Chwile z życia ulicy

Na pytanie, jak wytrzymywać w upalny dzień w mieście, odpowiedzią może być poddanie się refleksji: gdzie jest zapisane, że trzeba wytrzymywać. Bez względu na to, czy upały przyjdą, a temperatura wzrośnie, czy stanie się zupełnie inaczej, dni i tak przeminą, a życie będzie toczyć się swoim rytmem niczym kamień powodujący lawinę zdarzeń.

Gdy wreszcie opuściłam własną strefę komfortu z zamiarem uzupełnienia zasobów spożywczych, zderzyłam się z kilkoma głazami. Ujrzałam kobietę w wieku nieokreślonym, w biodrówkach o dwa numery za ciasnych, wysiadającą z auta terenowego z folią aluminiową we włosach. Właścicielka oryginalnej fryzury podniesionym tonem zwracała uwagę telefonicznemu rozmówcy, by odebrał faktury, a jeśli „tym razem nie będą mieli, to wal w ryj albo naślij psy. Co nie?! bez kasy mamy zostać?! A tamtych <pada nazwisko, którego ze względu na przepisy RODO nie upublicznię> przypiłuj, żeby się pośpieszyli z tą ścianą. Ja teraz idę do fryzjera, stoję, k…, na chodniku, bo nie było gdzie zaparkować> Przypadkowi przechodnie zaczęli się odsuwać w trosce o własne bezpieczeństwo. Nagle folia aluminiowa spada na płytę chodnika. Choleryczna niewiasta przydeptuje ją niebotycznej długości obcasem klapka. Później słychać tylko jej krzyk i wzywanie do pomocy fryzjerek, które przywiedzione wrzaskiem wybiegły na zewnątrz i zaczęły majstrować przy głowie zrozpaczonej klientki. Zdumiewające, jak upał może wpłynąć na kreatywność.

Weszłam do sklepu wielkopowierzchniowego głównie z zamiarem ochłodzenia emocji. Spacerując pomiędzy półkami i lodówkami nabrałam ochoty na mleczny deser z owocami. Wybór nie był prosty. Wokół mnie grupa złotej młodzieży usiłowała zrobić zakupy, choć dużo lepiej od tej czynności wychodziło jej robienie zamętu. Przy kasie harcerze włączeni w zbiórkę środków pieniężnych na obóz pomagali pakować zakupy. Jakie to budujące, pomyślałam, młodzi ludzie wyrażający chęć niesienia pomocy przy drobnostkach, by w uczciwy sposób zapracować na wielkie sprawy. Przy kasie mężczyzna wzrostu przynajmniej 1.90 m, wagi ok. 130 kg z kością. Unosi się od niego zapach ubrań poddanych suszeniu w zawilgoconej łazience. Tembr głosu i aparycja, delikatnie mówiąc, wątpliwego herbu hrabia ze spalonego dworku. Dzieci grzecznie pytają, czy zapakować zakupy. „Za robotę byście się wzięli albo do szkoły poszli, a nie żebraninę <cenzura> organizować!” Mali ochotnicy wyjaśniają, że to akcja zorganizowana i na co zostaną przekazane środki. W reakcji słyszą, a wraz z nimi pozostali klienci „Do normalnej pracy idźcie, bando jedna”. Dzieci nie poddają się, choć mówią coraz cieńszymi głosikami „Ale to taka praca”. Na co jegomość przeniknięty fetorem wilgoci w furii wykrzykuje „Ty mnie tu nie poprawiaj, ani nie pouczaj, dziecko. Swoje widziałem…” Dalsza część wywodu nie nadaje się do opisywania. Owoce zdarzenia to: milczenie harcerzy oraz ustawianie się coraz liczniejszej klienteli, która prosiła o pomoc w pakowaniu zakupów. Z dalszej odległości zobaczyłam tylko, jak w stałym tempie napełniają się puszki. W konsekwencji minęła mi ochota na lody z owocami. Aby nie opuścić sklepu z kompleksem pustego koszka chwyciłam kubeczek śmietany, który pozwoliłam zapakować dzieciom. W chwili, gdy wspierałam ich inicjatywę, puszka była prawie pełna.

Szłam w stronę parku, gdy przypomniałam sobie, że przecież jeszcze nie jadłam lodów. Przysiądę zatem w kawiarni, pomyślałam, przy okazji się ochłodzę i nieco odpocznę. Przed lokalem serwującym lodowe smakołyki rozgrywa się scena. Oto bohaterowie: dwaj niechlujnie ubrani mężczyźni, którym w życiu nie wyszło, oraz ich nędznie odziana, dzwoniąca protezą na NFZ rodzicielka, wnioskuję m.in. na podstawie tego, co do nich krzyczała. „Długi rosną, nie mam z czego żyć. Komornik zabrał już kuchenkę, stół i krzesła! Jest jeszcze <określona matematycznie kwota> do spłacenia!”. Synkowie z wyrazami twarzy bohaterów kultowego filmu „Lot nad kukułczym gniazdem”, przeniknięci fetorem nie do końca strawionego glutenu czy też sfermentowanych owoców wrzeszczą „Nie krzycz, dobra, nie krzycz, ludzie patrzą, słuchają, co to za wariat się drze! Jeszcze pomyślą, że wariatkę prowadzimy! Nie drzyj się! Jaki komornik?! Jak opieka?!”. Teraz następuje gwałtowna gestykulacja. Matka w butach z bazaru, z włosami przepalonymi od niefachowo zakładanych wałków zalewa się łzami. Usiłuje tulić syna do siebie. Zostaje mało dyskretnie odepchnięta. Drugi syn stoi obok. Energicznie wymachuje rękami. Grzecznie stosuję formułę i wchodzę do lokalu. Chyba nie zjem dziś deseru. Przynajmniej nie tutaj.

 

One

-U mnie ten stan przejściowy trwa już trzy lata. Jeżeli kiedyś będzie Pani mieszkać i pracować za granicą, proszę się nie zgadzać na jakieś przejściowe sytuacje. Gdyby Pani widziała, w jakich warunkach mieszkam  z chłopakiem. Na 20 m2. Inni Polacy, którzy wyjechali z dziećmi, przeklinają ten kraj. Żyją w zagrzybionych norach na jednym pokoju z kuchnią. Polska rodzina z dwojgiem dzieci mieszka tak od siedmiu lat. Dzieciaki chorują. Tamtejsi lekarze nie znają przyczyny, więc nie mogą postawić diagnozy. A ja im mówię. To od grzyba na ścianach i śmieciowego jedzenia. I jeszcze od braku normalności. W okolicy, w której mieszkamy, jest wysoka przestępczość. Strach po zmroku z domu wychodzić, jeśli to miejsce w ogóle można nazwać domem. Ciasnota, zaduch i sypiące się okna. Zimą trzeba kocami okładać, bo tak wieje. Ubrania nie chcą schnąć. Wilgoć. Trzeba wozić do pralni, a to dodatkowe koszty. Dlatego dzieciaki chorują. Zanim przyjechały z rodzicami, widziały tylko obrazki w internecie, jak to dobrze i ładnie jest za granicą. Rodzice lub ktoś z sąsiedztwa przywozili im prezenty. Czekolady, słodycze, zabawki. Jakby w Polsce tego nie było. Dzieci myślały, że jadą do zaczarowanego, lepszego świata. Po przyjeździe czar prysł. Rodziców nie widują. W szkołach nie nadążają z programem. Trochę luzu mają w niedziele, gdzieś przy parafiach. Latem jakieś festyny są organizowane albo Dzień Dziecka. Nie chciałabym skazywać swojego dziecka na takie życie.

-Może kiedyś Pani wróci.

-Mam taką nadzieję. Dlatego nie chcę sprzedawać mieszkania po rodzicach. To rudera, ale zarobię na remont. Spłacę brata. Tak się umówiliśmy. Nie chcę tam zostać. Harować po kilkanaście godzin dziennie jako pomoc kuchenna albo sprzątaczka. To mit, że gdy nauczy się Pani języka, to Pani za granicą do czegoś dojdzie. Do niczego Pani nie dojdzie, gwarantuję to Pani. Też mam certyfikat. Zrobiony jeszcze w Polsce. Podobnie jak wielu Polaków. Wie Pani, w jakim psychicznym dołku ludzie żyją na emigracji? Co się dzieje z ich dziećmi? Mają tak silne zaburzenia, że żaden psycholog tego nie może wyprostować. Rodzice się załamują. Nie wiedzą, gdzie i jak szukać pomocy. Popadają w alkoholizm, w inne nałogi. Na początku, gdy przyjechałam, próbowałam ludziom tłumaczyć, pocieszać jakoś, że to przejściowe, że minie, że kiedyś do czegoś dojdą, gdy zacisną zęby. Wtedy jeszcze w to wierzyłam, ale z czasem wiara osłabła. Zastanawiam się tylko, co będzie, gdy ja złapię deprechę. Kto mi pomoże?

-Ktoś na pewno się znajdzie. To, co robimy dla innych, wraca do nas.

-Pocieszyła mnie Pani.

Notatki

Wyłączam budzik i idę w stronę łazienki. Ostre światło sprawia, że ból dodatkowo się potęguje. To naprawdę moja twarz i włosy?! Koniecznie powinnam coś z nimi zrobić. Ale nie teraz. Staram się myśleć o nowym dniu, choć głowa zajęta poprzednimi. Korektor i puder! Puder i korektor! Więcej pudru, więcej. I rozświetlacza. Nagle zbyt gwałtowny ruch sprawia, że puderniczka wraz zawartością wyślizguje się z rąk, a potem spada na podłogę i roztrzaskuje się na kawałki. Cholera, nie zdążę posprzątać. Zostawiam to na popołudnie. Nogawki moich spodni też ucierpiały na skutek bliskiego spotkania z zawartością puderniczki. Wieczorem nastawię pranie. Tymczasem w półmroku wciskam się w inne spodnie i pędzę.
W pociągu wymiana zdań i poglądów pomiędzy konduktorem a (jeszcze) młodzieńcem na środkach zmieniających świadomość:
– Proszę, Pani była pierwsza…
– Poproszę bilet do stacji…
– Ale ta pani nie była pierwsza. Ja tu stałem.
– Ta pani tu stała. A Pan mógłby poczekać cierpliwie i przepuścić panią.
– Ale ja nie będę nikogo przepuszczał. Jest równouprawnienie. I teraz panowie mają pierwszeństwo w kolejkach. Proszę bilet do…
– Ale ja najpierw tę Panią obsługuję. Proszę, do której stacji ma być bilet?
– A ja jestem nowoczesny i wiem, że teraz mężczyźni mają pierwszeństwo. Kultura nakazuje…
– A mnie w domu uczono, że kobieta ma pierwszeństwo zwłaszcza, że przed panem stoi. Tak kultura nakazuje.
– A mnie nie obchodzi, jakie ma Pani wychowanie.
– I mnie Pana poglądy też nie bardzo.
Najważniejsze, że udało się kupić bilet.
Popołudnie. Po kilku próbach nawiązania kontaktu z salonem fryzjerskim oddzwania pracownik zakładu:
– Dzień dobry. Pani do nas dzwoniła.
– Dzień dobry. Chciałabym się umówić do fryzjera. Strzyżenie. Włosy krótkie… A nie mają Państwo innych, wolnych godzin? … Dobrze, niech będzie za dwa tygodnie po 19.00 … Nie, nie śpię o tej porze … Do męskiego … A jakie to ma znaczenie, że jestem kobietą?… Chciałabym ostrzyc i tak już krótkie włosy na męsko … Nie wiem, jaką mają długość … Krótkie są … Czym mam je teraz odmierzyć?… Proszę zaczekać, mam metrówkę … Aha, są półdługie według Państwa kryteriów?! … Dobrze, może Pan nawet zanotować, że są długie do kolan i przyjdę ściąć warkocze… Do męskiego… Nie, tylko męski wchodzi w rachubę… To dlaczego mają Państwo inny cennik dla mężczyzn, a inny dla kobiet? …Tak, dziękuję … Żadnych maseczek ani ombre, niczego takiego … Tylko strzyżenie… Do zobaczenia.
Pragnę normalności. Chcę posłuchać czegoś pięknego. Natychmiast! Może być duet Springsteen Morello. Gdy słyszę pierwsze dźwięki, zapadam w letarg…

Notatki

Proponowano mi różne rzeczy. Między innymi tani alkohol, niezobowiązujący układ partnerski, kopulację, podróże do miejsc, których dobrowolnie bym nie odwiedziła, nieprzydatne ubrania, w których wyglądałabym jak kaszalot, botoks po 20. r.ż Nakłaniano mnie do tracenia czasu na bezowocne spotkania i rozmowy. Nikt nie zapytał, czy np. potrzebuję pomocy przy podłączaniu kabli w taki sposób, by zsynchronizować urządzenia audio. Albo gdzie miałabym ochotę pójść, by niczym normalny, szczęśliwy człowiek miło spędzić wieczór?
Pamiętam, że podczas wyjazdu do Pragi oddałam swoją szminkę młodej dziewczynie, której zabroniono stosowania tego kosmetyku. Patrzyłam na jej nieporadne próby posługiwania się pędzelkiem i myślałam: dalej, mała, nieźle Ci idzie.

Notatki

-Nie umiałabym się czegoś nauczyć w takich warunkach. Za dużo bodźców. Hałas. Ruch. Spójrz na nich. On udziela lekcji języka obcego. Ona niewiele z tego kuma. Widać po zażenowaniu malującym się na jej twarzy. Omawianie przykładów słychać aż tutaj. Pewnie słono kosztuje ta godzina.

-To normalny widok. Lekcje na mieście. Najlepiej w publicznym miejscu, aby fiskus się nie przyczepił. Poza tym on liczy na zwiększenie liczby klientów będąc widocznym i działającym w sieciówce. Robi sobie reklamę. Inaczej zapraszałby klientów do domu albo organizował lekcje u nich. Jeśli ona niczego nie wyniesie z tych lekcji oprócz głupio wydanych pieniędzy, on wtłoczy jej do głowy, że robi za mało powtórek, powie coś w stylu „wiesz, czasami trzeba na jakiś czas odpuścić, nabrać dystansu, ale nie rezygnować. Potem może coś zaskoczysz. Nie przejmuj się”. Ona to łyknie. Oboje dodatkowo czują się częścią większej społeczności. Jesteśmy. Działamy. Przychodzę tu, gdy czekam na pociąg lub mam przerwę pomiędzy zajęciami. Stale zmieniająca się obsługa raczej mnie kojarzy, podobnie jak niektórych klientów. Tamta para spotyka się tutaj na lekcjach. Inni ludzie czasami wyciągają tablety lub laptopy i udają, że pracują. Czują się tak potwornie osamotnieni, że wychodzą gdziekolwiek, by ktoś ich zauważył. Rozkładają sprzęt, zamawiają herbatę lub kawę w promocyjnej cenie i zasiadają najczęściej przy oknach, by być dobrze widocznymi na zewnątrz i wewnątrz. Spójrz, jest coraz więcej stolików niewielkich rozmiarów przeznaczonych dla jednej osoby. Jakby ci wszyscy ludzie nie mogli zasiąść przy jednym wspólnym i nawiązać ze sobą kontakt. Porozmawiać. Niektórzy spożywają tu śniadanie. Śmiało mogliby przygotować i zjeść kanapki w domu, ale tego nie robią. Liczą, że w publicznych miejscach zostaną zauważeni lub poznają kogoś ciekawego. Trochę wytłukłam się po kawiarniach i metropoliach. Scenariusz jest wszędzie podobny. Czasami próbowałam nawiązać rozmowę z takimi osobami. Po wymianie grzeczności następowało milczenie i zatapianie się we własnej działalności. Bywało i tak, że ktoś interesował się tym, co piszę. Stanowiłam ewenement, bo w odróżnieniu od innych posługiwałam się piórem, a notatki sporządzałam w zeszycie w twardej, tekturowej oprawie.

Notatki

Idziemy w stronę parku. Puste ławki w enklawie z dala od wielkomiejskiego zgiełku wyraźnie zaczynały Ci ciążyć. Wiem, że lubisz być wśród ludzi. Liczysz na spotkanie kogoś znajomego. Im bliżej parku, tym bardziej tłum gęstnieje. Godziny popołudniowe. Ludzie wysypują się zewsząd. Jedni pojawiają się z jedzeniem na wynos w styropianowych opakowaniach. Inni taszczą elektryczne grille i czteropaki. Kurz. Mnóstwo kurzu. Jazgot. Pokrzykiwania. Wieża Babel. Ktoś gra na bębnach. Ktoś na ukulele. Nikt nie bierze pod uwagę, że potencjalna publiczność może mieć ochotę na słuchanie ciszy. Nie idźmy tam. Za ciemno. Tam też nie. Smród będzie czuć. Tam siedzą z psami. Będą szczekać i nie poleżymy. To co robimy w majowy weekend? Przykro mi. Te ławki też zajęte. Zaraz ktoś tu przyjdzie. Leć po piwo. I wino weź, bo Daria z Kubą zaraz będą. Piszą, żeby wziąć im chilijskie. Odgoń te ptaki, bo nam zeżrą rogale. Nie syp okruchów, bo nie odlecą. Pomysłodawcy nie biorą pod uwagę faktu, że to oni zajęli terytorium ptaków, a nie odwrotnie. Wokół mnóstwo skórek po owocach. Na sąsiedniej ławce para usiłuje coś ustalić. W pełnym słońcu on popijając raczej ciepłe piwo z puszki odpowiada półsłówkami. Ona gwałtownie gestykuluje krzycząc, co jest dodatkowo zagłuszane przez nieustannie szczekające psy oraz przejeżdżających rowerzystów prowadzących głośną rozmowę. On odrzuca większość jej pomysłów. Spór dotyczy potencjalnie wspólnej przyszłości. Ona okazuje zniecierpliwienie. On pozoruje spokój. Sili się na oddalenie sporu na bliżej nieokreślony termin. Zmieniamy miejsce. Wybór pada na trawnik. Sprawdziwszy stan murawy rozkładamy kurtki i bluzy. Jest względnie czysto. Wszędzie dookoła grupy ludzi w różnym wieku mających iluzoryczne poczucie bycia we wspólnocie, walczące z poczuciem osamotnienia. Większość wyciąga elektroniczne gadżety i co rusz nerwowo sprawdza stan połączeń. Pośród tłumu Kobieta, Która Się Nie Uśmiecha.

Oni. A.

-Przyszłaś w odwiedziny?

-Nie. Tak spaceruję i szukam toalety.

-Myślę, na pacjentkę nie wyglądasz. Na kogoś, kto zabłądził też nie. Pracujesz tutaj?

-Nie, ale poszukuję pracy.

-Jako?

-Właściwie… już sama nie wiem. Czekam na kogoś.

-Chyba nie po narzeczonego przyjechałaś. Szkoda byłoby Cię dla tych świrów, elfiku. Powiem Ci coś. Ja niedługo wychodzę. Jestem tu od trzech dni, ale lekarz prowadzący mówi, że długo to nie potrwa. Na obserwację mnie wzięli. Żona dzwoniła, prosiła, przekonywała. Jest nauczycielką, wiesz, elfiku? Wstydzi się mnie. Dlatego znalazła mi ośrodek aż tutaj, a innym tłumaczy, że jestem w sanatorium.

-Przed kim żona wstydzi się za Pana?

-Przed koleżankami, Dyrekcją, dziećmi. Szanowane stołeczne liceum. Korepetycje, wyjazdy. Nie pasuję do jej towarzystwa. Nigdy nie pasowałem.

-A przed ślubem?

-Przed ślubem też nie pasowałem, elfiku. Ani ja, ani moja rodzina. Pochodzimy ze wsi. Mamy wpojony kult dyscypliny i pracy, a w niedziele obowiązkowo wyjście do kościoła. Poznałem żonę, gdy była na wakacjach i z koleżankami wynajmowała pokoje przy remizie. Gdybym wiedział, jak to się zakończy, w życiu nie poszedłbym wtedy nad jezioro. Chciałem jej zaimponować. Wypłynąłem za daleko, złapał mnie skurcz i ledwo uszedłem z życiem. Pomógł mi kolega. Ona wtedy nawet tym się nie przejęła. Chichotała się z koleżankami. Może gdybym wtedy nie wypłynął, moje życie nie zmieniłoby się w piekło.

-Proszę nie mówić w ten sposób. Na pewno zdarzyło się coś, co Pan dobrze wspomina.

-Są małe wyjątki. Narodziny obu córek. Wypady na ryby. Ale to było jeszcze przed plajtą. Wstawałem z samego rana i szedłem nad Wisłę. Spotykałem tam znajomych. Jeden mieszkał na Pradze. Romek. Dobry chłopina był. Już nie żyje. Zapił się. Ale na kilka lat przed śmiercią jeździł do psychuszki, bo miał, jak to się nazywa, elfiku, jak się widzi albo słyszy coś, czego nie ma?

-Omamy.

-Właśnie, omamy. Ale obiecaj mi, że nie będziesz pracować z takimi jak on.

-Nie mam teraz na to wpływu. Pójdę już.

-Nie idź jeszcze. Opowiesz coś?

-Chyba nie jestem w tym dobra.

-Opowiedz. Bajkę. Albo napisz. Taką o nas, którzy przypadkiem znaleźli się w psychiatrykach. Możemy chodzić tylko w piżamach. A gdy jest zimno, to siedzimy w salach. Tam śmierdzi. Moczem, gównem, lekami. I są kraty w oknach, abyśmy nie uciekli. A gdzie mamy wiać w tych piżamach w środku zimy albo gdy leje. Od razu ludzie by wiedzieli, skąd uciekliśmy. Choć mnie jest wszystko jedno.

-Nie ma Pan innych ubrań tutaj?

-Są w szafce. Ale nie mam do niej klucza. Wiesz, czego mi brakuje, elfiku?

-Nie wiem. Czego?

-Papierosów. Zrobisz coś dla mnie? Nie bój się. Chcę tylko prosić o papierosa. Lekarze i siostry mówią, że nie wolno, ale tu nikt nie zobaczy.

 

 

 

Oni

Spotykamy się w miejscu, w którym stała kiedyś nasza ulubiona herbaciarnia. Jej wystrój przypominał jarmark cudów idealnie obrazując styl życia właścicieli. W przerwach pomiędzy zajęciami na uczelniach, pracą czy obowiązkami fundowaliśmy sobie chwile wytchnienia przy kubku herbaty. Sprowadzano tam liście herbat z całego świata. Gospodarze lokalu, wieczni hippisi, mogli godzinami opowiadać o miejscach przez nich odwiedzanych oraz o rodzajach trunków stamtąd przywożonych. Jedynym sekretem pilnie przez nich strzeżonym były sposoby zaparzania herbat serwowanych w knajpce.

Obecnie w miejscu herbaciarni wyrosło coś przypominającego jadłodajnię z nutką meksykańskiego żarcia i muzyki. Wystrój i charakter miejsca wskazują na niegospodarne rozdzielenie unijnych środków. Stawiam warunki. Spotkamy się, jeśli przyjedziesz sam i podczas rozmowy wyłączysz telefon. Przyszedł sam. Przywitał się dość wylewnie jak na spotkanie po kilku latach milczenia.

-Gdzie żona?

-Zabrała córkę i pojechała do rodziców. Zostanie tam kilka dni.

-Bez Ciebie?

-Beze mnie.

Nie powtarzaj po mnie, jak to zwykle robiłeś. Małżeństwo Ci średnio służy. Wnioskuję po zgaszonym spojrzeniu, siatce zmarszczek, wyglądzie dłoni, które już dawno…

-Co jej powiedziałeś?

-Że idę pobiegać, a potem na sesję coachingu.

Świetnie. Brakuje tylko kogoś, kto z ukrycia trzepnie nam wspólną fotkę.

-Uwierzyła?

-Nie miała wyjścia. W razie czego powiem, że jesteś akwizytorem i przedstawiasz mi ofertę.

Miała. Jest bardziej cwana niż myślisz. Zrezygnowała z pracy, by oddać się małżeństwu i zająć domem. Taką wersję sprzedawała podczas spotkań rodzinnych i towarzyskich. W gruncie rzeczy w żadnej pracy nie mogła się utrzymać dłużej niż pół roku, co tłumaczono niezgodnością oczekiwań pracodawcy z profilem pracownika.

-A jeśli ja tego nie potwierdzę?

-To już będzie mój problem. Zajmę się tym.

Trzyma Cię krótko i robi awantury. Ale czego się spodziewać po kobiecie, która została wybrana po teście na „lusterko” (oddycha, to biorę).

-Kredyt hipoteczny bardziej spaja małżeństwo niż przysięga.

-Spłacamy. Jeszcze trochę zostało. Akurat zdążę przed emeryturą, jeśli dalej tak pójdzie. A potem sprzedam mieszkanie, a za te pieniądze kupię przyczepę i wyruszę przed siebie do miejsc, które zawsze chciałem odwiedzić.

-A gdzie w tym miejsce dla żony i córki?

-Córka będzie wtedy dorosła, jakoś da sobie radę. A żona? Cóż, też będzie na emeryturze i zrobi z wolnym czasem, co zechce.

Zrobi z Tobą, co zechce. Będziesz oglądać teleturnieje, a ona w tym czasie będzie dziergać Wam sweterki.

-Dlaczego teraz nie rozpoczniesz realizacji marzenia? Nie sprzedasz mieszkania albo nie zamienisz na dwa mniejsze? Córa ma 10 lat. Nie potrzebuje tak bardzo opieki i zaangażowania obojga rodziców.

-Dlaczego miałbym to robić? Na mieszkanie zarabiam głównie ja, ale żona zajmuje się rachunkami.

Zapisane na was dwoje. Boisz się, że w razie draki zamieszkasz w baraku i nie będzie miał Ci kto prać skarpetek. I co powiesz na rodzinnych obiadkach z szarlotką na deser?

-Słyszałem, że Ty… w tym roku podobno.

-Korzystasz ze złego źródła. Zrezygnowałam.

-Z czego?

-Z niego.

-Nie mówisz poważnie.

-Wręcz przeciwnie.

-Za mało zarabiał?

-Nie w tym rzecz. Mam swoje pieniądze i mieszkanie. W razie czego jest się gdzie podziać. Umiem gotować, sprzątać, a do drobnych napraw wynajmuję złotą rączkę.

-Małżeństwo piękna rzecz.

Szczególnie Twoje, ale po co ciągnąć wątek.

-Robiłeś ostatnio coś ciekawego?

-Odwoziłem córkę na zajęcia z angielskiego.

Jeśli jest tak bystra jak mama, wyrzucasz swoje ciężko zarobione pieniądze w błoto.

-To istotnie ciekawe. Ale ja pytam, gdzie byłeś na urlopie albo na męskim wypadzie? Wiesz, takie klimaty surwiwalowe, jakie robiliście z chłopakami, aby przed nami szpanować.

-Mała ma alergię. Jeździmy z nią nad morze. Albo do teściów.

Wiedziałam, że szybko żonka Cię wykastruje.

-Pora kończyć. Mogę…?

-Przestań, zapłacę. Pamiętasz, jak wtedy Cię tutaj zaprosiłem, a potem zorientowałem się, że nie mam przy sobie portfela?

Tak, aż za dobrze. Pomyślałam, co za palant i naciągacz.

-Tak, potem w rewanżu zaprosiłeś mnie kolejny raz i następny.

-Przynajmniej miałem pretekst. Inaczej byśmy się nie spotykali.

-Nie wiesz, co stało się w poprzednimi właścicielami?

-Podobno miasto podniosło im czynsz. Przestali płacić. Potem on pojechał w kolejną podróż życia na wschód i tam został z jakąś młodą lamą. Tak mówią.

-A ona?

-Nie mogła tego znieść. Rzuciła interes i zamieszkała gdzieś na pustkowiu, w Karkonoszach. Opiekowała się jakąś ciotką. Ale nie jestem pewien.

 

 

 

 

 

Pełnia

Obserwuję księżyc przy bezchmurnym niebie. Jest przepiękny. Tej nocy na pewno będę mało spała. Intuicja podpowiada, abym złapała głęboki wdech, bo coś we mnie eksploduje, ale jeszcze nie na tyle, abym wzywała pomocy mojego ziemskiego Anioła Stróża (nota bene i tak się pojawił, za co dziękuję, Aniele).

Niedawna sprzeczka z recepcjonistą uświadamia mi, że głównym powodem bariery w spójnym widzeniu rzeczy są różnice w osobowościach rozmówców, a nie pełnione przezeń funkcje. Jeżeli dochodzi do wymiany zdań pomiędzy przełożonym a podwładnym, a ich rezultatem nie jest kompromis, to dzieje się tak dlatego, że jedna ze stron w żaden sposób nie może zrealizować własnych potrzeb ani dogłębnie wyrazić siebie. Komunikacja zachodzi na poziomie osobowości, a nie na poziomie funkcji.

Wracam po dniu pełnym rozgrzebanych spraw. Przez cały czas sporządzałam notatki, które zaszyfrowałam do tego stopnia, że podczas składania ich w jednolity tekst całkiem się pogubiłam. Pomysły warte zrealizowania przychodzą do głowy w najmniej oczekiwanych chwilach, szczególnie wtedy, gdy nie możesz ich zanotować. Pozostaje korzystanie z pamięci, a z nią bywa różnie, zwłaszcza u osób, które starają się nie robić niczego, w co nie wierzą. Mimo wszystko próbuję nadać słowom kształt.

Ze sklepowej półki chwytam sporą torbę makaronu. Dopiero przy kasie uświadamiam sobie, że jadłam go wczoraj i dwa dni temu. Jem dzisiaj i jutro też zjem.

Ktoś przychodzi z krótką, jak zapewnia, wizytą. Wywiązuje się rozmowa. Mówimy o planach i pomysłach na spędzanie urlopu. Na hasło Bałkany odzywają się kolce na dnie moje serca. Wspominamy. Planujemy. Sporządzamy mapę oraz listę zakupów. Włączam muzykę. Na stół wkracza rakija. Nucimy. Snujemy opowieści. Robi się sentymentalnie. Po co rozdrapywać strupy, ktoś zapyta. Po to, aby oczyścić rany, kupić plaster i być gotowym do dalszej drogi. Mimochodem spoglądam na zegar. Późno. Powinnam się położyć, jeśli kolejnego dnia nie chcę straszyć sąsiadów.

Noc podczas pełni okazuje się bezsenną. Bałkańska muzyka wraz z filmowymi obrazami jeszcze długo wybrzmiewa w wyobraźni.

Następny dzień się nie liczy.

 

Oni

– A jak długo Pan tutaj pracuje, w lesie, z dala od ludzi?
– Będzie ze 20 lat albo lepiej. Latem jest łatwiej, bo przyjeżdżają i rozkładają się z namiotami lub przyczepami. To się tu zajrzy, tam zajrzy, coś podpowie. A gdy przyjdzie koniec sezonu, można oszaleć. Ale coraz gorzej z ludźmi jest.
– Gorzej?
– Tak, hołota coraz częściej przyjeżdża. Udaję, że nie widzę. Ale nie sposób zatkać sobie uszu na to, co wygadują.
– Co wygadują?
– Wyzywają mnie. Od takich różnych, wie Pani. Co to w zakładach dla pomylonych siedzą. Może i ja jestem świrem? Siedzę tutaj cały rok, bez przerwy. Zimą i późną jesienią mam towarzystwo tylko tych trzech psów. Gadam z nimi, opowiadam im o sobie, o różnych rzeczach, o ludziach, którzy kiedyś byli na campingu. Wygarniamy sobie czasami. Widzi Pani tę sukę. Tę, co pierwsza przybiegła Panią obwąchać?

– Tak. Groźna?

– Nie, gdzie tam. Tylko tak na początku, aby poznać. Przybłęda. Jest ze mną najdłużej. Z nią najwięcej sobie gadam. A zimą, gdy mróz i w cygance napalę, to nawet ją do chaty zawołam i tak sobie siedzimy razem jak baba z chłopem. A te dwa mi podrzucili. I tak zostaliśmy. Całe moje towarzystwo. Pani pewnie myśli, że ja od wariatów uciekłem?
– Nie myślę o Panu w ten sposób.
– Bo Pani jest grzeczna. A co Pani robi na co dzień? Pracuje gdzieś Pani?
– Tak. Ile policzyłby Pan za dobę za miejsce na campingu?
– On musiałby zapłacić. A Pani miałaby wejście za darmo. Tylko niech Pani nie przyjeżdża w sezonie. Szkoda byłoby Pani na to, co się tu dzieje.