Notatki. Przedświąteczna gorączka

Budzę się w środku nocy i po omacku włączam radio. Pierwsza informacja, która dociera do mnie na wpół sennej, dotyczy śniegu lekko prószącego gdzieś na południu Polski. Następnie dowiaduję się, ile osób zamarzło w ciągu ostatnich kilku tygodni z powodu wychłodzenia organizmu. Słyszę auta odjeżdżające z parkingu. Spoglądam przez okna. Ktoś skrzybie samochód, kto inny nerwowo gestykuluje. Nie może odpalić. Wracam do łóżka. Przymykam oczy. Słychać budzik. Od tej pory moje życie wplata się w tryby maszyny, która mnie zmieliła, przyprawiła trucizną z dodatkiem glutaminianu monosodowego i przeznaczyła na fastfood. Po drodze znowu widzę martwego szczura. Dostrzegam symbole, ale nie rozumiem ich znaczenia w kontekście własnego życia.

Popołudnie. Mgła osnuwa ziemię. Śniegu wciąż nie ma. Szamańskie prognozy kolejny raz nie sprawdziły się.

Uciekłam ze sklepu. Zobaczyłam, co się tam dzieje i uciekłam wrzuciwszy wpierw do koszyka porcję sera z orzechami oraz dwie zgrzewki wody mineralnej. Konsumenci niemalże wyrywają sobie towar z rąk celowo trącając się wózkami. Tak ma być do końca grudnia, jak dowiaduję się od obsługi. Klienci głównie krzyczą na pracowników sklepu albo ponaglają ich i tak błyskawicznie poruszających się z towarem pomiędzy półkami. Są amatorzy zakupów, którzy nie znają położenia produktów oraz nie potrafią porównać ich cen. Czytanie ze zrozumieniem oraz znajomość topografii sklepu to dla nich wyprawa na Kaukaz. Dla mnie samo obserwowanie tego zjawiska jest niczym przeprawa przez amazońską dżunglę. Współuczestniczę volens nolens w Armagedonie. Jestem w samym jego epicentrum. Usiłuję przestawić się na tryb off. Nie słyszę, jak z jednego rogu sklepu ona wrzeszczy do niego, aby wziął o jedno opakowanie pasztetu więcej, a on jej odkrzykuje: zwykłe czy z kary. I dorzuca: zobacz jeszcze te okulary z reniferkiem, dla Zochy weź okrągłe, a dla nas z brokatem, ale pospiesz się, bo mało zostało.

Na nowo uczę się pisać przy muzyce poznając inny rodzaj ciszy.

One. Rocznica

Po przebudzeniu nie spojrzała od razu na zegarek, jak miała w zwyczaju. Postanowiła zostać w łóżku. W końcu to dzień wolny od pracy, przynajmniej tej, za którą otrzymuje wynagrodzenie. Słyszała dziecięce głosy wydobywające się z korytarza oraz matkę po raz kolejny strofującą pociechy. Następnie był trzask zamykanych drzwi oraz odgłos przekręcanego klucza. Co się dzieje? Co tak pachnie? Jak tu ciepło. Sygnał SMSa. Odstawię dzieciaki na cały dzień do Lufcika. Mamy dla siebie sobotę, przynajmniej do 17.00. Ok, niczego mi wcześniej nie powiedziała. Dzwonię. Wszystko jasne. Zwłaszcza niespodzianki w jej stylu.

-Jak się dziś czujesz? Dasz radę wyjść z wyra i wziąć prysznic? Zostawiłam ciasto w piekarniku. Marchewkowe. Z orzechami. Powinnam wrócić, zanim dojdzie. Na wszelki wypadek czuwaj.

Postanowiła czuwać. Opuściła łóżko. Po wczorajszej gorączce nie było śladu. Napar z kwiatu lipy oraz herbata z dodatkiem soku z malin zaliczyły dobrą robotę. Ech, te naturalne sposoby. Weszła pod prysznic. Śpiewała na całe gardło. Piosenkę. Ich piosenkę. Nie słyszała, jak otwierają się drzwi do mieszkania. Wyszła z łazienki owinięta w ręcznik nie przerywając wykonywania piosenki. Pisk.

-Śmiało, nagrywam Cię.

-Jak możesz?

-Mogę. Wiesz, jaki dziś dzień?

-Sobota.

-Nie dzień tygodnia, tylko jaki dziś szczególny dzień.

-Yyy… mamy listopad, sobotę.

-Też. Ale co się kiedyś wydarzyło?

-Oświeć mnie.

-Poznałyśmy się. Wtedy na dziedzińcu. I wymieniłyśmy telefonami. Siedziałaś wściekła i powiedziałaś, abym się od… abym sobie poszła. A ja powiedziałam, że jesteś bezczelna i nieszczęśliwa, skoro nowo poznanej osobie mówisz takie rzeczy. I dobrze, że nie dla Ciebie zabrakło biletu.

-Padało. Było zimno. Żadna z nas nie dostała biletów w kasie. Ty zachowałaś spokój, ja wręcz odwrotnie. Do końca miałyśmy nadzieję, że je odkupimy. To był pierwszy koncert w Polsce. Na bilet przeznaczyłam swoje stypendium. Ty w efekcie go dostałaś Załatwiłaś sobie od koników. Ze mną nikt nie chciał rozmawiać.

-Nic dziwnego. Zobaczyli scenę, którą zrobiłaś, i uciekli. Nie poszłam na koncert. Wiedziałam już wtedy o chorobie. Odechciało mi się wyjazdów, rozrywki, życia. Zadzwoniłam do Ciebie chcąc odsprzedać bilet. Wyjaśniłaś, że sprawa jest nieaktualna, bo straciłaś pracę i nie miałaś czym zapłacić. Tak więc odstąpiłam Ci bilet. Powiedziałam Ci o chorobie oraz objawach jej towarzyszących. Zaproponowałaś, że będziesz się mną opiekować przez dwa tygodnie, aby spłacić prezent.

-Początkowo nie chciałaś się zgodzić.

-Ale w końcu się zgodziłam. Karmiłaś mnie tartą marchewką z cynamonem. To na wzmocnienie, tłumaczyłaś. Obiecałam sobie, że gdy mi się poprawi, to nie tknę marchewki, a ty mi ją nieustannie serwowałaś. Duszoną. Gotowaną. Na surowo. W cieście.

-Ciasto!

-Co z nim?

-Będzie dobrze. Uchyliłam drzwiczki piekarnika. Wiesz, jak długo się znamy?

-Dłużej niż trwa Twoje małżeństwo.

Nieruchomość na sprzedaż

-Jeśli się zdecydujemy, zadzwonimy do Pani. Może w przyszłym tygodniu.

-Wolałabym wcześniej. Dom cieszy się sporym zainteresowaniem. Mogę dać Państwu czas do piątku, do wieczora.

-W takim razie dziękujemy Pani za poświęcony czas. Nie jesteśmy zainteresowani tą nieruchomością.

-To ja dziękuję. Do zobaczenia.

Gdy pracownica biura nieco się oddaliła, ona wyraźnie odetchnęła z ulgą.

-No, kolejny nic nieznaczący gniot. Tracimy czas. Zmieńmy agencję lub zacznijmy czegoś szukać na własną rękę.

-Dlaczego od razu ją pogoniłaś? Widać było, że się starała. Mogłaś chociaż udawać zainteresowanie. To już czwarta oferta, którą odrzucasz po prezentacji.

-Tu się nie da mieszkać. Widziałeś te wszystkie słodkie pierdy, kominek, iglaki w ogrodzie, korę przed domem. Wszędzie to samo. Wyczułam dziwny nastrój w tym miejscu. Nie chciałabym tu zamieszkać, a już na pewno niczego bym nie napisała, może z wyjątkiem ogłoszeń.

-Można byłoby go nieco przerobić. Na Twoje potrzeby.

-Prędzej zbudowalibyśmy nowy. A gdzie miejsce na Twoją pracownię? Nawet porządnej piwnicy nie ma, dobrze oświetlonej, z osobnym wejściem. Poza tym małżeństwo, które wybudowało ten dom, właśnie się rozwodzi i dzieli majątek. Chcesz wprowadzać się do miejsca, które od początku jest przeklęte? Jeśli tak, w tej okolicy jest cała masa takich domów.

-W naszym gniazdku na poddaszu robi się ciasnawo. Rodzice są tolerancyjni, skłonni dołożyć do remontu, ale sama rozumiesz.

-Ty nie rozumiesz, a rodzice nie są tolerancyjni. Nazywajmy rzeczy po imieniu. Wymarzyłam sobie stary dom z oknami wychodzącymi na stronę zachodnią, podpiwniczony, z werandą i patio, na której będę pić espresso podczas mroźnych poranków. Ty będziesz mieć wydzielone miejsce na pracownię, bez naruszania strefy prywatnej. Nie możemy stale wynajmować. Od przyszłego miesiąca właściciel znowu podniesie czynsz. Jakoś tam się jeszcze mieścimy. Twoje sprzęty, biurko, komputery. Łóżko. Przeniesiemy je w jednym kawałku do nowego domu. Ciężko mi pogodzić się z tym, że ludzie przychodząc do Ciebie kładą ubrania na nasze łóżko. Mieszkanie jest niby nasze, ale walają się po nim rzeczy różnych osób korzystających z łazienki, którą głównie ja sprzątam. Głupio mi tak chodzić w szlafroku po mieszkaniu, gdy goście przesiadują do późna i rozmawiają z Tobą o realizacji pomysłów.

-Stare budynki najczęściej wymagają kapitalnego remontu.

-Są często gotowe do zamieszkania i nie trzeba od razu robić kapitalnego. Uwielbiam drewniane, skrzypiące podłogi i dekoracyjne poręcze. Aha, i dobrze byłoby, gdyby taki dom znajdował się w pobliżu cmentarza. Miałabym blisko na spacery.

-Co chcesz robić na cmentarzu?

-Poszukiwać inspiracji do opisywanych historii. I trwać w zadumie oczywiście.

One. Zachcianki

Popołudnie. W przedpokoju mnóstwo koszy i skrzynek z warzywami. Niektóre z nich przejrzałe, o czym świadczy unoszący się w powietrzu zapach. Muszki stadami oblegają zawartość skrzynek.

-Matko i córko! A to co?

-Pomidory, papryka i cebula na przetwory. Z darów.

-Ale leje. Akurat byłam na targu, gdy lunęło. Nie wzięłam parasolki.

-Po co byłaś na targu?

-Po ser. Naturalny. To, co serwują markety, nie nadaje się do jedzenia. Przy okazji kupiłam warzywa. Ugotujemy zupę krem i ryż zrobimy. Z jabłkiem i cynamonem.

-Kończą się nam pieniądze, a Ty masz zachcianki.

-Dobrze wiem, ile kosztuje porcja sera z certyfikatem. Nie możemy sobie wszystkiego odmawiać. Nie wiedziałam, że przyjdą warzywa z darów.

-Przebierzesz ją?

-Nie.

-Ty ją odrzuciłaś. Podświadomie. Niczego przy niej nie chcesz robić.

-Zmiana szychty. Chciałaś wyjść do lekarza, a potem do apteki, więc nie opóźniaj, tylko idź. Ja z nimi zostanę.

-Już się zbieram. Chcesz coś?

-Z apteki? Nie, dziękuję.

-Zrobienie zakupów coraz bardziej graniczy z cudem.

-Nie mamy auta, dlatego chodzimy na zakupy na raty i na plecach przynosimy tyle, ile zdołamy udźwignąć. Trochę dostaliśmy z fundacji. Nie umrzemy z głodu. A propos może znajdzie się opiekunka z MOPS-u na stałe? Długo tak nie pociągniemy.

Noc. W korytarzu nadal stoją skrzynki z nieobranymi warzywami. Pośród nich dziecięce zabawki, ubrania oczekujące na upranie, nierozpakowane zakupy.

-I jak te sery? Mogą być?

-Odkładam każdą złotówkę na mieszkanie, a Ty mnie karmisz serami. Plan na życie mi się rozjeżdża, a dla Ciebie istotne głównie to, co masz w brzuchu.

-Co dokładnie Ci się rozjeżdża?

-Nikt nas nie odwiedza. Nie mów, że nie zauważyłaś.

-Czy uważasz, że to dobra miejscówka na kolację przy świecach lub popołudniowe herbatki?

-Towarzystwo się wykrusza ze względu na moją sytuację, ale przynajmniej wiem, ile było warte. W pracy spokojniej już?

-Już tak. Mogę w czwartki i piątki odbierać dzieci ze szkoły, choć już czas, aby same wracały. Ty w tym czasie ogarniesz mieszkanie i siebie.

 

Notatki

Szczury. Coraz ich więcej. Zauważam martwe osobniki na chodnikach, skwerach i przy kontenerach ze śmieciami. Śmieci też coraz więcej. Dżuma obudzi szczury i pośle je, by zasypiały w szczęśliwym mieście, pisał A. Camus, twórca idealny na obecną porę roku, zmorę i jednocześnie czas renesansu melancholików. Nie mam siły cieszyć się nią. Do głosu dochodzą sprawy wymagające dopracowania zagłuszane kompulsywnym obżarstwem. Zaległe spotkania, których nie było, rozmowy przy kawie i lampce wina. Nie dzisiaj. Nie w najbliższej przyszłości. Szczury szukają mieszkania. Krążą, węszą, drapią…

Rozmowa nastolatek. Koleżanki pocieszały płaczącą rówieśnicę. „Powiesz, o co chodzi? Przecież jesteśmy przyjaciółkami. Nam możesz zaufać.” Piękne słowa i deklaracje. „K. powiedział, że będziemy rozmawiać, a potem zaczął mnie wyzywać i przeklinać na mnie”. „On na wszystkich się drze i przeklina. Nie jesteś pierwsza i ostatnia.” „Ale to było straszne. On tak wrzeszczał na cały korytarz. Inni słyszeli”. Koleżanki sympatyzującym gestem przytuliły przyjaciółkę. Mała, kiedyś tacy jak on będą ostro żałować, że nie umawiali się z taką jak Ty. Jesteś śliczniutka z blond grzyweczką i aparatem na zębach. Oczka jak u lalki. Uroda w parze z intelektem to dobre połączenie. Nadciąga jesień. Podlej rzęsy, jeśli to pomoże, a na wiosnę zapomnisz o łajdaku, który nie jest wart tego, by nosić Ci plecak, a co dopiero umawiać się z Tobą na randki. Pisz pamiętnik, jeśli jeszcze nie zaczęłaś.

Szczury piszczą. Zajmuję się pracą fizyczną. Kompulsywnie porządkuję otoczenie. Nie jestem w nastroju do myślenia koncepcyjnego. Pochłaniam wszystko, co znajduje się w zasięgu ręki. Paluszki, orzechy, cukierki. Hektolitry herbaty znikają w błyskawicznym tempie. Coraz więcej zjedzonych słodkości, słoności i tego, co pomiędzy. Samopoczucie też pomiędzy. Szczury osiedlają się nie pytając o pozwolenie. To nie jest dobry czas na podejmowanie wiążących decyzji. Gryzonie stawiają fundamenty swojego królestwa. Usuwam z lodówki resztki zepsutego jedzenia. Przeglądam zapasy. Wystarczy na kilka dni. Szczury budują imperium. Nie przeszkadzam im.

 

One. Duet

-Opuścić rolety?

-Nie, nie trzeba.

-Co tym razem? Nie możesz tak nie spać kolejną noc.

-Obudziłam Cię?

-I tak miałam wstać po coś do picia. Co jest grane?

-Układam tekst. Mogę iść do kuchni, jeśli…

-To niewiele pomoże, szczególnie przy ostrym świetle. Zepsujesz wzrok, rozbudzisz się na dobre i znowu przez resztę dnia będziesz sfrustrowana.

-Mam dziury w głowie. Nie udawaj, że nie zauważyłaś. Kolejny raz zapomniałam o zrobieniu przelewu. Dzisiaj wpakowałabym się po koła samochodu na przejściu. Nie kupiłam mydła i nie odebrałam rzeczy Mikołaja z szatni, jak prosiłaś.

-Nie masz dziur, tylko jesteś coraz bardziej rozkojarzona. Za dużo na siebie wzięłaś. Jesteś przemęczona w dzień, bo nie sypiasz w nocy. Dlatego stale jest Ci zimno. Powinnaś pomyśleć o dłuższej przerwie. Tak się nie da żyć. Bezsenne noce, bezsensowne przerzucanie klamotów z miejsca na miejsce. Szczelnie wypełniony dzień na wysokich obrotach. Kobieto, kto tak żyje i jak długo?

-Jakiej przerwie? Od czego?

-Weź zwolnienie. Od życia. Pojedź gdzieś. Odpocznij. Złap dystans. Zapętliłaś się. Nie masz ani chwili dla siebie w ciągu dnia. W nocy gorączkowo analizujesz, co się zdarzyło, co i kto powiedział. Co zostało do zrobienia na wczoraj, a co na zaraz i dlaczego nie nadążasz. Stale gdzieś biegasz. Wykonujesz mnóstwo czynności, z których nic nie wynika. Jakieś kursy, szukanie grup popaprańców, udawanie działalności społecznej. Angażowanie się w pomoc. Bez tego można żyć. Kiedy ostatnio byłaś z kimś w kinie albo na spacerze? Długim takim. Kiedy ostatnio włóczyłaś się bez celu? Co ostatnio zrobiłaś dla siebie?

-Jakie zwolnienie?! Oszalałaś?!

-Nie oszalałam. Nie podnoś głosu. Obudzisz dzieciaki.

-Ok, cicho już będę.

-Nie rycz. Nie mówiłam Ci o tym wcześniej. Szukam domu dla naszej ferajny. Kiedyś miałam marzenie, by kupić domek, zaszyty gdzieś, w oddaleniu od cywilizacji, żeby go udostępniać wszystkim udręczonym. Znalazłam taki nawet, ale był ponad moimi możliwościami. Będę szukać do skutku.

-A gdzie ja się podzieję? Co ze mną będzie?

-Tak, jak powiedziałam. Udostępnię Ci kąt w domku. Pora, abyśmy się ustatkowały. Ty i ja. Dwa pokoje już nie wystarczą. Dzieci rosną. Wymagają większej przestrzeni, a my nie możemy stale mieszkać razem. Mamy różne potrzeby i charaktery. Trzeba stanąć na własnych nogach.

-Nie umiem palić w piecu.

-To nic skomplikowanego. Nauczysz się.

-Nie nadaję się na odludzie.

-Nie zrozumiałaś mnie. Poszukuję domku dla siebie i dzieci. Ty zostajesz tutaj, ale będziesz mogła nas odwiedzać, jeśli zechcesz.

 

 

One. Gospodarstwo

-Kupisz po drodze szampon?

Widzę, jak w pośpiechu zakłada buty i wiąże chustkę obawiając się, że nie zdąży na tramwaj. Pojedzie następnym. Zwykle i tak się spóźnia.

-Kupię. Chcesz coś jeszcze?

-Coś na śniadanie będzie?

-Będzie. Wyjdziesz wreszcie z łóżka? Kolejny dzień się z niego nie ruszasz. Tyłek Ci przyrósł do materaca?

Z samego rana pretensje. Nie mam siły wstać, przecież wie.

-Wyjdę dopiero wtedy, gdy kupisz szampon. Nie mam czym umyć włosów.

-A ja nie mam już czym rzygać ani czym płakać. Znasz sposób, aby się pozbyć wściekłości na świat? Pić ani palić nie mogę. Przyłożyć komuś też nie bardzo.

-Nie znam.

-Gdyby kurier przyjechał, otwórz mu drzwi.

-Dobrze.

Kolejny karton z niby niezbędnymi rzeczami. Nawet nie pamiętam, co było w poprzednich. Jakieś ozdoby czy narzuta na fotel. Używane oczywiście. Nie znoszę używanych rzeczy, a ona nie znosi moich humorów. Dzisiaj będzie inaczej. Zaskoczę ją powitaniem z fanfarami. Może nawet coś ugotuję.

-I wyjdź z łóżka. Gdy wrócę, pójdziemy do parku. Weźmiemy koc. Przewietrzymy się. Zrobię grzanki. Umyj włosy mydłem dla dzieci. Jeszcze trochę go zostało. Potem ubierz się i ogarnij ten chlew. I przestań wyć. Spójrz w lustro. Twarz cała spuchnięta.

-Spóźnisz się. Idź już. Ogarnę, nie martw się. O której będziesz z powrotem?

-Kończę o 14.00.

-Przyjść po Ciebie?

-Nie przychodź, ale możemy spotkać się pod sklepem. Pomożesz mi przynieść zakupy.

-Dobrze, będę czekać pod sklepem.

Wstydzi się mnie. Mojego zachowania. Wyglądu. Ogoliłam głowę. Któregoś dnia poprosiłam fryzjera, by ostrzygł mnie na 2 mm i tak zostało. Od tamtego czasu staram się trzymać fason. Ostatnio w ramach ograniczenia budżetu nieco się zapuściłam. Z nas obu ona była tą piękniejszą, inteligentniejszą, bardziej uczuciową i wyrozumiałą. Ja natomiast uchodziłam za tą, która grzeje się w jej blasku i nosi teczkę. Trzymamy się razem, odkąd skończyłyśmy studia. Mieszkanie socjalne dzielimy od kilku lat. Tak podobno jest taniej i wygodniej. Nie stać nas na zakup własnych. Zajęłam antresolę. Przechowuję tam dobytek swojego życia. Gdyby to było możliwe, zrezygnowałabym z jedzenia, aby zajmować jeszcze mniej miejsca. Jej rzeczy są wszędzie, a i tak wiecznie ich szuka. Czasami nocuje tu jej eks. Wtedy jest jeszcze ciaśniej. Zaprosiłam Cię tutaj, bo chciałam, abyś zobaczyła jak żyją ci, którzy przed laty wypadli z szeregu i nie planują wbijać się w żaden trend. Nazwij to jak chcesz. Opisz, jak chcesz. Zmień nam imiona albo ich nie podawaj. Nazwę miasta też ukryj. Nalać Ci soku? Obleśny jest i cuchnie. Piję go w ramach kuracji. Mam zryty żołądek, a nie beret, ale radzę sobie. W towarzystwie udaję, że jestem wege, albo dopiero co jadłam, albo że chcę utrzymać wagę.

Plecak

Bagaż podróżny to niemy świadek wojażu oraz tego, co się odbywa poza utartymi szlakami, szczególnie w miejscach, w których nawet bociany nie zawracają, ponieważ jeszcze tam nie doleciały:

-I jeszcze na plecak bilet trzeba wykupić.

-Poproszę. Nie wiedziałam… Dlaczego za plecak mam zapłacić tyle, ile za pasażera?

-Bo na siedzeniu leży.

-Ale ja go mogę trzymać na kolanach.

-Nie będę z Panią dyskutował. Płaci Pani czy wychodzi?

-Płacę, ale uważam, że to nie w porządku.

-Opłata się należy. Jak Pani chce, to może na piechotę iść. To ostatni kurs.

-Nie chcę. Zapłaciłam przecież. Jakby nie można było do bagażnika go dać.

Dalsza część drogi upływała we względnym milczeniu. Plecak został zabrany z siedzenia i trzymany na kolanach, aby ustąpić miejsca pasażerowi. Nie miałam siły spierać się o parę złotych tym bardziej, że było relatywnie późno, a ja po całym dniu podróżowania różnymi środkami marzyłam jedynie o prysznicu i lekkiej kolacji. Stan techniczny pojazdu budził wątpliwości nawet u takiego laika jak ja. Moje obawy potwierdziły się. W pewnym momencie otrąbieni cudem lądujemy się na poboczu. Jest dawno po zmroku. Znajdujemy się na drodze lokalnej. Kierowca wysiadł. Obchodzi bus dookoła, a potem udaje, że panuje nad sytuacją wykrzykując od czasu do czasu nieparlamentarne wyrażenia. Dźwignia zmiany biegów stała się bezużyteczna. Ktoś z pasażerów podpowiada, aby wetknąć kija od szczotki i spróbować nim manewrować. Jesteśmy w połowie drogi. Jakoś dojedziemy do miasta, odzywa się chłopak z fryzurą samuraja z kataną przy boku. Jadę na turniej, jutro z rana mamy ćwiczenia. Nie może mnie zabraknąć, dorzuca, mam swoją funkcję na pokazie. Ja wracam z drugiej zmiany, a jutro obiecałam przyjechać wcześniej, aby zastąpić koleżankę, odzywa się sfrustrowana pasażerka, nie ma mnie kto przywieźć. Jak tak dalej będzie, to dzwonię na Policję.

Kwitniemy w ciemnościach na poboczu. Tereny przygraniczne. Są krzaki. Nie ma latarni. Część pasażerów rozładowuje nerwy pielęgnując swój nałóg. Nie panikować. Zachować spokój. Chętnie poznam osoby, które osiągnęły spokój po usłyszeniu słów „uspokój się”. W końcu zapada decyzja. Samuraj godzi się trzymać kij od szczotki i manewrować nim w miejscu, w którym znajduje się dźwignia zmiany biegów. Zatrzymywać się będziemy na awaryjnych i tylko tam, gdzie nie ma monitoringu. Tym razem nie zawiadamiamy Policji. Wsiadamy na własne ryzyko. Ruszamy. Jedziemy. Samuraj z wdziękiem operuje kijem od szczotki. Snuje opowieść o swoim plecaku, całkiem podobnym do tego, który wciąż trzymam na kolanach. Wspomina pobyt na Mazurach, gdy były całkiem dzikie. Teraz jest cywilizacja i nie ma tego uroku, co kiedyś, prawi.

Docieram do wsi w środku nocy. Na szczęście kierowca bombowca postanowił zrobić przystanek dość blisko chałupy, w której miałam zabukowany nocleg. Pukam delikatnie w okno nie chcąc obudzić gospodarzy. Wiem, że jest późno. Mieliśmy mały problem z dojazdem. Trzeba było zadzwonić. Mój by przywiózł. Ale ja nie wiedziałam, gdzie jesteśmy. To nic. Jutro też jest dzień. Odpływam przytulona do plecaka.

 

Notatki

Noc była dość pracowita. Odpowiedziałam na zaległe e-maile, posegregowałam pocztę oraz pozostałą lekturę na najbliższe tygodnie. Na czas afrykańskich upałów przeniosłam się z noclegiem do piwnicy. Obudziłam się, gdy wskazówki zegara powędrowały na krótko przed jedenastą. SMSy z informacją o zaległościach postawiły mnie na nogi. Zerwałam się i wbiegłam pod prysznic. Sprawdź pocztę. Przedstaw swoją propozycję. Napisz uzasadnienie. Zatwierdź. Prześlij. Dokładnie w tej kolejności. Ale najpierw śniadanie i kawa.

Zmniejszył się upał, więc można planować działania związane z pracą na zewnątrz. Obiegówka po miejscach, w których jest coś pilnego do załatwienia. Spotykam znajomą będącą jest w trakcie przeprowadzania się. Dziewczyna naprzemiennie klnie i płacze. Obrywa się nawet ekipie, którą zatrudniła do pomocy. Mięcho! Jesteście do niczego, mięcho! Co mnie podkusiło, żeby Wam to zlecić, mięcho! Wszystko powiem szefowi! Będziecie mieć po premii, mięcho! Uwaga! Ostrożnie! To stary kredens! Musi jeszcze trochę wytrzymać! Zapodziałam gdzieś fajki. Poczęstujesz mnie, zwraca się tonem błagalno-rozpaczliwym w stronę pracownika firmy. Nie mam, odpowiada zagadnięty. A tak w ogóle to zapytam szefa, czy kończyć tę robotę. Zdaje się mamy dziś jeszcze jedno mieszkanie. Szefie, to wszystko tutaj? Pani ma uwagi! Co Pan mówi?! Jakie uwagi?! Nie mam uwag! Tylko pytam o papierosa! Podchodzi rosły mężczyzna. Co jest, pyta. Nic, tylko gdzieś podziałam fajki. Chciałam prosić o jedną, chlipie. Proszę Pani, my już skończyliśmy. Na kogo wystawić fakturę? Miało być bez faktury, znajoma krzyczy tak głośno, że słychać ją w całej okolicy. Odchodzę nie chcąc w przyszłości być powołaną na ewentualnego świadka w sprawie o znieważenie.

W sklepie spożywczym klientka wybiera najtańszą kiełbasę, ale nie może się zdecydować. Ekspedientka pyta o cel przeznaczenia wyrobu. Staremu do roboty, więc tania i dużo ma być, zdecydowanym głosem odpowiada zapytana. Wybucham śmiechem. Obie kobiety spoglądają na mnie z nieukrywanym oburzeniem. Jeszcze fasola, pomidory i pasta z ciecierzycy, a potem można podchodzić do kasy. Zostawiam za sobą frustrację klientów taniego marketu. Odwiedzam sklep wielkopowierzchniowy. Może tym razem uda się kupić klimatyzator? Nic z tego, informuje pracownik obsługi, gdy się pojawią w hurtowni, to zaraz są rozdzielane. Nam przypadły cztery. Dzisiaj przyszły i od razu je wykupiono. Czy już pogratulowano pomyślunku osobie odpowiedzialnej za zamówienia, pytam z wyraźną ironią. Jest jak jest i tego nie zmienimy, słyszę z uśmiechem w głosie, na co odpowiadam tym samym.

Nie wierzę własnym oczom. Gniazda jaskółek są strącane. W środku z pewnością były pisklęta. Jeszcze dwa dni temu było słychać, jak popisują. Opiekuję się mieszkaniem koleżanki, gdy ona przebywa za granicą. Rośliny padły. Zrobię wszystko, aby przywrócić je do życia, składam uroczystą obietnicę i ruszam do pracy.

 

Podróżowanie w klasie biznes

Miał być kwadrans temu. Spoglądam na wyświetlacz. Jest informacja o opóźnieniu. Dookoła zmęczone twarze o wytężony wzroku, z którego można wyczytać determinację. Czy już dojeżdża? Może ten będzie nasz? A może… Nie, tym razem to nie ten. Wytatuowana dziewczyna z ok. dwuletnim dzieckiem na ręku, a drugim, jak się okazuje, sześcioletnim, usiłuje zapanować nad niełatwą dla niej sytuacją. Liczymy autobusy? Nie!!! To może coś namalujemy? Nieee!!! Chcę do autobusu. W powietrzu zapach miejskiego zaduchu, kurzu i… nie, niech mi ktoś powie, że się mylę. To zużyta pieluszka jednorazowa. Matko, przewiń dziecko. Autobus tak prędko nie podjedzie. To tanie linie. Jeszcze zdążysz. Sześciolatek rozrzuca pastelowe kredki dookoła. Część w moją stronę. Uśmiecham się mimowolnie. Maluch odwzajemnia uśmiech. Nie zaczepiaj pani. Chodź tu. Mama Ci coś pokaże. Chłopiec idzie do matki i łapczywie chwyta za telefon. Matka w tym czasie wyjmuje czystą pieluszkę, kładzie drugiego malucha na ławce i przewija go. Grunt, że karmić nie zaczęła. Zgromadzeni pasażerowie odwracają wzrok, podobnie jak ja nie chcą tego oglądać! Nie krzycz! Nie będę w to grać! Chcę do autobusu! O, tata idzie. Paweł, weź go! Daj mu jakieś ciastko czy coś. Potem mu dam. Nasz autobus właśnie zakręca. Masz bilety? To z mojego ściągną. Soczek kupiłem i jakieś drożdżówki.

Wesoła rodzinka zajmuje miejsca ze stolikiem. Podroż upływa pod znakiem słuchania piosenek oraz pisków w dziecięcym wykonaniu. Tym razem sprawdza się klimatyzacja, ale i ona składa broń przed bijącym po nozdrzach fetorem ludzkich wydzielin. Nie narzekam na przyjemny chłodek. W słuchawkach ulubiona stacja radiowa. Powstaje plan działań na najbliższe dni. Usiłuję sobie przypomnieć, gdy… słyszę przeraźliwy krzyk i spazmy. Psieplasiam, psieplasiam, że Cię obzigałem. Natężenie dźwięku zwiększa się. Psieplasiam. Odwracam głowę w stronę, z której dochodzi płacz. Widzę przeraźliwie umęczone dziecko przytulone do bezradnego ojca, udekorowanego kleksem zawierającym kwas żołądkowy, matkę zajętą smartfonem, dwulatka grzebiącego w śmieciach rozrzuconych na stoliku, pod nim i dokoła niego. Ojciec trzyma w ręku foliówkę z wymiocinami, które są również na siedzeniu i głaszcze spoconego syna i spogląda wokół siebie. Prędko odwracam głowę. Niedługo będzie postój, to Pan podejdzie do apteki i kupi coś temu dziecku. Ale dzisiaj może być nieczynne. Święto jest. I te worki Pan wyniesie. O nowe popyta. Może ludzie dadzą.

Po przerwie miejsce rodzinki plus okazuje się być pustym. Pasażerowie, którzy wsiedli na postoju, zajmują strefę miejsc siedzących w przejściu, przy schodach. Wyobrażam sobie zapach olejku kąpielowego oraz jaśminowej herbaty. Pragnę znaleźć się pod prysznicem. Zapomnieć o podróżowaniu ostatnią klasą. Zatopić się w wartościowej lekturze i cieszyć wolnością.