Na pytanie, jak wytrzymywać w upalny dzień w mieście, odpowiedzią może być poddanie się refleksji: gdzie jest zapisane, że trzeba wytrzymywać. Bez względu na to, czy upały przyjdą, a temperatura wzrośnie, czy stanie się zupełnie inaczej, dni i tak przeminą, a życie będzie toczyć się swoim rytmem niczym kamień powodujący lawinę zdarzeń.
Gdy wreszcie opuściłam własną strefę komfortu z zamiarem uzupełnienia zasobów spożywczych, zderzyłam się z kilkoma głazami. Ujrzałam kobietę w wieku nieokreślonym, w biodrówkach o dwa numery za ciasnych, wysiadającą z auta terenowego z folią aluminiową we włosach. Właścicielka oryginalnej fryzury podniesionym tonem zwracała uwagę telefonicznemu rozmówcy, by odebrał faktury, a jeśli „tym razem nie będą mieli, to wal w ryj albo naślij psy. Co nie?! bez kasy mamy zostać?! A tamtych <pada nazwisko, którego ze względu na przepisy RODO nie upublicznię> przypiłuj, żeby się pośpieszyli z tą ścianą. Ja teraz idę do fryzjera, stoję, k…, na chodniku, bo nie było gdzie zaparkować> Przypadkowi przechodnie zaczęli się odsuwać w trosce o własne bezpieczeństwo. Nagle folia aluminiowa spada na płytę chodnika. Choleryczna niewiasta przydeptuje ją niebotycznej długości obcasem klapka. Później słychać tylko jej krzyk i wzywanie do pomocy fryzjerek, które przywiedzione wrzaskiem wybiegły na zewnątrz i zaczęły majstrować przy głowie zrozpaczonej klientki. Zdumiewające, jak upał może wpłynąć na kreatywność.
Weszłam do sklepu wielkopowierzchniowego głównie z zamiarem ochłodzenia emocji. Spacerując pomiędzy półkami i lodówkami nabrałam ochoty na mleczny deser z owocami. Wybór nie był prosty. Wokół mnie grupa złotej młodzieży usiłowała zrobić zakupy, choć dużo lepiej od tej czynności wychodziło jej robienie zamętu. Przy kasie harcerze włączeni w zbiórkę środków pieniężnych na obóz pomagali pakować zakupy. Jakie to budujące, pomyślałam, młodzi ludzie wyrażający chęć niesienia pomocy przy drobnostkach, by w uczciwy sposób zapracować na wielkie sprawy. Przy kasie mężczyzna wzrostu przynajmniej 1.90 m, wagi ok. 130 kg z kością. Unosi się od niego zapach ubrań poddanych suszeniu w zawilgoconej łazience. Tembr głosu i aparycja, delikatnie mówiąc, wątpliwego herbu hrabia ze spalonego dworku. Dzieci grzecznie pytają, czy zapakować zakupy. „Za robotę byście się wzięli albo do szkoły poszli, a nie żebraninę <cenzura> organizować!” Mali ochotnicy wyjaśniają, że to akcja zorganizowana i na co zostaną przekazane środki. W reakcji słyszą, a wraz z nimi pozostali klienci „Do normalnej pracy idźcie, bando jedna”. Dzieci nie poddają się, choć mówią coraz cieńszymi głosikami „Ale to taka praca”. Na co jegomość przeniknięty fetorem wilgoci w furii wykrzykuje „Ty mnie tu nie poprawiaj, ani nie pouczaj, dziecko. Swoje widziałem…” Dalsza część wywodu nie nadaje się do opisywania. Owoce zdarzenia to: milczenie harcerzy oraz ustawianie się coraz liczniejszej klienteli, która prosiła o pomoc w pakowaniu zakupów. Z dalszej odległości zobaczyłam tylko, jak w stałym tempie napełniają się puszki. W konsekwencji minęła mi ochota na lody z owocami. Aby nie opuścić sklepu z kompleksem pustego koszka chwyciłam kubeczek śmietany, który pozwoliłam zapakować dzieciom. W chwili, gdy wspierałam ich inicjatywę, puszka była prawie pełna.
Szłam w stronę parku, gdy przypomniałam sobie, że przecież jeszcze nie jadłam lodów. Przysiądę zatem w kawiarni, pomyślałam, przy okazji się ochłodzę i nieco odpocznę. Przed lokalem serwującym lodowe smakołyki rozgrywa się scena. Oto bohaterowie: dwaj niechlujnie ubrani mężczyźni, którym w życiu nie wyszło, oraz ich nędznie odziana, dzwoniąca protezą na NFZ rodzicielka, wnioskuję m.in. na podstawie tego, co do nich krzyczała. „Długi rosną, nie mam z czego żyć. Komornik zabrał już kuchenkę, stół i krzesła! Jest jeszcze <określona matematycznie kwota> do spłacenia!”. Synkowie z wyrazami twarzy bohaterów kultowego filmu „Lot nad kukułczym gniazdem”, przeniknięci fetorem nie do końca strawionego glutenu czy też sfermentowanych owoców wrzeszczą „Nie krzycz, dobra, nie krzycz, ludzie patrzą, słuchają, co to za wariat się drze! Jeszcze pomyślą, że wariatkę prowadzimy! Nie drzyj się! Jaki komornik?! Jak opieka?!”. Teraz następuje gwałtowna gestykulacja. Matka w butach z bazaru, z włosami przepalonymi od niefachowo zakładanych wałków zalewa się łzami. Usiłuje tulić syna do siebie. Zostaje mało dyskretnie odepchnięta. Drugi syn stoi obok. Energicznie wymachuje rękami. Grzecznie stosuję formułę i wchodzę do lokalu. Chyba nie zjem dziś deseru. Przynajmniej nie tutaj.
