Notatki

-W piżamie?! O tej porze?! To co ty robiłaś w nocy?! – A. nie dawała za wygraną – Jak można… Kobieto, chcesz spędzić resztę życia w łóżku?! Ubieraj się! Zaraz będę!

-Nie, nie zaraz. Chcę się najpierw doprowadzić do porządku.

-Przyjadę i zaczekam.

-Nieee! Nie możesz mnie widzieć w takim stanie!

-Widziałam Cię w gorszym stanie, szczególnie na dworcu, gdy autobus się spóźnił albo gdy nie zdążyłyśmy na ostatni pociąg, bo mnie się zrobiło niedobrze, a Ty… Zrobiłaś taką awanturę, że pasażerowie zaczęli się odsuwać. Wbijam za kwadrans. Chcę Cię widzieć wykapaną i ubraną, jasne?!

-Mam opuchnięte oczy. Nie wyjdę z domu.

-Nie Ty jedna. Założysz okulary i jakoś damy radę.

Po godzinie. W bistro.

-Można już to sprzątnąć?

-Tak, dziękuję. Ten koktajl smakował obrzydliwie.

-Tak?! Następnym razem postaramy się przygotować lepszy.

-Jak można nazywać koktajlem ciecz powstałą z białego proszku, uzupełnioną jedną słabo zmrożoną truskawką?

Spojrzenie A. mówi „Daj spokój. Zapłać i wychodzimy”.

-Takie mamy receptury, wyjaśnia pracownica bistro najwidoczniej nie spodziewająca się kontynuacji wątku.

-Zmieńcie je. Ten smak, konsystencja napoju i niekompatybilna z nim nazwa są nie do przyjęcia.

A. prosi o rachunek. Gdy kelnerka się oddala, A. ocierając pot mówi:

-Widzę, że wracasz do formy. Wystarczyło wyciągnąć Cię z domu. Sałatkę proponuję zamówić w innym miejscu. Masz wiele odwagi.

-To nie odwaga, tylko brawura. Nie przyjdę tu więcej, chyba że coś się zmieni.

-Dzwonili z ośrodka. Zaczynam w przyszłym tygodniu. Na razie zlecenie przez dwa miesiące.

-Super. Będę Ci pomagać. Albo zgłoszę się jako wolontariusz. Co Ty na to? Zdążymy wyskoczyć na festiwal?

-Zdążymy, nawet możemy zaliczyć cały program. Nie wiem, czy wytrzymasz na wolontariacie? Czy Twoje nerwy albo poczucie estetyki wytrzymają?

-Wytrzymają. Mam pomysł na sztukę z elementami pantomimy. Można by spróbować.

-Ty jak zwykle w swoim świecie. Nie możesz żyć nie dotykając ziemi.

-Mogę.

-Mogłabyś pójść do pracy, ale takiej etatowej. Miałabyś wtedy spore szanse, aby zaistnieć jako bardziej wiarygodna osoba. Wiesz, inaczej patrzy się na ludzi, którzy podejmują się konkretnej pracy na stanowisku. Mimo wszystko funkcjonujemy w pewnych strukturach.

-Pisanie też jest strukturalne. Porządkuje myśli i otoczenie. Słowa są ważne. Od słów wszystko się zaczyna. Nazwij coś, a nadasz temu znaczenie.

 

 

Patynowa Pani Domu. Drobiazgi

Dziś napiszesz wreszcie coś więcej niż wiadomość w komunikatorze. Wstajesz rano z tym mocnym postanowieniem. Gra jest warta świeczki. I stołu, na którym stała. Pomysł na tekst narodził się kilka dni temu, ale z jego realizacją jest gorzej. Nie pozwól innym grać Twoimi kartami. Ty je wykładasz i nimi dysponujesz. Rady otrzymane podczas szkoleń są bezcenne, podobnie jak to, co usiłujesz tworzyć, a nie przynosi Ci szczególnych grantów oprócz satysfakcji i (podobno) porządku w głowie. Zacznij dzień od małych przyjemności. Ok, kawa zaparzona, śniadanie przygotowane, lektura rozpoczęta (po spożyciu śniadania przy świecach). Wybierasz świeczkę, która oczyszcza powietrze z toksyn pachnąc przy tym delikatnie. Jaka szkoda, że nie wymyślono uniwersalnego środka na skuteczne oczyszczenie głowy z gonitwy myśli. Pozostaje wiara producentowi świec. Krzątasz się po własnej dziupli próbując zaprowadzić w niej porządek. Nastawiasz pralkę. Siadasz przy kompku i sprawdzasz wiadomości. Odpowiadasz na nie, pozdrawiasz, doradzasz, oferujesz, wysyłasz zapytanie. Zapominasz na jakiś czas o tlącej się świecy, ale ona o Tobie pamięta. Co tak cuchnie?! Zapaliło się aluminiowe opakowanie, w którym była umieszczona. Zrywasz się, by ugasić ogień. Po opanowaniu sytuacji oceniasz straty. Przepalona podkładka (w składzie ma na pewno plastik, który przywarł do serwety i stołu. Trudno, nie można być materialistką. Minimalizm jest obecnie trendy. Pozbywasz się bez żalu nieużytecznych przedmiotów. Gorzej ze smrodem pochodzącym od aluminium. Oczyszcza powietrze! Wolno się spala! Delikatnie pachnie! Akurat. Reklama kłamie. Niech tylko dorwiesz producenta. Wystawisz mu odpowiednią opinię i na pewno niczego u niego nie kupisz. Tymczasem trzeba zająć się najbliższym otoczeniem. Otwierasz na oścież okno. Jakie cudne chmurki! Rozwieszasz pranie, a następnie wychodzisz po zapasy spożywki. Nie będzie padać. Nie powinno. Tak brzmiały komunikaty w radiu. Przebierasz nogami, jakbyś miała dogonić odjeżdżający pociąg. Zdążysz. Zdążysz, słyszysz? Gdy miotasz się pomiędzy sklepowymi półkami, zaczyna lać. Myślisz o swoim praniu rozwieszonym na świeżym powietrzu. Dobrze jest!

 

Notatki

Leżę w hamaku i spoglądam w umiarkowanie zachmurzone niebo. Nie mam siły mrugać. Poddaję się. Dzień spędzam w hamaku. Obkładam się poduszkami, włączam audiobook. Totalny brak koncentracji sprawia, że po kilku minutach daję sobie spokój. Może film. Najlepiej jakiś z wątkiem nieuleczalnej choroby w tle. Nie dzisiaj. Dzisiaj chillout. Wyłącz myślenie. Wyłącz telefon. Z zaplanowanych zajęć nie zrealizowałam niczego, może z małym wyjątkiem. Zrobiłam pranie w obawie, że wkrótce może zabraknąć czystych ubrań. Od jakiegoś czasu obiecuję sobie, że będę żyć bez planu, tu i teraz. Słychać narastający sygnał dzwonka telefonu. spoglądam na wyświetlacz i mam pewność, że zanosi się na dłuższą pogawędkę. Nie mogę zostać tu, gdzie jestem i nie mam dokąd pójść, rozumiesz. Rozumiem. Każdą cząstkę i kontekst zdania. Od wielu lat wykonuję prace będące dużo poniżej moich możliwości i aspiracji. Wykłócam się o każdą złotówkę z ludźmi nie mającymi pojęcia, ile kosztuje życie. Ale o tym nie wolno nikomu mówić. Nie mam apetytu, rozumiesz. Rozumiem. Od jakiegoś czasu nie pamiętam, co wrzucam do garnka i jest mi zupełnie obojętne, co jadam. Ale o tym cicho sza. Większość produktów spożywczych do niczego się nie nadaje. Jest mdła i niejadalna na dłuższą metę. Idź na bazar, może tam dostaniesz świeże warzywa i owoce, choć o tej porze to mało prawdopodobne, radzę, i raczej nie wierzę, że rozmówca dostosuje się do porady. Ale ja nie mam siły ubrać się. Witaj w klubie. Mam na sobie nocny strój. To wyjdź tak, jak jesteś. Nie mogę wyjść tylko w spodniach od piżamy i starym podkoszulku. Możesz. No co Ty, miałaś mnie pocieszyć, a Ty drzesz łacha. Skąd, idź w piżamie po te cholerne warzywa i owoce, a potem wbijaj do mnie. Jak to nie możesz wejść do kuchni?! Leżysz? Usiądź! Usiądź, mówię! Teraz jedna noga z łóżka, potem druga. Teraz do łazienki. Odłóż telefon. Rozłączę się zaraz. Doprowadź się do porządku i przyjdź na obiad. Nie możesz cały dzień chodzić po domu w piżamie i płakać. A dlaczego nie? Jeśli Ci to pomoże, zapraszam. Super. Będę czekać. Zrobię placki. Ze śmietaną będą. Takie, jak lubisz. Głowa do góry. Kiedyś te instytucje, które odrzuciły Cię podczas castingu na pierdzistołka do wszystkiego, będą żałować, że Ciebie u nich nie ma. Jasne, że możesz kupić po drodze lody. Dla mnie tiramisu i z leśnymi owocami. Zjem ich tyle, że mnie zemdli jak ostatnio. A potem, gdy pójdziesz, znowu wskoczę do hamaka i spędzę w nim noc, i kolejny poranek, a może dzień i wieczór… Ale o tym cisza… Nikomu nie powiem…

Notatki

Noc była dość pracowita. Odpowiedziałam na zaległe e-maile, posegregowałam pocztę oraz pozostałą lekturę na najbliższe tygodnie. Na czas afrykańskich upałów przeniosłam się z noclegiem do piwnicy. Obudziłam się, gdy wskazówki zegara powędrowały na krótko przed jedenastą. SMSy z informacją o zaległościach postawiły mnie na nogi. Zerwałam się i wbiegłam pod prysznic. Sprawdź pocztę. Przedstaw swoją propozycję. Napisz uzasadnienie. Zatwierdź. Prześlij. Dokładnie w tej kolejności. Ale najpierw śniadanie i kawa.

Zmniejszył się upał, więc można planować działania związane z pracą na zewnątrz. Obiegówka po miejscach, w których jest coś pilnego do załatwienia. Spotykam znajomą będącą jest w trakcie przeprowadzania się. Dziewczyna naprzemiennie klnie i płacze. Obrywa się nawet ekipie, którą zatrudniła do pomocy. Mięcho! Jesteście do niczego, mięcho! Co mnie podkusiło, żeby Wam to zlecić, mięcho! Wszystko powiem szefowi! Będziecie mieć po premii, mięcho! Uwaga! Ostrożnie! To stary kredens! Musi jeszcze trochę wytrzymać! Zapodziałam gdzieś fajki. Poczęstujesz mnie, zwraca się tonem błagalno-rozpaczliwym w stronę pracownika firmy. Nie mam, odpowiada zagadnięty. A tak w ogóle to zapytam szefa, czy kończyć tę robotę. Zdaje się mamy dziś jeszcze jedno mieszkanie. Szefie, to wszystko tutaj? Pani ma uwagi! Co Pan mówi?! Jakie uwagi?! Nie mam uwag! Tylko pytam o papierosa! Podchodzi rosły mężczyzna. Co jest, pyta. Nic, tylko gdzieś podziałam fajki. Chciałam prosić o jedną, chlipie. Proszę Pani, my już skończyliśmy. Na kogo wystawić fakturę? Miało być bez faktury, znajoma krzyczy tak głośno, że słychać ją w całej okolicy. Odchodzę nie chcąc w przyszłości być powołaną na ewentualnego świadka w sprawie o znieważenie.

W sklepie spożywczym klientka wybiera najtańszą kiełbasę, ale nie może się zdecydować. Ekspedientka pyta o cel przeznaczenia wyrobu. Staremu do roboty, więc tania i dużo ma być, zdecydowanym głosem odpowiada zapytana. Wybucham śmiechem. Obie kobiety spoglądają na mnie z nieukrywanym oburzeniem. Jeszcze fasola, pomidory i pasta z ciecierzycy, a potem można podchodzić do kasy. Zostawiam za sobą frustrację klientów taniego marketu. Odwiedzam sklep wielkopowierzchniowy. Może tym razem uda się kupić klimatyzator? Nic z tego, informuje pracownik obsługi, gdy się pojawią w hurtowni, to zaraz są rozdzielane. Nam przypadły cztery. Dzisiaj przyszły i od razu je wykupiono. Czy już pogratulowano pomyślunku osobie odpowiedzialnej za zamówienia, pytam z wyraźną ironią. Jest jak jest i tego nie zmienimy, słyszę z uśmiechem w głosie, na co odpowiadam tym samym.

Nie wierzę własnym oczom. Gniazda jaskółek są strącane. W środku z pewnością były pisklęta. Jeszcze dwa dni temu było słychać, jak popisują. Opiekuję się mieszkaniem koleżanki, gdy ona przebywa za granicą. Rośliny padły. Zrobię wszystko, aby przywrócić je do życia, składam uroczystą obietnicę i ruszam do pracy.

 

Podróżowanie w klasie biznes

Miał być kwadrans temu. Spoglądam na wyświetlacz. Jest informacja o opóźnieniu. Dookoła zmęczone twarze o wytężony wzroku, z którego można wyczytać determinację. Czy już dojeżdża? Może ten będzie nasz? A może… Nie, tym razem to nie ten. Wytatuowana dziewczyna z ok. dwuletnim dzieckiem na ręku, a drugim, jak się okazuje, sześcioletnim, usiłuje zapanować nad niełatwą dla niej sytuacją. Liczymy autobusy? Nie!!! To może coś namalujemy? Nieee!!! Chcę do autobusu. W powietrzu zapach miejskiego zaduchu, kurzu i… nie, niech mi ktoś powie, że się mylę. To zużyta pieluszka jednorazowa. Matko, przewiń dziecko. Autobus tak prędko nie podjedzie. To tanie linie. Jeszcze zdążysz. Sześciolatek rozrzuca pastelowe kredki dookoła. Część w moją stronę. Uśmiecham się mimowolnie. Maluch odwzajemnia uśmiech. Nie zaczepiaj pani. Chodź tu. Mama Ci coś pokaże. Chłopiec idzie do matki i łapczywie chwyta za telefon. Matka w tym czasie wyjmuje czystą pieluszkę, kładzie drugiego malucha na ławce i przewija go. Grunt, że karmić nie zaczęła. Zgromadzeni pasażerowie odwracają wzrok, podobnie jak ja nie chcą tego oglądać! Nie krzycz! Nie będę w to grać! Chcę do autobusu! O, tata idzie. Paweł, weź go! Daj mu jakieś ciastko czy coś. Potem mu dam. Nasz autobus właśnie zakręca. Masz bilety? To z mojego ściągną. Soczek kupiłem i jakieś drożdżówki.

Wesoła rodzinka zajmuje miejsca ze stolikiem. Podroż upływa pod znakiem słuchania piosenek oraz pisków w dziecięcym wykonaniu. Tym razem sprawdza się klimatyzacja, ale i ona składa broń przed bijącym po nozdrzach fetorem ludzkich wydzielin. Nie narzekam na przyjemny chłodek. W słuchawkach ulubiona stacja radiowa. Powstaje plan działań na najbliższe dni. Usiłuję sobie przypomnieć, gdy… słyszę przeraźliwy krzyk i spazmy. Psieplasiam, psieplasiam, że Cię obzigałem. Natężenie dźwięku zwiększa się. Psieplasiam. Odwracam głowę w stronę, z której dochodzi płacz. Widzę przeraźliwie umęczone dziecko przytulone do bezradnego ojca, udekorowanego kleksem zawierającym kwas żołądkowy, matkę zajętą smartfonem, dwulatka grzebiącego w śmieciach rozrzuconych na stoliku, pod nim i dokoła niego. Ojciec trzyma w ręku foliówkę z wymiocinami, które są również na siedzeniu i głaszcze spoconego syna i spogląda wokół siebie. Prędko odwracam głowę. Niedługo będzie postój, to Pan podejdzie do apteki i kupi coś temu dziecku. Ale dzisiaj może być nieczynne. Święto jest. I te worki Pan wyniesie. O nowe popyta. Może ludzie dadzą.

Po przerwie miejsce rodzinki plus okazuje się być pustym. Pasażerowie, którzy wsiedli na postoju, zajmują strefę miejsc siedzących w przejściu, przy schodach. Wyobrażam sobie zapach olejku kąpielowego oraz jaśminowej herbaty. Pragnę znaleźć się pod prysznicem. Zapomnieć o podróżowaniu ostatnią klasą. Zatopić się w wartościowej lekturze i cieszyć wolnością.

Bazar

Pchle targi, dzikie stragany, kina studyjne, lokalne rzemiosło, ludzie stąd i stamtąd, ich historie, dramaty, byty i niebyty. To wszystko składa się na atmosferę miejsca. Dlatego unikam galerii, multipleksów, sieciówek i fastfoodowych punktów gastronomicznych. Rzadko nocuję w hotelach, a komercyjne biura podróży omijam szerokim łukiem. Gdy jadę gdzieś po raz pierwszy, koniecznie rezerwuję czas na wędrówkę po bazarach. Towary kupuję głównie od lokalnych dostawców. Często pytam o kanał dystrybucji i źródło pochodzenia. Proste recepty i sposób sprzedaży. Gawęda. Szczery uśmiech. Spracowane dłonie. Zauważam detale. Patrzę w oczy sprzedawczyni (i nierzadko producentowi w jednej osobie). Wymieniamy grzeczności. Wiem, że spędzę z nią trochę czasu.

-I tak jeździ Pani po Polsce?! Rozmawia z ludźmi, słucha, a potem? Co potem?

-Czasami opisuję te sytuacje, a czasami nie, ale pamiętam wszystkie. Często z detalami, nawet w co kto był ubrany. Może niezbyt dokładnie, ale jakiś szczegół z ubioru zapamiętam, np. fartuch albo kapelusz. Dużo czasu nie ma na pogawędki. Nie chcę Pani wystraszyć klientów.

-Może Pani się dosiąść. Tutaj z boku. Mam tylko to plastikowe wiadro. Niewygodnie będzie.

-Nie szkodzi. Mam chustkę. Rozłożę. Pomóc w czymś Pani? Mogę podawać, układać…

-Nie trzeba. Jakoś daję radę. Wstaję o 5.00 rano. Doję krówki. Mój chłop obrządza. Zbiera jajka. To te. Pakujemy wózek. Potem siadam na rower. Jadę tutaj. Z mlekiem, jajami, serem. Czasami mam ogórki. Chce Pani wody z ogórków? Dobra na upały i zdrowa. Pani da butelkę albo słoik. Proszę. Jak Pani będzie długo się tu kręcić, to pić się zechce.

-Wracam wieczorem.

-W południe jestem z powrotem na wsi.

-Zapytałabym, ile Pani ma lat, ale nie wypada kobiet pytać o wiek.

-A, tam nie wypada. A kraść albo łajdaczyć się wypada, albo po buziach okładać? Mam osiemdziesiąt i dwa roki.

-Podziwiam, że Pani się chce.

-Jeżdżę tak od wielu lat. Latem wożę truskawki, jagódki, grzybki. Jesienią nawet kaczuszkę albo kurkę przywiozę, ale trzeba wcześniej powiedzieć, żeby mięsko się nie zmarnowało. Ja nie dla pieniędzy tu jeżdżę, ale dla ludzi. Popatrzeć, jak żyją, co gadają. Trzy razy w tygodniu. W sobotę jest największy ruch. I co, dobra woda?

-Pewnie, że tak. Cały towar Pani schodzi?

-Prawie zawsze schodzi, a co nie schodzi, to rozdam. Jak Pani obejdzie już wszystko, to niech Pani przyjdzie do mnie. Może coś zostanie, to Pani dam. Nie można marnować tego, co się zebrało. Dorobić to się dorobiłam. Człowiek musi mieć zajęcie, bo inaczej głupieje. Ja jestem roboty nauczona. Od małego. Było nas w domu ośmioro. Byłam druga po bracie. Wesoło było. Biednie, ale wesoło. Biegaliśmy po łąkach, po lesie. Żyliśmy z pola i z tego, co się zebrało w lesie. Ale dobre jedzonko było. Dzieciaki zdrowe, krzepkie. Chłopaki jak dęby. Grały na grzebyku albo piszczałki robiły. Nie to, co teraz. Drewna nie narąbie. Zwierząt nie obrządzi. Dachu nie położy. Pieca nie wyczyści. Co to za chłop.

 

Notatki

– Nie mogę napisać książki o Tobie i Twojej rodzinie. Nikt nie uwierzyłby w tę historię. Stałabym się mitomanką.
– Szkoda. Książka mogłaby przynieść Ci popularność, a może jakąś nagrodę. Zresztą Twoja część byłaby najbardziej optymistyczna i wesoła. Przyciągnęłaby czytelników.
– Nie mogę. Pamiętasz, jak podczas tamtych nocy snułyśmy plany na przyszłość? Co z nich zostało?
– Pamiętam. Ty miałaś ukończyć polonistykę i zająć się poważną pracą w wydawnictwie, pisać, a ja zrobić doktorat, np. z filozofii lub nauk politycznych, i realizować się naukowo. Miałyśmy żyć wygodnie i bezpiecznie, a czasami odwiedzać się w naszych gustownie urządzonych domach.
– Tymczasem moje życie i język zeszły do rynsztoka. A Twoje potoczyło się… Właściwie nie potoczyło się… Różne scenariusze zakładałam, ale nie taki…
– Trzeba żyć tym, co jest, nawet jeśli niczego nie ma.

Notatki

Obsługa kawiarni rozlokowanych na dworcu zdaje się czytać w myślach. Zanim wymówię nazwę wybranej kawy, bariści zawczasu wiedzą, które brałam pod uwagę. Gdy jest trochę czasu i poza mną nie ma nikogo w kolejce, wdaję się w pogawędki z pracownikami:
– Jestem ciekawa, jaki jest Pani ulubiony gatunek kawy.
– Nie piję kawy.
– Naprawdę?! To można pracować w kawiarni i nie pić kawy?!
– Oczywiście, że można. Jestem herbaciarą.
– Awansowała Pani na lidera. Gratuluję. Przeczytałam na plakietce.
– Od niedawna. Dziękuję. Zobaczymy, co dobrego przyniesie awans.
– Trzeba stawiać na rozwój.
– Proszę, oto Pani kawa.
Gdybym miała wybór, urządziłabym mieszkanie w stylu dworcowym. Zaparzałabym ulubioną kawę, paliła kubańskie cygara i pisała.

Oni. P.

-Jelenie, widziała Pani?

-Tak, nie pierwsze dzisiaj.

-Sporo ich tutaj występuje. Gdy mieliśmy praktyki na studiach, jeździliśmy do lasu i robiliśmy obserwacje populacji m.in. jeleni, dzików, saren. Badaliśmy, jak zmiana diety wpływa na ich liczebność. Teraz jadę do kolegi ze studiów. Spotykamy się starą paczką w rocznicę obrony pracy magisterskiej. Pani też do Wrocławia?

-Tak.

-Wraca Pani z urlopu?

-Tak, choć właściwie odwiedziłam koleżankę i razem wyskoczyłyśmy do Białowieży. Następnym razem planujemy Hajnówkę oraz pobyt w gospodarstwie agroturystycznym.

-Wrocław piękne miasto. Studiowałem tam, ale to już Pani wie. Chciałem zostać na uczelni, pracować naukowo. I hodować konie.

-W samym Wrocławiu byłoby raczej ciężko założyć hodowlę. Znowu jelenie przebiegły.

-Widocznie populacja się odrodziła. Nieopodal Wrocławia było gospodarstwo do objęcia. Opuszczone stajnie. Pomieszczenia gospodarcze. Chciałem wraz z kolegą je dzierżawić.

-I co sprawiło, że zrezygnował Pan z tego pomysłu?

-Mama ciężko zachorowała. Rodzice postanowili przepisać na mnie dom pod warunkiem, że zajmę się nimi dożywotnio. Mama, zanim pojechała do szpitala, prosiła, abym się ożenił z moją dawną dziewczyną z sąsiedniej miejscowości. Chodziliśmy ze sobą do liceum. Byliśmy w jednej klasie. Usiedliśmy w jednej ławce i tak się utarło, że zrobiono z nas parę. Potem wyjechałem na studia do Wrocławia. Zakochałem się w tym mieście. Poznałem ciekawych ludzi z pomysłami, Miałem też dziewczynę. Studiowała filologię polską. Była jakby z innego świata. Poezja, koncerty, długie rozmowy trwające czasami przez całą noc. Zanim ją poznałem, nie wiedziałem, że istnieją takie dziewczyny. Latem podróżowaliśmy stopem po Europie. Pakowaliśmy namiot i najpotrzebniejsze rzeczy. Nie mieliśmy grosza, ale byliśmy najszczęśliwsi pod słońcem, jak to się mówi.

-Brawo. I co się z nią stało?

-Chciała ratować świat. Po studiach wyjechała na Bałkany jako wolontariuszka, by pracować z ofiarami wojny. Kontakt został zerwany. Tak się złożyło, że wtedy moja mama była już bardzo chora. Wróciłem do rodzinnej miejscowości. Zaczepiłem się w laboratorium. Ożeniłem się. Niedługo będę mieć dzieciaka. A Pani pracuje we Wrocławiu?

-Nie, studiowałam tam.

-A co, jeśli można wiedzieć?

-Filologię polską.

-Chciałbym kiedyś pokazać Wrocław mojemu synowi. Posłać go na studia i nauczyć, aby nie rezygnował z planów na życie.

Patynowa Pani Domu. Urodnik

Nadszedł ten dzień. Masz wolne. Nie sprzątasz. Nie nadrabiasz zaległości z pracy. Nie zajmujesz się sprawami innych. Nie ogarniasz niczego oprócz siebie. Żadnych zakupów, stania w kolejkach, nasłuchiwania mało inteligentnych rozmów przy kasach. Wstajesz niczym młoda bogini (jasne, że to przesada, dodaje pikanterii życiu) i bierzesz długi prysznic. Otulasz się szlafroczkiem i zabierasz się do przyrządzania czegoś do jedzenia. Owsianka odpada. Chcesz malutkie kanapki. A do tego kawę. Popijając ją zastanawiasz się, jak spożytkujesz ten cudowny dzień. Radiowy spiker zachęca do spacerów na łonie przyrody. Eureka! Wskakujesz w buty pamiętające czasy egzaminów i spodnie sprzed życiowej rewolucji. Biegniesz przed siebie w poszukiwaniu spokoju. Omijają Cię gromady cyklistów wykrzykujących coś raz po raz i całe stada biegaczy z urządzeniami na przedramionach odmierzającymi liczbę przebytych kilometrów. Amatorzy biegania zatrzymują się co jakiś czas i serwują selfie przy pniach drzew. Radio podawało, że spacer wśród przyrody w otoczeniu ptaków (nielicznych w stosunku do użytkowników lasu, jak się okazuje) zdecydowanie poprawia urodę i kondycję. Uwierzyłaś.

Wracasz do siebie. Postanawiasz kontynuować działania mające na celu poprawienie natury. Z szafek wyjmujesz wszystko, czym łazienka bogata i próbujesz odczytywać etykiety. To dzień piękna. Skoro tak został zapowiedziany, to niechaj takim pozostanie. Obmywasz buźkę czymś pachnącym. Potem nakładasz na twarz czarną, plastyczną masę. Napisano na opakowaniu, by dobrze ją rozsmarować, zatem czynisz wedle wskazówek. Kolejny etap to pozostawienie kosmetyku na 10 minut. W tym czasie będziesz leżeć, pachnieć (niekoniecznie substancją, którą się nasmarowałaś) i relaksować się przy dźwiękach muzyki. Kładziesz się wygodnie i zamykasz oczy. Budzi Cię uczucie mocnego ściągnięcia na twarzy. Dotykasz policzka. Dociera do Ciebie, że nie zmyłaś maseczki. Idziesz do łazienki i próbujesz zetrzeć to, co masz na twarzy. Udaje się po wielu próbach, ale jak teraz mocno szczypie. Gdzie Twój olejek? A , jest! Bryzg! Na koszulce ląduje część zawartości buteleczki. Masujesz kolistymi ruchami facjatę. Ojej, ale jak wygląda podłoga. Trzeba ją czym prędzej zetrzeć. Ręcznik i poducha też oblepione czarno-szarym gipsem. Próbujesz je doczyścić. Żegnaj, poduszko. Byłaś mi wierna przez tyle lat.

Zmęczona niezapowiedzianymi porządkami i zaskoczona możliwościami, jakie w Tobie drzemią, postanawiasz kontynuować prace nad poprawianiem tego, co już w sobie masz. Pora na stopy. Czas oczekiwania na działanie zabiegu pielęgnacyjnego wynosi ok. 20 minut. Poświęcisz się. Siadasz przy stole i odmierzasz czas. Nie wytrzymujesz bezruchu i bierzesz się za przygotowanie sosu winegret. Ostrożnie pamiętając, że na stopach masz coś tłustego. Jeżeli sos znowu nie wyjdzie, to dasz sobie spokój i przez najbliższy rok nie będziesz jeść sałatek z jego dodatkiem. Przelewasz składniki do słoiczka, zamykasz go szczelnie i je łączysz. Po trzech minutach następuje degustacja. Pycha. Taki właśnie sobie wymarzyłaś. Zaraz coś do niego przygotujesz. Zrywasz się gwałtownym ruchem z krzesła i… zapomniałaś, że masz tłuściutkie stopy. Wstań, otrzep pył z nóg i weź się za siebie… Wytrzyj maź, którą masz na stopach. Nałóż grube skarpety. Pora na podwieczorek. Zacznij działać. Poprawianie urody ma swoje zalety. Można wreszcie nauczyć się, jak przygotować idealny winegret.

Całuchy-kluchy!