One. Przerwa

-Zadzwoniłam, bo pomyślałam, że nie śpisz. Widziałam, że jesteś online.

-Czasami zapominam wyłączyć, ale istotnie, mam dziś kolejną noc dla siebie. Skąd dzwonisz?

-Z dworca. Czekam na pociąg. Ładuję telefon. Mam przerwę. To jeszcze trochę potrwa.

-Wysłałam materiały na konkurs, jak mi radziłaś.

-Świetnie. Kiedy wyniki?

-Kapituła zbierze się w najbliższym tygodniu i wyłoni zwycięzców, którzy otrzymają nagrody pieniężne. Nawet ci wyróżnieni.

-Na co przeznaczysz wygraną?

-Daj spokój.

-Na co?

-Nie sądzę, abym się załapała. Zrobiłam to raczej dla sportu i w ramach autoterapii.

-To niewłaściwe podejście. O czym pisałaś?

-O galeriach handlowych, a właściwie o walkach z samotnościami, które rozgrywają się na ich terenie.

-Jaki był pomysł na realizację?

-Opisałam kilka historii na podstawie tego, co zobaczyłam i czego doświadczyłam. Całe szeregi ludzi w różnym wieku zmagają się z samotnością myśląc, że w galeriach można się ukryć. Ale to nieprawda. Tam dopiero można być wyeksponowanym. Niektórzy klienci wyjmują laptopy udając zapracowanych, a w gruncie rzeczy pragną, aby ktoś ich dostrzegł. Częściowo odpowiadam na ich potrzeby uśmiechając się niby przypadkiem, gdy mijam ich stoliki. W oczach widać wtedy podziękowanie. Dużo mamy czasu?

-Bez obaw. Dam znać, gdy zacznę się zbierać. Mów do mnie. Uwielbiam Cię słuchać, o czytaniu nie wspominając.

-Własne obserwacje zamieściłam w pracy konkursowej, a w ramach grafiki dołączyłam samodzielnie wykonane i lekko podrastowane zdjęcia. Opisałam też krzywdzącą się parę. Ona miała w oczach smutek i krzyk. Co najmniej dwa razy domawiała ciastko, aby przedłużyć coś, czego konsekwencje są tylko rozłożone w czasie. On miał jej dosyć. Zdradziły go drobne, niby nic nie znaczące gesty i spojrzenie.

-Mówiłam Ci, że poprosiłam o przeniesienie w ramach projektów? Będę prowadzić zajęcia dla osób samookaleczających się i ano. Zaczynam od przyszłego miesiąca. Mogę liczyć na Twoją fachowe wsparcie?

-Schlebiasz mi. Nie wiem, czy będę potrafiła.

-Na początek możesz mi polecić coś z literatury. Tylko niezbyt dużo. Liderka mówi, żebyśmy podpierali się nazwiskami autorytetów.

One. Ulewa

-Trzeci dzień leje.

-Przecież to lubisz.

-Nie wiem, za co się zabrać. Akwarele. Pastele. Może medytacja. Tyle do zrobienia.

-Mogłabyś się ogarnąć. Siedzisz w szlafroku, a jest popołudnie.

-I tak nie wychodzimy.

-Dla samej siebie ogarnij się. Zrób coś. Włosy ułóż. Umyj się.

-Ty ciągle swoje. Siedzisz tylko przed kompem i trzaskasz w klawiaturę udając, że coś robisz. Mogłabyś chociaż powiedzieć mi, w jakim kierunku idę. Ocenić akwarele. Coś doradzić.

-Nie znam się na tym, a jeśli malowanie sprawia Ci przyjemność…

-Chciałam nimi trochę dorobić. Rozwijać się.

-Od lat niczego nie sprzedałaś. Daruj sobie zarobek.

-Oni uznali, że nie muszę zarabiać w ten sposób. Malować i sprzedawać.

-A w jaki?

-Mogę prowadzić zajęcia z medytacji albo arteterapii.

-Dlaczego zatem ich nie prowadziłaś i nie prowadzisz?

-Nie było chętnych.

-Bzdura.

-Nie mam ukończonych specjalnych kursów.

-Wciskali Ci ciemnotę, aby wozić się na Twoich plecach.

-Kto?

-Ci, którym opłacałaś rachunki. Z którymi dzieliłaś łóżko i lodówkę. Byli zachwyceni Twoimi pracami, ale to nie przedkładało się na zarobki. Zauważ, tylko ci, którzy z Ciebie korzystali, byli zadowoleni z tego, co robisz. Gdzie oni teraz są?

-Ludziom plany się zmieniają. Czasami z dnia na dzień.

-Ulotnili się, gdy zaczęłaś brać coraz silniejsze dropsy i wyskoczyłaś ze wszystkiej kasy. Syfiaste lumpy bez grosza przy duszy. Artyści ze spalonych teatrów. Nikt oprócz nich nie zachwycał się Twoimi arcydziełami, ale tego nie zauważyłaś. Obgotowali Ci mózg, ale tego również nie dostrzegasz.

-Lepiej kończ swój doktorat.

-Zrezygnowałam.

-O, proszę.

-Nie będę pisać pod dyktando profesury i publikować zakłamanych wyników badań.

-Tak im powiedziałaś?

-Niezupełnie. Inaczej ubrałam to w słowa. Zresztą doktorat nie jest mi do niczego potrzebny. Większą satysfakcję daje mi praca z grupami i wolontariat. Może rozważysz tę opcję?

-Nie czuję się na siłach.

-Tobie jest potrzebna pomoc. Lecisz w dół, mała.

One. Winda

-Słyszałam, jak dzisiaj w nocy wróciłaś.

-Obudziłam Cię, sorry.

-Nie, tylko… Wiesz, to takie dziwne. Co Ty właściwie robisz na mieście w środku nocy?

-Nie mogłam zasnąć, więc jeździłam tramwajem.

-I pomogło?

-Nie, ale trochę się wyciszyłam.

-Dziwne czasy nastały. Aby się wyciszyć, wsiada się do komunikacji miejskiej.

-Obserwowałam pasażerów.

-I co zauważyłaś?

-Tani, sprany dres, między innymi, a jego właścicielka, o rubensowskich kształtach, tachała słoik z rosołem. Dyndał śmiesznie.

-Co można robić w środku nocy ze śmiesznie dyndającym słoikiem?

-Pisać o nim. Jeździłam po mieście. Spacerowałam. Zaglądałam ludziom do okien czasami.

-Nie boisz się.

-Już nie. Autobus podwozi mnie prawie pod nasz blok.

-Ale że oberwiesz od kogoś.

-Wiesz, nie zaczepiam ich. Do tej pory jakoś mi się udawało. Lubię sobie wyobrażać, czym żyją ci, u których po północy świeci się światło i to nie od telewizora.

-Coraz mniej ludzi. Tylu wyjechało. Niektórzy nie wrócą.

-E, tam… Ktoś został, np. my.

-Winda się zacina.

-Windą też lubię jeździć. To taki dziwny środek lokomocji.

-Była nieczynna przez jakiś czas. Ekipa medyczna nią wjeżdżała. Coś tam im się wylało i trzeba było wzywać kogoś do sprzątnięcia. Nerwowa atmosfera. Babka z góry wyła. Nie było z nią praktycznie kontaktu. Ten jej syn, dłużnik, nie żyje. Mówią, że serce. On tu żył nielegalnie. Policja go niby szukała, a on się ukrywał u matki. Wychodził nocami. Może go widziałaś?

Notatki. Dzień Kobiet

Pora na kolejne świętowanie. Tym razem obchodów dnia, na który czekają kobiety z wytęsknieniem jawnym bądź ukrytym. Niektóre już kilka dób przed wybuchem szału na lansowanie bukietów i czekoladek zamieszczają ich zdjęcia na portalu z lajkami. W sieci mnożą się artykuły proponujące rozmaite sposoby i formy spędzania wolnego czasu 8 marca, czytane przeze mnie lawinowo. Dowiaduję się z nich m.in. do czego nosić klasyczną białą bluzkę. Must have w szafie każdej baby. Mam szafę? Tak. Białą bluzkę? A jakże. Nawet w dobrej kondycji. Nic dziwnego, skoro była zakładana jedynie na egzaminy, w tym dojrzałości oraz poprawkowe. Zatem liczy sobie… Niejedną dekadę. Nie cierpię klasyki w takim wydaniu i najchętniej pozbyłabym się jej, lecz została wykonana z… i dlatego sporo wówczas kosztowała. Nie potrafię się z nią rozstać, choć prezentuje się na mnie i na innych dość żałośnie. Kiedyś potnę ją nożyczkami i dopiero wtedy wyrzucę. Nie nadam jej drugiego życia. Nie odstąpię potrzebującym. Marzę o sytuacji, w której klasycznym strojem na egzamin będzie koszula flanelowa typu unisex i martensy, których kupiłabym kilka(naście) par na zapas. To by zależało od tego, jak często kwalifikowałbym się do poprawkowych. Styliści obu płci radzą, by nie przesadzać z liczbą ubrań, lecz zwracać uwagę na ich jakość oraz etyczną produkcję. Oczywiście ciuchy powinny być wykonane z organicznych materiałów.

Jako że lokale gastronomiczne wciąż działają w trybie na wynos lub z dowozem, oferują przygotowanie romantycznej obiadokolacji przy świecach zapewniając wszystkie detale, począwszy od wyłącznie wyśmienitych dań wraz z deserem i apertifem poprzez obrus, a skończywszy na środkach rozjaśniających półmrok i tworzących nastrój. Zorganizujemy Wam romantyczny wieczór. Ty wybierasz menu i dodatki, my zajmiemy się resztą. Ok, może być pizza z ananasem. Świece mam. Lampkę też. Jestem w gronie osób jadających włoski specjał z zapuszkowanym owocem w kształcie koła z dziurką po środku oraz pijących kawę wyłącznie z mlekiem.

Propozycje prezentów z okazji Dnia Kobiet: kurs makijażu (wirtualny oczywiście). Wyobrażam sobie romantyczną scenę. Ona i on siedzą w półmroku (mogło zabraknąć zapalniczki do świec na przykład) przy daniach serwowanych w naczyniach jednorazowego użytku. Ona ubrana w klasyczną białą bluzkę wielokrotnego użytku, on w mniej klasyczną. Po wzniesionym toaście on wyjmuje potwierdzenie przelewu za wykupiony abonament na kurs makijażu. Jest moc! Albo ona drżącą dłonią rozpakowuje prezent przewiązany atłasową czerwoną wstążką, a tam… Bielizna, o Której Zawsze Marzyła, tylko rozmiar nie ten. Za mała. Ona myśli. Na pewno kogoś ma i ten prezent był dla niej. A to łajdak. Za duża. Ona myśli. Nawet nie zna mojego rozmiaru! Czyżbym aż tak przytyła?! A to łajdak.

Cieszmy się i nie myślmy za dużo… Świętujmy i pozwólmy świętować innym. Dajmy sobie prawo do popełniania błędów, ale jedynie wtedy, gdy czegoś się na nich nauczymy.

One. Puszki

-Chcesz je?

-Pewnie, że chcę. Cudne puchy.

-Są Twoje.

-Będą pasować do pasków na ścianie. Zieloniutkie jak wiosenna łąka.

-Nie były używane.

-To po co je kupiłaś?

-Myślałam podobnie jak Ty, że będą pasować do kuchni, którą z taką pieczołowitością urządzałam.

-I?

-Nie pasowały. Podobnie jak kuchnia i nie tylko ona. Do życia.

-Tamto małżeństwo nie było dla Ciebie. Dla Was.

-Małżeństwo w ogóle nie jest dla mnie. Wiesz, kiedy dokładnie kupiłam te puszki?

-Nie wiem.

-W dniu, w którym garnki z zawartością po raz pierwszy poleciały przez okno. Grunt, że nikogo wtedy nie zabiły.

-To już przeszłość. Teraz skup się na…

-Na tym, jak przeżyć z dziećmi, nie pozostawić ich sierotami i nie zostać wyeksmitowaną.

-Nie panikuj.

-Tamtej wiosny miałyśmy jechać do Wiednia.

-Jeszcze pojedziemy.

-Kupiłyśmy bilety i zabukowałyśmy noclegi. Dzień wcześniej dostałam ataku. Ty wpadłaś w furię. Krzyczałaś, że zepsułam Ci weekend, naraziłam na koszty i jestem nieodpowiedzialna. Pojechałaś sama. Jak zwykle postawiłaś na swoim. Kilka dni później dowiedziałam się, że jestem w ciąży. Wzięliśmy ślub, na który nie przyszłaś.

-Nie widziałam w tym związku przyszłości.

-Urodziła się K. Od początku coś było nie tak. Obwiniał mnie o jej stan. Oboje stale mnie o coś obwiniacie.

-Przestaniesz?!

-Właśnie K. się obudziła i domaga uwagi.

-Krzyczy tak, bo nie chce, abyś ze mną rozmawiała i dzieliła się czasem z kimś innym.

-Nie znasz jej. Ona nie umie inaczej.

-I nie będzie umieć, skoro ma Ciebie na każdy gwizdek. Pójdę już.

-A puszki?

-Nie chcę ich.

-To je wyrzuć po drodze. Nie mogę na nie patrzeć.

-A mnie to chciałaś je podarować.

-Ty byś z nich zrobiła właściwy użytek i może do czegoś dobrego by to doprowadziło.

-Chyba w to nie wierzysz.

-Zawsze zazdrościłam Ci porządku na głowie i w głowie. Podasz mi chusteczki?

-Pozory.

-Nie można grać przez kilkadziesiąt lat. To by była schizofrenia.

One. Myślicielka

-Który dzisiaj?

-10.

-To może renta już jest na koncie. Do ojca muszę zadzwonić, żeby mi coś kupił. Ale nie mam doładowanego telefonu. Doładujesz mi? Wiesz, coś za coś. Ja Tobie o sobie, a Ty mi dasz na doładowanie.

-Może być. Za ile?

-Dycha? Wystarczy, aby do starego zadzwonić. Powiem mu, żeby przywiózł trochę z renty i w kiosku doładowanie kupił. Nie dają mi kasy. Boja się, że zginie. Bo tu świry. Złodzieje. Schizole. Wiesz, cała śmietanka wariatkowa. A Ty do kogo przyszłaś?

-Do znajomej.

-Widziałam Cię, jak gadałaś ze stalkerką.

-Gadałam.

-Ona jeszcze jest na ogólnej. Mówią, że nie wyjdzie z tego. Wyjdzie, ale zacznie robić to samo. Czyli nie wyjdzie. A ze mną dlaczego chcesz gadać?

-Samo wyszło.

-Idziesz do kiosku?

-Zaraz idę.

-To pamiętaj o doładowaniu dla mnie. Za dychę. Oddam, kiedy przyjdziesz następnym razem. O ile przyjdziesz. Znajdziesz tu tylu świrów i historii, że wystarczy na książkę, a nie tylko na… Na co to ma iść?

-Na blog.

-Właśnie. Na blog. Po co chcesz pisać o czubkach.

-Chciałabym pokazać ich historie.

-Co tu do pokazywania. W głowach się poprzestawiało. Leki trzeba brać i tyle. O stalkerce też będzie?

-Może troszkę.

-Nie wyglądała na zadowoloną, gdy z nią gadałaś.

-A Ty?

-A ja jestem zadowolona, że ktoś chce ze mną gadać i pisać o szambie, w które weszłam. Psychiatryk to szambo, wiesz.

-Wiem.

-Lepiej tu nie przychodzić za często, bo jeszcze Cię zamkną. Jak mnie. Któregoś dnia matką z ojcem mnie tu przywieźli. Pojechali, a ja zostałam. Potem wyszłam, ale nie miałam do czego wracać. Sklep nie chciał mnie przyjąć z powrotem do pracy, bo coś im niby ukradłam i klienci się wykruszali. Były jakieś problemy z czynszem zaległym. I administracja wywaliła ich stamtąd. Potem nie znalazłam nigdzie roboty. Wiesz, kiedyś chciałam prowadzić proste życie. Pracować w jakimś sklepie z ciuchami, sieciówce jakiejś albo kawiarni. Poznawać ludzi. Rozmawiać z nimi. Pomagać im. A wyszło jak wyszło.

-Zdarza się.

-Tylko takim jak ja. Nie dostałam się do knajpy, ale znajoma otwierała sklep z ciuchami i pamiątkami.  Tam się zaczepiłam i tam poznałam, jak to się mówi, jedynego. Miał być na całe życie. On był, jak to się mówi, nawiedzony. Chciał mnie czymś karmić, książki pisać o nas, o jakimś spełnieniu, wcieleniu. Czy jakoś tak. Dziecka nie chciał. A potem nas okradł i zniknął. Gadają, że romansował z moją znajomą, tą, co sklep miała, gdzie ja pracowałam. Idziesz już?

-Raczej tak. Autobus mam.

-Nie myśl za dużo. Ja myślałam o życiu i myślałam, co mnie spotkało i dlaczego i widzisz, gdzie wylądowałam.

Notatki (epidemiczne)

Coraz więcej ograniczeń. Coraz więcej związanych z nimi frustracji generujących coraz więcej trudności. Dziś na zewnątrz sklepu stałam za kremem do rąk przez ponad pół godziny. Mocno wiało. Otuliłam się więc szalikiem i skurczyłam, jakby to mogło przyspieszyć czas oczekiwania na wejście do konsumpcyjnego sanktuarium. Nie mogę już zrobić zakupów w osiedlowych sklepikach. Są czynne jedynie w określone dni i godziny. Głównie wtedy, gdy wykonuję prace zlecone. Zniknęły inne stałe punkty na mojej osobistej mapie handlowo-usługowej. Podobnie jak programy z radiowej ramówki.Aby zrobić drobne zakupy, trzeba rezerwować ok. dwie godziny z uwzględnieniem czasu postoju przed sklepami.

Nic nie jest i nie będzie tak samo. Epidemia modyfikuje nie tylko życiowe cele, ale także zmienia spojrzenie na ludzi, wydarzenia, pracę, relacje. Wysysa resztki życia z tych, w których jeszcze ono się tliło. Nie ma niczego na stałe, a przecież aby poczuć się bezpiecznie i zdrowo, powinno się mieć jakąś stałość.

Co jakiś czas w nocy powraca do mnie pewien sen. Tonę w oceanie. Zapadam w otchłań. Jest coraz ciemniej i zimniej. Nade mną i wokół mnie pływają ryby różnych wielkości i gatunków. Odczuwam na swoim ciele ich lodowate, śliskie, otwarte pyski, ale żadna mnie nie nadgryza. Jestem ubrana w stare dżinsy, jakąś koszulkę. Mam bose stopy. Widzę swoje dłonie, którymi próbuję odgonić ryby. Brzydzę się ich. W oceanicznych głębinach ostatnim obrazem, który pamiętam, jest światło słoneczne. Mgliste i stale oddalające się ode mnie. Spadam głębiej. Tam, gdzie są tylko cisza i ciemność. I bezdech.

Patynowa Pani Domu. Głos wołającego na pustyni

Lawinowo nadchodzące komunikaty o niebezpieczeństwie zarażenia wirusem mocno opinającym świat sprawiają, że i tak już mocno otumaniona część społeczeństwa w panice wykupuje produkty pierwszej potrzeby w ilościach przemysłowych. Imprezy masowe są odwoływane. Placówki oświatowe stoją przed decyzją o zawieszeniu zajęć. W sąsiedztwie rozmowy dotyczą głównie nadciągającego armageddonu. Chyba pora się do niego przygotować.

Nie wiesz, czy i jak planować urlop. Podróżowanie środkami masowego transportu może stanowić zagrożenie. To nic, że jest tańsze i bardziej korzystne dla ochrony środowiska. Ekoluby, na pomoc. Ludzie nie chcą jeździć autobusami. Wybierają auta. Wolą stać w korkach, a tym samym wdychać spaliny nie troszcząc się zbytnio o los planety i własnych płuc. Poza tym wciąż nie wiadomo, jakie żniwo zbierze zaraza w niektórych częściach globu, jak długo potrwają kwarantanny i kto zostanie im poddany.

Dziś miałaś okazję odwiedzić państwową instytucję. Mimo stale rozwijających się technologii zwykłe administracyjne sprawy wciąż trzeba rozwiązywać osobiście. Można prowadzić telekonferencję z użytkownikami ze wszystkich kontynentów, ale w kraju nad Wisłą i Odrą nadal nie ma większych szans na zdobycie podobną drogą kilku pieczątek niezbędnych do uzyskania świadczeń. Różnica temperatur na zewnątrz i wewnątrz budynku oraz maraton po korytarzach sprawiły, że dostałaś kaszlu. Poza tym raz kichnęłaś. Zaraz pojawiły się sugestie, abyś uważała i dokładnie umyła, a następnie zdezynfekowała dłonie, bo inaczej możesz być poproszona o opuszczenie sali. Są oficjalne komunikaty, że trzeba kichać w zgięcie łokcia. Zabrzmiało groźnie. Uśmiechasz się, a w myślach dodajesz, że w mocno nadgryzionych zębem czasu meblach i sprzętach tu ustawionych jest więcej roztoczy oraz zarazków niż na Twoich dłoniach. Na szczęście jesteś po zakupach. Pokazujesz pojemnik z mydłem, z którym rzekomo nie rozstajesz się od kilku dni, wyjaśniając, że na pewno umyjesz dłonie, gdy zawitasz do toalety. Uspokajasz otoczenie swoim aksamitnym, radiowym głosem. Jeszcze raz się uśmiechasz i odchodzisz z pożądanym kwitkiem (a nawet dwoma).

Wracasz do siebie. Smażysz racuchy. Na pohybel koronowanym głowom.

One. Dzień Babci i Dziadka

-Mogłabyś choć na chwilę odłożyć tę bardzo ważną książkę i mnie posłuchać.

T. nie dawała za wygraną raz po raz domagając się uwagi.

-Wiem, o czym chcesz rozmawiać. Znasz moje zdanie. Nic z tego.

-Dawno nie byłam na wsi. Dzieciaki nie widziały babci kilka lat.

-Nie pojadę z Wami.

-Nie dam rady wgramolić się z bagażami i dziećmi do autobusu. Zapłacę za Twój bilet.

-Nie. Jestem asertywna. Nie. Nie znoszę wsi, grobowej atmosfery w Twoim domu oraz głupiego gadania, od którego nie będzie można uciec. dokąd pójdziemy w środku nocy, gdy zaczniecie się awanturować.

-W niedzielę tam nic nie dojeżdża, a w pozostałe dni tygodnia trzeba z buta tłuc się przez drogę ok. 2 km. Nie dam rady z dzieciakami, wózkiem i resztą.

-Niech babcia tu przyjedzie.

-Dobrze wiesz, że tego nie zrobi. Nie ma się czym tutaj dostać. Musiałaby się przesiadać, a ma coraz mniej sił. Chcę dzieciakom pokazać grób dziadka.

-Odstawię Was do autobusu, pomogę z wózkiem i bagażami i na tym koniec, ok?

-Ale jesteś. Kiedyś tam razem jeździłyśmy, nie pamiętasz?

-Pamiętam, ale to były inne czasy.

-Tak?! Kiedyś było lepiej, słynne Twoje powiedzonko. Kiedyś miałam więcej rozumu. Nie to co teraz.

-Kiedyś było inaczej. Nie twierdzę, że lepiej. Inaczej. Inaczej się z Tobą rozmawiało. Inaczej by to się potoczyło, gdyby…

-Nie wierzę, że tak mówisz! Gdyby co? Powiedz to wreszcie! Gdyby nie moja matka. Lubiła Cię, a Ty traktowałaś ją z wyższością. Zawsze byłaś zarozumiała i dumna. Jak wtedy, gdy stałaś na balkonie blada jak trup w swojej czerwonej sukience i przytulałaś lampkę białego wina do policzka. Na co albo na kogo wtedy patrzyłaś? Chciałaś rzucić tą  lampką, ale zgniotłaś ją i szkło wbiło Ci się w dłoń. Mama podeszła do Ciebie i Cię powstrzymała. Wyjęła Ci szkło z ręki, potem zorganizowała opatrunek. Nie popłakałaś się z wściekłości, bo jeszcze makijaż by Ci się rozmazał.

-To dzwoń do mamusi. Może coś wspólnie ustalicie, skoro z Was takie przyjaciółki.

-Żebyś wiedziała, że zadzwonię. Z zaproszeniem. Niech przyjedzie do nas i zostanie tak długo, jak zechce. Twoja pomoc nie będzie potrzebna. Zamknij się w wykreowanym przez siebie świecie, składającym się z tak pustych i niedostępnych ikon jak Ty, ale pamiętaj, że kiedyś Twój czas minie i wtedy nikt nie poda Ci ręki, bo nie dopuszczasz do siebie ludzi. Mnie przy Tobie też nie będzie.

 

One. Bucket list

-Wiesz, nad czym obecnie pracuję z moją terapeutką?

-Nad czym?

-Nad stworzeniem listy rzeczy do zrobienia przed śmiercią.

-Słucham?!

-Nie przesłyszałaś się.

-Bulisz jej tyle kasy za to, że…

-… że ze mną rozmawia o marzeniach.

-Robię to z Tobą prawie codziennie gratis, ale co Ty robisz ze swoimi ciężko zaoszczędzonymi pieniędzmi to Twoja sprawa.

-Ty rozmawiasz ze mną głownie o wydatkach, rachunkach, sprawach do załatwienia na zaraz. Jak ta popsuta zmywarka na przykład. Właśnie, kiedy przyjdzie ten koleś?

-Nie mogę się do niego dodzwonić. To właśnie jest sprawa do załatwienia przed śmiercią. Gdy będziemy sztywne, zmywara nie będzie nam potrzebna.

-Wiesz, Aśka pytała, jak wygląda mój dom, z kim mieszkam i w ogóle jak to się stało, że sprawa w sądzie utknęła w martwym punkcie.

-Jesteście już z panią psycholog po imieniu? Widocznie sąd nie jest sprawą do załatwienia przed śmiercią.

-Przestań, łapiesz za słowa jak zwykle.

-I co jej opowiedziałaś?

-Że mieszkam z Tobą i dzieciakami.

-Jakie to miało dla niej znaczenie?

-Nie powiedziała. Ale powiedziała, że to dla dzieciaków nie jest zdrowe.

-A mówiłaś jej, że od dwóch lat nie miałabyś z czego żyć,  gdyby nie grosze, które cudem dostałaś na dzieciaki, bo ich tatuś kopnął Was w tyłek w środku zimy?

-Nie mówiłam, ale wiesz, ona mi takie coś narysowała, patrz tutaj mam. Tu jest pokazane, gdzie są moi rodzice i ja i mój ślubny. Te strzałki i kwadraty mówią o zależnościach pomiędzy nami. Ty też jesteś.

-Mnie w to nie mieszaj.

-Chyba trochę mogę. Czasami zostajesz z dziećmi. Kiedy trzeba, przyprowadzasz je ze szkoły. Piszesz wnioski do urzędów.

-Ale jak to się ma do tematu bucket list, na którym obie pracujecie już kilka miesięcy?

-Aśka twierdzi, że Tobie też nie zaszkodziłaby terapia.

-Nie masz prawa mówić jej o mnie.

-Mam i chcę.

-Nie zgadzam się na to.

-Twoja zgoda nie jest i nie będzie potrzebna. Układamy listę rzeczy do załatwienia przed śmiercią. Jeden z punktów dotyczy Ciebie. Chcę, abyś poszła na terapię, po której staniesz na własnych nogach.