworzymy go na podstawie fotografii i Pani szczegółowego opisu. Dziękuję, to dla mnie bardzo ważne. Miałam go przez wiele lat. Ogłoszenia na portalach społecznościowych. W miejscach pracy. Cisza. Panika. Nawrócenie. Modlitwa. Obwinianie siebie. Mogłaś bardziej uważać. Nie zdejmować.

Któregoś dnia na jarmarku. To ten. Poproszę zawieszkę i łańcuszek do niej. Proszę nie pakować. Założę od razu. Żałoba po poprzednim łańcuszku trwa. Znalazł się, słyszę od innych. Nie znalazł. Kupiłam następny.

Przeprowadzka. Kolejna. Ile ich jeszcze przede mną? Pakowanie rzeczy. Biżuteria ręcznie wykonana złożona w jednym pudełku. Część rozdana. Sobie zostawiam niewielką ilość. Kartony czekają na wywiezienie do miejsca przeznaczenia. Zostawiam za sobą kolejne życie.

Po latach. Trzeba uporządkować mieszkanie. Pozbyć się mebli i reszty bibelotów. Nie można go tak zostawić. Nie damy sobie rady z meblami. Są za ciężkie. Rozlecą się. Może chociaż spróbujemy. Pojedynczo. Coś drgnęło. Jeszcze raz. Tam coś jest. Zaczekaj. Jakiś sznurek, nitka? Nie! Nie zgadniesz! Twój łańcuszek! Niemożliwe! Możliwe! Brudny, ale w całości. Trzeba będzie doczyścić. Kluczowi wiolinowemu nic się nie stało. I jaki czyściutki. Nie wierzę! Uwierz!

 

Notatki

Dziś obchodzimy Światowy dzień Oszczędzania. Takim newsem powitano mnie z rana. Jak to dobrze, że wymyślono i wynaleziono radio. Inaczej tacy jak ja byliby odcięci od świata. Swoją drogą dzisiejsze święto to jedyne, które jest przeze mnie obchodzone każdego dnia w roku i nawet nie trzeba szczególnie pamiętać o jego celebracji.

Mgła jak mleko. Piję kawę i planuję resztę dnia. Dziś nie doczytam kolejnego rozdziału książki, która traktuje o śmierci. Zdumiewające. Uwielbiam spacery po cmentarzach, zwłaszcza pod koniec października. Proszę znajomych o zdjęcia nekropolii wykonane o tej porze roku. Tym razem nie będzie mnie na Powązkach. Nie usłyszę na żywo podziękowań ani zachęt do składania datków na ratowanie nagrobków. Wyobraźnia pracuje. Liczę osoby, które odwiedzam w innej rzeczywistości. Znam je z imienia. Co roku ich przybywa. I za każdym razem jestem zaskoczona wiadomością, że to już.

Miasto jak zwykle pędzi. Ludzie kompulsywnie wypełniają dzień obowiązkami. Z biegiem czasu większość z nich okaże się nieistotna. W barze mlecznym słyszę, jak obsługa wrzeszczy do klienta, któremu w życiu się nie powiodło „I więcej mi się tu nie pokazuj, wieprzu jeden”. A jeśli te słowa okażą się proroczymi? Chryzantemy oraz znicze są sprzedawane na każdym skwerze. Jakby symbolem pamięci o tych, którzy odeszli, stały się cmentarne gadżety. Brak wolnych miejsc w zakładach kosmetycznych i fryzjerskich. Słyszę przeważnie: „Teraz nie mamy wolnych terminów. Niech Pani zadzwoni po długim weekendzie. Obecnie i tak pracujemy na zwiększonych obrotach”. Ciekawe, jakie znaczenie dla zmarłych ma wygląd żyjących, którzy w najbliższych dniach odwiedzą cmentarze.

Dzień gaśnie. Nie odkładaj ludzi na później, bo potem może ich nie być.

Patynowa Pani Domu. Rezerwacja noclegu

Powinnaś odpocząć. Nadszedł ten etap roku, w którym uznajesz, że trzeba doładować baterie. Jest poza sezonem, więc z noclegiem w cenie na Twoją kieszeń nie będzie problemu. I nie ma. Błyskawicznie znajdujesz miejscówkę i rezerwujesz ją. Klepnięte. Przez kilka dni będziesz leżeć, pachnieć i pić herbatkę z lawendą. I tworzyć wpisy na blog. To (jeszcze) niekomercyjna miejscowość, więc zapowiada się prawdziwy reset. Lokalizacja pensjonatu zadowalająca. Cisza, w pobliżu park i klimatyczne kawiarenki. Właśnie! Klimatyczne. Sprawdź, czy cena podana w ogłoszeniu nie zawiera dodatkowych, ukrytych opłat. Nie zawiera. Uff. Wystarczy na filiżankę kawy. Poza tym jeszcze przez kilka dni można bezkosztowo anulować rezerwację na wypadek, gdybyś uznała, że nie jesteś aż tak zmęczona. Drukujesz potwierdzenie rezerwacji. Czytasz opinie o pensjonacie. Dominują superlatywy. To będzie udany pobyt. Zamykasz stronę i w myślach planujesz, co zapakować, co jeszcze sprawdzić, jak dotrzeć, zabukować bilet, następnie go wydrukować. To ostatnie można zrobić jutro. Planowanie trzeba rozłożyć na etapy.

Jutro. Ponownie sprawdzasz dane obiektu noclegowego. Nie wierzysz. Cena podana na stronie internetowej jest niższa niż ta, której od Ciebie zażądano. To pewnie nieporozumienie. Telefonujesz w tej sprawie do pensjonatu. Połączenie przyjmuje zniecierpliwiona pracownica o znudzonych głosie. Wyjaśniasz, jaki jest cel kontaktu. Przecież może Pani odwołać rezerwację, słyszysz od poirytowanej osoby. Zależy mi na niej, lecz chciałabym wyjaśnić, dlaczego Państwo pobierają od gości wyższe opłaty niż podane na stronie internetowej. Może warto zamieścić informację, że ceny wzrosły ok. 30 %. Odpowiedź pracownicy: po co cokolwiek zamieszczać, skoro jest długi weekend, a w takich okresach oraz świątecznych ceny są inne. Może Pani odwołać rezerwację, jeszcze bez ponoszenia dodatkowych kosztów, jeśli Pani nie chce zapłacić, słyszysz ponowienie propozycji, od której rozpoczęłaś rozmowę. Właśnie o tym długim weekendzie ani o żadnym innym nie ma wzmianki na Państwa stronie. Pytam jeszcze raz, ile mam zapłacić za pobyt. Tyle, ile ma Pani na wydruku, pada odpowiedź. Zapłacę, ale skoro w ofercie widnieje inna kwota za nocleg, to dlaczego pobierają Państwo wyższe opłaty niż podane w ogłoszeniu, pytasz stanowczo, ale grzecznie. Odpowiedź: jeśli ktoś ma zapłacić, to wie, ile ma płacić, i nie trzeba pisać na stronie o długich weekendach. Odpowiedź Patynowej: dziękuję za informacje. Do usłyszenia.

Już wiesz, jakie podejmiesz kroki po zakończonej rozmowie. Odwołujesz rezerwację. Na szczęście koszty inwestycji poniesionych z tytułu nawiązania połączenia telefonicznego oraz wydruku potwierdzającego rezerwację nie nadszarpnęły poważnie Twojego budżetu. Najbliższy weekend spędzisz leżąc, pachnąc, popijając ulubioną herbatkę. Wieczorem wybierzesz się na cmentarz. Lokalne nekropolie też mają sporo uroku, szczególnie na początku listopada.

Patynowa Pani Domu. Świąteczny klimat

Pora zrobić zapasy. Dziupla świeci pustką. Wybiorę się na zakupy z rana, myślisz, może będzie mniej ludzi. Dotrzymujesz danego sobie słowa i w sobotę przed południem jesteś w centrum handlowym. Dawno tam nie byłaś. Dawno, czyli od początku września, gdy jeszcze trwała końcówka wyprzedaży. Kupiłaś wtedy mydelniczkę. W dłoni trzymasz listę niezbędników na czas wojny i pokoju. O stanie zawieszenia broni jeszcze nikt nie wspomniał. Najpierw stoisko z warzywami, a przy nim tylko jedna para. Ona w wieku postbalzakowskim, on w podobnym. Oboje noszą okulary. Ogólnie niezbyt urodziwi i raczej nierzucający się w oczy, chyba że ktoś postanowi napisać o nich np. na blogu. Pójdzie zatem szybko i gładko. Nie tym razem. Przy okazji wysłuchujesz, co planują zrobić na obiad. Tonem żółwia wymieniają same paskudztwa. Ona: może fasolową. Z chudą śmietanką. On: czy Twój brzuszek to wytrzyma? Ona: nie wiem. On: może kapuśniaczek. Na żeberkach. Kapustki kupimy. Ukiszonej. Ugotujemy na dwa dni. Kapuśniaczek – obrzydlaczek, rzucasz w myślach. Nie słyszysz odpowiedzi, bo z nadmiaru słodkości uchodzących z ust klientów robi Ci się niedobrze. Idziesz więc na pasaż i miotasz się pomiędzy regałami nie wierząc własnym oczom. Już są!!! Stoją w równym rządku i uśmiechają się do Ciebie ze sklepowych półek. Mikołaje i inne krasnale z czekoladopodobnej miazgi. Bożonarodzeniowe ciastka, włoskie babki z rodzynkami, czekolady z motywem bałwanów, ozdoby z lukru na choinkowe drzewko, marcepanowe stożki, pierniczki, drobniutkie cukierkowe figurki na świąteczne babeczki. Wrzucasz kilka paczek słodyczy do koszyka. Zgodnie z prawem przyciągania oraz zasadami pozytywnego myślenia, serwowanymi raz po raz przez osoby mianujące się trenerami rozwoju, możesz mieć, co tylko zechcesz pod warunkiem, że przyciągniesz to myśleniem (a to ciekawostka). W takim razie chcę, by święta Bożego Narodzenia były w październiku. Kto nie wierzy, że się uda, niechaj uda się do pobliskiej galerii handlowej.

Nie inaczej sytuacja wygląda na stoisku z wyposażeniem wnętrz. Produkty zawierające świąteczne elementy wypierają inne. Pytasz obsługę o zapachy do mieszkań, z motywem jesiennym oczywiście. Są, odpowiada przemiła ekspedientka. Trwa pora dnia, gdy jeszcze ma siły i ochotę się uśmiechać. Ale proponowałabym Pani skorzystanie z oferty świątecznej. Mamy nową kolekcję. Ładnie schodzi. Zapach marcepanu, goździków, pomarańczy. Goździki masz w słoiku, podobnie jak wanilię i skórkę pomarańczy. Dziękujesz i wychodzisz. Nawet nie spoglądasz na poduszki z nadrukiem renifera tudzież łosia ani na zestaw kubków i talerzyków z podobizną tychże zwierząt.

Wracasz z pełną siatką zakupów. Jest w niej to, co zwykle. plus świąteczne ciasteczka. Zostaną schrupane do popołudniowej kawy. Gdy znajdujesz się w znajomej okolicy, w nozdrza uderza Cię zapach palonych liści (śpijcie spokojnie, śliczniusie jeżyki; mam nadzieję, że nie będziecie długo cierpieć) i czegoś, co wydobywa się z kominów lokatorów. Chciałaś poczuć jesień i czujesz jesień. Prawo przyciągania działa w praktyce. W drodze powrotnej zachciało Ci się świątecznych pierogów z kapustą i grzybami. Dwie godziny później telefon z informacją: pierogi jadą.

Całuchy-kluchy!

Patynowa Pani Domu. Spa

-Grzywkę też krótko, najkrócej, jak się da.

-Tak na pewno nie zrobimy, ale wiem, o co Pani chodzi.

-Abym przyzwoicie wyglądała.

-Przy Pani twarzy każda fryzura dobrze się prezentuje.

-Pani została dobrze wychowana. Prosiłabym o 3 mm na głowie. Ewentualnie 5. Nie chce mi się myć włosów o tej porze roku.

-Nie wypuszczę Pani takiej.

-Proszę zatem czynić, co Pani uważa.

Wstajesz z fotela. Nawet nie spoglądasz we fryzjerskie lustro, bo wiesz, że mistrz nie stracił formy. Płacisz i wychodzisz. Pakiet konesera zrealizowany. Ceny za usługi poszły w górę, ale oferta została rozbudowana o kolejne punkty, zatem jesteś na zero. Nie zero waste, choć w pewnym sensie Twój budżet generuje taki sposób na życie. Zaoszczędzisz na szamponie. I masz spokój z koafiurą na jakiś czas. O wyrównanie grzywki poprosisz koleżankę. Od kilku lat odwiedzasz tego samego fryzjera, który nie zgadza się na 3 mm. Do innego nie pójdziesz w trosce o włosy, które i tak odrosną, ale sam fakt, że ktoś może nie wiedzieć, jak ma ostrzyc, doprowadza Cię do histerii.

Dziś dzień relaksu i dbania o siebie. Tylko kawka, tylko dobra książka w stylu Jak pisać, by dobrze napisać (i jeszcze lepiej się sprzedać). Odpowiedź sama nasuwająca się: przede wszystkim pisać. Ewentualnie obejrzysz film, tylko komedię, tylko obyczajówkę, ewentualnie rzucisz okiem na blogi o tematyce społecznej, ewentualnie przygotujesz fit przekąski (tym razem możesz jeść dietetyczne chrupkie pieczywo prosto z fabrycznego opakowania), ewentualnie na krakersach. Jeśli rozmowy, to tylko na tematy lekkie jak twarożek, tylko o ekologicznych kosmetykach (w Twoim wydaniu slow life zjedzeniu surowego awokado lub schrupaniu kilku orzechów). Odpowiednia dieta to najskuteczniejszy i najtańszy kosmetyk dla cery, włosów i paznokci. Na inne mogłabyś sobie pozwolić co najwyżej w ratach. Pamiętaj, tylko przyjemności. Nakarm glonojada. Teraz! To Twój obowiązek, a potem tylko przyjemności. Nie filozofuj. Jaki jest sens dokarmiania Paskudy, skoro powinien się żywić glonami, a więc tym, co wytwarzają reagujące ze sobą roślinki i woda? Koniec z filozofowaniem.

SMS. Przyjedziesz? Parszywie się czuję. Nic mnie nie boli, tylko trochę dusza. Co tym razem, pytasz. Nic, tylko jakaś taka zmęczona jestem i wypompowana. Może powinnaś wziąć kąpiel z olejkami, zanim doczołgam się do Ciebie, a docelowo przebadać pompkę? Przestań, ja się zamartwiam, a Ty jak zwykle ironizujesz. Co znowu zgubiłaś? Klucze? Dokumenty? Piżamę? Jasne, że zostanę na noc, ale tylko ten jeden przedostatni raz.

Całuchy-kluchy!

One. Gruszki

-Jak Ci minęło popołudnie?

-Byłam na cmentarzu. Miałam wyłączony telefon.

-W jakim celu? Przecież nikogo tam nie masz.

-Zwiedzałam stare grobowce i spacerowałam alejkami. Chciałam się wyciszyć.

-I co pomogło?

-Pomogło, ale teraz bym się czegoś napiła.

-Najpierw przechadzasz się pomiędzy grobami, a potem piszesz te mroczne rzeczy. Niedługo sama staniesz się grobowcem.

-Co to?

-Gruszki.

-Przecież widzę.

-To dlaczego pytasz?

-Chciałam dowiedzieć się, kogo zamierzasz nimi nakarmić.

-Nas, chyba że jeszcze kogoś zaprosimy do stołu.

-Zjemy tyle? Zmarnują się.

-Nie zmarnują. Ugotuję je z dodatkiem goździków. Zrobimy zapasy.

-Rozpieszczasz mnie. Znowu noc z głowy?

-Jeśli nie można inaczej. Ty będziesz pisać dreszczowce, a ja w tym czasie zaprawiać gruszki.

-Dojrzewam do decyzji o wolontariacie w hospicjum.

-Jeszcze Ci mało wrażeń?! Żyjesz opisywanymi przez siebie historiami, często ciężkostrawnymi, a na deser chcesz patrzeć, jak ludzie odchodzą?

-Chciałabym…

-Wiem, co byś chciała… Wyłącz to myślenie. Żyjemy tu i teraz. Nie podołasz.

-To się okaże.

-Obieramy gruchy?

-Obieramy. Podaj nóż. Wiesz, wcale nie mam ochoty iść na to przyjęcie.

-Powinnaś iść. Tak uważam.

-To idź za mnie lub ze mną.

-Jeszcze czego. To Twoja działka i Twój problem. Wyobraź sobie, że ta impreza to cmentarz, skoro je uwielbiasz. Będzie Ci lżej.

-W pewnym sensie nie pomyliłaś się. Dzielimy je na ćwiartki?

-Albo na sześć części, jeśli większa. Wstawię garnek z wodą.

-Naprawdę chcesz je teraz gotować?

-Noc długa. Przynajmniej zajmiemy się czymś dla żywych. Tylko nie pisz o tym na blogu.

-O gruszkach nie mogę, o śmierci i przemijaniu też nie powinnam. Wiem, że zrozumiesz i wybaczysz.

 

Notatki

Jesienne, opadłe liście wirują na silnym wietrze tworząc symfonię. Wciskają się pomiędzy ogromniaste głowy dyń rozlokowanych na werandzie jakby chciały ogrzać się pośród ich zwalistych ciał. Jest coraz zimniej. Zapada zmierzch. Przygotowałam świece i lampiony na wypadek przerw w dostawie prądu. Dziś już były przepięcia. Od porannych godzin w mediach grzmiącym głosem są podawane komunikaty ostrzegające przed porywistym wiatrem. Przynoszę kolejny dzbanek herbaty. Mogłabym tak spędzić zimę. Otulona w za duży sweter i koc. Nie sprzedam domu. To szaleństwo, powiesz, w Twojej sytuacji?! Przy braku stałego przypływu gotówki?! Nie podołasz wydatkom i pracy. Nie przepracowałaś ani jednego dnia. Nie wiesz, czym jest praca fizyczna! Znam na pamięć Twoje frazy.

Jakie to prozaiczne! Jakie znaczenie mają pieniądze w sytuacji, gdy urządzam kawałek wszechświata po swojemu? Lubię, gdy budzisz mnie SMS-ami w środku nocy. To nasza forma spotkania. Albo e-maile przychodzące o każdej porze. Czytam je kilkakrotnie, podobnie jak SMS-y. Zwykle poprawiają mi nastrój. Nie żałuję ani jednej sekundy w naszym byciu-niebyciu na odległość. Jestem to winna wszystkim, którym nie mogę stale towarzyszyć w codzienności. Jestem to winna Wam i sobie. Prosisz o wieści, jak mi mija czas, jaka herbatę zaparzyłam, co porabiałam w przerwach pomiędzy układaniem tekstów a włączeniem pralki, co ugotowałam na obiad, czy mam jeszcze zapasy lektury i jakiej. Teksty tworzą się same. Moje palce to tylko narzędzia, a kompozytorami są ludzie, bez których nie wyobrażam sobie życia. Jadam regularnie. Ostatnio głównie potrawy zawierające dynię. Suszę jej pestki.

Nie planuję sprzedaży domu. Wiem, że będą trudności z jego utrzymaniem. Właśnie spoglądam na róże. Niektóre odmiany mogą kwitnąć nawet podczas pierwszych przymrozków. Ich szczepki są u Ciebie w przydomowym ogródku. Gdy patrzymy na nie, możemy stale być razem. Nie znam się na uprawie ogrodu. Będę potrzebowała kogoś do pomocy. Doraźnie. Płot jest do wymiany. Najchętniej bym z niego zrezygnowała. Nie znoszę ogrodzeń. Część domu będzie zimą nieogrzewana. Nie mam środków na opał. Poza tym przyda się ktoś do naprawy starego radia. Nie chcę nowego. Uparłam się i już. Żaden serwisant, do którego się zwróciłam, nie podjął się naprawy. Będę więc szukać dalej. Do skutku.

Jaka jest różnica pomiędzy szczęściem a zadowoleniem? Pytasz coraz częściej. Odpowiedź jest taka: zadowolona jestem, a szczęśliwa bywam.

One. Doktorat

-Mogę Pani zająć chwilkę?

-Proszę.

-Siedzi Pani taka zamyślona. Chciałabym zaproponować Pani udział w ankiecie. To nieobowiązkowe oczywiście.

-Jaka to ankieta?

-Pracuję nad doktoratem i chciałabym Pani zadać kilka pytań, jeśli Pani pozwoli. Mogę też wysłać ankietę na e-mail, jeśli tak by Pani było wygodniej.

-Poproszę na e-mail. Jestem tu tylko przypadkiem. Nie jestem pacjentką.

-Nie, a ja pomyślałam… Nieważne. W takim razie…

-Może ankieta przyda się komuś, albo roześlę ją po znajomych. Może ktoś zechce podzielić się swoją historią?

-Dziękuję, byłabym zobowiązana.

-Miałam kiedyś znajomą, która robiła doktorat z nauk przyrodniczych. Wciąż opowiadała, jakie ma zajęcia, co miesza w probówkach, jakie komórki, co podaje myszom i kiedy wyniki. Nie potrafiła żyć bez zajęć na uczelni. Nie miała innych tematów do rozmowy jak tylko praca naukowa. Rozmawiała posługując się głównie naukowym żargonem. Znajomych i kontaktów poza środowiskiem naukowym również nie miała. Mało czytała, chyba że prasę naukową związaną ze swoją dziedziną. Przy bliższym poznaniu okazała się cholerną nudziarą.

-E-mail z ankietą do Pani już wysłany.

-Dziękuję, do zobaczenia.

Wieczór.

-Pomożesz jej w lekcjach? Niczego nie kumam z tego polecenia. Dzisiaj znowu był problem w szkole i jechałam na złamanie karku. Chcę się przejść. Wziąć Ci coś z osiedlowego?

-Pomogę, daj. Niczego nie potrzebuję. Spotkałam dzisiaj dziewczynę, doktorantkę. Wysłała mi ankietę do wypełnienia. Trzeba napisać zakończenie. Tak jest w poleceniu do zadania.

-Znowu będziesz trąbić po ludziach o naszych sprawach?

-Tym razem zatrąb Ty, jeśli potrafisz.

-Ty jesteś specjalistką od kreowania fikcji literackiej.

-Nie powiedziałam, że się tym zajmę.

-Ale nie odmówiłaś. Podczas wywiadów dla studentów byłaś już bezdomną, schizofreniczką, bezrobotną, ojcem rodziny. Kim jeszcze nie byłaś? Osiedlowa Matka Teresa. I po co Ci był ten doktorat?

-Idź już, nie nakręcaj się.

-Udostępniłam Twoje teksty znajomemu. Był nimi zachwycony.

-I kto tu pierze publicznie nasze brudy?

-Uważaj na niego, jest kobieciarzem. Będzie starał się Ciebie uwieźć. Prosił o więcej tekstów.

-To mu je daj. Jestem odporna na działanie męskich hormonów szaleństwa.

-Może na swojej drodze nie spotkałaś nikogo, kto byłby zdolny do uwiedzenia Ciebie.

-Wiesz, nie pokazuj mu więcej tekstów. Niech sam kombinuje, gdzie i jak je znaleźć.

 

 

 

 

Patynowa Pani Domu. Od kuchni

W piątkowy wieczór Twój image raczej rozmywa się z klasycznym wizerunkiem kogoś ubiegającego się o miejsce na okładce pisma przeznaczonego dla wymagającego czytelnika o odpowiednich zasobach materialnych. Postanawiasz w tym czasie nie przyjmować gości, zresztą kto po zajechanym tygodniu pracy chciałby Cię odwiedzić. Pewnie niewielu nawet zauważy, że rozpoczął się weekend. Wpadasz więc na pomysł, że oszczędzisz sobie jutro troski o żołądek i już dziś przygotujesz coś na wzmocnienie ciała i ducha. Wybór pada na krem z dyni ze względu na ogólną dostępność składników i stałą rezerwę przypraw niezbędnych do przygotowania sezonowego specjału.

Przynosisz z ganku Jej Pulchność Dynię z rodu Hokkaido („dobra na frytki, na zupę, zapiekana, zasmażana i duszona. Tylko pestek proszę nie jeść; są niesmaczne”). Jest lodowata. Po pierwsze trzeba ją pokroić. Rozpoczynasz dzielenie warzywa na części, co nie należy do łatwych czynności ze względu na jego kształt oraz specyfikę miąższu. Mocujesz się mimo to. Nie chcesz przecież umrzeć z głodu. Żyjesz w miejskiej dżungli, trzeba sobie radzić. Każdy nóż wydaje się zbyt tępym narzędziem, by rozprawić się z jedną niewinną dynią i podzielić ją najpierw na duże cząstki. Ostrzyż zatem nóż. Próbujesz kroić. Bach! Są cztery kawałki. Punkt dla Ciebie. Jeszcze raz wbijasz ostrze noża w kawał dyni. Bach! I czerwona ciecz zdobi deskę (do krojenia warzyw, aby było jasne). Usiłujesz zatamować krwotok. Nacięcie jest zbyt głębokie, by pomogła woda utleniona (gdzieś tu ją schowałaś, niemożliwe, że nie ma. Przecież ostatnio była) i zwykły plaster z opatrunkiem. Przerywasz kuchenne szaleństwo. Opatrujesz krwawiącą ranę. Znalazłaś dwa gaziki. Przykładasz. Słabo. Notatki i zapiski do bloga mają specjalne miejsce w Twoim królestwie. Pełnią rolę podnóżka skrzyżowanego z kamerdynerem. Myśli i motywy są zapisane wszędzie w trosce o słabą pamięć. Część z nich zostaje opryskana na czerwono. To nic takiego. Sporządzisz nowe notatki. Widocznie tamte pomysły nie były do wykorzystania. Wykonując mini akrobacje ucinasz potrzebną ilość plastra z opatrunkiem. Doraźnie pomogło. Nie da rady kontynuować prac z nieczynnym palcem wskazującym. Jutro też jest dzień. Dziś idziesz spać bez kolacji w ramach duchowej łączności z krajami Trzeciego Świata.

Całuchy-kluchy!

One. M.

-Zmieniłaś numer telefonu?

-Tak, nie dawała mi spokoju. Nie chciałam, aby szła po moich śladach i szkodziła mi szarpiąc dobre imię. Choroba coraz bardziej oddala ją od społeczeństwa. Dzieje się tak od ładnych dziesięciu lat.

-Poznałam ją, gdy sprzedawała w sieci własnoręcznie uszyte obrusy i serwety. Chciała dorobić, pomóc rodzicom. Oszczędności pochodzące z wyjazdu za granicę szybko topniały, dlatego postanowiła wziąć sprawy we własne ręce i sprzedawać coś swojego. Raczej nie było z tego kokosów. Potem za wikt i opierunek zamieszkała z dziadkiem, który nie wymagał całodobowej opieki, lecz delikatnego nadzoru. Gotowała mu, przynosiła zakupy, pilnowała wizyt lekarskich. Dzięki temu rodzina miała dwoje niepełnosprawnych z głowy.

-Co z jej doktoratem?

-Otworzyła przewód i na tym poprzestała. Promotor okazał się wyrozumiały, ale to nie pomogło. Choroba sprawiła, że M. nie łączyła zdarzeń w całość. Jednocześnie silne zaburzenie osobowości pokazało, że nie była zdolna do zrobienia np. prawa jazdy, a w jej przypadku to konieczność. Prace badawcze i projekty na odludziach. Wyjazdy zagraniczne na stypendium (trzeba było zaliczyć co najmniej dwa) też nie wchodziły w rachubę. Na początku drogi naukowej do interesu trzeba dokładać. Dziadek zdecydował się pomóc M., ale ona przepuściła otrzymane od niego pieniądze. Własnych nie potrafiła zatrzymać przy sobie. Co zarobiła, to rozdała innym w potrzebie. Była wykorzystywana.

-Czym obecnie się zajmuje?

-Jest zdiagnozowana. Mieszka przy rodzicach. Nie otrzymuje renty, ponieważ nie pracowała zawodowo za wyjątkiem sieciówki, w której dorabiała na zlecenie krótko po ukończeniu studiów i przy zbiorach w szarej strefie. Nadal zakłóca porządek publiczny. Wzywa służby. Sieje zamęt. Ze względu na epizody choroby psychicznej nie może podjąć stałej pracy. Ostatnio podobno zostawiła garnek na gazie, po czym wyszła z domu nie zamknąwszy drzwi. Na szczęście matka wróciła odpowiednio wcześnie i ugasiła ogień. Nic się nie stało tym razem. Rodzice są bezsilni. Starają się o sądowe ubezwłasnowolnienie M.

-Mam jedno nasze wspólne zdjęcie, to z Okęcia. Jesteśmy na nim we trzy. Pamiętasz?

-Tak, poleciałyście do Moskwy, aby przejechać się koleją transsyberyjską. Beze mnie. Chciałyście szukać szamanów, a ja się bałam, dlatego nie pojechałam. Poza tym nie miałam pieniędzy. Odprowadziłam Was do samolotu. Tamta podróż miała być początkiem wielkiej przygody.

-Ale nie była. W trakcie przemierzania Rosji doszło do dziwnych sytuacji. M. nie dawała rady unieść ciężaru wiedzy, która przed nią została odsłonięta. Po powrocie do Polski okazało się, że jest totalnie spłukana. Pieniądze na wyjazd pożyczyła od kogo się dało. Nie bardzo miała jak zwrócić. Problemy zaczęły narastać. Resztę już znasz. Od tamtego czasu nasze stosunki się ochłodziły.

-Któregoś razu wyrzuciła mnie z domu. Wtedy pomyślałam, że coś się dzieje. Może dlatego zaczęło się psuć, że w porę nie zareagowałyśmy?