Oni. Zamek

Od lat zmagam się z bezsennością. Lubię wtedy nasłuchiwać nocnej ciszy i uderzeń kropli ulewnego deszczu, jeżeli ten akurat pada. Aby zebrać myśli i wtłoczyć je w coś, co będzie przypominać dłuższą całość, wychodzę nad staw. Gospodyni nie zamyka na noc bramy. Drzwi na klucz również. Nie ma zainstalowanego alarmu, a ściany jej domostwa nie są ozdobione przez logo firmy ochroniarskiej. Podobno zamek w drzwiach nieustannie się psuje, a jego otwarcie wymaga niemałego sprytu. Tamtej nocy staw był spokojny. Łódki kołysały się jak zwykle lekko skrzypiąc. Lubię do nich wsiadać i bujać się delikatnie.

-Czy Pani mówi po polsku?

-Tak.

-Jest Pani jakoś związana z tym ogrodem? Przepraszam, że tak pytam. Widziałam, w jaki sposób Pani dotyka roślin i przygląda się im i spaceruje Pani po ogrodzie, jakby go dobrze znała. Prowadzi Pani badania?

-Przyjechałam tu na krótki urlop.

-Podobnie jak ja.

-Chyba obie lubimy wymknąć się przed świtem, aby tu pobyć sam na sam. Wspaniały widok na staw. Robi Pani zdjęcia?

-Nie, wyszłam bo nie mogłam zasnąć. Gorąco, a on chrapie coraz głośniej. Pewnie Panią przez ściany też obudził.

-Łódka lekko zaskrzypiała. Uwielbiam łódki.

-Spanie w osobnych pokojach też nie pomaga. Żyjemy osobno. Od lat. Tylko kredyt nas wiąże.

-Widziałam, jak zmagała się Pani z zamkiem w drzwiach, podczas gdy mąż robił wykład na temat różnych technik zastosowanych w jego budowie.

-Nie jest moim mężem. Nie mamy ślubu.

-Łatwiej rozprawić się z zagadkowym zamkiem niż z własnymi demonami, co?

-Z zamkiem sobie poradzimy. Jakoś. Ale spakowanie walizek to już coś.

-Ma Pani dokąd pójść?

-Nie.

-A Pani konkubent?

-Jemu tak dobrze. Zresztą nie poradziłby sobie beze mnie.

-Słońce wstaje. Bociany już są. I czapla.

Miejscówka

-Bus dalej nie jedzie. Wysiada Pani?

-Tak.

-Potem pieszo trzeba. Droga prowadzi w las.

-Bez obaw. Dam radę.

Docieram na miejsce. Gospodyni przekazuje klucze i niezbędne informacje.

-Spacerować tu Pani może wszędzie. Lasy. Woda. Zwierząt niech się Pani nie obawia. Większość uciekła gdzieś w głąb lasu. Zaszyły się. Boją się hałasu i ludzi. Wyczuwają ich z daleka. Mamy swoje jajka i kurki. Ser. Mleko. Można samemu przyrządzić. Będzie Pani korzystać ze śniadań?

-Nie, dziękuję. Poradzę sobie.

-Gdyby te drzwi nie chciały się otworzyć, niech Pani poprosi któregoś z pracowników. Ale raczej nie będą. Ostatnio mówiłam chłopu, aby jeszcze raz zamontował zamek. To tyle na początek. gdyby Pani miała pytania, proszę dzwonić albo zejść do ogrodu. Tam zazwyczaj ktoś jest. Otworzyłam okno, żeby ładnie słońcem zapachniało. Chyba to Pani nie przeszkadza.

-Nie, skąd. Uwielbiam zapach słońca.

-Widok na ogród. Może Pani korzystać z jego urody.

-Dziękuję. Nie omieszkam.

-Mało turystów, ale dzięki temu można bardziej odpocząć. Jeszcze coś Pani pokażę. Gdy Pani wyjdzie za ogrodzenie, niech Pani nie chodzi tamtą drogą. Widzi Pani, o, tamtą.

-Rozumiem, ale z tego, co pamiętam, jeszcze kilka lat temu…

-Deweloper wykupił działkę, apartamenty i kawałek drogi. Dojazd będzie tylko dla mieszkańców i gości apartamentowca. Jeśli ktoś zobaczy, że Pani tamtędy przechodzi, może się czepiać.

-Zauważyłam, że budowa stoi i nic nie wskazuje na to, by w najbliższym czasie coś się zmieniło…

-Nie mogą się dogadać z inwestorem. Drogę wykupili i nie pozwalają nią chodzić. Sąsiedzi donoszą. Robią zdjęcia moim gościom. Ludzie się denerwują, gdy nagle zajeżdża im ktoś drogę i zwraca uwagę.

-Zmiany idą.

-Miejsce straci urodę. Do mnie ludzie przyjeżdżają bez dzieci i zwierząt. Chcą odpocząć. Nie ma grilla. Dmuchańców. Wynajmuję tylko trzy pokoje. Od lat nie ruszam się stąd. Nie wyjeżdżam na wakacje. Moje miejsce jest tutaj. Nie mogę zostawić interesu ani klientów. Szkoda mi Was. Gdzie byście się podziali?

Gospodyni wychodzi, a ja rozglądam się dookoła. Dostrzegam troje ludzi na tarasie przy stoliku. Młody mężczyzna i jego rodzice. Podobieństwo członków rodziny do siebie jest uderzające. Siedzą w ciszy. Matka próbuje zagaić rozmowę. Niby wszystko w porządku, ale spojrzenie młodego, sposób jego mówienia, mimika. Znam je. Wskazują na… Nie pomogą drogie, markowe ubrania. Przypominam sobie jedno z ogłoszeń napisanych w rozpaczliwym tonie przez zdesperowaną matkę poszukującą pomocy. Ta przynajmniej miała odwagę przyznać, że syn jej się nie udał.

Notatki. Ołówki

Mam ich mnóstwo. Nie nazywam tego kolekcjonerstwem, raczej nieszkodliwym zbieractwem. Ciężko mi pozbyć się ołówkowych kikutów, więc przechowuję je w szczelnie zamkniętych słoikach ustawionych na półkach i parapetach okiennych. Obok magnesów stanowią nieodłączny element pamiątkowego uposażenia wędrowca. W bagażu podręcznym jest ich kilka na wypadek, gdyby któryś ze znanych bądź nieznanych powodów odmówił posłuszeństwa. Nie zabieram w podróż temperówek. Szkoda mi dla nich miejsca. Po latach nauczyłam się podróżować jedynie z niezbędnymi rzeczami. Ołówki to mój fetysz. Kiedyś, w latach głębokiego kryzysu gospodarczego, temperowano ołówki i kredki przy pomocy noża kuchennego. Obecnie rzadko się to robi, chyba że z sentymentu.

W szkole zwracano mi uwagę, abym posługiwała się długopisem lub piórem, gdy oddaję pracę do sprawdzenia, bo to, „co jest napisane ołówkiem, się bardzo źle czyta, zwłaszcza późno w nocy przy sztucznym świetle”.

Wzbudzam mniej lub bardziej dyskretnie okazywane zainteresowanie, gdy w lokalach gastronomicznych sporządzam notatki w brulionie przy pomocy ołówka, rzadziej kilku. Dostrzegam to w spojrzeniach lub uśmiechu konsumentów. Celowo nie używam sformułowania gości, lecz konsumentów. Nie zabieram laptopa w podróż. Lubię dźwięk wydawany przez ołówek podczas pisania po papierze. Zdarza się, że obsługa knajp, w których zatrzymuję się regularnie, prowadzi mnie do stolika mieszczącego się nieco z boku, abym mogła w spokoju zebrać myśli i dosłownie przelać je na papier. Kelnerzy są świetnie przeszkoleni. Albo mają dobrego menedżera, albo byli pilnymi słuchaczami kursów traktujących o szeroko rozumianej obsłudze klienta. A może zwyczajnie nadają się do tej roboty, lubią ją i ludzi i znają się na nich, a wrodzone umiejętności procentują z każdą złotówką wydawaną przez konsumentów?

Nie zamartwiam się o to, czy notatki w brulionie zagubią się gdzieś i przepadną na zawsze w otchłani dziejów. Piszę tak nieczytelnie, że nikt ich nie rozszyfruje, zatem nie zrobi z nich użytku. Kilka stolików dalej widzę, jak dobrze sytuowany materialnie mężczyzna próbuje dyskutować z obsługą sali na tematy geopolityczne, dowcipkować i udawać konesera trunków i smaków. Spójrz na czyjeś stopy, a wiele się dowiesz o ich właścicielu. Dostrzegam na nich klapki z wyraźnym logo, a nad kolanami krótkie spodenki. Dyskusja właściciela firmowych klapek z kelnerem trwa w najlepsze. Mężczyzna wypowiada się tak donośnym głosem, że słyszy go część sali. Rozgląda się po konsumentach w poszukiwaniu na ich twarzach poparcia dla swoich żartów i proroctw na resztę życia w postcovidowej rzeczywistości. Chyba wolę swój ołówkowy świat tekstów, tworzenia opowieści i dzielenia się nim z czytelnikami. Wracam zatem do niego, a tuż obok brulionu z notatkami zauważam zamówioną sałatkę i koktajl, przyniesiony przez jednego z bezszelestnych kelnerów, poruszających się po sali niczym baletnice. Pomyślałem, że miałaby Pani ochotę spróbować białego wina z… Tak, skąd Pan wie? Przyniosłem je dla Pani, a to mała przekąska na koszt firmy. Jesteśmy na etapie komponowania nowych smaków i w związku z tym prosimy gości o rekomendacje. Dziękuję, że Państwo o mnie pomyśleli, ale potrawy wyglądają tak przepięknie, że szkoda je zjeść.

Czapki z głów! Klapki z nóg! Smacznego!

Notatki. Rzeka

Nie potrafiłabym żyć bez dobrej kuchni i kucharzy serwujących przysmaki. Z natury jestem dość wybrednym łasuchem, a w podróży lubię testować lokalne knajpki. Dobrą miejscówkę poznaje się po tym, czy są w niej warunki do skupienia i pisania. Ta zasada towarzyszy mi, odkąd postanowiłam ruszyć w przed siebie i spisywać historie osób spotykanych w drodze. Nie zawsze wiem, gdzie ułożę głowę do snu, ale mam pewność, gdzie i przy czym będę regenerować siły po całym dniu wypełnionym wrażeniami. Nie jestem turystą, jestem wędrowcem. W ten sposób tłumaczę lokalsom swoją obecność i pomysł na odwiedziny ich ziemi. Ich? A może naszej? Wspólnej. Do nich należy zaledwie wycinek nakreślony dłonią urzędnika i opieczętowany zgodnie z obowiązującymi przepisami.

Późnym wieczorem siadamy nad potokiem, zmieniającym się w zależności od kaprysu natury w wartką rzekę. Jest noc, wody nie widać, ale słychać, jak pędzi wartkim nurtem. Mężczyźni siadają na schodach albo na kamieniach tuż nad wodą i odpoczywają po dniu wytężonej pracy. Spoglądają przed siebie. Przy ich nogach zajmują miejsce wielorasowe psy. Milczenie w takich sytuacjach zdaje się przemawiać głośniej niż słowa. Nie pytam, czy mogę się dosiąść. Tu nikt nikomu nie stawia pytań. Nikt nie spogląda w ekran iphone’a. Noc pachnie czymś atawistycznym, ukołysaną do snu ziemią, intensywnymi ziołami, trzciną. Świat się zatrzymał. Tylko woda w rzece pędzi w sobie znanym kierunku. Codziennie inaczej. Po swojemu. Nie jest ważny brak zasięgu. Problemy świata. Plandemia. Susza. Powódź. Trzęsienie ziemi. Tajfun. Tutaj ich nie ma. Kolejny dzień upłynął pod znakiem walki. Jeśli nie pokonasz trudności, to one pokonają Ciebie. Zapracowani mężczyźni odpoczywają po dniu na kamieniach nad rzeką albo siadają na schodach. Taki obrazek męskości jest mi znany od dzieciństwa. Psy wysłuchują historii i słownych głasków. Optometryści mają rację. Powinniśmy więcej czasu spędzać na świeżym powietrzu wśród zieleni i dać oczom odpocząć poprzez spoglądanie przed siebie w dal. To resetuje wzrok, umysł i emocje. Mężczyźni znad rzeki pewnie o tym wiedzą. Też mam taką koszulę w kratkę. I trzewiki. Jestem jak oni. Tylko psa brak.

Notatki. Jagody

-Numer 23, proszę.

Odbieram naleśnik z serem i jagodami przyprószony cukrem pudrem. Tym razem spóźniłam się na pierogi. Lokuję się na kamieniu z widokiem na przełęcz. Udaję, że nie widzę tłumów turystów składających się z mniej lub bardziej szczęśliwych rodzin, nieudolnie ukrywających trudności, które podczas urlopów wypływają z siłą ulewnego deszczu zmieniającego górski potok w rwącą rzekę.

-Pani pewnie lubi jagody.

-Tak.

-Tutaj będzie ładny widok, proszę. I odpocznie Pani.

-Dziękuję. Pan też lubi jagody?

-Lubię, ale mi się przejadły. Zbieram je codziennie i tutaj przywożę.

-To jem owoce pracy Pana rąk.

-Trzeba wiedzieć, gdzie zbierać. Jeszcze trochę zostało. A schronisko płaci od litra, ale trzeba codziennie być z dostawą. Tu, gdzie Pani siedzi, lubię odpoczywać.

-Chyba nie zajęłam Panu miejsca.

-Nie, siadam tu na chwilę, bo za jakąś godzinę trzeba będzie na dół schodzić. A tutaj wieje. Przyjemnie tak usiąść i się ochłodzić.

-Tu zawsze takie tłumy?

-Dzisiaj i tak spokojnie. W weekendy więcej ludzi jest.

-I tak Pan sobie dorabia tymi jagodami?

-Jagodami i czym się da. Pracy się nie boję. Pomagam z doskoku przy koniach. Widziałem, jak Pani się kręci po wsi. Tej małej nikt nie pilnuje?

-Sama siebie pilnuje. Ma kryzys.

-Skąd Pani wie?

-Widzę. Tam przy stoliku siedzą jej rodzice, babcia i niepełnosprawny brat.

-Po czym Pani to poznaje?

-Minęłam się z nimi. Niech Pan spojrzy na tego dzieciaka. Widać, że coś jest na rzeczy, choć z boku nie wygląda, a matka cały czas koło niego skacze. A to nos wyciera, a to w herbatę dmucha, a to naleśnikiem karmi. Babka jej wtóruje. Matka odtrąca ręce chłopa, a on ma potrzebę zrobienia zdjęcia i wrzucenia w Internet, jak to szczęśliwie spędza wczasy z rodziną.

-Pani to chyba w wywiadzie pracuje.

-Z ludźmi. Zaraz się przekonamy. Co tam, dziewczynko, zmęczona górami?

Potakuje.

-Nie wyspałaś się?

Potakuje.

-Brat pewnie w nocy hałasował?

Potakuje.

-Czy to nie do Ciebie babcia macha?

Potakuje.

-Nie idziesz?

Łzy lecą jak grochy.

-Co byś chciała teraz robić?

-Tu posiedzieć (przez łzy).

-Ona Wam nie przeszkadza? Babcia zjawia się przy nas niczym duch gestami sugerując odpowiedź. Babciu, to dziecko jest do tego stopnia wymęczone atmosferą panującą w Waszej rodzinie, że potrzebuje oddechu na osobności.

-Nie, w żadnym wypadku. Do dziewczynki: lubisz, gdy wieje wiatr?

Potakuje.

-A wycieczki lubisz?

-Ze szkoły.

Babcia oddala się na odchodnym dorzucając: tylko nie zaczepiaj obcych.

-Jeździcie w góry ze szkoły?

-Nie, do wesołego miasteczka i do parku linowego. Ale w góry pojedziemy, gdy będziemy w starszych klasach.

-Lepiej tak bez mamy na wyjazdach czy z mamą?

-Bez mamy i taty.

-Skończyłam jeść. Pora powoli schodzić.

-Nie chce Pani zjechać?

-Nie, wolę zejść.

-Do widzenia. Trzymaj się, dziewczynko. Wiele wycieczek przed Tobą.

Notatki. Opóźniony pociąg

– No to stoimy.

– Tak, i nie wiemy, jak długo.

– Boi się Pani tej całej epidemii?

– Nie boję.

– Ja też nie. Tutaj i tak mało kto przyjeżdża. Raczej nikt. Może tacy jak Pani, ale niedługo i oni przestaną.

Pociąg miał opóźnienie. Przez to nie zdążyłam na kolejny i w związku z tym miałam obowiązkową, nieplanowaną przerwę w podróży. Za krótką, by odświeżyć widok  Starówki, a za długą, by spędzić czas na peronie. Można żywić mieszane uczucia do galerii handlowych, ale te umieszczone tuż przy dworcach stają się niekiedy błogosławieństwem, zwłaszcza dla takich pasażerów jak ja. Wybieram stolik z dobrym oświetleniem w sieciowej kawiarni. Nawet mam kartę klienta, o czym przypominam sobie tuż przy ladzie. Żywię ogromną sympatię do baristów. Ruch jest akurat niewielki, więc nawiązujemy pogawędkę:

-Ciekawe, co mówi barista do swojej kobiety po powrocie z pracy na rzucane przez nią „zrób mi kawę, kochanie”?

-Nie wiemy. Jesteśmy singlami. Ale można powiedzieć „proszę bardzo, jedenaście pięćdziesiąt”. A Pani zebrała wszystkie pieczątki i dlatego ma kawę gratis. Rozmiar i typ dowolny.

-Jestem mile zaskoczona. W nagrodę za czujność proszę dołączyć do zamówienia koktajl mango z imbirem, obowiązkowo wegański.

Bariści zazwyczaj poprawiają mi nastrój, szczególnie przed podróżą. Kawa i wszystko do niej smakują wówczas inaczej niż np. w domowym zaciszu. Przeglądam oferty reklamowe. Jako rzadki bywalec sieciowych drogerii słabo orientuję się w promkach. Jeśli mam mydło, szampon i krem do twarzy, zakupione w markecie, to już wypas. Przecieram oczy zmęczone sztucznym oświetleniem w pociągu i w galerii. Czyżby? Zapowiedź produktowa na Boże Narodzenie? Tak, nawet jeśli trwa kalendarzowe lato. Wszak umiejętność planowania, np. zakupów, to cenna umiejętność. I pomyśleć, że jeszcze na wiosnę naśmiewałam się z maseczek z nadrukiem w choinki i brodate dziadki w czerwonych futerkach. Sięgam do torby. Coś w niej zagrzechotało. Okazało się, że to bezcenna pamiątka z urlopu nie przetrwała w transporcie. Wieczne są tylko miłość i diamenty, o ile są prawdziwe. I opóźnione pociągi w jednym z krajów położonych nad Bałtykiem.

One. Zielnik

-Padam. Nie ma więcej wody?

-Nie ma.

-Nie kupiłaś.

-Myślałam, że Ty kupisz. Co tam masz?

-Wrotycz. I takie tam.

-Nie żartuj. Wyglądasz, jakbyś obrabowała pół targowiska.

-Zrywałam, gdzie się dało. Objechałam cały teren lasku i kilka sklepów zielarskich. Nasz ulubiony działa tylko do końca miesiąca. Wyprzedają asortyment, więc wyżebrałam upust.

-Jest trujący. Wiesz, że możesz mieć przez to problemy.

-W małych ilościach pomaga.

-W dużych szkodzi.

-Gdybyś zjadła za dużo śliwek, też by Ci zaszkodziły. Pójdziesz do sklepu po wodę?

-A tam co masz?

-Ziele bagien.

-Na bagnach też byłaś?

-Nie, mówiłam Ci, że odwiedziłam kilka sklepów zielarskich i…

-Znowu przepuszczasz pieniądze na niepotrzebne rzeczy.

-A Tobie nawet nie chce się zrobić podstawowych zakupów.

-Możemy kupić filtr do wody zamiast gromadzić plastik.

-Dlaczego więc jeszcze go nie kupiłaś? Uważaj! Wysypało się.

-Lawendę też kupiłaś?! Oszaleję zaraz.

-Zrobimy z niej paczuszki i bukieciki. Będziemy je sprzedawać, a wcześniej zawiesimy w kilku miejscach w mieszkaniu. Inaczej komary nas zeżrą.

-Mnie jest wszystko jedno. I tak nic z tego nie wyjdzie.

-Przy Twoim podejściu. Wrotycz coraz trudniej zdobyć. Trzeba się trochę nachodzić za nim. Nauczę się robić maści i kremy z jego zawartością. Na własny użytek.

-Szkoda, że pieniędzy nie potrafisz wyprodukować na własny użytek. Tutaj chcesz to robić? W kuchni?

-Szkoda, że alimentów z niego nie potrafisz ściągnąć. Mogę mieszać w łazience.

-To lepiej w kuchni.

 

 

 

One. E.

-Pani pewnie na jazdę?

-Tak, ale tam nikogo nie ma. Próbowałam się dodzwonić kilka razy, ale też nikt nie odbiera.

-Jej nie ma. Na stałe tu nie siedzi. Trzeba się umawiać.

-Dzwoniłam od kilku dni, nie odbierała, dlatego przyjechałam. Pomyślałam, że ją zastanę i się umówimy.

-Rzadko ktoś przyjeżdża. Kiedyś było więcej chętnych, ale teraz wyśrubowała ceny za jazdę, dlatego prawie nie ma ludzi. Ona każe kupować jakieś… karnety. Inaczej nie chce dawać lekcji. O zwierzęta mało dba. Ktoś z kolonii przychodzi i je obrządza. Ona się nimi prawie nie zajmuje.

-Ale ja nie mogę wykupić karnetu, bo nie wiem, jak będzie nam się układać współpraca i jakie to będą lekcje. Może jej się nie spodobam albo ona mnie.

-Z nią ciężko się dogadać. Ludzie we wsi już nie próbują. Ona jest dziwna. Wysłała męża za granicę, aby zarabiał. Potem nie chciała go z powrotem przyjąć, choć on pieniądze przysyłał. Kupiła tę działkę i konie, ale rzadko tu bywa. Ludzie przyjeżdżają, pytają o nią, ale w tym roku już nikt nie pyta oprócz Pani. Wie Pani, ona nie jest dobrym człowiekiem.

-Cóż, pozostaje mi zawrócić. Dziękuję za informacje i porady.

-Pani pierwszy raz w tych stronach?

-Pierwszy.

-To zapraszam na kawę.

-Chętnie. Mąż nie będzie się gniewać, że od roboty Panią odciągam?

-On wie, że ludzie przychodzą do mnie na posiadkę. Mam koleżanki. To nasze pole. Wie Pani, co to jest?

-Owies. Dla koni.

-W Pani stronach jest taki?

-Nie ma.

-A to?

– Słoneczniki.

-Niedługo wszystkie zakwitną. Będzie ładnie. W Pani stronach takie są?

– Są, ale nie takie dorodne.

-To nasz dom. A tam mój. Naprawia kosiarkę. Szwagier ma przyjść i mają dzisiaj próbować. Ale ten świat mały. Panią spotkałam przy kartoflach. Z całej Polski tutaj ludzie zaglądają. Działki i domy kupują, potem je dzierżawią, a miejscowi jadą w świat. Dorabiać się.

Patynowa Pani Domu. Codziennik

Przychodzę po… A maseczkę Pani ma? Mam. To proszę założyć. Dyrekcja poucza nas, że mamy upominać klientów i sami nosić. Zakładasz maseczkę. Wchodzisz po wezwaniu. Dezynfekujesz dłonie. Ponownie tłumaczysz, w jakim celu przyszłaś. Proszę poczekać na korytarzu. Czekasz na korytarzu. Proszę, może Pani wejść. Wchodzisz. Mówisz, jaki jest cel Twojej wizyty. Słyszysz: dobrze, proszę zaczekać na korytarzu. Wychodzisz na korytarz. Tutaj może Pani zdezynfekować dłonie. Dezynfekujesz dłonie. Po kilku minutach słyszysz: proszę, zaświadczenie jest gotowe. Odbierasz dokument. Na przyszłość proszę załatwiać takie sprawy telefonicznie. Jest reżim. Przyszłam dlatego, że nie mogłam się od wczoraj dodzwonić, a dzisiaj z rana, gdy już się udało połączyć, poradzono mi, abym stawiła się osobiście.

Opuszczasz budynek. Sygnał telefonu. Kurka-rurka. Pewnie o czymś zapomniałaś. Dzień dobry, proszę rozliczyć się ze sprzętu oraz materiałów, na których pracowała Pani zdalnie. Rozliczyłam się tuż po tym, jak wróciłam do pracy stacjonarnej. Nie widzę Pani podpisu. Nie rozliczyła się Pani. Robi Ci się gorąco, ale nie tracisz panowania nad sobą. Siadasz na schodach i cierpliwie tłumaczysz, gdzie są dokumenty oraz sprzęt. Niemożliwe. Nie przypominam sobie, aby Pani… Zaraz… Sprawdzę jeszcze. Chcesz do domu, natychmiast. Do paprotek i glonojada. Kawa! Kawa!!! Myśl o kawie. Tylko ona może w tej chwili wzmocnić Twoje nerwy. Zachowaj spokój. I nie siedź tak na schodach publicznej instytucji. Jest! Jest Pani podpis! Jest Pani rozliczona.

Telefon. Mam dla Pani zamówienie. Nie ma mnie w tej chwili w pracy (bo jestem gdzie indziej). Czy mógłby Pan zostawić paczkę u koleżanki? Ona zapłaci, zanim dotrę. Ale tam jest zamknięte. Jest zamknięte, ale na drzwiach podano numer telefonu, pod który należy dzwonić. Ktoś do Pana wyjdzie i odbierze paczkę. Po kilku minutach. Telefon. Wie Pani, objadę okolicę i jeszcze raz zajadę do Pani z tą paczką. Nie ma sprawy. Koleżanka nie odebrała? Uprzedziłam ją, że Pan będzie. Nie, otworzył jakiś człowiek i mówił, że nie zna się i nie wie, o co chodzi. Docierasz do miejsca przeznaczenia. Po drodze mijasz samochód z logo znanej firmy kurierskiej. Przychodzi sygnał wiadomości. Przesyłkę dostarczono. To będzie piękny dzień!

Całuchy-kluchy!

Zjazd absolwentów. Przygotowania

Wychodzę z piekarni trzymając w ręku ciepłą bułeczkę. Odrywam kęs rozkoszując się jej wybornym smakiem. Naraz słyszę, jak ktoś wykrzykuje moje imię. Głos znajomy, ale co ona… co Ty tu robisz?

-Widziałam Cię, jak wchodziłaś, ale zaczekałam na Ciebie tutaj. Mamy spotkanie, wiesz. Cała klasa. W tej nowej knajpie 10 min. od dworca, aby każdy miał blisko. Będziesz? Ktoś już pisał do Ciebie w tej sprawie?

-Tak, ale nie bezpośrednio. Znajoma mi przekazała, tzn. rozpytywała o mnie ludzi i prosiła, aby mi powiedzieć, że spotkanko jest w planach. Od nich wiem. Z drugiej ręki.

-No właśnie. Mnie nie będzie, ale Ty będziesz?

-Nie mam żadnych pomysłów na ten wieczór, więc pewnie tak.

-Przyjdzie Paweł z żoną i córeczką. Taką małą, słodką ma, ale już chodzi, a moja jeszcze nie, a są w tym samym wieku prawie. Tylko dwa miesiące różnicy. Na fejsa wrzucił fotkę. Renia i Dorota. Podobno sporo osób ma być. Ty, a w co się ubierasz?

-Planuję założyć koszulę flanelową i dżinsy. Tak będzie najwygodniej.

-E, no, odlaszcz się. Zobaczysz, jakie wrażenie zrobisz. Nikt Cię nie pozna.

-Jeszcze zobaczę.

-Dobra, lecę.

Wracam do domu. Zachęcona słowami koleżanki otwieram szafę. Może faktycznie powinnam poszukać stylu na ten jeden, jedyny wieczór? Zawartość szafy pozwala ocenić możliwości finansowe właścicielki oraz określić jej dość mocno swobodny sposób wyrażania poprzez strój stosunku do otoczenia. Pożyczę super kieckę. Tylko od kogo? Dziewczyny już dawno niczego mi nie udostępniły twierdząc, że w nic się nie mieszczą. A co ma do tego ich rozmiar? Poza tym nie pamiętam, chyba ją wydałam albo pożyczyłam i nie mam już. Tyle słyszę. Nie to nie. Też mam sukienkę i się nie chwalę. Z dzianiny, ale na ciepły, letni wieczór raczej się nie nada. Do tego buty na obcasach. Te akurat leżą prawie nienoszone na dnie szafy. Przymierzę je. Może już się rozpadły na skutek upływu czasu? Nic z tego. Wyglądają całkiem znośnie. Miałam je na sobie kilka razy z okazji zmiany stanu koleżanek, określającego stosunek do własnego samca i jego nazwiska oraz na służbowej imprezie, niefortunnie nie przewidując spaceru w nich po murawie. A jeśli spóźnię się na tramwaj i będzie trzeba biec, bo nie opłaci się czekać na kolejny? A co, jeśli zechcemy przejść się po Rynku nocą i pośpiewać. Nie. Nie włożę ich. Tylko solidne klapy lub wygodne sandały, ewentualnie trampki. Trampki i to te, które mam na sobie. kto mnie tam będzie podziwiać, a na pewno patrzeć na moje obuwie. Tylko na weselu trza być w butach, jak wieść niesie.

Przestaję myśleć, zaczynam działać. Aby dobrze wyglądać na spotkaniu absolwentów, trzeba zaprezentować się od jak najlepszej strony. Słychać sygnał przychodzącej wiadomości. Numeru nie mam w książce. Treść dotyczy zlotu absolwentów, na który chcąc nie chcąc wybieram się. Trzeba odreagować trudy codzienności. Wiadomość przychodzi od koleżanki podpisanej dwoma nazwiskami. Co, młoda, chciałaś podkreślić, że ktoś Cię chciał? Odpisuję: tak, będę. Przyjadę sama. Klamka zapadła. Albo klapka. Od sedesu. Po chwili kolejna wiadomość „w co się ubierasz”? Nie będę tłumaczyć, że właściwie kreację mam na sobie. Wskoczę zaraz w szlafrok i nastawię pranie.