Doskonale pamiętam dwa momenty, które zmieniły mój stosunek do życia. Jeden z nich nastąpił wtedy, gdy za ostatnie pieniądze kupiłam bilet do galerii starych mistrzów w Monachium, by stanąć przed obrazem przedstawiającym słynne słoneczniki pędzla Van Gogha. Wpatrywałam się w dzieło uświadamiając sobie, że dla tej chwili przyszłam na świat i od tej pory nic nie będzie takie samo. Nie było. Wróciłam do siebie z nowym postanowieniem, że nie zmarnuję ani chwili na zajmowanie się czymś, co w przyszłości nie przyniesie satysfakcji. Drugim momentem była pewność, że mój typ urody oraz osobowość nie mieszczą się w żadnych kanonach proponowanych przez media głównego nurtu, a ja mam to gdzieś, bo poradzę sobie używając mózgu.
Nie liczę kalorii w posiłkach. Tylko raz w życiu chciałam poczuć się jak osoba, która obsesyjnie się odchudza i w związku z tym jadłam tyle, by przetrwać do wieczora. Nie wytrzymałam dłużej niż dwa dni. Stwierdziłam zatem, że diety cud również nie są skrojone dla mnie. W dzień, w którym mieszkańcy kraju nad Wisłą licytują publicznie, ile kto wchłonął kalorii, szacuję, ile czasu zajmie mi przeczytanie tego, co leży po obu stronach mojego biurka. Techniki improwizacji dla profesjonalistów. Sposób na cholernie szczęśliwe życie. Losy mieszkańców tajemniczego miasteczka na dalekiej północy Szkocji z przełomu ubiegłych stuleci. Jak pisać, aby inni nas czytali. Wywiad rzeka z nieżyjącym filozofem. Jaka szkoda, że w szkołach masowych nie uczą, jak skutecznie zarządzać czasem oraz jak odróżniać sprawy ważne od pilnych.
