Patynowa Pani Domu. Przedświąteczne zakupy

Tandeta wyłania się zewsząd. Krzyczy i uderza ze szczególną mocą kilka razy w roku, np. w okolicach świąt Wielkiej Nocy. Półki sklepowe uginają się od nadmiaru plastikowych zajączków, jajeczek, gadżetów do zabawy w Lany Poniedziałek, dekoracji służących ozdabianiu (tu raczej szpeceniu) domostwa. Wśród odpustowego kiczu czujesz się jak zając na polowaniu. Robi Ci się słabo się na samą myśl o odwiedzinach miejsc, które w sezonie wzmożonej konsumpcji stanowią skrzyżowanie cyrku, wesołego miasteczka i niezupełnie legalnego bazaru. Postanawiasz zatem, że zapasy jedzenia i drobnych produktów niezbędnych w każdym domu uzupełnisz poza godzinami zakupowego szczytu. Wchodzisz do środka. To nie przesada. Naprawdę nie ma tu czym oddychać. Powierzchni użytkowej jest jakby mniej. Ogromne kartony i palety przesłaniają widok. Ich zawartość, również płynna, co rusz ląduje na podłodze potęgując i tak spory rozgardiasz. Pracownicy dyskontu uwijają się jak mrówki. Niezadowoleni klienci, często w wieku postprodukcyjnym, pokrzykują „jak długo będę stać w tej kałuży”, „tu nie da rady przejść”, „możecie otworzyć inne kasy”? Gdyby można było, zostałyby otwarte. Nie pamiętasz czasów kolejkowych, pańciu ubrana w tanie, niewygodne buty, na ramieniu mająca plastikową torbę wyprodukowaną przez dzieci w krajach Dalekiego Wschodu? Przestań zamulać, bo eksploduję. „Zaraz zawołam kierownika”, „jak tak dalej pójdzie, to do mediów napiszę”. Po kwadransie słuchania pseudomądrości postanawiasz dać ripostę życiowym nieudacznikom, którzy posiłkują się groźbami wobec Bogu ducha winnych kasjerów. Mówisz na tyle głośno, by Cię usłyszano:

-Najpierw trzeba nauczyć się czytać i pisać.

-Patrzcie, jaka mądra! A do kasy ma tylko zielone cytryny, trucizny z Chin. Będzie tu stać do wieczora. Haha!

Nikt ze stojących w kolejce nie podziela radości pańci w ubranej zgodnie z trendami lansowanymi w bezpłatnych dodatkach do prasy przeznaczonej dla niewyszukanego odbiorcy.

Trzymając w dłoniach małe opakowanie śmietany, paczkę migdałów i kilka sztuk limonek walczysz z myślami, aby nie powiedzieć niczego, co mogłoby spowodować zainteresowanie ochrony obiektu. Zamiast tego uśmiechasz się do pracowników sklepu, a w ich twarzach widać głównie znużenie mijającym dniem i ledwo skrywaną niechęć do wszechświata. Żaden z klientów pchając wózki wypełnione po brzegi, widząc, co masz do skasowania nie próbuje Ciebie przepuścić. Gdy nadchodzi Twoja kolej, płacisz i opuszczasz sklep z zamiarem natychmiastowego udania się w stronę jeziora. Już sama myśl o tym, co niebawem ukoi Twoje serce i nerwy sprawia, że świat błyskawicznie nabiera soczystych kolorów. A zakupowe szaleństwo? Cóż, bez tego można żyć. I trzeba.

Całuchy-kluchy!

Patynowa Pani Domu. Wietrzenie szaf

Wiosna nadeszła. Wie o tym wszystko, co żyje. Ptaki z samego rana wydzierają się w niebogłosy. W przerwach między śpiewaniem noszą w dzióbkach budulec na gniazdo. Dzięcioły wystukują niezmienny rytm. Wciąż masz nadzieję, że kiedyś w ich polifonii usłyszysz np. Smoke on the water. Bierzesz przykład z otoczenia. Postanawiasz odświeżyć swoje gniazdko. W końcu wiosna zobowiązuje, a natura najlepiej wie, kiedy jakie prace trzeba wykonać.

Jesz pożywne śniadanie. Tym razem tortilla prawie nie rozpada się, mimo że nie chce się składać. Kto powiedział, że prawie rozpadająca się będzie mniej smaczna od zakupionej w punkcie gastronomicznym? Nikt.

Przygotowujesz plan pracy. Zaczynasz od wietrzenia szaf. Trzeba je najpierw mieć, ale nie zaszkodzi porządkować ubrania w kartonowych pudełkach i na półkach doraźnie pełniących rolę garderoby. Rozpoczynasz. Otwierasz pierwszy karton, a tu niespodzianka. Nawet nie wiedziałaś, że masz swoje pierwotne martensy kupione za pierwsze poważnie zaoszczędzone pieniądze. Trzymasz je w obu dłoniach, głaszczesz najczulej niczym futerko kota (sorry, Blaki, za ujawnienie Ciebie, wiem, że pragniesz pozostać anonimowym). W głowie zapala Ci się lont. Przecież one jeszcze są dobre. Szukasz kasetki z przyborami do czyszczenia obuwia i galanterii skórzanej. Gdzie ją ostatnio widziałaś? Chyba… chyba nie widziałaś. Odkładasz buty. Zajmiesz się nimi później. I złożysz zamówienie w pracowni obuwniczej na środki przydatne w ich pielęgnacji. To będzie pasta w płynie z woskiem, Lamborghini wśród specyfików konserwujących wymagające obuwie, do tego szczotka i ściereczka do polerowania.

Inne buty znajdujące się w nieopisanych pudełkach to m.in. rozpadające się mokasyny, których szkoda wyrzucić, bo przydadzą się na wypady do warzywniaka, para skórzanych botek z przeznaczeniem np. na proszoną kolację do lokalu z gwiazdkami. Nie przypominasz sobie, kiedy ostatnio miałaś je na sobie. Ba, nawet nie pamiętasz, czy kiedykolwiek w nich wyszłaś. To nic, zaniesiesz do kontenera. Niechaj ich właścicielka ma udane randki. Przeszukujesz dalej. Szpilki. Wprawdzie obcas mierzy 3 cm, ale producent określił je jako szpilki. Prawie nieużywane, ale się przydadzą na najbliższą uroczystą okazję, która może zdarzyć się każdego dnia. Buciory trekingowe. Należy im się szczególne miejsce w potencjalnej szafie i będą je mieć. Przegląd dokonany. Nie trzeba uzupełniać zapasów, a to najważniejsze.

Podchodzisz do półek z ubraniami. Jaka szkoda, że nie możesz zostawić tylko bielizny, skarpetek, szlafroka i uniformu do fitnessu. Choć obecność tego ostatniego też jest dyskusyjna, ponieważ ostatnio na większość zajęć zasypiasz. Od jutra weźmiesz się za siebie, a dzisiaj skończ to, co zaczęłaś. Sukienki. Liczba sztuk: 2. Białe bluzki: brak. Marynarki? Są. Z czym je łączyć? Nie masz wątpliwości. I tak nie nadarza się okazja do ich założenia. Grube swetry? Po co Ci w sezonie wiosennym? Zostaw trzy, a reszta (cała jedna sztuka) do kontenera. Spódnica? Spódnica?! Masz spódnicę? Super. Dżiny. I to jakie sprane! Mieścisz się. Zostaw. Pamiętaj o zasadzie minimalizmu. Dziel się z potrzebującymi. Koszule flanelowe. Powinny być. Nie wpadaj w panikę. Na pewno znajdą się w najmniej odpowiednim momencie. Najwyżej kupisz nowe. Nabycie koszuli w galerii to nie zbrodnia. Uspokój się. Nigdzie ich nie zostawiłaś. Nie szalej. Nie biegaj po mieszkaniu. Nie sprawdzałaś jeszcze zawartości kosza na brudne ubrania. Są. Rozhuśtane emocje stają się niczym tafla jeziora.

Nastawiasz pralkę, ponieważ jej obracający i wirujący bęben uspokaja Cię. Nagradzasz się deserem w postaci kilku orzechów włoskich za świetnie wykonaną robotę. Reszta dnia upływa Ci na małych i wielkich przyjemnościach. Życie jest niezwykłe.

Notatki. Pierwszy dzień wiosny

Jest zdecydowanie lepiej budzić się słysząc za oknem ptasią orkiestrę niż sygnał budzika. To będzie wyjątkowy dzień, mimo że nim rozpoczyna się kalendarzowa wiosna, na którą większość ludzi czeka z niecierpliwością, a ja do tego grona nie należę. Oto pierwsza myśl euforycznie rozdzierająca czaszkę po otwarciu oczu. Dzięcioł chyba kogoś przyprowadził na śniadanie. Dźwięki uderzania dziobem o drewno są głośne, wyraźniejsze i bardziej liczne niż dotychczas. Młody, ale masz apetyt. Wlokę się po szklankę wody z cytryną. Napój mnie orzeźwia. Ptasia gromada nie ustaje w wygrywaniu ody do radości. Niech i tak będzie. Uszanuję Waszą autonomię. To ja jestem gościem na waszym terenie, a nie Wy na moim. Dzisiaj wczesny ranek spędzamy tylko ze sobą. Szykuję tosty. Mogą być z awokado i pestkami dyni. Obok kładę kawałek ananasa. Do tego herbata. Obowiązkowo z miodem. Otwieram szerzej okno. Wychodzę na ganek. Rześko. Słyszę kroki sąsiadki na korytarzu. Już ta pora! Dzisiaj słucham ptasiej audycji, dlatego inaczej odmierzam czas. Rano można zrezygnować z zegarka. Wystarczy wsłuchać się w odgłosy z zewnątrz często układające się w powtarzalną całość.

Na mieście mnóstwo młodych ludzi. Nietuzinkowo ubrani całują się, obejmują i śpiewają. Wręczają kwiaty przechodniom i sobie nawzajem. W pierwszej chwili wydaje się, że to happening lub wysoce oryginalna kampania reklamowa, ale po jakimś czasie dociera do mnie, że jest dzień swobodnego podejścia do realizacji obowiązku szkolnego. Miasto przyozdobione uśmiechami oraz śpiewem wygląda zjawiskowo pięknie. Zatrzymuję te chwile w pamięci.

W drodze powrotnej wypatruję bocianów. Są terminowe. Od kilku dni powinny więc być. Gniazdo wciąż puste. Nic nie jest dane na zawsze.