Bazar

Pchle targi, dzikie stragany, kina studyjne, lokalne rzemiosło, ludzie stąd i stamtąd, ich historie, dramaty, byty i niebyty. To wszystko składa się na atmosferę miejsca. Dlatego unikam galerii, multipleksów, sieciówek i fastfoodowych punktów gastronomicznych. Rzadko nocuję w hotelach, a komercyjne biura podróży omijam szerokim łukiem. Gdy jadę gdzieś po raz pierwszy, koniecznie rezerwuję czas na wędrówkę po bazarach. Towary kupuję głównie od lokalnych dostawców. Często pytam o kanał dystrybucji i źródło pochodzenia. Proste recepty i sposób sprzedaży. Gawęda. Szczery uśmiech. Spracowane dłonie. Zauważam detale. Patrzę w oczy sprzedawczyni (i nierzadko producentowi w jednej osobie). Wymieniamy grzeczności. Wiem, że spędzę z nią trochę czasu.

-I tak jeździ Pani po Polsce?! Rozmawia z ludźmi, słucha, a potem? Co potem?

-Czasami opisuję te sytuacje, a czasami nie, ale pamiętam wszystkie. Często z detalami, nawet w co kto był ubrany. Może niezbyt dokładnie, ale jakiś szczegół z ubioru zapamiętam, np. fartuch albo kapelusz. Dużo czasu nie ma na pogawędki. Nie chcę Pani wystraszyć klientów.

-Może Pani się dosiąść. Tutaj z boku. Mam tylko to plastikowe wiadro. Niewygodnie będzie.

-Nie szkodzi. Mam chustkę. Rozłożę. Pomóc w czymś Pani? Mogę podawać, układać…

-Nie trzeba. Jakoś daję radę. Wstaję o 5.00 rano. Doję krówki. Mój chłop obrządza. Zbiera jajka. To te. Pakujemy wózek. Potem siadam na rower. Jadę tutaj. Z mlekiem, jajami, serem. Czasami mam ogórki. Chce Pani wody z ogórków? Dobra na upały i zdrowa. Pani da butelkę albo słoik. Proszę. Jak Pani będzie długo się tu kręcić, to pić się zechce.

-Wracam wieczorem.

-W południe jestem z powrotem na wsi.

-Zapytałabym, ile Pani ma lat, ale nie wypada kobiet pytać o wiek.

-A, tam nie wypada. A kraść albo łajdaczyć się wypada, albo po buziach okładać? Mam osiemdziesiąt i dwa roki.

-Podziwiam, że Pani się chce.

-Jeżdżę tak od wielu lat. Latem wożę truskawki, jagódki, grzybki. Jesienią nawet kaczuszkę albo kurkę przywiozę, ale trzeba wcześniej powiedzieć, żeby mięsko się nie zmarnowało. Ja nie dla pieniędzy tu jeżdżę, ale dla ludzi. Popatrzeć, jak żyją, co gadają. Trzy razy w tygodniu. W sobotę jest największy ruch. I co, dobra woda?

-Pewnie, że tak. Cały towar Pani schodzi?

-Prawie zawsze schodzi, a co nie schodzi, to rozdam. Jak Pani obejdzie już wszystko, to niech Pani przyjdzie do mnie. Może coś zostanie, to Pani dam. Nie można marnować tego, co się zebrało. Dorobić to się dorobiłam. Człowiek musi mieć zajęcie, bo inaczej głupieje. Ja jestem roboty nauczona. Od małego. Było nas w domu ośmioro. Byłam druga po bracie. Wesoło było. Biednie, ale wesoło. Biegaliśmy po łąkach, po lesie. Żyliśmy z pola i z tego, co się zebrało w lesie. Ale dobre jedzonko było. Dzieciaki zdrowe, krzepkie. Chłopaki jak dęby. Grały na grzebyku albo piszczałki robiły. Nie to, co teraz. Drewna nie narąbie. Zwierząt nie obrządzi. Dachu nie położy. Pieca nie wyczyści. Co to za chłop.

 

City break

-Wdepniemy na chwilę do galerii?

-Jasne. Możemy.

-Mam kartę stałego klienta. Zbieram punkty w programie lojalnościowym. Jeszcze Trochę mi brakuje. Chciałabym też kupić coś do mieszkania. Pomożesz mi wybrać.

-Ok, możemy zdobywać punkty i poszukiwać skarbów do Twojego gniazdka.

-Ale uprzedzam, że hala jest spora i trochę pochodzimy. Mam nadzieję, że Cię to nie zmęczy.

-Jestem odporna. Bez obaw.

Obiegłyśmy chyba wszystkie sklepy z artykułami wnętrzarskimi. Małe AGD plus sieciówkowe dodatki do mieszkań. Objuczone niczym biblijna oślica postanowiłyśmy zakończyć maraton po targowisku próżności w przytulnej kawiarni. Zamówiłyśmy kawę z przekąskami, a potem sprawdzałyśmy, co mamy w torebkach. Z głośników… Niemożliwe. Cave. Wracają wspomnienia. A pamiętasz, jak biegłyśmy na pociąg, Ty wściekła i rzucająca piorunami… Przesiadka w środku nocy… A on śpiewał… Ledwo zdążyłyśmy… Konduktor patrzył na nas dziwnie. Skład był przepełniony… Ktoś śpiewał tę właśnie piosenkę… Tamto nie przetrwało. Nie miało szans według Ciebie. Nie przypominam sobie, w którym momencie umarło, ale pamiętam doskonale, kiedy się zaczęło. Zaczepił nas w przerwie koncertu, bardziej Ciebie. Otuliłaś go chłodnym spojrzeniem. Byłaś ubrana na czarno jak mistrz. Ale Ty chyba nie chcesz o tym słuchać.

-Zaprowadzisz mnie na Starówkę?

-Może poproszę obsługę, by zmieniła wykonawcę. Tak, pewnie. Pokażę Ci wszystko. Pójdziemy z tymi workami.

-Nie przeszkadza mi wykonawca ani piosenki. Idziemy?

-Zaczekaj. Niech złapię oddech. Albo chodźmy.

Żyję, więc doświadczam. Widoków, zapachów, klimatu, dźwięków. Zaniedbane podwórka. Tylko pozornie. Nieład w tej sytuacji ma swój nieodparty urok. Dostrzegam świetność domów w poprzednich stuleciach. Drewniane balkony. Stare drzewa. Cudnie szumią. Szkoda, że nie mogą opowiedzieć historii lokatorów. Szyldy drobnych rzemieślników. Uwielbiam. Mimo że rzemiosło powoli gaśnie, jego ślady pozostają. Wyraźnie czuję zapach piwnicznej stęchlizny. Zaglądam do środka. Jest niesamowicie. Za murem spotykam lokalsów. Pewnie nie słyszeli o idei slow life, ale doskonale wiedzą, na czym ona polega. Grają w karty. Rozmawiają. Śmieją się. Jakby czas nie istniał. Sami dla siebie są ochroniarzami. Niepotrzebne im alarmy, elektronicznie sterowane bramy, monitoring, agencja ochrony, wysokie płoty. Zagaduję. Opowiadają dużo i chętnie. O historii budynku, miejsca. O sposobach na życie. O tym, komu się udało. O tym, co wyszło, ale nie tak, jak tego oczekiwano. Pytają o mój powód odwiedzin. Dziwią się, że wykorzystuję wolny dzień na pielgrzymowanie po ich świątyniach zamiast na zwiedzanie światowych metropolii. Tłumaczę im, że niektóre miasta już zaliczyłam, a teraz chciałabym robić coś, czego jeszcze nie doświadczyłam. Mogłabym tak wędrować nieustannie. Wreszcie docieram do znanego zaułka. Niemożliwe. Nadal kwitną tam hortensje. Zdziczały. Podobnie jak ja. Za dużo znaków i wspomnień. Niezupełnie. Za każdym razem odkrywam coś nowego nawet w dobrze znanych miejscach. Lokatorów wyraźnie ubyło. Mury budynków nadal się kruszą, ale jest ostrzeżenie i są ślady wandalizmu. Z okien wyłaniają się strzępy firanek. Po drugiej stronie słychać dźwięk skrzypiec. Ktoś ćwiczy lekcje. Życzę mu powodzenia i idę dalej modląc się w milczeniu, by potencjalni inwestorzy omijali to miasto szerokim łukiem. Nie można zabić ducha czasu. Ani miejsca. Ani zgasić go w ludziach.

 

One

-Kupi Pani bukiet?

-Nie, dziękuję.

-Kupi Pani. Proszę. Pani. Dwa mi zostały. Dzisiaj szybko sprzedałam. A zimno. Pada. I wiatr. Kupi Pani.

-Dobrze, wezmę jeden.

-Kochana Pani jest. Drugi dla Pani. Za darmo.

-Może jeszcze ktoś po niego przyjdzie.

-Nie, raczej nie. W taką pogodę. Dzisiaj jest zimno. Jechałam rowerem i nie mogłam złapać tchu, tak zimno. Zatrzymałam się na chwilę i trochę poprowadziłam.

-Nie ma Pani peleryny przeciwdeszczowej albo parasola?

-Miałam parasol, ale połamał się. Dostałam drugi od takiego sympatycznego pana, który kiedyś kupił bukiet. Dał za dużo, ale nie chciał reszty. Mam ten parasol w domu. Porządny taki. Szkoda go na taką pogodę jak dzisiaj. Ja tu na chodniku siedzę. Towaru pilnuję. Jeszcze ktoś mi podbierze.

-Co jeszcze Pani sprzedaje oprócz bukietów?

-Warzywa. Z własnego ogródka. I jajka od wiejskich kurek.

-Dojeżdża Pani tutaj rowerem.

-Tak, dwa razy w tygodniu kilkanaście kilometrów w jedną stronę. Straż miejska mnie nawet nie przegania, bo strażnicy mądrzy ludzie. Wiedzą, że ja nie siedzę tu dla zarobku, ale dla ludzi. Popatrzeć na ulicę, jak auta jeżdżą albo matki z wózkami. Czasami z kimś porozmawiam. Dam dobrą radę. Wysłucham.

-Ma Pani rodzinę, dzieci?

-Coś Pani powiem. Nie mam dzieci. Ja je tylko urodziłam, ale dzieci nie mam. Jeden syn siedzi w Niemczech już będzie… ze 20 lat. Ma tam… dziecko, kobietę. Młodsza od niego. Tak siedzą, jak to się mówi, na kocią łapę. Kiedyś jeszcze zadzwonił od czasu do czasu, przesłał zdjęcia wnuka, kartkę jakąś na święta lub na imieniny. Raz widziałam wnuka, jak był mały. Przywieźli go do Polski, do mnie, ale już nie przywożą. Drugi syn ze mną wcale nie rozmawia, choć mieszka jakieś kilkanaście kilometrów ode mnie. Nawet nie zajrzy, nie zapyta, co słychać, jak mi się powodzi albo czy jestem zdrowa. Nie obchodzę go ani trochę. Sama Pani widzi. Nie mam dzieci. Ale jakoś żyję. Z emerytury. Z tego, co uskładam, chociaż pieniądze są już mi niepotrzebne. Czynszu nie płacę. Na opał mam. Zdrowie też jest. Nie narzekam. Gdy z ludźmi pogadam, to mi lżej.

Patynowa Pani Domu. Zakupoholizm

Po krótkich namowach zgadzasz się na towarzyszenie komuś podczas targów promujących najogólniej mówiąc ideę slow life. Ma być ekologicznie, organicznie, swojsko, niedrogo i przyjaźnie, jak przekonuje amator pomysłu. Poza tym można poznać zwariowanych, pozytywnie zakręconych na maksa ludzi i razem zrobić coś dla ratowania planety. Nie wahasz się długo i przystajesz na propozycje spędzenia wolnego dnia na buszowaniu po straganach w poszukiwaniu smakołyków dla ciała i duszy. Wcześniej upewniasz się, ile możesz wydać na zakupowe szaleństwo. Docierasz na targ lekko poirytowana przeciągającym się spóźnieniem koleżanki. Pamiętaj, życie w stylu slow nie jest tym, co praktykujesz volens nolens każdego dnia w drodze do pociągu i z powrotem. Koleżanka żyje slow, bardzo slow, skoro nawet nie poinformowała, że się spóźni. W końcu dostrzegasz ją niespiesznie zmierzającą w Twoją stronę z… kubkiem jednorazowego użytku w dłoni. Na kubku logo sieciówki. Cóż, miało być lokalnie i swojsko, a jest kosmopolitycznie i globalnie. Przepraszam za mały poślizg czasowy, wyjaśnia koleżanka, musiałam zająć się psem. Ma biegunkę. Sporo sprzątania było. Zostawiłam go w domu. Oszczędź mi szczegółów, myślisz, mam wrażliwe ucho i jestem po śniadaniu.

Podążamy w kierunku straganów. Uliczny hałas narasta. Co na targach promujących higieniczny tryb życia robią pstrokate światła?! Prościej będzie wymienić, czego na bazarze nie ma niż to, co jest. Począwszy od produktów kuchni różnych narodów, trawy w sześciu smakach, deserów z dalekich zamorskich krajów (miało być głównie po polsku), twarogów, fast foodów (nieźle jak na slow life) poprzez etniczne ozdoby, średnio praktyczną odzież (szukam logo, metki, czegokolwiek), artykuły gospodarstwa domowego sprowadzane z… różnych krajów. Ceny zwalają z nóg. Jest i biżuteria. Na niej zawiesisz oko, cieszysz się na samą myśl. Nic z tego. Jeśli nabędziesz choć jeden komplet, nie będziesz mieć na życie przez resztę miesiąca. Koleżanka podchodzi z papierową tacką, na której leży jakaś maź o niezbyt apetycznym wyglądzie i zniechęcającym zapachu. Chcesz spróbować, pyta. Nie, dziękuję, odpowiadasz, a w myślach dodajesz, jak dobrze, że jestem po obfitym śniadaniu. Dają za darmo. idź, jeszcze jest, nalega. Popołudniowy upał i narastający tłum sprawiają, że tracisz zainteresowanie jedzeniem, natomiast odczuwasz lekką irytację i zmęczenie. Nagle czujesz, że na coś nadepnęłaś, a po chwili rozlega się skowyt psa. Odwracasz się i zanim zdążysz otworzyć usta, słyszysz: jak łazisz, uważaj, pies! Od kiedy jesteśmy na „ty”, ripostujesz, i jak można narażać zwierzę na taki stres w tłumie i hałasie! Koleżanka wyrasta jak spod ziemi i odciąga Cię na bok i mówi półgłosem, chodź, nie dyskutuj z… A właściciel psa odpowiada: a tu jeszcze druga wpier… się do kolejki. Z innych ust: pan też tu nie stał. Z tamtej strony kolejka jest! Dalszej wymiany zdań nie słyszysz.

Idziemy do naszego bistro, proponujesz. Jasne, padam z nóg, napiłabym się czegoś zimnego, słyszysz w odpowiedzi i po kilku minutach jesteś w drodze do dobrze znanego miejsca. Jest problem z wolnym stolikiem. O tej porze sporo tu żaków. Zamawiasz koktajl owocowy na wynos podobnie jak popularyzatorka ideii slow. Nie dbając o szczegóły wznosicie toast za dobrze przeżytą resztę dnia. To co, może kino, studyjniak? Dlaczego nie? Dzisiaj dzień tańszych biletów. Na targi nie wracasz. Slow life w takim wydaniu jest zdecydowanie nie dla Ciebie.

Marzysz o chwili, w której zajrzysz do osiedlowego warzywniaka, uśmiechniesz się do sprzedawców i kupisz lokalne, sprawdzone produkty. Na ich bazie przygotujesz ulubioną potrawę we własnej kuchni. I deser według swojego pomysłu. Będzie podwójne eko, bo bez dodatkowych opakowań i z korzyścią dla budżetu.

Całuchy-kluchy!