Patynowa Pani Domu. Bez paniki. To tylko święta

Jest dobrze. Masz co jeść i gdzie spać. Jutro będzie podobnie. Poza tym nad głową nie świszczą kule. Jest naprawdę dobrze. Jemioła nie zawisła nad stołem ani w żadnym miejscu, które oznaczyłaś jako własne. Paczuszki z upominkami stoją tam, gdzie zwykle. Nie zapominaj, że Ty też jesteś prezentem. Ty oraz inni, z którymi spotkasz się przy wspólnym stole podczas nadchodzących świąt. Wasza obecność, dar spotkania i dobrego słowa.

Zapasy jedzenia zrobisz w najbliższych dniach. Może wystarczy Ci na orzechy, bo o pieczonych kasztanach zapomnij. Przynajmniej na razie. Okna są nieumyte. O tym wiesz głównie Ty. Innym ta wiedza nie jest potrzebna. Uspokój się. Wystarczy, że wyniesiesz śmieci, pozmywasz naczynia, zbierzesz wyschnięte pranie i już Twoje autonomiczne imperium znajdzie się w anturażu nieco innym niż zwykle. Powiedzmy świątecznym.

Uroda jest dla Ciebie kwestią nadrzędną. Zwykle wyglądasz en vogue, dlatego w najbliższych dniach możesz skorzystać z odpoczynku od świetnego looku i pozwolić, by inni błyszczeli niczym gwiazdy na niebie. Pod warunkiem, że nie będzie londyńskiej mgły. To zjawisko pogodowe według niektórych charakteryzuje się niepospolitą urodą. Wiatr nie sieje, blask nie grzeje, jak mawiano w tradycyjnych domostwach, w których sprawa wychowania i manier była kwestią nadrzędną, stanowiącą o bogactwie panny na wydaniu. Dlatego ze swoją urodą pozostań w ukryciu. Przynajmniej w towarzystwie.

Jeśli nie lubisz ryb pod każdą postacią, to ich nie spożywaj (pod każdą postacią). Jeśli nie znosisz kapusty z grochem, to zostaw ją np. kurom. Może Ci coś opowiedzą po północy. Mogą Cię też zrobić w jajo. Jeśli picie czerwonego barszczu stanowi dla Ciebie formę kary, zaprzestań tego. Jeśli dania zawierające kiszoną kapustę nie należą do grupy przysmaków preferowanych przez Ciebie, nie nakładaj ich na talerz. I pamiętaj: święta są po to, by się nimi cieszyć. Bądź dobra dla innych i dla siebie albo taka, jaką chciałabyś być.

Całuchy-kluchy!

 

 

Patynowa Pani Domu. Sylwester. Fit sylwetka

Otrzymujesz sporo pytań dotyczących utrzymania fit sylwetki. Dlatego dzielisz się radami z tymi, którzy uznali, że w tym roku do sylwestra raczej nie zdążą, a po Nowym Roku ponownie podejmą wyzwania. Tak się składa, że od wielkiego grzmotu odwiedzasz siłkę i salę fitness o różnych porach roku i dzięki temu wiesz, ile w praktyce oznaczają owe postanowienia w stylu „schudnę”, „zmotywuję się do pracy nad sobą”, „pakerka dwa razy w tygodniu (plus pilates na początek). Potem nadciąga lato, które może trwać od połowy marca do października, jak się okazuje, i nagle zdajesz sobie sprawę, że nie zmieścisz się w kostium kąpielowy sprzed roku ani w spódnicę kupioną w outlecie na wypadek, gdybyś zrzuciła zbędne kilogramy. A swoją drogą, skoro je masz i ciężko na nie pracowałaś, to oznacza, że są niezbędne. W drugiej połowie grudnia dochodzisz do wniosku, że w kreację sylwestrową, w której miałaś wyglądać zjawiskowo, też się nie zmieścisz. Co zatem robisz? Pijesz ogromne ilości wody z cytryną? Jesz tylko ciemne pieczywo i spontanicznie przechodzisz na dietę vege? Spożywasz wyłącznie fit słodycze albo nieprzetworzone produkty? Nic z tych rzeczy. Zwyczajnie kupujesz suknię w rozmiar większą i sprawę uważasz za załatwioną. Zapominasz o dietach cud. Nie oglądasz kanałów modowych z wychudzonymi modelkami na wybiegach. Nie surfujesz po stronach zawierających receptury na tradycyjne potrawy serwowane podczas świąt. Nie szukasz kompulsywnie trenera osobistego. Nie umawiasz się z nim na treningi. Na kawę i pogaduchy owszem. I na sałatkę, a najlepiej cały obiad składający się z przystawek, dania głównego i deseru. O zmianie nawyków żywieniowych pomyślisz w stylu Scarlett O’Hary. Jutro też jest dzień. Bez względu na to, ile pracy włożysz w wymarzoną fit sylwetkę, sylwester się odbędzie. Wracając do odpowiedzi na pytania o wyrzeźbione ciało, mówisz to, co zwykle „kto się nie spodoba na brudno, to na czysto trudno”.

Całuchy-kluchy!

 

 

Patynowa Pani Domu. Nie

W odpowiedzi na namolne pytania zainteresowanych (a może tylko ciekawskich) o sposób spędzania świąt Bożego Narodzenia postanawiasz zamieścić kilka zdań na ten temat. Podejmujesz wyzwanie jak co roku: niechaj przedświąteczny amok przynajmniej Ciebie ominie. I każdego roku sytuacja się powtarza, tzn. są ponawiane pytania o to, gdzie i z kim przeżyjesz ten czas. Gdybyś miała do wyboru tańczenie salsy na wyspie jak wulkan gorącej, albo pojenie się naparem z jagody moroszki w krainie na czerwono ubranego staruszka z wielkim brzuchem, albo popijanie drinków z palemką z widokiem na zatokę, w której obok surferów pływają rekiny, z pewnością nadmieniłabyś o tym w rozmowach z coraz liczniejszymi interlokutorami. Na szczęście nie masz dylematu, co wybrać i jak się ubrać oraz czy dodatkowe klapki pod prysznic zmieszczą się w bagażu podręcznym. Oto antydekalog świętowania stworzony na potrzeby ciekawskich. Pozostałych (ewentualnych) zainteresowanych odsyłasz do poniższego tekstu. I tak podczas przedświątecznej gorączki:

  1. Nie upieczesz pierników, kruchych ciasteczek, orzeszków, muffinek oraz żadnych innych słodkości.
  2. Nie ubierzesz drzewka choinkowego ani nie przygotujesz świątecznych dekoracji.
  3. Nie przyrządzisz ryb pod żadną postacią (wszystkie ryby są fe!!!).
  4. Nie wybłyszczysz mieszkania.
  5. Nie wypucujesz zastawy stołowej.
  6. Nie przystroisz gospodarstwa gałązkami jemioły.
  7. Nie wybierzesz się na mega zakupy do galerii handlowej, aby poczuć drenaż portfela.
  8. Nie wpadniesz w panikę z powodu braku nowych ubrań na okazje spotkań przy rodzinnym stole.
  9. Nie przyjdzie Ci do głowy pomysł podania obiadu składającego się z trzech dań z przystawkami.
  10. Nie będziesz robić niczego, na co najzupełniej nie masz ochoty.

Całuchy-kluchy!

Notatki

Spoglądam do kalendarza i nie wierzę, że to już połowa grudnia. Zmęczenie ścina mnie z nóg. Każdy poranek to zmaganie się ze sobą. Nierówna walka, w której nie można stanąć po danej stronie, bo taka jest tylko jedna. Wstajesz, wychodzisz i dzięki temu wygrywasz. Nawet jeśli o mały włos nie zostałaś potrącona przez rozpędzony samochód na przejściu dla pieszych. Na szczęście na zewnątrz był mróz, więc przebudziłam się na dobre zaraz po wyjściu z domu. To mnie uratowało. Wygrałam zatem podwójnie. Po pierwsze stoczyłam bitwę z przemęczeniem. Pokonałam je przy pomocy ogromnej siły woli. Po drugie zachowałam zdrowie i życie dzięki refleksowi oraz dobrej kondycji.

Wchodzę w tryby. Wycinam. Docinam. Kleję. Mocuję. Układam. Niechaj to przypomina coś, co z założenia ma być dekoracją. Postępuję wbrew sobie. staczam kolejną walkę. Jeszcze trochę. Jeszcze trochę wytrzymam. Nie chcę więcej dekorować, kupować, mierzyć, odkładać, przekładać, zastanawiać się, toczyć bojów z klientami. To nie mój świat. Nie mam siły tłumaczyć, dlaczego wybrałam podążanie inną ścieżką. Nie doklejam do tego żadnej schizofrenicznie propagowanej ideologii, minimalizmu, walki z plastikiem, światowym zużyciem wody itp. Nie jest moją podstawową troską, co postawię na świątecznym stole ani czym udekoruję mieszkanie, lecz kogo do niego zaproszę oraz z kim usiądę przy stole. Co przeczytam i co obejrzę oraz czy nie zrobi mi to papki z mózgu. Czy następnego dnia wstanę z łóżka i pokonam codzienność? Czy zachowam tożsamość?

Patynowa Pani Domu. Prezenty

Uwielbiasz spacerować wieczorami w grudniu, szczególnie gdy mocno wieje. Jest wtedy przenikliwie zimno, a Ty odczuwasz to w każdej komórce własnego ciała. Wędrówki podczas zimnych dni ładują Cię energetycznie i sprawiają, że zaczynasz myśleć konstruktywnie. Planujesz wyjazdy, zakupy, popołudniowe zajęcia… Taki obraz grudnia znajduje się głównie w sferze Twojej wyobraźni, ponieważ rzeczywistość skutecznie go odczarowuje. Co roku czekasz na grudzień i co roku on wygląda podobnie. Właściwie rozpoczyna się już w listopadzie wraz z przedświątecznym amokiem w galeriach handlowych, które prześcigają się w pomysłach na prezenty w atrakcyjnych cenach (nota bene odkąd żyjesz jeszcze nie spotkałaś się ze stwierdzeniem, że zakupy prezentowe kosztują za dużo). Wtórują im mali wytwórcy, garażowcy, a la artyści oraz lokalsi usiłujący przedstawić swój pomysł na obdarowanie kogoś wyprodukowanymi przez siebie gadżetami. Niekiedy owe gadżety są kupowane po cenach hurtowych, a następnie sprzedawane po detalicznych. Do tego dochodzą usługodawcy. I tak mamy propozycję skorzystania z masażu albo zabiegów pielęgnacyjnych w pakiecie.

Od listopada przynajmniej jedno Twoje popołudnie w tygodniu wygląda mniej więcej tak: pomożesz mi coś wybrać dla…? Pomogę. Właściwie rodzince już kupiłam, ale dziewczyna brata będzie u nas i nie wiem, co jej kupić. Może książkę? Książkę już ma. A nie przeszłabyś się ze mną do… Poszukałybyśmy czegoś. Jasne, że tak. Kiedy idziemy? Dzwoniłam do sklepu ze sprzętem AGD. Powiedzieli, że blendery przyjdą najpóźniej na początku przyszłego tygodnia. Pójdziesz ze mną, dla pewności, żeby nikt mnie nie wyrolował? Pójdę do towarzystwa. Znasz mój stosunek do prowadzenia domu oraz do posługiwania się nowinkami z półki AGD. Chodzi mi o to, żebyś robiła dobre wrażenie. Nie ma sprawy. To się na pewno uda. Jak placki ziemniaczane.

Kiermasze rękodzielnicze, pchle targi, jarmarki ze stoiskami we wszystkich kolorach, jakie stworzyła paleta barw dla popularnej marki kosmetycznej odwiedziłaś ostatnimi tygodniami kilkakrotnie. Głównie turystycznie wspólnie z D., która nie mogła zdecydować się, kogo czym obdarować i wreszcie uznała, że najlepszym prezentem dla bliskich będzie przygotowanie upominków samodzielnie. Ba! Nareszcie! Telefon: nie masz czegoś na chacie, czegoś nieprzydatnego, z czego można zrobić coś, co się przyda? Mam kilka wstążeczek w nasyconych barwach, kolorowy papier, muszelki, dziurkacze w rozmaitych kształtach. Wymieniać dalej? Kartki świąteczne zamierzam z tego zrobić. A nie zrobiłabyś i dla mnie kilku? Coś wymyślimy. Ilu potrzebujesz?

Całuchy-kluchy!

Notatki. Przedświąteczna gorączka

Budzę się w środku nocy i po omacku włączam radio. Pierwsza informacja, która dociera do mnie na wpół sennej, dotyczy śniegu lekko prószącego gdzieś na południu Polski. Następnie dowiaduję się, ile osób zamarzło w ciągu ostatnich kilku tygodni z powodu wychłodzenia organizmu. Słyszę auta odjeżdżające z parkingu. Spoglądam przez okna. Ktoś skrzybie samochód, kto inny nerwowo gestykuluje. Nie może odpalić. Wracam do łóżka. Przymykam oczy. Słychać budzik. Od tej pory moje życie wplata się w tryby maszyny, która mnie zmieliła, przyprawiła trucizną z dodatkiem glutaminianu monosodowego i przeznaczyła na fastfood. Po drodze znowu widzę martwego szczura. Dostrzegam symbole, ale nie rozumiem ich znaczenia w kontekście własnego życia.

Popołudnie. Mgła osnuwa ziemię. Śniegu wciąż nie ma. Szamańskie prognozy kolejny raz nie sprawdziły się.

Uciekłam ze sklepu. Zobaczyłam, co się tam dzieje i uciekłam wrzuciwszy wpierw do koszyka porcję sera z orzechami oraz dwie zgrzewki wody mineralnej. Konsumenci niemalże wyrywają sobie towar z rąk celowo trącając się wózkami. Tak ma być do końca grudnia, jak dowiaduję się od obsługi. Klienci głównie krzyczą na pracowników sklepu albo ponaglają ich i tak błyskawicznie poruszających się z towarem pomiędzy półkami. Są amatorzy zakupów, którzy nie znają położenia produktów oraz nie potrafią porównać ich cen. Czytanie ze zrozumieniem oraz znajomość topografii sklepu to dla nich wyprawa na Kaukaz. Dla mnie samo obserwowanie tego zjawiska jest niczym przeprawa przez amazońską dżunglę. Współuczestniczę volens nolens w Armagedonie. Jestem w samym jego epicentrum. Usiłuję przestawić się na tryb off. Nie słyszę, jak z jednego rogu sklepu ona wrzeszczy do niego, aby wziął o jedno opakowanie pasztetu więcej, a on jej odkrzykuje: zwykłe czy z kary. I dorzuca: zobacz jeszcze te okulary z reniferkiem, dla Zochy weź okrągłe, a dla nas z brokatem, ale pospiesz się, bo mało zostało.

Na nowo uczę się pisać przy muzyce poznając inny rodzaj ciszy.

One. F.

-To Pani gabinet? Trzeba przyznać, że jest gustownie urządzony.

-Nie, podnajmuję go. Pracuję jeszcze w kilku miejscach. Jeżdżę też do klientów do domów, ale tylko do sprawdzonych. Grafik mam tak ustawiony, że obsługuję stałe zamówienia. Doliczam kilometrówkę.

-Dziewczyny z reprodukcji spoglądają na nas tak, że czuję się, jakbym była jedną z nich.

-Nawet nie zwróciłam uwagi. Nie jestem wybitnym znawcą malarstwa.

-Ja też nie, ale akurat obrazy tego twórcy są charakterystyczne, dobór kolorów, sposób, w jaki patrzy na kobiety. Chciałabym, aby ktoś mnie kiedyś taką namalował.

-Przyjechała Pani na wypoczynek?

-Coś w tym rodzaju. Raczej po to, by nabrać dystansu do pewnych spraw. Odreagować silny stres, trochę się go nazbierało ostatnimi czasy.

-Tutaj są mocne przykurcze. Ja tego nie rozmasuję podczas jednego seansu, ale dam Pani wskazówki do samodzielnej pracy. Nie zaszkodzi pokazać się fizjoterapeucie.

-Nie zauważyłam.

-Pokażę Pani. Proszę luźno trzymać rękę. Jeszcze luźniej. O, tutaj jest mocny i biegnie tędy.

-Ok, coś zrobię w tym kierunku. Pani jest miejscowa?

-Tak, sprowadziłam się tu kilka lat temu.

-Gratuluję świetnej figury.

-Zmieniłam dietę. Wzięłam się za siebie. Zdobyłam uprawnienia na instruktora fitnessu. Jestem po fizjoterapii, ale mam też skończone różne kursy.

-To z pewnością wzmocni Pani pozycję na rynku, który w tej dziedzinie jest bardzo konkurencyjny.

-Ma Pani rację, lecz na dobrego specjalistę ciężko trafić. Sama mam z tym problem, gdy potrzebuję pomocy. Na szczęście jest w okolicy ktoś sprawdzony.

-Córka pójdzie w Pani ślady?

-Nie sądzę, ona ma zapędy do układania włosów, kosmetyków. Nie będę jej tego wybijać z głowy. Kiedyś myślałam, że u niej to przejściowe, ale widzę, że z wiekiem się nasiliło.

-Ojciec młodej co na to?

-Mieszkamy same. Jeszcze z moją mamą. Wybudowałyśmy dom wspólnymi siłami. Zaczęło się od tego, że przyjechałam tu kiedyś z przyjaciółką na wakacje i zażartowałam, że mogłabym zamieszkać w tym mieście. Okazało się wkrótce, że rodzice kupili działkę i rozpoczęli budowę domku. Wyliczyli, że będzie taniej, jeśli postawimy coś swojego. Będzie baza na urlop i na wypady. Życie się tak ułożyło, że urodziłam córkę, którą samotnie wychowuję. Pomaga mi mama. Jest już na emeryturze. Dorabia księgowaniem. Żyjemy tu we trzy i bardzo się kochamy. Młoda ćwiczy na nas swoje pomysły na fryzury. Ja ćwiczę masaże na nich obu, a mama prowadzi moją działalność i domowy budżet od strony księgowej. Uzupełniamy się. Przed laty zaczęłam tutaj życie od nowa. Nie żałuję.

-Pani cały czas w ruchu?

-Staram się. Prowadzę zajęcia na siłowni, z fitnessu. Jestem w trakcie robienia uprawnień na trenera personalnego. Lubię kontakt z ludźmi oraz to, co robię. Chciałabym to wszystko jakoś powiązać. Wiosną i latem jeżdżę na rowerze. Czasami wyskoczę na krótki urlop, ale nie na długo. Wraz z dietą zmieniłam nastawienie do życia. Pomogło.

 

Patynowa Pani Domu. Czas dla siebie

Docierasz na miejsce. To nic, że pada. Jutro ma być bezdeszczowo i wietrznie, a więc tak jak uwielbiasz. Otrzymujesz kwaterunek. Cena adekwatna do warunków. Metraż pokoju odpowiedni dla osoby o Twoich gabarytach. Czy K. by tutaj się zmieściła? Owszem, w kabinie prysznicowej oraz w szafie są miejsca. Zamykasz drzwi, po czym automatycznie sprawdzasz ogrzewanie. Niektóre żeberka nie działają. To nic, najwyżej na piżamę narzucisz bluzę, a na kołdrę koc i jakoś przeżyjesz. Duże okna od strony wschodniej. Są rolety. Również w wyodrębnionym kącie z przeznaczeniem na toaletę. Nie potrzebujesz luksusu, poza tym zaplanowałaś krótki pobyt, więc wygody nie są niezbędne. Drewniana podłoga na zewnątrz cudownie skrzypi. W aneksie kuchennym można przygotować skromne posiłki, choć jest tylko kuchenka z jednym palnikiem oraz czajnik. Na półce znajdujesz trzy kubki i kilka filiżanek z miśnieńską ornamentyką. Tobie wystarczy jeden plus filiżanka. Rekwirujesz je w trybie natychmiastowym, zwłaszcza że dom jest pełen gości, więc liczba kuchennych naczyń może zaraz się zmienić. Mówiłam, zabierz ze sobą przynajmniej kubek i sztućce.

Wychodzisz na obchód okolicy, bliższej i dalszej w poszukiwaniu miejsc, w których możesz zatrzymać się na chwilę i zastanowić nad realizacją pomysłów. Dlaczego większość właścicieli knajp oszczędza na ogrzewaniu? Jaką przyjemność mają klienci ze spożywania posiłków w zimnych lokalach? Nie liczysz ponownie gwiazdek pod szyldem hotelu. Kto je w ogóle przydziela i według jakich kryteriów? Na salach konsumpcyjnych jest zimno, a potrawy nota bene trzeba prędko spożywać, bo stygną w lamparcim tempie. Z rozrzewnieniem wspominasz swoją dziuplę, własne kubeczki oraz serwowaną w nich herbatę. Myślisz o gorących i chrupiących plackach ziemniaczanych prosto z patelni, polanych śmietaną lub sosem czosnkowym własnej produkcji. I pomyśleć, że hotel zatrudnia kucharza z doświadczeniem. Wzdychasz i wracasz do noclegowni. Może już się nagrzała. Jest wieczór. Weźmiesz szybki prysznic i spędzisz wieczór przed telewizorem otulona w kocyk i w swoje marzenia. Zadzwonisz do rodzinki. Opowiesz, jak się masz. Opuszczasz rolety. Jedna z nich się pruje. Chwytasz mocniej za sznurki. Roleta spada. Próbujesz ją zamocować. Nie udaje się. To nic, i tak nie byłaby potrzebna. Pokój mieści się na piętrze. Świecisz światło w łazience. Migoce, ale jest. Szykujesz ręcznik i inne akcesoria potrzebne do kąpieli. Żarówka wciąż migoce. Wchodzisz, zasuwasz drzwi i… światło gaśnie. Wychodzisz. Podnosisz rolety. Bezchmurne niebo. Pełnia księżyca. Będzie, co ma być. Zapamiętujesz układ pomieszczenia i wyobrażasz sobie, że bierzesz udział w zmaganiach na oszczędność czasu i miejsca pod prysznicem. Czujesz się jak modelka z obrazu G. Klimta kąpiąca się w księżycowej poświacie.

Całuchy-kluchy!

Notatki

Nie wiem, czyja to zasługa. Może deszczu, albo ogólnie pogody, albo etapu roku, albo życia, albo głębokiej potrzeby zweryfikowania oczekiwań. Czasami zastanawiam się, jak wyglądałoby moje życie, gdybym była np. ekscentryczną milionerką. Wychodziłabym wtedy ze swojego domu nadgryzionego zębem czasu głównie po to, by zająć się roślinkami. Miałabym ich mnóstwo. Całą oranżerię. I na pół dziki ogród, a w nim hamak rozwieszony pomiędzy starodrzewiem. Pisałabym i wydawała książki pod pseudonimem, żeby nie było. Nosiłabym dżinsy, martensy i ubierała się zależnie od pogody, w stylu fanów Pearl Jam. Ze światem zewnętrznym komunikowałabym się głównie przez łącze internetowe, może z paroma wyjątkami. Jesteś jednym z nich.

Rozmawiałyśmy wielokrotnie o tym, jak wyglądałby Twój dom, do którego przygarniesz udręczonych, a więc tych, którzy o to poproszą. Jestem człowiekiem małej wiary. Nie możesz mieć mi za złe, że nie podtrzymuję Twojego planu stworzenia wspólnoty nie podejmując tematu ani nie biorąc udziału w poszukiwaniach miejsca. Poddałam się na długo przed tym, zanim Ty we mnie uwierzyłaś. Nie możesz mieć mi za złe, że kilka razy do roku zamykam się przed ludźmi i światem zewnętrznym, dając sobie prawo i czas do poskładania w jedną całość kawałków roztrzaskanego przez siebie świata. Wiem, że mnie z tym nie zostawisz i uzbrojona w taką wiedzę mogę ruszyć do przodu, nawet jeśli czuję się, ostatnio zaskakująco często, jak rozjechany placek. Swoją drogą ciekawe, jak może czuć się rozjechany placek z rodzynkami. Tak samo jak z wiśniami, powiedziałabyś. A teraz pożegnajmy się, ja wrócę do siebie i cichutko zamknę drzwi, zanim z hukiem rozpadnę się na kawałki.

Nieruchomość na sprzedaż

-Jeśli się zdecydujemy, zadzwonimy do Pani. Może w przyszłym tygodniu.

-Wolałabym wcześniej. Dom cieszy się sporym zainteresowaniem. Mogę dać Państwu czas do piątku, do wieczora.

-W takim razie dziękujemy Pani za poświęcony czas. Nie jesteśmy zainteresowani tą nieruchomością.

-To ja dziękuję. Do zobaczenia.

Gdy pracownica biura nieco się oddaliła, ona wyraźnie odetchnęła z ulgą.

-No, kolejny nic nieznaczący gniot. Tracimy czas. Zmieńmy agencję lub zacznijmy czegoś szukać na własną rękę.

-Dlaczego od razu ją pogoniłaś? Widać było, że się starała. Mogłaś chociaż udawać zainteresowanie. To już czwarta oferta, którą odrzucasz po prezentacji.

-Tu się nie da mieszkać. Widziałeś te wszystkie słodkie pierdy, kominek, iglaki w ogrodzie, korę przed domem. Wszędzie to samo. Wyczułam dziwny nastrój w tym miejscu. Nie chciałabym tu zamieszkać, a już na pewno niczego bym nie napisała, może z wyjątkiem ogłoszeń.

-Można byłoby go nieco przerobić. Na Twoje potrzeby.

-Prędzej zbudowalibyśmy nowy. A gdzie miejsce na Twoją pracownię? Nawet porządnej piwnicy nie ma, dobrze oświetlonej, z osobnym wejściem. Poza tym małżeństwo, które wybudowało ten dom, właśnie się rozwodzi i dzieli majątek. Chcesz wprowadzać się do miejsca, które od początku jest przeklęte? Jeśli tak, w tej okolicy jest cała masa takich domów.

-W naszym gniazdku na poddaszu robi się ciasnawo. Rodzice są tolerancyjni, skłonni dołożyć do remontu, ale sama rozumiesz.

-Ty nie rozumiesz, a rodzice nie są tolerancyjni. Nazywajmy rzeczy po imieniu. Wymarzyłam sobie stary dom z oknami wychodzącymi na stronę zachodnią, podpiwniczony, z werandą i patio, na której będę pić espresso podczas mroźnych poranków. Ty będziesz mieć wydzielone miejsce na pracownię, bez naruszania strefy prywatnej. Nie możemy stale wynajmować. Od przyszłego miesiąca właściciel znowu podniesie czynsz. Jakoś tam się jeszcze mieścimy. Twoje sprzęty, biurko, komputery. Łóżko. Przeniesiemy je w jednym kawałku do nowego domu. Ciężko mi pogodzić się z tym, że ludzie przychodząc do Ciebie kładą ubrania na nasze łóżko. Mieszkanie jest niby nasze, ale walają się po nim rzeczy różnych osób korzystających z łazienki, którą głównie ja sprzątam. Głupio mi tak chodzić w szlafroku po mieszkaniu, gdy goście przesiadują do późna i rozmawiają z Tobą o realizacji pomysłów.

-Stare budynki najczęściej wymagają kapitalnego remontu.

-Są często gotowe do zamieszkania i nie trzeba od razu robić kapitalnego. Uwielbiam drewniane, skrzypiące podłogi i dekoracyjne poręcze. Aha, i dobrze byłoby, gdyby taki dom znajdował się w pobliżu cmentarza. Miałabym blisko na spacery.

-Co chcesz robić na cmentarzu?

-Poszukiwać inspiracji do opisywanych historii. I trwać w zadumie oczywiście.