One

Sobotnie przedpołudnie. Z łazienki słyszę, jak krząta się po mieszkaniu. Udostępniła mi wszystkie swoje kosmetyki z uwzględnieniem mojego gustu i potrzeb. Mieli kawę, oczywiście w ręcznym młynku, bo taka smakuje znacznie lepiej. Nawet przez drzwi czuję zapach świeżo zmielonej łączący się z zapachem pieczywa prosto z piekarnika.

-Dzień dobry. I to wszystko dla nas? Ale się wyspałam.

-Dzień dobry. Dla nas. Wolisz mleko podgrzane czy może być zimne?

-Poproszę zimne.

-Za chwilę będą chrupiące bułeczki. jeszcze trochę poczekamy, aby się dobrze podgrzały.

-Nie mogę w to uwierzyć.

-W co? W bułeczki?

-Nie udawaj, przecież wiesz, o czym mówię. Siedzimy w Twoim mieszkaniu, szykujemy śniadanie, pijemy pyszną kawę. Za oknem słychać ptaki, pierwsze zwiastuny wiosny. Taki sielankowy obraz. Uwierzyłaś w to wiele lat temu, zanim ja zdążyłam zamarzyć.

-Tak, kto by pomyślał. Dwie dziewczyny z dworca czekające na nocny pociąg, których ścieżki się przecięły, ponieważ ktoś omyłkowo zakwaterował je w tym samym pokoju. Byłaś taka wściekła, choć nie dawałaś po sobie poznać. Na zajęciach prawie się nie odzywałaś, czasami stawiałaś pytania, brałaś udział w scenkach, ale  Twój wyraz twarzy wszystko zdradzał. Pamiętam, że byłaś ubrana na czarno, a na ustach miałaś czerwoną szminkę. Siedziałaś milcząca i dumna. Dopiero na krótko przed odjazdem odważyłam się Ciebie o coś zapytać. Gdy zaczęłaś odpowiadać, nie mogłam wyjść z podziwu… Rozmowa była długa, wymieniłyśmy adresy i telefony. Ale na pociąg nie zdążyłyśmy, dlatego postanowiłyśmy pojechać nocnym.

-Oj, kawa stygnie.

-Nie martw się, jest sporo w zapasie. Zaparzymy nową, jeśli będzie trzeba. Bułeczka dla Ciebie, proszę.

-Dziękuję. Mimo lat nie zmieniły nam się upodobania. Ale chyba ktoś pomylił się w zrealizowaniu naszych marzeń.

-Nie pomylił. Nic nie jest przypadkowe.

-Podobno. Ale u nas jest jakby zamienione. Ja marzyłam o antresoli, Ty – o dużym balkonie. Tymczasem Ty masz antresolę, z której korzystam do woli, a ja cieszę się balkonem, na którym wspólnie popijamy koktajle.

-Ale chyba nie masz o to żalu do nikogo?

-Nie, skąd. Nawet jestem zadowolona z takiego obrotu sprawy. A także z tego, że skończyłaś ziołolecznictwo, podczas gdy ja w młodości jedynie marzyłam o studiach na kierunku przyrodniczym. Życie pokazało, że kompletnie się do tego nie nadaję. Tylko postaraj się nie zmarnować wiedzy, którą zdobyłaś.

-Na razie dyplom schowałam do szuflady. Wiedziałam! Wiedziałam też, odkąd się poznałyśmy, że kiedyś na końskich grzbietach wybierzemy się na przejażdżkę do ruin dworku. Gdy pierwszy raz tam pojechałyśmy, był jeszcze przed remontem. Ale miałaś minę, gdy Ci powiedziałam, że widzę tam nas i nasze konie, które odpoczywają, podczas gdy my bez pośpiechu popijamy espresso z gustownych filiżanek. Przez grzeczność nie zaprzeczyłaś. Mówiłam Ci, że piękny ogród kiedyś ożyje?

-Mówiłaś też, że masz pomysł na jego rekonstrukcję. Filiżanki, z których teraz pijemy są podobne do tamtych z kawiarni.

-Wyglądają identycznie. Znalazłam je na wyprzedaży. Dworek po części został odrestaurowany. Stawy zarybione, ogrodowi powoli jest nadawany nowy kształt, choć ja bym wolała, by pozostał na pół dziki. Ile lat nas tam nie było?

-To będzie… Sporo. Lepiej uważaj, o czym marzysz, bo niektóre marzenia mogą się spełnić. Ale stare drzewa pozostały?

-Tak, czytałam, że projektant zieleni o to zadbał. Mógłby przewidzieć miejsce na zielnik, by zbierać i sprzedawać zioła. Potem ktoś otworzyłby herbaciarnię i miejsce by zarobiło na siebie. A odnośnie marzeń. Mam w zapasie kilka. Tak bym chciała, aby wystarczyło mi życia na ich mądrą realizację.

-Jesteś na dobrej drodze.

-Na to wygląda. Obie jesteśmy, a wszystkie próby prowadzą jedynie do tego, by jeszcze bardziej cieszyć się z rezultatów. Zapowiada się piękny, bezchmurny dzień. Na której klaczy chciałabyś pojechać?

-Może na Havanie.

-Ja na Mesalinie. Przedzwonić do stajni?

-Dobry pomysł.

 

Czwartek

Pierwszy widok otrząsający mnie z porannego odrętwienia to wymiociny tuż pod drzwiami klatki schodowej. Aby je ominąć, należy zrobić dużego susa albo dać mocny krok. Z zakwasami po treningu to nie będzie proste, ale mimo wszystko podejmuję wyzwanie. Udało się. Oby spadł deszcz i to wszystko zmył, myślę, a w odpowiedzi słyszę łagodny śpiew ptaków i… dzięcioła na śniadaniu. Wróciłeś, łajdaku. Teraz będzie już tylko lepiej.

Kilkanaście godzin później.

Pada i mocno wieje. Jest przeraźliwie zimno, nie spakowałam rękawiczek, więc idę coraz szybciej, by zdążyć na wcześniejszy pociąg. Postanawiam jeszcze zrobić małe zakupy. Uzupełniam zapasy herbaty. Poszukuję też nowych połączeń kulinarnych, dlatego nieco dłużej niż zwykle marudzę przy stoisku z produktami hiszpańskimi. Kupuję oliwki, białe wino oraz czekoladę do picia, którą przygotuję po powrocie. Dodam korzenne przyprawy i będę delektować się jej smakiem. Poradzono mi, aby na bezsenność pić ciepłe mleko. Saute nie przeszłoby mi przez gardło, dlatego stosuję jego kombinacje np. z dodatkiem miodu, wanilii, smakowego cukru. Mikstura działa tuż po spożyciu, a w nocy i tak nie śpię.

Podchodzę do stoiska zielarskiego. Rozglądam się za kosmetykami na bazie roślin. Zanim będę przygotowywać własne, powinnam się jeszcze wiele nauczyć. Słyszę rozmowę sprzedawcy z klientką:

-Wcale mi ten olej nie pomaga, no, może trochę na żołądek, ale zamawiam już teraz trzy butelki dla siebie i koleżanki, bo trzeba o siebie dbać, co nie? Znowu idziemy się czymś ostrzyknąć. Jesteśmy maniaczkami piękności. A ten olej niech Pani lepiej zamówi w większych ilościach. Specjalnie mówię wcześniej, aby na mnie czekał.

Kobieto, jeśli myślisz o zastrzykach z botuliną, która zawiera jad żmij, to śmiało naplujcie z koleżanką do słoika, a potem natrzyjcie się własną śliną. Mentalnie zasiadam w loży szyderców, zatem tego typu podpowiedzi nie są dla mnie czymś nowym.

-Przecież Pani jest zadbana, odpowiada sprzedawca.

-E tam, ale to nie zasługa ziół i tego, co Pani sprzedaje, tylko zabiegów. Niedługo znowu na coś pójdziemy.

Spojrzenie zielarki i delikatna zmiana w jej mimice bezcenne. Tymczasem piękność ciągnie monolog:

-Mamy z koleżanką umowę. Kilka razy do roku idziemy się upiększać. Cały czas coś ze sobą robimy. Trzeba jakoś wyglądać, no nie? O, a Pani za mną stoi. To już idę, bo Pani pewnie też po coś.

Pada mocniej. Teraz pozostało pokonanie trasy z hali do dworca. Już pewne, że nie zdążę na wcześniejszy pociąg. Nie szkodzi. Dzięki temu materiał na bloga sam się tworzy. Staję niedaleko kasy biletowej, ale jestem na tyle blisko, aby usłyszeć rozmowę pomiędzy pracownikiem kolei a klientami:

-Poproszę studencki dwa razy do stacji Szczecin Główny.

Chyba się przesłyszałam. Kasjerka w odpowiedzi na hasło:

-Jeszcze raz.

-(głośniej i wyraźniej niż poprzednio) Poproszę dwa studenckie do stacji Szczecin Główny.

Tym razem jestem pewna, że słyszałam to, co pracownica kasy:

-Jeszcze raz.

-(bardzo głośno i wyraźnie) Chciałem kupić bilet do stacji Szczecin Główny. Studencki. Dla dwóch osób. To moja legitymacja.

-Proszę Pana, my jesteśmy na stacji Szczecin Główny.

Kurtyna!

Składam podziękowania wszystkim, którzy dostarczają mi materiałów na bloga nawet o tym nie wiedząc.

Całuchy-kluchy!

 

Pełnia

Obserwuję księżyc przy bezchmurnym niebie. Jest przepiękny. Tej nocy na pewno będę mało spała. Intuicja podpowiada, abym złapała głęboki wdech, bo coś we mnie eksploduje, ale jeszcze nie na tyle, abym wzywała pomocy mojego ziemskiego Anioła Stróża (nota bene i tak się pojawił, za co dziękuję, Aniele).

Niedawna sprzeczka z recepcjonistą uświadamia mi, że głównym powodem bariery w spójnym widzeniu rzeczy są różnice w osobowościach rozmówców, a nie pełnione przezeń funkcje. Jeżeli dochodzi do wymiany zdań pomiędzy przełożonym a podwładnym, a ich rezultatem nie jest kompromis, to dzieje się tak dlatego, że jedna ze stron w żaden sposób nie może zrealizować własnych potrzeb ani dogłębnie wyrazić siebie. Komunikacja zachodzi na poziomie osobowości, a nie na poziomie funkcji.

Wracam po dniu pełnym rozgrzebanych spraw. Przez cały czas sporządzałam notatki, które zaszyfrowałam do tego stopnia, że podczas składania ich w jednolity tekst całkiem się pogubiłam. Pomysły warte zrealizowania przychodzą do głowy w najmniej oczekiwanych chwilach, szczególnie wtedy, gdy nie możesz ich zanotować. Pozostaje korzystanie z pamięci, a z nią bywa różnie, zwłaszcza u osób, które starają się nie robić niczego, w co nie wierzą. Mimo wszystko próbuję nadać słowom kształt.

Ze sklepowej półki chwytam sporą torbę makaronu. Dopiero przy kasie uświadamiam sobie, że jadłam go wczoraj i dwa dni temu. Jem dzisiaj i jutro też zjem.

Ktoś przychodzi z krótką, jak zapewnia, wizytą. Wywiązuje się rozmowa. Mówimy o planach i pomysłach na spędzanie urlopu. Na hasło Bałkany odzywają się kolce na dnie moje serca. Wspominamy. Planujemy. Sporządzamy mapę oraz listę zakupów. Włączam muzykę. Na stół wkracza rakija. Nucimy. Snujemy opowieści. Robi się sentymentalnie. Po co rozdrapywać strupy, ktoś zapyta. Po to, aby oczyścić rany, kupić plaster i być gotowym do dalszej drogi. Mimochodem spoglądam na zegar. Późno. Powinnam się położyć, jeśli kolejnego dnia nie chcę straszyć sąsiadów.

Noc podczas pełni okazuje się bezsenną. Bałkańska muzyka wraz z filmowymi obrazami jeszcze długo wybrzmiewa w wyobraźni.

Następny dzień się nie liczy.

 

Oni

– A jak długo Pan tutaj pracuje, w lesie, z dala od ludzi?
– Będzie ze 20 lat albo lepiej. Latem jest łatwiej, bo przyjeżdżają i rozkładają się z namiotami lub przyczepami. To się tu zajrzy, tam zajrzy, coś podpowie. A gdy przyjdzie koniec sezonu, można oszaleć. Ale coraz gorzej z ludźmi jest.
– Gorzej?
– Tak, hołota coraz częściej przyjeżdża. Udaję, że nie widzę. Ale nie sposób zatkać sobie uszu na to, co wygadują.
– Co wygadują?
– Wyzywają mnie. Od takich różnych, wie Pani. Co to w zakładach dla pomylonych siedzą. Może i ja jestem świrem? Siedzę tutaj cały rok, bez przerwy. Zimą i późną jesienią mam towarzystwo tylko tych trzech psów. Gadam z nimi, opowiadam im o sobie, o różnych rzeczach, o ludziach, którzy kiedyś byli na campingu. Wygarniamy sobie czasami. Widzi Pani tę sukę. Tę, co pierwsza przybiegła Panią obwąchać?

– Tak. Groźna?

– Nie, gdzie tam. Tylko tak na początku, aby poznać. Przybłęda. Jest ze mną najdłużej. Z nią najwięcej sobie gadam. A zimą, gdy mróz i w cygance napalę, to nawet ją do chaty zawołam i tak sobie siedzimy razem jak baba z chłopem. A te dwa mi podrzucili. I tak zostaliśmy. Całe moje towarzystwo. Pani pewnie myśli, że ja od wariatów uciekłem?
– Nie myślę o Panu w ten sposób.
– Bo Pani jest grzeczna. A co Pani robi na co dzień? Pracuje gdzieś Pani?
– Tak. Ile policzyłby Pan za dobę za miejsce na campingu?
– On musiałby zapłacić. A Pani miałaby wejście za darmo. Tylko niech Pani nie przyjeżdża w sezonie. Szkoda byłoby Pani na to, co się tu dzieje.

14 lutego. Święto patronów Europy, Cyryla i Metodego

Po męczącym dniu czołgasz się do prysznica. Potem padasz w szlafroku na łóżko i zamykasz oczy. Słyszysz tango notturno. Próbujesz ogarnąć resztę dnia. Budzisz się, gdy okolica jest dziwnie cicha. To już ta godzina? Na wyświetlaczu nieodebrane połączenia i SMS.

Tak, możesz wbić na herbatę. Raczej nie mam niczego do jedzenia oprócz resztek zupy. No dobrze, są orzechy i miód. Reflektujesz? O tej porze dopiero się budzę. Pożyczę Ci.

W sprzątaniu na czas przed przybyciem spodziewanych gości jesteś mistrzynią.

Miałaś zamieścić post wcześniej. Miałaś nie brać udziału w konkursach związanych z walentynkami. Miałaś nie wygrać kolejnej książki. Tym razem o tym, jak oczarować ukochaną osobę w kuchni. Na ten temat powinnaś stworzyć fotoblog lub coś w tym rodzaju.

Kolejny telefon. Ktoś potrzebuje Twojego czasu i rozmowy.

Tak, przyjdę. Przyniosę.

Jestem dumna z bycia Europejką.

 

One. Ghost writer

Kilka tygodni po maturze:

-Złożyłaś papiery tylko na jeden kierunek?

-Tak.

-I na jedną uczelnię?

-Tak.

-Zamierzasz aż tak zaryzykować?

-Tak.

-A jeśli Cię nie przyjmą?

-Wtedy będę się martwić.

-Nie można być aż tak pewnym siebie.

-Można.

-Dlaczego jesteś taka uparta?!

Gdy pięć lat później stałam z ciepłym dyplomem ukończenia wybranego kierunku studiów pod drzwiami instytutu, przypomniałam sobie tamtą rozmowę. Nie sądziłam, że nadarzy się okazja, by tej samej osobie udowodnić skuteczność swoich ówczesnych racji.

-Z tego, co pamiętam, chciałeś być krytykiem literackim.

-Kiedyś coś tam próbowałem.

-I?

-Za pierwsze zarobione pieniądze kupiłem bilet do Szwecji. A Ty?

-A ja odwiedzam sklepy ze szwedzkimi artykułami tutaj w Polsce. To z kraju wikingów masz bliżej do Sztokholmu niż ja.

-Racja.

-Kiedy o Tobie usłyszę? Publikujesz pod pseudonimem czy jestem ignorantem?

-Raczej nie usłyszysz. A jak Twoje sprawy?

-Robię to i owo, ale bez większych sukcesów.

-Da się z tego wyżyć?

-To zależy, ile kto potrzebuje. Kiedyś zaproponowano mi pracę ghost writer’a, ale nie przyjęłam tej propozycji.

-Nie żartuj. Czasami są z tego niezłe pieniądze.

-Nie chciałam ryzykować. Jeśli okazałoby się, że książka odniesie sukces i zdobędzie nagrody, jak potem udowodniłabym, że brałam udział w jej tworzeniu.

-A skąd pewność, że otrzyma nagrody i odniesie sukces?

-A skąd Twoje przekonanie o tym, że nie odniesie sukcesu i nie zdobędzie nagród?

 

One

– Nie pamiętasz już, jak przed laty toczyłyśmy rozmowy o tym, jak będzie wyglądać nasze życie? Miałyśmy realizować się w pisaniu oraz wypełniać czas dobrą literaturą, wyśmienitym jedzeniem, muzyką, pięknem i podróżami. Nic z tego nie zostało zrobione. Nic. Żyjemy inaczej, ale to nie jest podłe. Zmieniły się okoliczności na Twoje wyraźne życzenie. Choć przyznaję – obie spieprzyłyśmy sprawę.
– Napisz książkę. Napisz. Będzie się dobrze sprzedawać. Można będzie dołączyć do niej informacje o charytatywnych SMS-ach, które mogłyby pomóc np. mojemu dziecku.
– Odpada. Jakiekolwiek włączanie się ze mną w tego typu akcje odpada. Twoje dziecko ma rodziców, matkę i ojca. Zresztą i tak nie napiszę niczego, co by się sprzedawało.
– Zostałam sama ze wszystkim, sił coraz mniej.
– Byłaś sama jeszcze wcześniej, przez cały czas trwania swojego nieudolnego małżeństwa. Nie zaprzeczaj.
– Czasami chciałabym trzasnąć drzwiami i… zacząć od nowa.
– Cholera, wszystko jest możliwe. Tylko pieprznij nimi w końcu, ale tak, aby się ościeżnice rozleciały.

Barista

-Widzę, że drużyna kawiarni powiększyła się o nowe siły. Świeże i witalne. Ciekawe, co wniosą.

-Tak, pracuję tu od niedawna. Skąd Pani wie?

-Bywam u Was dość regularnie, najczęściej wkrótce po otwarciu albo tuż przed zamknięciem. Mocnej kawy wyłącznie z mlekiem potrzebuję jednakowo bardzo o każdej porze.

-Tym bardziej cieszymy się, że mogliśmy spełnić Pani kawowe marzenie.

-Nie ma kolejki, więc trochę pomarudzę. A o czym Pan marzy?

-Studiuję… Próbuję studiować socjologię. Zaocznie.

-Interesujące, ale to nie są marzenia. Zauważyłam tatuaż.

-Nic się przed Panią nie ukryje. Proszę, oto Pani kawa.

-Dziękuję. Znam ten motyw tatuażu rytualnego. To kalendarz Majów. Ale o tym pewnie Pan bardzo dobrze wie.

-To faktycznie wzór kalendarza. Pani interesuje się takimi tematami?

-Powiedzmy, że co nieco wiem.

-A wracając do marzeń to chciałbym… kiedyś wyjechać do Ameryki Południowej. Może wezmę dziekankę. Nie wiem jeszcze.

-Cudownie. Życzę Panu spełnienia marzeń. Niechaj ta praca się do tego przyczyni. Trochę przecież Pan ją lubi.

-Dziękuję. Nie myślałem o niej w ten sposób. I niech Pani marzenia też się spełnią.

-O, jakie to miłe. Pewnie będzie tak, jako Pan rzekł. Teraz pędzę na pociąg, kolejny będzie dopiero nad ranem. A noce mroźne. Mogę o panu napisać na blogu?

-Może Pani pod warunkiem, że pozwoli mi Pani przeczytać.

-Oczywiście, że pozwalam i proponuję, by Pan wziął lekcje jazdy konnej, jeśli poważnie myśli Pan o wyprawie np. do Patagonii. A po powrocie z podroży lub w jej trakcie założył bloga. Do widzenia.

-Do widzenia. Ma Pani ładne bransoletki.

-Dziękuję. Oryginalne. Z Boliwii.

 

XI Nie będziesz milczał, gdy wszystko w Tobie krzyczy

Aneks do przykazań, boskich i ludzkich. Jeśli zostaniesz pozbawiony prawa głosu, wyraź to, nawet jeżeli wydaje Ci się, że wołasz na pustyni.

Trwa Blue Monday, dowiadujesz się od innych. Dotychczas nie miałaś pojęcia, że wyznaczono najbardziej depresyjny dzień w roku. Gdyby nie fakt, że zazwyczaj masz gdzieś nazewnictwo, którym określana jest codzienna chandra, nie zwróciłabyś uwagi na prozaiczne rzeczy t.j. np. mróz i zimny wiatr, brak ogrzewania w spóźnionym autobusie, wrzask otoczenia, czyjeś nieskoordynowane posunięcia decyzyjne. To ten jedyny dzień w roku, w którym może się coś nie udać. Dlatego w drodze powrotnej do domu planujesz, o czym napiszesz na blogu (z planów nic nie wychodzi, pierwotnie miało być nieoptymistycznie), układasz zdania, frazy, wybierasz temat. Nie żałujesz, że z powodu przedłużającego się zebrania kolejny raz nie zrobisz zakupów spożywczych. W szafce masz dyżurujące pestki słonecznika, suszoną żurawinę, orzechy. To niezawodny zestaw na spóźnioną kolację. Dodaj jabłka. Zaparz ulubioną zieloną herbatę w ogromniastych ilościach. I masz ucztę, mała. Zapal świeczki o zapachu… nocnego księżyca w pełni (copywriter się postarał). Wcześniej weź aromatyczną kąpiel. Zmyj z siebie cały gnój i wymiociny kilkunastu minionych godzin. Stój pod prysznicem tak długo, aż poczujesz, że szlam z Ciebie spłynął. Otól się szlafrokiem mięciutkim jak kaczuszka. Włącz ulubioną audycję. Pomyśl o kimś, kto sprawia, że w Twoim życiu nie ma melancholijnych poniedziałków, a potem do niego napisz lub zadzwoń.

Blue Monday czy Black Friday. Słowotwórcom i badaczom zjawiska zależy głównie na jednym. W te dni masz się czuć parszywie jak szczur ze stacji metra, a wyjściem z sytuacji powinien być niekontrolowany konsumpcjonizm powodujący ogromną wewnętrzną pustkę, która krzyczy na zewnątrz.

Dobrej reszty życia.

Il.

 

Kuzyni

-Możesz oprzeć ją o stół – gość hotelowy w wieku 50 + wydał polecenie swojemu towarzyszącemu koledze – Nie będzie Pani przeszkadzać? – bardziej stwierdził niż zapytał.

-Nie, w żadnym wypadku, odpowiedziałam przełykając grecką sałatkę.

Jadalnia była pełna. Stolik, przy którym siedziałam, oferował trzy wolne miejsca. W myślach poganiam Ewę. Szybciej, mała, bo niebawem skończy się cierpliwość chcących się posilić przy tym stoliku, a ja nie mogę uśmiechać się w nieskończoność i tłumaczyć, że to miejsce czeka na Ciebie. Odnoszę wrażenie, że konstruktor jadalni nie przewidział pełnego obłożenia hotelu ani tego, że wszyscy goście wpadną na pomysł, by zjeść śniadanie o tej samej porze. Nie wziął też pod uwagę, że nie wszyscy konsumujący mieszczą się w rozmiarze XS, dlatego co jakiś czas obijaliśmy się o siebie.

-Powinniśmy się najpierw zapytać Pani, czy pozwoli nam się dosiąść – powiedział w moim kierunku jeden z zainteresowanych.

-Proszę, wprawdzie jedno miejsce czeka na koleżankę, ale ona chyba prędko nie zejdzie.

Znam Ewkę. Świetna babka, idealny kompan na spontaniczne wypady, ale poranki ma straszne. Dużo gorsze od moich. Nie należę do grona cierpliwych, więc nie czekam, aż misternie ułoży fryzurę, a wcześniej natłuści się po kąpieli jednym z tych ekospecyfików produkowanych w jej domowym laboratorium. Z reguły budzimy się i schodzimy na śniadanie o różnych porach. Tak było i tym razem.

-W takim razie my Pani potowarzyszymy, jeśli Pani pozwoli.

-Będzie mi ogromnie miło.

-Kule mogą tak zostać?

-Mogą.

-Jeden z panów zajął miejsce za stołem, a drugi poszedł po coś do jedzenia dla nich obu.

Stół szwedzki z minuty na minutę stawał się coraz uboższym. Opiekun niepełnosprawnego mężczyzny co jakiś czas donosił potrawy, z których wydzielał dwie porcje.

-Gdybyśmy zeszli wcześniej, wybór byłby większy, powiedział do podopiecznego.

-Proszę się tym nie przejmować. Gdy część gości wyjdzie, obsługa uporządkuje stół i doniesie małe co nie co, wtrąciłam.

-Pani pewnie na festiwal?

-Zgadza się. A Panowie?

-My też. Zna Pani program?

-Tak, mam ulotkę.

-Myśleliśmy, że nie dojedziemy. Jego tak bolało, że nie wiedzieliśmy do końca, czy wsiadać w samochód. Ale uparł się, abyśmy tutaj przyjechali. I jesteśmy. Gdyby Pani wiedziała, jaki on jest uparty. A jaki problem z noclegiem. Niczego nie można było znaleźć po atrakcyjnej cenie. W ostatniej chwili podjechałem tutaj i mówię, że jeśli niczego nie będzie, to rezygnujemy z koncertów.

-Ale Panowie mieli szczęście.

– Ostatni pokój wolny, na parterze, więc dla niego wygoda.

-Nie mieli panowie wcześniejszej rezerwacji?

-Nie, my jeździmy, jak to się teraz mówi, bez planu.

-To ciekawe.

-Wie Pani, właściciel kul odezwał się po chwili milczenia, kiedyś miałem wszystko zaplanowane i wszystkiego sobie odmawiałem. Chciałem wybudować dom. Działka była. Pieniądze też. Rodzice trochę pomagali. Mieliśmy gospodarstwo. Zaczęliśmy odkładać. Stanął dom w stanie surowym. Potem… Potem był wypadek i wszystko runęło. Nie chciało mi się żyć. To mój kuzyn. On mnie wyciągał, zbierał na krótkie wycieczki. Tłumaczył, że niczego w życiu nie widziałem. Pora to zmienić. On się mną opiekuje podczas wyjazdów. Prowadzi samochód. Wymyślamy wspólnie, gdzie jechać, co zobaczyć. I tak trafiliśmy tutaj. Piękne koncerty, prawda?

Ewcia właśnie zeszła. Przywitała się z nami i poszła wybrzydzać.

-O, tak. Dodatkowo można przysłuchiwać się próbom, jeśli ktoś lubi.

-Pani już kiedyś była na tym festiwalu?

-Staram się przyjeżdżać co roku. A to moja koleżanka, która z chęcią mi towarzyszy. Prawda?

Ewcia macha i posyła uśmiech.

-My dopiero od jakiegoś czasu tak podróżujemy. Jestem na rencie, więc trzeba trochę odkładać, aby gdzieś pojechać.

-A jaka jest szansa, że Pan się tego pozbędzie, zapytałam wskazując na kule.

-Prawie żadna, tak mówią lekarze. Dlatego, wie Pani, jeżdżę gdzie się da, aby nie zasiedzieć się w domu. Dzieci prawie dorosłe, dają sobie radę. A my dwaj w drogę.

-Nie boją się Panowie tak bez pewności noclegu?

-Nie, po wypadku już niczego się nie boję. Co mam do stracenia? Mówię do kuzyna, najwyżej będziemy nocować w aucie, ale to się jeszcze nie zdarzyło. Jeździmy po festiwalach, jakiś imprezach, koncertach. Tam, gdzie człowiek zawsze chciał być, ale nie był. Już mówiłem Pani dlaczego.