Patynowa Pani Domu. Zdrowa żywność

-Ale zgadzasz się?

-Nic z tego.

-Wiedziałam, że tak będzie.

-Nie umawiaj mnie z nikim bez mojej zgody. Rozmawiałyśmy o tym nie raz.

-Wiem, ale on jest… W każdym razie będziecie do siebie pasować jak dwie połówki śliwki.

-Ale nie będę zakładać sukienki i szpilek. Żadnych szaleństw. Zresztą do soboty daleko. Może jeszcze się rozmyśli.

-Nie rozmyśli. Tylko nie ciągnij go w stronę mediateki. Ani do katedry.

-To gdzie mam z nim pójść?

-Może na targi ekologiczne. Oboje lubicie zdrowe żarełko. Targi są w starej hali fabrycznej.

-Tam będzie hałas i sporo ludzi. Poza tym on mi się nie podoba, przynajmniej na zdjęciu, które pokazałaś.

-Sama mówiłaś, że uroda nie wystarczy.

-Ma mój numer telefonu?

-Ma. Wy się znacie.

-???

-Kiedyś się poznaliście, ale kontakt się urwał, bo on wyjeżdżał na wyspy. Coś mu tam nie wypaliło. Konto na fejsie też ma, ale nie może Cię na nim znaleźć, bo Ciebie trudno wyszukać.

-Kiedyś Cię ubiję, ale jeszcze nie dzisiaj. Zgoda?

-Opowiesz, co i jak?

-Opiszę na blogu. Pożyczysz mi lokówkę?

-Pewnie, że tak. Nie mów mu o blogu. Jeszcze się wystraszy i więcej się umówi.

Sobotni poranek. Nie masz się w co ubrać, tzn. masz, ale to raczej nie nadaje się na wielkie wyjście, by zrobić na kimś wrażenie. Kiedy ostatnio zależało Ci na wywarciu na kimś solidnego wow? Właśnie, z wyjątkiem rozmów o pracę nie było takich sytuacji w ostatnich latach. Życie to nie casting, a dzisiejsze spotkanie zaowocuje jedynie zakupami i ewentualnie nasiadówką w sieciowej pizzerii. Na wszelki wypadek przybędziesz na nie najedzona. Wspólnie wcześniej ustalacie, że lepiej przejść się na ostrów niż na targ spożywczy. Jest tam zdecydowanie mniej ludzi i można spokojnie porozmawiać. Twój makijaż jest dość oszczędny. Kto się nie spodoba na brudno, to na czysto trudno. Ale martensy wypucowałaś jak na wojskową paradę. Niech nie myśli, że to dla niego. Poza tym chciałabyś posłuchać muzyki na żywo w wykonaniu ulicznych artystów. On także. Ok, a już miałaś nadzieję, że zaproponuje coś innego. Byle nie pytał, co ciekawego ostatnio czytałaś lub jakie kino preferujesz. Nie pamiętasz, kiedy ostatnio przeczytałaś coś zwartego od deski do deski. A kino? Cóż, regularnie sprawdzasz stan konta oraz ofertę multipleksów i dochodzisz do wniosku, że tej formy rozrywki raczej nie potrzebujesz. Przynajmniej przez jakiś czas. Jeśli kino, to wyłącznie studyjne. Masz karnet, z którego raz skorzystałaś. Niedługo straci ważność. Włosy umyłaś, nawet dwukrotnie, i uczesałaś bez pomocy lokówki. Okazało się, że lokówkowy rolce royce nie sprawdził się przy Twoich fryzurowych wymaganiach.

Na spotkaniu było tak, jak się spodziewałaś. Spacerowaliście. Rozmawialiście. Następnie pizza zamiast eko sałatek z dodatkiem jarmużu, oliwek i dietetycznego makaronu. Zapytał Cię, jakie kino preferujesz i zaproponował, że Cię odprowadzi. Podziękowałaś za udane spotkanie i wyjaśniłaś, dlaczego to nie będzie koniecznie.

-Przecież sama trafię.

Całuchy-kluchy!

 

 

 

 

Notatki

Jesienne, opadłe liście wirują na silnym wietrze tworząc symfonię. Wciskają się pomiędzy ogromniaste głowy dyń rozlokowanych na werandzie jakby chciały ogrzać się pośród ich zwalistych ciał. Jest coraz zimniej. Zapada zmierzch. Przygotowałam świece i lampiony na wypadek przerw w dostawie prądu. Dziś już były przepięcia. Od porannych godzin w mediach grzmiącym głosem są podawane komunikaty ostrzegające przed porywistym wiatrem. Przynoszę kolejny dzbanek herbaty. Mogłabym tak spędzić zimę. Otulona w za duży sweter i koc. Nie sprzedam domu. To szaleństwo, powiesz, w Twojej sytuacji?! Przy braku stałego przypływu gotówki?! Nie podołasz wydatkom i pracy. Nie przepracowałaś ani jednego dnia. Nie wiesz, czym jest praca fizyczna! Znam na pamięć Twoje frazy.

Jakie to prozaiczne! Jakie znaczenie mają pieniądze w sytuacji, gdy urządzam kawałek wszechświata po swojemu? Lubię, gdy budzisz mnie SMS-ami w środku nocy. To nasza forma spotkania. Albo e-maile przychodzące o każdej porze. Czytam je kilkakrotnie, podobnie jak SMS-y. Zwykle poprawiają mi nastrój. Nie żałuję ani jednej sekundy w naszym byciu-niebyciu na odległość. Jestem to winna wszystkim, którym nie mogę stale towarzyszyć w codzienności. Jestem to winna Wam i sobie. Prosisz o wieści, jak mi mija czas, jaka herbatę zaparzyłam, co porabiałam w przerwach pomiędzy układaniem tekstów a włączeniem pralki, co ugotowałam na obiad, czy mam jeszcze zapasy lektury i jakiej. Teksty tworzą się same. Moje palce to tylko narzędzia, a kompozytorami są ludzie, bez których nie wyobrażam sobie życia. Jadam regularnie. Ostatnio głównie potrawy zawierające dynię. Suszę jej pestki.

Nie planuję sprzedaży domu. Wiem, że będą trudności z jego utrzymaniem. Właśnie spoglądam na róże. Niektóre odmiany mogą kwitnąć nawet podczas pierwszych przymrozków. Ich szczepki są u Ciebie w przydomowym ogródku. Gdy patrzymy na nie, możemy stale być razem. Nie znam się na uprawie ogrodu. Będę potrzebowała kogoś do pomocy. Doraźnie. Płot jest do wymiany. Najchętniej bym z niego zrezygnowała. Nie znoszę ogrodzeń. Część domu będzie zimą nieogrzewana. Nie mam środków na opał. Poza tym przyda się ktoś do naprawy starego radia. Nie chcę nowego. Uparłam się i już. Żaden serwisant, do którego się zwróciłam, nie podjął się naprawy. Będę więc szukać dalej. Do skutku.

Jaka jest różnica pomiędzy szczęściem a zadowoleniem? Pytasz coraz częściej. Odpowiedź jest taka: zadowolona jestem, a szczęśliwa bywam.

Notatki

Szczury. Coraz ich więcej. Zauważam martwe osobniki na chodnikach, skwerach i przy kontenerach ze śmieciami. Śmieci też coraz więcej. Dżuma obudzi szczury i pośle je, by zasypiały w szczęśliwym mieście, pisał A. Camus, twórca idealny na obecną porę roku, zmorę i jednocześnie czas renesansu melancholików. Nie mam siły cieszyć się nią. Do głosu dochodzą sprawy wymagające dopracowania zagłuszane kompulsywnym obżarstwem. Zaległe spotkania, których nie było, rozmowy przy kawie i lampce wina. Nie dzisiaj. Nie w najbliższej przyszłości. Szczury szukają mieszkania. Krążą, węszą, drapią…

Rozmowa nastolatek. Koleżanki pocieszały płaczącą rówieśnicę. „Powiesz, o co chodzi? Przecież jesteśmy przyjaciółkami. Nam możesz zaufać.” Piękne słowa i deklaracje. „K. powiedział, że będziemy rozmawiać, a potem zaczął mnie wyzywać i przeklinać na mnie”. „On na wszystkich się drze i przeklina. Nie jesteś pierwsza i ostatnia.” „Ale to było straszne. On tak wrzeszczał na cały korytarz. Inni słyszeli”. Koleżanki sympatyzującym gestem przytuliły przyjaciółkę. Mała, kiedyś tacy jak on będą ostro żałować, że nie umawiali się z taką jak Ty. Jesteś śliczniutka z blond grzyweczką i aparatem na zębach. Oczka jak u lalki. Uroda w parze z intelektem to dobre połączenie. Nadciąga jesień. Podlej rzęsy, jeśli to pomoże, a na wiosnę zapomnisz o łajdaku, który nie jest wart tego, by nosić Ci plecak, a co dopiero umawiać się z Tobą na randki. Pisz pamiętnik, jeśli jeszcze nie zaczęłaś.

Szczury piszczą. Zajmuję się pracą fizyczną. Kompulsywnie porządkuję otoczenie. Nie jestem w nastroju do myślenia koncepcyjnego. Pochłaniam wszystko, co znajduje się w zasięgu ręki. Paluszki, orzechy, cukierki. Hektolitry herbaty znikają w błyskawicznym tempie. Coraz więcej zjedzonych słodkości, słoności i tego, co pomiędzy. Samopoczucie też pomiędzy. Szczury osiedlają się nie pytając o pozwolenie. To nie jest dobry czas na podejmowanie wiążących decyzji. Gryzonie stawiają fundamenty swojego królestwa. Usuwam z lodówki resztki zepsutego jedzenia. Przeglądam zapasy. Wystarczy na kilka dni. Szczury budują imperium. Nie przeszkadzam im.

 

Bigos

-Odłóż ten telefon. Robimy listę zakupów.

-Magda jedzie nocnym pociągiem. Wspieram ją i piszę z nią. Bądź i Ty empatyczny.

-A Ty empatycznie pomóż mi stworzyć listę zakupów, skoro dotąd o niej zapomniałaś. Oczekujemy gości. Co robiłaś przez cały dzień?

-Przeglądałam książki kucharskie w poszukiwaniu czegoś na stół. Czegoś smacznego, prostego i niedrogiego jednocześnie.

-I co wymyśliłaś?

-Bigos.

-Bigos?! Na służbowej kolacji?! Wiesz, ile od niej może zależeć?! Mam objąć kierowanie laboratorium, a Ty chcesz podać bigos mojemu pryncypałowi, który przyjdzie do nas z żoną?!

-Tym bardziej nie rozumiem, co ma do tego bigos. Jeśli nie ufasz moim umiejętnościom…

-Nie zmieniaj tematu. Tu nie chodzi o bigos, tylko…

-Mój drogi, nie będzie miało znaczenia, co postawimy na stole. I tak najważniejsze w całej zabawie będzie to, jak skomplementujesz tyłek i nienaturalnie długie rzęsy żony dyrektora. Swoją drogą ciekawe, czy ona jeszcze zmieści się w drzwiach. Rośnie w oczach, a właściwie w biodrach.

-Przestań. Jutro z samego rana, zanim dzikie tłumy wypełzną na ulice, jedziemy do marketu. Co tam kupujemy?

-Do bigosu potrzebuję kapusty kiszonej i słodkiej, warzyw, suszonych śliwek…

-Kobieto! Zapomnij o bigosie. Podajmy im coś wyjątkowego, coś popisowego. Celowo zaprosiłem dyrektora do domu, żeby spokojnie porozmawiać. Zajmę się alkoholem, bo wiem, jaki preferuje, a Ty jego żoną tak, jak się umówiliśmy. Odłóż telefon wreszcie! Magda dojedzie do celu bez względu na to, co będziesz wypisywać.

-Nie gorączkuj się tak. Gdy byliśmy na wyścigach, żona Twojego szefa nie ruszyła niczego z budki ani z barku tłumacząc się dietami i stanem swojej cery. Poza tym jest zwolenniczką domowego jedzenia, tak powiedziała. A on dodał, że jego małżonka wyśmienicie gotuje. Jadłeś kiedyś coś przyrządzonego przez nią? Ja bym nie miała odwagi. Kiedy ona ma gotować i dla kogo? Całymi dniami biega do salonów piękności, uroda to rzecz gustu naturalnie, albo po galeriach wydając jego pieniądze i żrąc lody. Czy wiesz, że ona nie dostrzega różnicy pomiędzy nazwami: Monako i Maroko, a Ty chcesz ją podjąć niczym cesarzową?

-Ożeniłem się z najurodziwszą i najinteligentniejszą kobietą, jaką nosiła ziemia. Gdybym wiedział, że w zestawie otrzymam upór i determinację, poprosiłbym o egzemplarz bez gratisów.

-Dziękuję, mój dzielny, opanowany mężczyzno o przenikliwym umyśle. A ja otrzymałam w zestawie pragmatyzm, uporządkowanie i planowanie od ogółu do szczegółu. O seksownym mózgu tym razem nie wspomnę. Mogę przygotować przekąski i sałatkę.

-A o przygotowanie bigosu poprosilibyśmy… może Twoją mamę?

-Uwielbia Ciebie i Twoje poczucie humoru. Zawsze Cię lubiła. Zgodzi się nawet bez kwiatów.

-Kupimy jej składniki. Moja natomiast zajmie się… czym mogłaby się zająć?

-Niech coś upiecze, jeśli jej się chce.

-Przekonam ją.

-Do mnie też?

-Do Ciebie już się przekonuje.

-Mąż sklepowej tako rzekł.

-Nie sklepowej, tylko pracownika obsługi klienta w antykwariacie.

-Do usług.

 

 

Przeprowadzka

-Gotowe. Dałyśmy radę.

Kartony z naszym dobytkiem stały obok siebie i czekały na załadunek. Obok nich jej walizka i moja torba podróżna, do której upchałam głównie dokumenty i trochę zdjęć. Nie było tego dużo. Storczyki rozdałyśmy, podobnie jak część książek. Inne znalazły się w piwnicy w domu jej matki, gdzie z czasem przepadną. Na szczęście nie były zbyt wartościowe, przynajmniej dla mnie.

-Co z ikoną?

-Jaką ikoną?

-Trójcy Świętej. Wisi na ścianie. Chcesz ją tu zostawić?

-A, faktycznie. To prezent ślubny od Ciebie, jedyne, co zabrałam ze sobą z poprzedniego życia.

-Oryginalna. Taszczyłam ją z Rosji, z monastyru. Co mamy z nią teraz zrobić?

-Zapomniałabym. Zapakuję ją w folię, aby się nie zniszczyła. Będzie ozdabiać moje nowe lokum i przypominać o Tobie.

Twoją suterenę, młoda, ale łaska Pańska na pstrym koniu jeździ. Poradzisz sobie i tam, skoro życie Cię do tego zmusza. Życie, czyli Twój były… mąż i jego decyzje. Pokłóciłyśmy się o niego i nie podtrzymywałyśmy kontaktu od czasu Waszego ślubu, na który przyszłam głównie z towarzyskiego obowiązku. Ikonę Trójcy Świętej wiozłam dla Was przez dwa kontynenty, ale nawet ona nie pomogła w kryzysowej sytuacji. Początek rozwodów często ma miejsce na sali ślubów, jak mawiają prawnicy specjalizujący się w sprawach rozwodowych i o podział majątku. W Twoim przypadku, mała, nie było czego dzielić. Na własne życzenie zostałaś w jednych majtkach.

-Mamy czas.

-Grześki mają być za jakieś pół godziny. Obiecały nam pomóc. Najpierw pojedziemy do mnie, aby zostawić graty, a potem do Ciebie. Na szczęście to dość blisko.

-Może podzielmy te rzeczy, żeby potem było wiadomo, które gdzie trafią? Podpisałaś kartony?

-Nie podpisałam. Nie mówiłaś, ale chyba rozpoznamy swoje ubrania.

-Chyba tak. Będziesz wiozła te wszystkie albumy ze zdjęciami?

-Tak, część zdjęć przywieszę nad kiblem.

Tyle nam zostało z dotychczasowego życia. Rozdzielamy się, bo nie jesteśmy w stanie dalej płacić za wynajem kawalerki w podłej dzielnicy. Ty wprowadzasz się do obecnej Miłości Swojego Życia, kolejnego artysty bez grosza przy duszy, któremu będziesz płacić rachunki, prać, gotować i wykonywać masaże. Pytanie, gdzie on obecnie tworzy i jak go znaleźć, w której z europejskich stolic? I kiedy doczekamy się choć jednej ukończonej realizacji jego pomysłu? Cud, że zdążył wymalować Wam gniazdko i zostawił Ci do niego klucze. Z tej mąki chleba nie będzie, ani nawet bułek. Co najwyżej zakalec, od którego rozboli Cię brzuch. Ja wracam na przerwane kiedyś studia. Studiowanie w trybie zaocznym trochę kosztuje, dlatego zdecydowałam się na mało atrakcyjną pracę i mieszkanie  w pobliżu uczelni, by mieć czas na prowadzenie badań, przesiadywanie w bibliotekach i napisanie magisterki.

-Grześki dojeżdżają, zbieraj się.

 

Oni

-Zabukowałes lot?

-Uhmm. Z przerwą w Lizbonie. Wdepniemy na fado?

-Pewnie. Może z noclegiem? Zwiedzimy co nieco. Torre de Belem. Zamek. Klasztor. Co chcesz.

-Czasu będzie dość. Można z noclegiem. Znam hostel. Znośnie, w miarę czysto. W przystępnej cenie.

-Załatwiłbyś to?

-Jasne. Już sprawdzam ceny. Jedna noc?

-Jedna. starczy nam. To będzie krótki wypad. Na Kubie sobie odbijemy.

-Bab nie bierzemy.

-Nie, po co drewno do lasu wozić.

-Słusznie. Tu mam coś taniego. Lukaj.

-Wygląda dość dobrze. Bierzemy. Dwuosobowy.

-Twoja nie robiła scen, że ze mną jedziesz.

-Jakie sceny?! Przypiliła się, bo kasę czuje, a ja ją trzymam na dystans, chłopie. Nie dość, że opłacam rachunki i czasami zabieram do knajpy, to jeszcze mam jej wczasy nad oceanem fundować? Żeby mi się tam darła i fochy strzelała?! Ona nie zarobi nawet na waciki. Udaje, że ma forsę. Od rodziców doi, a teraz myśli, że frajera za gacie złapała, bo ode mnie też jej coś skapnie. Po Kubie coś jej powiem na ten temat. Tępa aż boli, a wydaje się jej, że tego nie widać.

-Chyba nie taka tępa, skoro wie, koło kogo dupą kręcić. Chłopie, uważaj, aby Cię w alimenty nie wkopała. Nie patrz tak!

-Ale masz dowcip!

-Sorry, znam życie. Miejscówka w Lizbonie zaklepana.

-Dzięki. Rozliczymy się…

-Daj spokój. Potraktujmy to jako rewanż za ten obiad. Bierzemy jeszcze po bronksie?

-Prowadzę.

-Byłbym zapomniał. Ale możemy zostawić auto, a dopiero wieczorem gdzieś pojechać. Albo taksówkę weźmiemy.

-Ok, zamów i dla mnie.

One. Handlarka

-Skądś Panią znam. Kojarzę, że kiedyś miała Pani stoisko z etnicznymi wyrobami z Ameryki Południowej. Albo to nie była Pani.

-To byłam ja. Pani kupowała u mnie kolczyki i torebkę z Ekwadoru. Pamiętam, że została ostatnia sztuka i Pani ją kupiła nawet nie patrząc na cenę.

-Podobała mi się do tego stopnia, że nie zawracałam sobie głowy tak trywialną sprawą jak pieniądze. Kupiłam też sweter, ale już się zużył. Był tak zmechacony, że nie mogłam go nadal nosić np. do pracy. A się z Panią działo, gdy Pani nie było?

-Zrezygnowałam z prowadzenia stoiska, gdy moja mama zachorowała. Trzeba było się nią zająć. Myć, karmić. Zapewnić łóżko z materacem przeciwodleżynowym. Zadbać o dom.

-Smutna sprawa.

-Tak. W handlu miałam przerwę. Potem było ciężko wrócić na rynek. Konkurencja zrobiła swoje. Próbowałam coś sprzedawać przez Internet, ale to nie to samo, co na żywo. Ktoś podchodzi do stoiska. Interesuje się. Ogląda. Rozmawia. Sprzedawca poznaje gust. Coś zawsze doradzi. Jeździ po Polsce. Ma rozeznanie, co się komu podoba, co jeszcze trzeba zamówić. A w Internecie jest niby formularz, ale ciężko rozmawia się z ludźmi głównie przy pomocy okienek. Zresztą trudno mi było pogodzić opiekę nad mamą, dziećmi i jeszcze handel.

-A tato Pani dzieci? Pamiętam, że Państwo razem prowadzili stoisko.

-Zaczął wyjeżdżać coraz częściej do swojego kraju niby po towar, niby po ziołowe specyfiki, mikstury. I wie Pani, jak takie historie się kończą. Ja tu, on tam. Dzieciaki zostały ze mną. Trochę już podrosły, więc mam łatwiej.

-Je też kojarzę. Śliczne, oliwkowe karnacje. Ciemne włoski. Etniczne stroje, ręcznie wytwarzane po tamtej części globu. Odróżniały się. Zwłaszcza córcia.

-Dużo Pani pamięta.

-Często do Was zaglądałam. Nawet gdy byłam nad morzem, spotkałam Pani męża i kogoś z jego rodziny. Kupiłam wtedy rękawiczki z wydzierganymi lamami. Niedługo potem zostały skradzione w supermarkecie. Byłam też na wykładzie Pani męża o roślinach leczniczych stosowanych w Ameryce Południowej. On był, jak to się u nich mówi, curandero.

-Nadal jest. Niczego nie mam z tego małżeństwa oprócz dwojga udanych dzieci.

-To jednak coś dobrego zostało.

-Niech Pani uważa na siebie. I nie zaczyna czegoś, co nie ma racji bytu.

Oni. P.

-Jelenie, widziała Pani?

-Tak, nie pierwsze dzisiaj.

-Sporo ich tutaj występuje. Gdy mieliśmy praktyki na studiach, jeździliśmy do lasu i robiliśmy obserwacje populacji m.in. jeleni, dzików, saren. Badaliśmy, jak zmiana diety wpływa na ich liczebność. Teraz jadę do kolegi ze studiów. Spotykamy się starą paczką w rocznicę obrony pracy magisterskiej. Pani też do Wrocławia?

-Tak.

-Wraca Pani z urlopu?

-Tak, choć właściwie odwiedziłam koleżankę i razem wyskoczyłyśmy do Białowieży. Następnym razem planujemy Hajnówkę oraz pobyt w gospodarstwie agroturystycznym.

-Wrocław piękne miasto. Studiowałem tam, ale to już Pani wie. Chciałem zostać na uczelni, pracować naukowo. I hodować konie.

-W samym Wrocławiu byłoby raczej ciężko założyć hodowlę. Znowu jelenie przebiegły.

-Widocznie populacja się odrodziła. Nieopodal Wrocławia było gospodarstwo do objęcia. Opuszczone stajnie. Pomieszczenia gospodarcze. Chciałem wraz z kolegą je dzierżawić.

-I co sprawiło, że zrezygnował Pan z tego pomysłu?

-Mama ciężko zachorowała. Rodzice postanowili przepisać na mnie dom pod warunkiem, że zajmę się nimi dożywotnio. Mama, zanim pojechała do szpitala, prosiła, abym się ożenił z moją dawną dziewczyną z sąsiedniej miejscowości. Chodziliśmy ze sobą do liceum. Byliśmy w jednej klasie. Usiedliśmy w jednej ławce i tak się utarło, że zrobiono z nas parę. Potem wyjechałem na studia do Wrocławia. Zakochałem się w tym mieście. Poznałem ciekawych ludzi z pomysłami, Miałem też dziewczynę. Studiowała filologię polską. Była jakby z innego świata. Poezja, koncerty, długie rozmowy trwające czasami przez całą noc. Zanim ją poznałem, nie wiedziałem, że istnieją takie dziewczyny. Latem podróżowaliśmy stopem po Europie. Pakowaliśmy namiot i najpotrzebniejsze rzeczy. Nie mieliśmy grosza, ale byliśmy najszczęśliwsi pod słońcem, jak to się mówi.

-Brawo. I co się z nią stało?

-Chciała ratować świat. Po studiach wyjechała na Bałkany jako wolontariuszka, by pracować z ofiarami wojny. Kontakt został zerwany. Tak się złożyło, że wtedy moja mama była już bardzo chora. Wróciłem do rodzinnej miejscowości. Zaczepiłem się w laboratorium. Ożeniłem się. Niedługo będę mieć dzieciaka. A Pani pracuje we Wrocławiu?

-Nie, studiowałam tam.

-A co, jeśli można wiedzieć?

-Filologię polską.

-Chciałbym kiedyś pokazać Wrocław mojemu synowi. Posłać go na studia i nauczyć, aby nie rezygnował z planów na życie.

Oni. I.

-Dzwoniłem, bo chciałem, abyś pomogła mi znaleźć ośrodek dla juniora.

-Nie ma sprawy. Żona wie, że tu jesteś?

-Nie wie. Zresztą to nie ma znaczenia. Jesteśmy po rozwodzie.

-Formalnie?

-Tak, zostawiłem jej wszystko. Mieszkanie. Auto. Opiekujemy się małym na zmianę. Ale jest coraz trudniej. Wszedł w okres dojrzewania. Ma ataki. Judyta panikuje za każdym razem i dzwoni do mnie. Zaproponowałem specjalistyczny ośrodek. Nie zgadza się na to. Szantażuje mnie, że wyciągnie jeszcze wyższe alimenty, a ja już nie mam z czego płacić. Porzuciłem korporacyjne tryby. Pracuję na własny rachunek. Przygotowuję projekty. Można z tego wyżyć, ale to niepewny chleb. Wiesz, umieszczenie juniora w całodobowym ośrodku byłoby korzystnym rozwiązaniem. Judyta nie musiałaby rezygnować z pracy, a młody miałby nadzór. Na weekendy i wakacje moglibyśmy go zabierać na zmianę.

-Rozumiem. Interesują Was… Ciebie placówki prywatne czy państwowe?

-Nie ma znaczenia. Myślisz, że w prywatnych miałby lepiej?

-Tego jeszcze nie wiemy. Można byłoby umówić się z Dyrekcją na oględziny. Odbierz.

-To Judyta. A myślałem, że o tej porze ogląda Sulejmana.

-Nie porozmawiasz?

-Nie, pewnie znowu czegoś chce. Wyłączę, zaczekaj.

-Nigdzie nie idę.

-Poczucie humoru Cię nie opuszcza. Jak dawniej. Co się dzieje?

-Nic.

-Jak to nic? Posypałaś brokuły cukrem.

-Faktycznie, nie zauważyłam. Teraz ich nie zjem. Nałożę następną porcję. Od razu poleję sosem czosnkowym. Na pewno nie chcesz? Wprawdzie trochę rozgotowane…

-Nie, dziękuję. Od jakiegoś czasu straciłem apetyt. Nie żałuj sobie. Nadal rozgotowujesz brokuły.

-Nadal. Chyba jestem kulinarnie niewyuczalna.

-Nie sądzę. Z Twojej strony to brak chęci i zacietrzewienie. W imię czego?

-Mieliśmy rozmawiać o ośrodku dla Twojego syna.

-Chyba straciłem na to ochotę. Od 12 lat nie robię niczego innego, jak układam grafik pod rehabilitantów, logopedów, neurologów, pediatrów, terapeutów i szarlatanów. Każdy dzień jest podporządkowany młodemu i jego problemom. O jego matce nie wspomnę.

-Dolać Ci wina? Nie, sorry… Prowadzisz.

-Dolej, proszę. Auto też zostawiłem Judycie. Przyjechałem do Ciebie podmiejskim. Może coś zamówimy?

Notatki

-Nie umiałabym się czegoś nauczyć w takich warunkach. Za dużo bodźców. Hałas. Ruch. Spójrz na nich. On udziela lekcji języka obcego. Ona niewiele z tego kuma. Widać po zażenowaniu malującym się na jej twarzy. Omawianie przykładów słychać aż tutaj. Pewnie słono kosztuje ta godzina.

-To normalny widok. Lekcje na mieście. Najlepiej w publicznym miejscu, aby fiskus się nie przyczepił. Poza tym on liczy na zwiększenie liczby klientów będąc widocznym i działającym w sieciówce. Robi sobie reklamę. Inaczej zapraszałby klientów do domu albo organizował lekcje u nich. Jeśli ona niczego nie wyniesie z tych lekcji oprócz głupio wydanych pieniędzy, on wtłoczy jej do głowy, że robi za mało powtórek, powie coś w stylu „wiesz, czasami trzeba na jakiś czas odpuścić, nabrać dystansu, ale nie rezygnować. Potem może coś zaskoczysz. Nie przejmuj się”. Ona to łyknie. Oboje dodatkowo czują się częścią większej społeczności. Jesteśmy. Działamy. Przychodzę tu, gdy czekam na pociąg lub mam przerwę pomiędzy zajęciami. Stale zmieniająca się obsługa raczej mnie kojarzy, podobnie jak niektórych klientów. Tamta para spotyka się tutaj na lekcjach. Inni ludzie czasami wyciągają tablety lub laptopy i udają, że pracują. Czują się tak potwornie osamotnieni, że wychodzą gdziekolwiek, by ktoś ich zauważył. Rozkładają sprzęt, zamawiają herbatę lub kawę w promocyjnej cenie i zasiadają najczęściej przy oknach, by być dobrze widocznymi na zewnątrz i wewnątrz. Spójrz, jest coraz więcej stolików niewielkich rozmiarów przeznaczonych dla jednej osoby. Jakby ci wszyscy ludzie nie mogli zasiąść przy jednym wspólnym i nawiązać ze sobą kontakt. Porozmawiać. Niektórzy spożywają tu śniadanie. Śmiało mogliby przygotować i zjeść kanapki w domu, ale tego nie robią. Liczą, że w publicznych miejscach zostaną zauważeni lub poznają kogoś ciekawego. Trochę wytłukłam się po kawiarniach i metropoliach. Scenariusz jest wszędzie podobny. Czasami próbowałam nawiązać rozmowę z takimi osobami. Po wymianie grzeczności następowało milczenie i zatapianie się we własnej działalności. Bywało i tak, że ktoś interesował się tym, co piszę. Stanowiłam ewenement, bo w odróżnieniu od innych posługiwałam się piórem, a notatki sporządzałam w zeszycie w twardej, tekturowej oprawie.