Patynowa i hydraulik w czasach zarazy

Niepokojący Cię od kilku dni dźwięk, dochodzący z rur, może zwiastować jedno: kanały odprowadzające wodę będą potrzebować wizyty specjalisty. Tylko jak tu ją zorganizować w czasie trwania izolacji, nakazanej rozporządzeniami. Zostawisz to na później. Jakoś trzeba będzie wytrzymać i poświęcić się dla ludzkości (nie pierwszy raz zresztą). Póki co poradzisz sobie jak zwykle przy pomocy popularnych środków dostępnych np. w sklepach spożywczych. I tak trzeba wyjść po bułki.

Raz dwa wczesnym rankiem pomykasz na miasto. Na ulicach prawie pusto. Ze starych drzew dobiega śpiew ptaków i stukanie dzięciołów. Mijasz ambulans i pojazd gospodarki odpadami. Obecna sytuacja sprawia, że odtwarzasz sceny z powieści „Miasto ślepców”. Nie, nic Cię nie dopadnie, żadna zaraza ani inne zło, bo jesteś odseparowana. Starasz się segregować informacje płynące różnymi kanałami. Dbasz o higienę (dla Ciebie to żadna nowość i męczeństwo). Wietrzysz dziuplę. Zdrowo się odżywiasz. Właśnie! Twoja checklista zostaje uzupełniona o większe ilości świeżego imbiru. Tak skutecznie polecałaś napój z jego składem, że w punktach handlowych, które znasz i stale odwiedzasz, zabrakło korzenia rośliny o cudownych właściwościach. Ten dostępny w Polsce pochodzi głównie z Azji Południowej. Być może to wiele wyjaśnia, dlaczego ostatnimi dniami trudno go dostać w sklepach na terenie kraju nad Wisłą i Odrą. Twój plastyczny umysł wytrenowany w spokoju przez stale napędzającą się społeczną panikę notuje, aby włożyć do koszyka świeże owoce i warzywa. Pakujesz dwie sztuki mango. Będą na koktajl. Receptura: potraktuj blenderem obrane i podzielone na kawałki mango (nie bierzesz udziału w eliminacjach do programu związanego z gotowaniem przez celebrytów, zatem nie przejmuj się estetyką pokrojonego owocu). Dodaj pół łyżeczki mielonego kardamonu i łyżkę greckiego jogurtu. Gdy koktajl jest zbyt gęsty, dolej odrobinę wody mineralnej. Gotowe!

-Dzień dobry, Pani też wyszła z domu – słyszysz za plecami znajomy głos. Odwracasz głowę, uśmiechasz się i pozdrawiasz ją. Wyszłam z rana, aby nie robić tłoku, a przy okazji dostałam wszystko, po co przyszłam prawie bez kolejki.

Po powrocie do siebie zdajesz sobie sprawę, że nie kupiłaś niczego do udrożniania rur domowym sposobem. Trudno, drugi raz nie będziesz się narażać społeczeństwu, zostajesz w domu, jak Pan Bóg i rząd państwa środkowoeuropejskiego przykazał. Spoglądasz przez okno. Czyżby przed oczyma mignęła Ci postać hydraulika, najbardziej pożądanego specjalisty w tych niełatwych czasach. Ano, to on! Chwytasz za telefon. Sprawę ma Pani załatwioną!

Całuchy-kluchy!

Patynowa Pani Domu. Black out

Jakie dziwne czasy nastały! Odgórny nakaz pozostania przez kilkanaście dni w miejscach zamieszkania wzbudza trwogę u znacznej części społeczeństwa. w takiej sytuacji trzeba będzie zacząć rozmawiać z dziećmi albo innymi członkami rodziny. Zorganizować im czas i przestrzeń. Wysłuchać. Pomóc w lekcjach. Zainteresować się, co lubią, a za czym nie przepadają. Wychodzić jedynie na spacery np. do lasu, parku lub tam, gdzie akurat przebywa niewiele osób?! Katastrofa! Jak to jest dzielić czas pomiędzy siebie i innych bez nadmiaru bodźców płynących z zewnątrz? Dla jednych przebywanie we własnych domostwach to wyzwanie, dla innych chleb powszedni. Ci ostatni po cichu kibicują ustawodawcom, by jak najdłużej odwlekali decyzję o zniesieniu konieczności ograniczenia kontaktów międzyludzkich.

Dla Ciebie pozostanie w obrębie własnego gospodarstwa domowego to pestka. Wreszcie będziesz mieć czas na przeczytanie dwóch stosów książek, które zalegają Ci na biurku. Ale najpierw praca zdalna. We właściwy dla siebie sposób przekazujesz informacje i załatwiasz sprawy odłożone na później. Planujesz działania, którym oddasz się w ferworze wyalienowanego szaleństwa. Napiszesz do tych, którzy być może zapomnieli, że istniejesz dla nich, a oni dla Ciebie. Przyrządzisz doskonały napój ze świeżym imbirem i plasterkiem cytryny. Będziesz podtrzymywać na duchu chwiejących się w posadach albo innych, którzy Cię o to poproszą. Zorganizujesz sobie mikro przestrzeń. Przygotujesz after party dla swojego Anioła Stróża i glonojada. I tak dalej. I tak dalej. Nie powstrzymają Cię nawet… nieprzewidziane przerwy w dostawie prądu, spowodowane przeciążeniem linii. Nachodzą Cię refleksje. Mrok i zaraza. Niczym w średniowieczu. A w tym wszystkim Ty, mała bezbronna owieczka. Będzie się działo.

Całuchy-kluchy!

Patynowa Pani Domu. Ziewaki

Poranek przywitał Cię delikatnym pocałunkiem. Nie, inaczej napisz, poniedziałkowy poranek kopnął Cię mocno w obie, słabo wyćwiczone łydki, i zakrzyknął „Jak dobrze wstać, skoro świt!” Same plusy na starcie nowego tygodnia. Nowiuśkie pędzelki do makijażu sprawdzają się idealnie. Nakładasz przy ich pomocy coraz więcej pudru, bronzera i szminki, zagubionej w wielkim mieście, o której kiedyś napisano książkę. Ta z kolei okazała się bestsellerem, a tym samym idealnym pomysłem na nietrafiony prezent. Ha, jesteś w formie od rana. Tak rozpoczęty dzień może okazać się tylko udanym.

Należysz do nielicznego grona kobiet, które zwykle wiedzą, co mają na siebie włożyć. To jest zależne od rodzaju aktywności, którą akurat uprawiasz. Twoje zajęcia oscylują głównie wokół wykonywania poleceń, a dziś dodatkowo są związane z bicepsami i tricepsami, a dokładnie ich szaleństwem na hali treningowej. Ujarzmiasz więc małe rozbójniki, które najdalej za dwa dni dadzą o sobie znać. Na odchodnym myślisz o wiosennych porządkach w szafie (rolę tego zaszczytnego mebla pełnią głównie słomiane pojemniki oraz kartony). Przydałoby się zrobić wiosenny drenaż odzieży. Może dzięki temu wiosna przyszłaby szybciej.

Ale najpierw porządki w poczcie elektronicznej. Od pewnego czasu prowadzisz ożywioną, nacechowaną subtelną ironią, korespondencję z pracownikami centrum kontaktowego. Solidnie przeszkolone osoby rzeczowo informują Cię, gdzie powinnaś się zgłosić, by usunąć potencjalny problem. Ty natomiast jako człowiek niepoddany korporacyjnej indoktrynacji rzeczowo odpisujesz „dziękuję za wyczerpującą odpowiedź. Sama mogłabym sobie jej udzielić”. Po przesłaniu tej frazy korespondencja zostaje zawieszona. Niczym Newton wpadasz na jeszcze jeden sprytny pomysł i natychmiast wcielasz go w życie. Szansę na zostanie sławnym fizykiem dawno pogrzebałaś. Możesz co najwyżej nazwać swojego pupila imieniem Newton, Tesla albo Galileusz choć przyznajesz, że to dziwne imiona dla glonojada. Nurtujący Cię problem został rozwiązany. Drukujesz potrzebne dane, następnie umieszczasz je w bazie. Pora uczcić sukces przekąską. Nagradzaj siebie. Tak było na szkoleniu z coachem? Było, było, a jakże.

Całuchy-kluchy!

Patynowa Pani Domu. Dzień kobiet

Zaczyna się od rozbudowanej oferty sprzedaży tulipanów oraz innych roślin cebulkowych do samodzielnego wyhodowania w warunkach, określając je najprościej, domowych. I ta dzika radość, gdy po wielu dniach ofiarnego oczekiwania, pojawia się kwiat (tym razem nie paproci) jako dar z okazji marcowego święta. Inne propozycje prezentowe, lawinowo pojawiające krótko po walentynkach, są, jak głoszą teorie marketingowych specjalistów, dostosowane do potrzeb kobiet (i nierzadko mężczyzn, z którymi dzielą one życie). Nota bene na wyprzedaży można jeszcze kupić atrakcyjne serduszne produkty, które nie znalazły nabywców w sezonie poświęconym patronowi obłąkanych i epileptyków. Gdyby się dobrze zastanowić i wziąć pod uwagę okoliczności wraz z terminami obchodzonych świąt, można byłoby upiec dwie pieczenie przy jednym ogniu (pierwszą podać z sosem barbecue, a drugą z musztardowym) i wręczyć komuś prezent np. z okazji przesilenia lutowo-marcowego.

Jako pół-singielka na studiach zaocznych, uwikłana w profanum do tego stopnia, że o nadchodzącym potencjalnym świętowaniu przypominają Ci głównie bilboardy oraz ulotki w skrzynkach, postanawiasz przejść do sfery sacrum i skusić się na jedną z ofert. Masz do wyboru: konsultacje fryzjerskie (inaczej mówiąc, w czym Patynowej będzie do twarzy), kosmetyczne (zabieg redukujący zmarszczki), udział w loterii, w której do wygrania m.in. bon na kosmetyki do zwalczania celulitu, poradę dietetyka, podwójne zaproszenie na pizzę (na wypadek, gdyby zabrakło innej okazji do zjedzenia włoskiego specjału). Zanim wybierzesz, dobrze rozważ wszystkie kuszące propozycje. Dzień kobiet zdarza się raz w roku. Tym razem nie możesz zmarnować okazji do dobrej zabawy.

Całuchy-kluchy!

Młynek do pieprzu

-A ten gdzie odłożyć?

-Ten jest do wyrzucenia.

-Zatrzymam go, jeśli pozwolisz.

-Bierz. To klamot. Nawet nie wiem, czy działa.

-Dam mu drugie życie.

-Rdzewieje już.

-To nie rdza, tylko zabrudzenia. Zobaczysz, jeszcze będziesz jeść rosół ze świeżo zmielonym pieprzem z tego młynka.

-Rób, jak uważasz. Mnie jest niepotrzebny. Zamierzałam go wyrzucić.

I w ten sposób wiekowy, ręczny młynek do pieprzu trafił w moje, adopcyjne ręce. Poczyszczony, odrestaurowany przy pomocy tradycyjnych środków (stosowanych do impregnacji drewna m.in. na Podhalu, a jakże), czyli ciepłej wody, szarego mydła i szczotki ryżowej zaprezentował się znakomicie. Mam do niego ogromny sentyment tym bardziej, że często w dzieciństwie mieląc czarne kulki zawierające piperynę doskonaliłam manualne umiejętności. Gdy w szufladce znalazła się wystarczająca ilość czarnego proszku, wąchałam go, a potem kichałam mając z tego niesamowity ubaw. Potem wysypywałam zmielony pieprz do kubła ze śmieciami, a do skrzyneczki kładłam np. małe szyszki albo coś innego. Dźwięk wydobywający się spod mielonych żarn mnie uspokajał. Gdy bywałam w innych domach, nie spotkałam się z takim modelem młynka jak u nas. Tamte egzemplarze wygrywały inną melodię. Tylko nasz był dzięki temu wyjątkowy.

Obecnie młynek dumnie oczekuje na użytkowanie. W komorze z żarnami mienią się różnokolorowe kulki. Gościom o wysublimowanych oczekiwaniach kulinarnych pozwalam na wypróbowanie jego możliwości. Chętnym opowiadam historię z nim związaną. To on ma aż tyle lat. Sama nie wiem, kiedy to zleciało. Nieźle się trzyma. Ty też. Dzięki.

Patynowa w wielkim mieście. Sequel

Świątynię handlu opuszczasz w nowym obuwiu. Biorąc pod uwagę Twoje możliwości finansowe oraz stosunek do kompulsywnego nabywania produktów z sieciówek ta sytuacja powinna przejść do rangi wydarzenia. W pamięć wwierca Ci się scena z filmu „Skazani na Shawshank”, w której Andy pojawia się w nowych butach niezauważonych przez nikogo. Bądź jak Andy. Pokazuj się tak, aby to, co istotne, pozostało niewidoczne dla ogółu.

Poczułaś głód. Dokonywanie zakupów w zatłoczonym pomieszczeniu, sztucznie wykreowanym na potrzeby konsumentów to wyniszczający proces, wymagający sporych nakładów energii. Pora ją uzupełnić. Wchodzisz do lokalu urządzonego w stylu industrialnym (mniam), słynącego z kawy, przekąsek i ciekawej lektury w językach urzędowych gospodarczo rozwiniętej części globu. Czas na Twój występ. Udając kosmopolitę, co dla nosiciela ubrań ze starannie odciętą metką i obuwia z ogólnodostępnych sieciówek okazało się fraszką, składasz zamówienie na ulubiony napój plus kanapkę na ciepło. Na obiad z deserem trzeba będzie poczekać do wieczora. Plan reszty dnia jest taki, by dziś odwiedzić galerię rzeźby, a jutro malarstwa. Poza tym nadprogramowo skarbiec oraz spacer wśród architektonicznych zakamarków pozostających pod panowaniem lokalnej bohemy.

Otrzymujesz zamówione produkty. Do stolika, przy którym je spożywasz, dosiada się (chyba) atrakcyjny zewnętrznie jegomość. Nawiązuje się rozmowa we wszystkich językach świata, łącznie z migowym. Elektroniczny tłumacz jest na wagę zboża. Dowiadujesz się, że (on, ten jegomość) jest w drodze do pracy. Ma teraz przerwę i postanowił tu zajrzeć. Zwykle jest wcześniej. Jada tutaj śniadania, na które zamawia grzanki oraz musli, ale dzisiaj wziął tylko małą kawę (?). Albo masz intuicję, albo nie chcesz wyjść na lingwistyczną ignorantkę. Odkrywasz w sobie zdolności aktorskie, co dodatkowo nadmuchuje Twoje i tak już nadęte ego. Słyszysz życzenia udanego pobytu w jego pięknym mieście i rozstajecie się z uśmiechem na ustach.

Całuchy-kluchy!

Alternatywne walentynki

Jeżeli czujesz się Europejczykiem, albo a la Europejczykiem, albo kimś pomiędzy, możesz świętować dzień 14 lutego w sposób odmienny od tej części społeczeństwa, która deklaruje, że opatuli się czerwienią, serduszkami, różami (obowiązkowo bez kolców) lub innymi symbolami wyrażającymi autonomię w relacjach. Dzień przypadający 14 lutego to także święto św. Walentego, patrona osób chorych psychicznie i epileptyków, jak i Cyryla i Metodego, niebiańskich opiekunów Europy. Sam wybierz, który powód do obchodzenia go z szacunkiem bardziej Ci odpowiada. Możesz również nie dokonywać żadnego wyboru. Brak decyzji też jest decyzją.

Propozycja świętowania jest taka oto. Pozostań na terenie własnego domostwa. Ubierz się niezobowiązująco. Nastaw pranie, jeśli uspokaja Cię dźwięk pralki oraz obraz kołującego się jej bębna. Potem, gdy ubrania będą poddawane mechanicznej konserwacji, zajmij się kawiarką. Użyj jej zgodnie z przeznaczeniem. Jeśli nie masz kawiarki, tradycyjnie zaparz kawę w największym kubku, jaki stoi pod ręką. Weź z półki książkę, którą masz ochotę poczytać, albo film jako alternatywę do spędzania czasu w łazience. To nic, że wielokrotnie oglądałaś tę komedię. Dziś jest Twój dzień. Spędź go na przyjemnościach. Nie zaszkodzi zadzwonić do kogoś bliskiego i przedłożyć mu ofertę wspólnego dzielenia wieczoru. Nie chcesz dzwonić, aby nikogo nie niepokoić, to ok. Pogłaszcz kota za uszkiem. Nie masz kota. Nic to. Pogłaszcz najbliżej znajdującą się roślinkę. Nie jesteś botanicznym wampem. Nic straconego. Możesz pogłaskać się po brzuchu, wcześniej obdarowanym smakołykami. Okryj się kocem. Pościel łóżko, bo może się zdarzyć, że niespodziewanie Hypnos cmoknie Cię w ucho. Spokojnych snów!

Walentynkowy prezent

Kolacja, kreacja, kooperacja na ten dzień zaplanowane w najdrobniejszych szczegółach, ale co tu kupić jako podarunek. Wiem, wiem, Ty jesteś najlepszym prezentem. Nikt tego nie kwestionuje, lecz nie zaszkodzi w ramach rozszerzenia oferty nabyć coś, co będzie Wam się kojarzyć niczym postać Rasputina na carskim dworze.

Zakładam, że znacie swój gust przynajmniej na tyle, aby wiedzieć, co raczej nie spodoba się drugiej połówce jabłka. Wybór wyrobów made in Daleki Wschód jest z roku na rok coraz większy. Tu powinna włączyć Ci się w głowie czerwona lampka. Synapsy pracują. Osiołkowi w żłoby dano. Umiarkowanie nakarm ukochaną osobę, aby romantyczny wieczór nie skończył się dla niej tam, gdzie koronowane głowy chadzają piechotą. Nie dopuść, aby była głodna. To mogłoby skutkować inną krępującą sytuacją towarzyską.

W wyborze upominku można kierować się ofertami serwowanymi w czasie reklamowym w środkach masowego przekazu. I tak od wczesnych godzin porannych usłyszysz np. o produktach na wszawicę, grzybicę, uciążliwe gazy, zespół przewlekłego zmęczenia itp. Wsłuchaj się uważnie w potrzeby kogoś bliskiego. Może akurat będzie potrzebować czegoś na pozbycie się kłopotliwych przypadłości. Pamiętaj, aby opakowanie farmaceutyków przewiązać czerwoną wstążką, ewentualnie dorysować wyraźne serduszko. Wszak to walentynki. Innym wymiernym pomysłem na uhonorowanie Waszego związku może być karnet na siłownię lub na masaż. Wcześniej upewnij się, czy masażysta lub instruktor fitnessu nie będzie bardziej seksowny niż Ty, zwłaszcza gdy nie jesteś pewien swojej pozycji w stadzie. Licz się z tym, że możesz oberwać karnetem, szczególnie w sytuacji, gdy Twoja druga połówka od jakiegoś czasu jest na chronicznej diecie i walczy z utratą zbędnych kilogramów. Tak czy inaczej najbezpieczniej dla Was będzie obdarować się różą w kolorze czerwonym oraz garnuszkiem z nadrukiem w serca, ewentualnie w misie, ewentualnie w jedno i drugie.

Bądźcie zdrowi i szczęśliwi. Dużo serduszek dla Was!

 

Walentynkowy anturaż

W tym roku postaw na styl eko-hipsterski, czyli harmonijny minimalizm. Dekoracje nie powinny być zatem skomplikowane oraz kosztowne. Możesz kupić gotowe szablony albo zajrzeć na strony internetowe hojnie serwujące kosztowne podpowiedzi. Możesz także skorzystać z pomysłów znajdujących się w Twojej głowie i na tym teraz bazujmy oczywiście przy założeniu, że jest Twoim pragnieniem zaskoczenie bliskiej osoby. Do stworzenia niecodziennych walentynkowych dekoracji będziesz potrzebować: kilku wytłaczanek (z makulatury) po jajkach, piór w różnych kolorach, a najlepiej w czerwonym, farb plakatowych i pędzelków, słoiczka z wodą, tubki kleju na m., nożyczek, nieutłuszczone kartki ze starych czasopism. Daruj sobie brokat. Bombki zostały potłuczone i wyniesione do kontenera z odpadami zgodnie z zasadami segregacji, a na nowe choinkowe ozdoby Cię nie stać. Do dzieła zatem. Krok 1. Z zamierzoną, artystyczną niechlujnością pomaluj wytłaczanki czerwoną farbą. Jeśli nie masz pędzelka, użyj palców. Tak przygotowane wytłaczanki stanowią bazę do dalszych działań. Gdy farba wyschnie, przy pomocy kleju na m. zamocuj na wytłaczance pióra. Krok 2. Rozrzuć na piórach drobniutkie serca wycięte ze starych magazynów. Krok 3. Udekoruj stół wykorzystując do tego celu świeżo zrobione wytłaczanki. Jeśli nie masz stołu, rozmieść je na podłodze lub w innym miejscu, w którym będziesz spożywać walentynkową kolację. Krok 4. Nakryj do stołu, podłogi, skrzynki pozmywawszy po wcześniejszych posiłkach. Jeśli odnotowałeś braki w zastawie lub kieliszkach, pożycz je od sąsiadów albo uzupełnij przygotowując samodzielnie w stylu boho lub eko z najrozmaitszych materiałów pozostałych po minionych działaniach doskonalących kreatywność. Krok 5. Ciesz się chwilą. Zastanów się, czy nie lepiej zaprosić ukochaną osobę do knajpki rezerwując stolik z odpowiednim wyprzedzeniem.

Walentynkowe menu

Gdy już podejmiesz decyzję, z kim spędzisz ten magiczny wieczór, oraz co na siebie włożysz, a raczej czego nie włożysz lub co zdejmiesz, pora zaplanować menu. Zakładam, że postanawiasz podjąć gościa wyśmienitą kolacją w domowym zaciszu. Stwórzcie więc prywatną listę afrodyzjaków z uwzględnieniem składników wywołujących alergię u każdej ze stron. Grunt, abyście wy, szaleńczo w sobie zakochani, nie oddziaływali na siebie alergicznie. Ale wracając do kulinarnych upodobań, poloneza (tudzież menueta) czas zacząć. Czekolada i banany już znajdują się na liście lektur obowiązkowych, ale będą na deser, jeżeli dotrwacie do tego etapu. Na zimną przystawkę proponuję brokułową sałatkę z pędami bambusa i orzechami włoskimi w sosie majonezowo-jogurtowym oraz nadziewaną tortillę. Pamiętajcie, by tym razem nie rozgotować brokułów, a pędy bambusa dobrze osączyć na sitku. Do przyrządzania menu zaproś bliską osobę. Nic tak nie pomaga tworzyć więzi (lub ich przecinać) jak wspólnota stołu. Jeśli kolacja ma być niespodzianką, to nikogo nie proś o pomoc. Przygotuj dania samodzielnie, ewentualnie wyłóż gotowe potrawy na półmiski. Następnie uciap w widocznym miejscu fartuszek kuchenny i T-shirt którymś z płynnych składników potraw. Gdy zaproszony gość nadejdzie, otwórz mu drzwi ubrana w zabrudzony strój i wytłumacz, że chciałaś jak najlepiej wszystko zorganizować, dlatego dopiero wyszłaś z kuchni i zaraz się przebierzesz. Zaproponuj coś do picia i w zależności od upodobań wstaw wodę lub nalej zimnej do szklanki. Gdy gość zaoferuje pomoc w nakrywaniu do stołu, nie wahaj się jej odrzucić. Ty w tym czasie idź do łazienki, aby się przebrać, ułóż włosy, spryskaj się delikatnie perfumami. Wyjdź rozpromieniona i nie zapomnij zachwycić się na widok pięknie nakrytego stolika, jeśli tylko będzie czym się zachwycić. To będzie wyjątkowy wieczór, z takim nastawieniem zasiądź do kolacji. O walentynkowych dekoracjach koniecznie w stylu boho-eko oraz anturażu będzie następnym razem.