Walentynkowe menu

Gdy już podejmiesz decyzję, z kim spędzisz ten magiczny wieczór, oraz co na siebie włożysz, a raczej czego nie włożysz lub co zdejmiesz, pora zaplanować menu. Zakładam, że postanawiasz podjąć gościa wyśmienitą kolacją w domowym zaciszu. Stwórzcie więc prywatną listę afrodyzjaków z uwzględnieniem składników wywołujących alergię u każdej ze stron. Grunt, abyście wy, szaleńczo w sobie zakochani, nie oddziaływali na siebie alergicznie. Ale wracając do kulinarnych upodobań, poloneza (tudzież menueta) czas zacząć. Czekolada i banany już znajdują się na liście lektur obowiązkowych, ale będą na deser, jeżeli dotrwacie do tego etapu. Na zimną przystawkę proponuję brokułową sałatkę z pędami bambusa i orzechami włoskimi w sosie majonezowo-jogurtowym oraz nadziewaną tortillę. Pamiętajcie, by tym razem nie rozgotować brokułów, a pędy bambusa dobrze osączyć na sitku. Do przyrządzania menu zaproś bliską osobę. Nic tak nie pomaga tworzyć więzi (lub ich przecinać) jak wspólnota stołu. Jeśli kolacja ma być niespodzianką, to nikogo nie proś o pomoc. Przygotuj dania samodzielnie, ewentualnie wyłóż gotowe potrawy na półmiski. Następnie uciap w widocznym miejscu fartuszek kuchenny i T-shirt którymś z płynnych składników potraw. Gdy zaproszony gość nadejdzie, otwórz mu drzwi ubrana w zabrudzony strój i wytłumacz, że chciałaś jak najlepiej wszystko zorganizować, dlatego dopiero wyszłaś z kuchni i zaraz się przebierzesz. Zaproponuj coś do picia i w zależności od upodobań wstaw wodę lub nalej zimnej do szklanki. Gdy gość zaoferuje pomoc w nakrywaniu do stołu, nie wahaj się jej odrzucić. Ty w tym czasie idź do łazienki, aby się przebrać, ułóż włosy, spryskaj się delikatnie perfumami. Wyjdź rozpromieniona i nie zapomnij zachwycić się na widok pięknie nakrytego stolika, jeśli tylko będzie czym się zachwycić. To będzie wyjątkowy wieczór, z takim nastawieniem zasiądź do kolacji. O walentynkowych dekoracjach koniecznie w stylu boho-eko oraz anturażu będzie następnym razem.

Patynowa Pani Domu. La vida es un carnaval

Nie znasz nikogo, kto przynajmniej raz w życiu nie brał udziału w balu karnawałowym. Świadomie bądź nieświadomie szykował kreację oraz krok po kroku budował swój image na tę wyjątkową okazję. Niezbędnym jego elementem oprócz stosownego ubioru jest brokat, najlepiej w ogromnych ilościach na włosach, powiekach, odzieży, obuwiu i gdzie tylko jego amator sobie wymarzy. Podajesz w związku z tym prostą recepturę na jego przygotowanie. Stare bombki i szklane ozdoby choinkowe (rzecz prywatnych upodobań, co stanowi ozdobę, a co nie) owijamy w niepotrzebną ścierkę kuchenną. Weźmy młotek do ręki i wyobraźmy sobie, że jesteśmy jubilerami i bierzemy udział w tworzeniu wyjątkowego klejnotu. Następnie uderzajmy młotkiem w zawiniątko tak długo, aż poczujemy, że jego zawartość zmieniła się w drobny mak. Gdy odwiniemy ściereczkę, podejmijmy decyzję, czy jeszcze bardziej skruszyć bombki czy dać sobie spokój z produkcją brokatu.

Możesz dojść do wniosku, że błyskotki niezbyt ładnie prezentują się na Tobie, dlatego wyrzucamy do śmieci to, co wcześniej przygotowaliśmy. Najważniejszym elementem dobrej zabawy jest towarzystwo. Zaproś zatem do siebie tych, na których Tobie zależy (ewentualnie tych, którym zależy na Tobie) albo umów się z nimi w innym określonym miejscu, załóż taki strój, by było wygodnie i zatańczcie w rytm latynoskich szlagierów. Wtedy nawet w nieogrzewanej sali będzie Wam gorąco. Jeśli mimo licznych, nieszablonowych kuszących propozycji stwierdzisz, że wystawne bale albo spotkania w kameralnym gronie nie są dla Ciebie, zrób sobie prywatną imprezę. Glonojadowi wszystko jedno, jakiego koloru suknię włożysz, jaką muzykę włączysz albo co z tej okazji ugotujesz. Odgrzewana pizza u naczelnych świetnie sprawdza się w takich sytuacjach. Natomiast zbrojnik pospolity nie jest wybredny w jedzeniu i zwykle menu ma podane na tacy. Wystarczy, że opuści kryjówkę składającą się z akwariowych roślinek.

Całuchy-kluchy!

Walentynki. First minute

Wyprzedaże gonią wyprzedaże wyprzedzając sprzątanie magazynów. Gdyby nie zewsząd płynące przypomnienia, nie wiedziałabym, co zrobić z wolnym czasem i jak ulokować pieniądze. Obok środków na pasożyty znajduję ofertę szybkich kredytów, zimowego obuwia, przecenionych produktów świątecznych oraz pomysły na spędzenie nadchodzącego święta patrona osób chorych na epilepsję i obłąkanych. Na wypadek, gdyby ktoś nie wiedział, jak w sympatyczny sposób okazać sympatię swojej sympatii, amatorzy publicznego podkreślania autonomii w relacjach podpowiadają, aby np. zaprosić kogoś na romantyczną, a jakże, kolację. Obowiązkowo przy świecach z wcześniejszą rezerwacją stolika. Taka forma spędzenia czasu może stanowić wygraną w konkursie, tak więc do boju, Polsko i świecie. Masz szansę wreszcie coś wygrać, ale dopiero życie skutecznie zweryfikuje, jaka i czy to była wygrana. Można z okazji bez okazji umówić się na masaż na cztery ręce. Również przy świecach. Wybór należy do Ciebie. Podobnie jak zapłata za usługę. W walentynkowej ofercie promocyjnej jest także zakup bielizny, okolicznościowej herbaty, kawy, książek, pasztetów, alkoholu. Do skonsumowania np. nad brzegiem rzeki. Nie zapomnij zapalić świeczki lub kilku świeczek. Będzie romantycznie, a przy okazji ogrzejesz sobie dłonie. Tak czy inaczej, aby skorzystać z przebogatej firstminutowej oferty dla zakochanych, należy wykazać się niebywałą wyobraźnią, lecz zanim zgłębisz się w jej falach, sprawdź stan swoich finansów, bo może okazać się, że w tym roku odpuszczasz świętowanie na cztery fajery. Za to skąpany w wirtualnych serduszkach, misiach i różyczkach ograniczysz się do przeżywania sympatycznych momentów na portalu społecznościowym zostawiając reakcje na zdjęcia i posty zamieszczane przez tych, którzy dzielą się ze światem swoim szczęściem.

One

-Jak wyglądam?

-Jest nieźle.

-Nieźle jak na mnie czy nieźle, bo jest nieźle.

-Oj, czepiata jesteś.

-Chcę, aby mnie dobrze zapamiętał. Sama widzisz, co się dzieje. Myślisz, że okażę się dla niego atrakcyjna?

-Jeśli będziesz czuć się jak g*wno, to będziesz wyglądać jak g*wno i on tak Ciebie odbierze.

-To mi powiedziałaś. Dzięki, że zgodziłaś się zająć dzieciakami.  To lecę. Nie kładźcie się za późno.

-Bawcie się dobrze.

Półtorej godziny później. Po mieszkaniu buszują dzieciaki, które postanowiły nie kłaść się spać o zwykłej porze. Słychać, jak wchodzi ona.

-Otwórz wino.

-Już po randce?

-Otwieraj.

-Nie mamy wina.

-Mamy. Dzieciaki do swojego pokoju, ale już!!! Zęby umyte? To migiem do łazienki, a potem spać!!!

-Kieliszki w zmywarce.

-Nastaw ją więc.

-Dlaczego wyżywasz się na mnie z powodu nieudanego spotkania, co było do przewidzenia?

-Przynieś książkę i czytaj.

-Dzieciom na dobranoc Ty powinnaś.

-Nie dzieciom. Nam poczytaj.

-Co byś chciała? Może Tołstoja?

-Może nie. Może poezję.

-Rilke?

-Dzieciaki spać!!! Mama chciałaby odpocząć. Dzisiaj sami poczytajcie. Już trochę umiecie. Czego Was uczą w tej szkole?

-Zaogniasz sprawę. Przestań.

-Ty przestań. Co robisz z winem?! Hej, zapłaciłam za nie, a Ty je wylewasz. Pieniądze topisz. Nasze wspólne.

-Idź do nich. Ale najpierw zmyj to coś z twarzy. Wyglądasz jak…

-Jak g*wno. Powiedz to wreszcie! Powiedz w końcu, że wyglądam jak g*wno.

-Sama to powiedziałaś.

 

 

 

Notatki. Przedświąteczna gorączka

Budzę się w środku nocy i po omacku włączam radio. Pierwsza informacja, która dociera do mnie na wpół sennej, dotyczy śniegu lekko prószącego gdzieś na południu Polski. Następnie dowiaduję się, ile osób zamarzło w ciągu ostatnich kilku tygodni z powodu wychłodzenia organizmu. Słyszę auta odjeżdżające z parkingu. Spoglądam przez okna. Ktoś skrzybie samochód, kto inny nerwowo gestykuluje. Nie może odpalić. Wracam do łóżka. Przymykam oczy. Słychać budzik. Od tej pory moje życie wplata się w tryby maszyny, która mnie zmieliła, przyprawiła trucizną z dodatkiem glutaminianu monosodowego i przeznaczyła na fastfood. Po drodze znowu widzę martwego szczura. Dostrzegam symbole, ale nie rozumiem ich znaczenia w kontekście własnego życia.

Popołudnie. Mgła osnuwa ziemię. Śniegu wciąż nie ma. Szamańskie prognozy kolejny raz nie sprawdziły się.

Uciekłam ze sklepu. Zobaczyłam, co się tam dzieje i uciekłam wrzuciwszy wpierw do koszyka porcję sera z orzechami oraz dwie zgrzewki wody mineralnej. Konsumenci niemalże wyrywają sobie towar z rąk celowo trącając się wózkami. Tak ma być do końca grudnia, jak dowiaduję się od obsługi. Klienci głównie krzyczą na pracowników sklepu albo ponaglają ich i tak błyskawicznie poruszających się z towarem pomiędzy półkami. Są amatorzy zakupów, którzy nie znają położenia produktów oraz nie potrafią porównać ich cen. Czytanie ze zrozumieniem oraz znajomość topografii sklepu to dla nich wyprawa na Kaukaz. Dla mnie samo obserwowanie tego zjawiska jest niczym przeprawa przez amazońską dżunglę. Współuczestniczę volens nolens w Armagedonie. Jestem w samym jego epicentrum. Usiłuję przestawić się na tryb off. Nie słyszę, jak z jednego rogu sklepu ona wrzeszczy do niego, aby wziął o jedno opakowanie pasztetu więcej, a on jej odkrzykuje: zwykłe czy z kary. I dorzuca: zobacz jeszcze te okulary z reniferkiem, dla Zochy weź okrągłe, a dla nas z brokatem, ale pospiesz się, bo mało zostało.

Na nowo uczę się pisać przy muzyce poznając inny rodzaj ciszy.

Notatki

Zimno. Coraz zimniej. Kolejny raz zapomniałam o rękawiczkach. Pstrokate reklamy zachęcają do udanych zakupów (czy kiedykolwiek zdaniem „speców” od marketingu zakupy mogłyby być nieudane). Mogłabym zatem kupić kolejną parę rękawiczek po okazyjnej cenie. Do tego patelnię, komplet sztućców, skarpetki, bo z pewnością kiedyś się przydadzą. Z trudem przeciskam się przez hałaśliwy tłum. Zdążyłam kupić bułki i warzywa, zanim znalazłam się na przystanku. Jedzenia mi wystarczy na dziś i na jutro. Obserwowałam twarze pracowników sklepów, na których zamiast wyszkolonych trików zachęcających do nabywania najczęściej niepotrzebnych produktów, zauważam znużenie, zniecierpliwienie i z coraz większym trudem ukrywaną niechęć. Podobnie u klientów. W drodze powrotnej czytam o sposobach na świętowanie czarnego piątku bez obciążania układu nerwowego. Wypunktowane. Zostań w domu. Wyjdź na spacer. Z psem. Autorowi tekstu gratuluję logicznej spójności w przedstawianiu pomysłów. A co z osobami, które nie mogą opuścić mieszkań ze względu na stan zdrowia lub utrudnienia architektoniczne, choć bardzo pragnęłyby wyjść na spacer? Tego autor tekstu nie uwzględnił. Unikaj niepotrzebnych zakupów. Najpierw w sztuczny sposób wykreowano potrzeby, a następnie w nienaturalny sposób próbuje się je zastąpić kolejnymi substytutami. Tak czy inaczej nie mówi się konsumentom, że stali się ofiarami manipulacji ze strony tych samych osób, które potem wepchną ich do gabinetów na kosztowne terapie. Zamiast odwiedzać rozmaite sklepy, zapukaj do drzwi samotnej osoby i zapytaj, czy nie potrzebuje pomocy. Taką postawę należałoby promować nie tylko podczas czarnego piątku, lecz przez okrągły rok. Odwiedź kogoś bliskiego. Spadły mi kapcie. Punkt pozostawiam bez komentarza. Co istotne, gdyby nie informacje o czarnym piątku z każdej strony serwowane krzykliwie i najczęściej z domieszką bezguścia, znaczna liczba konsumentów nie wiedziałaby, że takowy dzień istnieje i można go świętować, np. na równi z urodzinami.

One. F.

-To Pani gabinet? Trzeba przyznać, że jest gustownie urządzony.

-Nie, podnajmuję go. Pracuję jeszcze w kilku miejscach. Jeżdżę też do klientów do domów, ale tylko do sprawdzonych. Grafik mam tak ustawiony, że obsługuję stałe zamówienia. Doliczam kilometrówkę.

-Dziewczyny z reprodukcji spoglądają na nas tak, że czuję się, jakbym była jedną z nich.

-Nawet nie zwróciłam uwagi. Nie jestem wybitnym znawcą malarstwa.

-Ja też nie, ale akurat obrazy tego twórcy są charakterystyczne, dobór kolorów, sposób, w jaki patrzy na kobiety. Chciałabym, aby ktoś mnie kiedyś taką namalował.

-Przyjechała Pani na wypoczynek?

-Coś w tym rodzaju. Raczej po to, by nabrać dystansu do pewnych spraw. Odreagować silny stres, trochę się go nazbierało ostatnimi czasy.

-Tutaj są mocne przykurcze. Ja tego nie rozmasuję podczas jednego seansu, ale dam Pani wskazówki do samodzielnej pracy. Nie zaszkodzi pokazać się fizjoterapeucie.

-Nie zauważyłam.

-Pokażę Pani. Proszę luźno trzymać rękę. Jeszcze luźniej. O, tutaj jest mocny i biegnie tędy.

-Ok, coś zrobię w tym kierunku. Pani jest miejscowa?

-Tak, sprowadziłam się tu kilka lat temu.

-Gratuluję świetnej figury.

-Zmieniłam dietę. Wzięłam się za siebie. Zdobyłam uprawnienia na instruktora fitnessu. Jestem po fizjoterapii, ale mam też skończone różne kursy.

-To z pewnością wzmocni Pani pozycję na rynku, który w tej dziedzinie jest bardzo konkurencyjny.

-Ma Pani rację, lecz na dobrego specjalistę ciężko trafić. Sama mam z tym problem, gdy potrzebuję pomocy. Na szczęście jest w okolicy ktoś sprawdzony.

-Córka pójdzie w Pani ślady?

-Nie sądzę, ona ma zapędy do układania włosów, kosmetyków. Nie będę jej tego wybijać z głowy. Kiedyś myślałam, że u niej to przejściowe, ale widzę, że z wiekiem się nasiliło.

-Ojciec młodej co na to?

-Mieszkamy same. Jeszcze z moją mamą. Wybudowałyśmy dom wspólnymi siłami. Zaczęło się od tego, że przyjechałam tu kiedyś z przyjaciółką na wakacje i zażartowałam, że mogłabym zamieszkać w tym mieście. Okazało się wkrótce, że rodzice kupili działkę i rozpoczęli budowę domku. Wyliczyli, że będzie taniej, jeśli postawimy coś swojego. Będzie baza na urlop i na wypady. Życie się tak ułożyło, że urodziłam córkę, którą samotnie wychowuję. Pomaga mi mama. Jest już na emeryturze. Dorabia księgowaniem. Żyjemy tu we trzy i bardzo się kochamy. Młoda ćwiczy na nas swoje pomysły na fryzury. Ja ćwiczę masaże na nich obu, a mama prowadzi moją działalność i domowy budżet od strony księgowej. Uzupełniamy się. Przed laty zaczęłam tutaj życie od nowa. Nie żałuję.

-Pani cały czas w ruchu?

-Staram się. Prowadzę zajęcia na siłowni, z fitnessu. Jestem w trakcie robienia uprawnień na trenera personalnego. Lubię kontakt z ludźmi oraz to, co robię. Chciałabym to wszystko jakoś powiązać. Wiosną i latem jeżdżę na rowerze. Czasami wyskoczę na krótki urlop, ale nie na długo. Wraz z dietą zmieniłam nastawienie do życia. Pomogło.

 

One. Rocznica

Po przebudzeniu nie spojrzała od razu na zegarek, jak miała w zwyczaju. Postanowiła zostać w łóżku. W końcu to dzień wolny od pracy, przynajmniej tej, za którą otrzymuje wynagrodzenie. Słyszała dziecięce głosy wydobywające się z korytarza oraz matkę po raz kolejny strofującą pociechy. Następnie był trzask zamykanych drzwi oraz odgłos przekręcanego klucza. Co się dzieje? Co tak pachnie? Jak tu ciepło. Sygnał SMSa. Odstawię dzieciaki na cały dzień do Lufcika. Mamy dla siebie sobotę, przynajmniej do 17.00. Ok, niczego mi wcześniej nie powiedziała. Dzwonię. Wszystko jasne. Zwłaszcza niespodzianki w jej stylu.

-Jak się dziś czujesz? Dasz radę wyjść z wyra i wziąć prysznic? Zostawiłam ciasto w piekarniku. Marchewkowe. Z orzechami. Powinnam wrócić, zanim dojdzie. Na wszelki wypadek czuwaj.

Postanowiła czuwać. Opuściła łóżko. Po wczorajszej gorączce nie było śladu. Napar z kwiatu lipy oraz herbata z dodatkiem soku z malin zaliczyły dobrą robotę. Ech, te naturalne sposoby. Weszła pod prysznic. Śpiewała na całe gardło. Piosenkę. Ich piosenkę. Nie słyszała, jak otwierają się drzwi do mieszkania. Wyszła z łazienki owinięta w ręcznik nie przerywając wykonywania piosenki. Pisk.

-Śmiało, nagrywam Cię.

-Jak możesz?

-Mogę. Wiesz, jaki dziś dzień?

-Sobota.

-Nie dzień tygodnia, tylko jaki dziś szczególny dzień.

-Yyy… mamy listopad, sobotę.

-Też. Ale co się kiedyś wydarzyło?

-Oświeć mnie.

-Poznałyśmy się. Wtedy na dziedzińcu. I wymieniłyśmy telefonami. Siedziałaś wściekła i powiedziałaś, abym się od… abym sobie poszła. A ja powiedziałam, że jesteś bezczelna i nieszczęśliwa, skoro nowo poznanej osobie mówisz takie rzeczy. I dobrze, że nie dla Ciebie zabrakło biletu.

-Padało. Było zimno. Żadna z nas nie dostała biletów w kasie. Ty zachowałaś spokój, ja wręcz odwrotnie. Do końca miałyśmy nadzieję, że je odkupimy. To był pierwszy koncert w Polsce. Na bilet przeznaczyłam swoje stypendium. Ty w efekcie go dostałaś Załatwiłaś sobie od koników. Ze mną nikt nie chciał rozmawiać.

-Nic dziwnego. Zobaczyli scenę, którą zrobiłaś, i uciekli. Nie poszłam na koncert. Wiedziałam już wtedy o chorobie. Odechciało mi się wyjazdów, rozrywki, życia. Zadzwoniłam do Ciebie chcąc odsprzedać bilet. Wyjaśniłaś, że sprawa jest nieaktualna, bo straciłaś pracę i nie miałaś czym zapłacić. Tak więc odstąpiłam Ci bilet. Powiedziałam Ci o chorobie oraz objawach jej towarzyszących. Zaproponowałaś, że będziesz się mną opiekować przez dwa tygodnie, aby spłacić prezent.

-Początkowo nie chciałaś się zgodzić.

-Ale w końcu się zgodziłam. Karmiłaś mnie tartą marchewką z cynamonem. To na wzmocnienie, tłumaczyłaś. Obiecałam sobie, że gdy mi się poprawi, to nie tknę marchewki, a ty mi ją nieustannie serwowałaś. Duszoną. Gotowaną. Na surowo. W cieście.

-Ciasto!

-Co z nim?

-Będzie dobrze. Uchyliłam drzwiczki piekarnika. Wiesz, jak długo się znamy?

-Dłużej niż trwa Twoje małżeństwo.

Nieruchomość na sprzedaż

-Jeśli się zdecydujemy, zadzwonimy do Pani. Może w przyszłym tygodniu.

-Wolałabym wcześniej. Dom cieszy się sporym zainteresowaniem. Mogę dać Państwu czas do piątku, do wieczora.

-W takim razie dziękujemy Pani za poświęcony czas. Nie jesteśmy zainteresowani tą nieruchomością.

-To ja dziękuję. Do zobaczenia.

Gdy pracownica biura nieco się oddaliła, ona wyraźnie odetchnęła z ulgą.

-No, kolejny nic nieznaczący gniot. Tracimy czas. Zmieńmy agencję lub zacznijmy czegoś szukać na własną rękę.

-Dlaczego od razu ją pogoniłaś? Widać było, że się starała. Mogłaś chociaż udawać zainteresowanie. To już czwarta oferta, którą odrzucasz po prezentacji.

-Tu się nie da mieszkać. Widziałeś te wszystkie słodkie pierdy, kominek, iglaki w ogrodzie, korę przed domem. Wszędzie to samo. Wyczułam dziwny nastrój w tym miejscu. Nie chciałabym tu zamieszkać, a już na pewno niczego bym nie napisała, może z wyjątkiem ogłoszeń.

-Można byłoby go nieco przerobić. Na Twoje potrzeby.

-Prędzej zbudowalibyśmy nowy. A gdzie miejsce na Twoją pracownię? Nawet porządnej piwnicy nie ma, dobrze oświetlonej, z osobnym wejściem. Poza tym małżeństwo, które wybudowało ten dom, właśnie się rozwodzi i dzieli majątek. Chcesz wprowadzać się do miejsca, które od początku jest przeklęte? Jeśli tak, w tej okolicy jest cała masa takich domów.

-W naszym gniazdku na poddaszu robi się ciasnawo. Rodzice są tolerancyjni, skłonni dołożyć do remontu, ale sama rozumiesz.

-Ty nie rozumiesz, a rodzice nie są tolerancyjni. Nazywajmy rzeczy po imieniu. Wymarzyłam sobie stary dom z oknami wychodzącymi na stronę zachodnią, podpiwniczony, z werandą i patio, na której będę pić espresso podczas mroźnych poranków. Ty będziesz mieć wydzielone miejsce na pracownię, bez naruszania strefy prywatnej. Nie możemy stale wynajmować. Od przyszłego miesiąca właściciel znowu podniesie czynsz. Jakoś tam się jeszcze mieścimy. Twoje sprzęty, biurko, komputery. Łóżko. Przeniesiemy je w jednym kawałku do nowego domu. Ciężko mi pogodzić się z tym, że ludzie przychodząc do Ciebie kładą ubrania na nasze łóżko. Mieszkanie jest niby nasze, ale walają się po nim rzeczy różnych osób korzystających z łazienki, którą głównie ja sprzątam. Głupio mi tak chodzić w szlafroku po mieszkaniu, gdy goście przesiadują do późna i rozmawiają z Tobą o realizacji pomysłów.

-Stare budynki najczęściej wymagają kapitalnego remontu.

-Są często gotowe do zamieszkania i nie trzeba od razu robić kapitalnego. Uwielbiam drewniane, skrzypiące podłogi i dekoracyjne poręcze. Aha, i dobrze byłoby, gdyby taki dom znajdował się w pobliżu cmentarza. Miałabym blisko na spacery.

-Co chcesz robić na cmentarzu?

-Poszukiwać inspiracji do opisywanych historii. I trwać w zadumie oczywiście.

Patynowa Pani Domu. Obiad w rodzinnym gronie

Nie znosisz hasła „dawno się nie widzieliśmy”, szczególnie w wykonaniu niby lubianego członka rodziny, który generuje odzew „może wpadłabyś do nas, np. w niedzielę”. O tym wiedziałaś już od lat, ale po mijającym dniu Twoja wiedza została dodatkowo usystematyzowana. „Dlaczego nie. Brzmi zachęcająco” (znowu ta kurtuazja). Chętnie odwiedzę Was w niedzielę”. „To super. Może na obiad. Moja ugotuje coś dobrego, a Tobie przyda się kilka dodatkowych kalorii. Będą jeszcze inne osoby”. „Jasne. Może mogłabym Wam jakoś pomóc? Coś przynieść, np. deser”? Co i kogo obchodzą moje kalorie. Nie liczę ich, podobnie jak lat i pieniędzy. „Nie trzeba. Nie będziesz pałować się z pieczeniem i wożeniem tego po pociągach”. Kto powiedział, że będę piec?

Tak czy inaczej nadchodzi dzień upragniony przez innych. Nie zastanawiasz się, co na siebie włożyć. We wszystkim wyglądasz jak sto milionów euro (przeznaczonych na cel charytatywny). Zostałaś hojnie obdarzona przez naturę. Jak mawiała słynna projektantka „stylu i klasy za pieniądze nie kupisz”. Masz styl, właściwie różne, a klas ukończyłaś kilka (naście). Sukienka z secondhandu w kolorze butelkowej zieleni robi wrażenie. Od kilku lat zakładasz ją głównie na spotkania w rodzinnym gronie, by przekazać zaproszonym gościom, że w Twoim wieku najlepszą ozdobą jest miłość (niczym do słów piosenki z tańcem w tytule: „gdy trzymasz mnie za rękę, to nawet w starej ładnie mi sukience”) oraz kropelka perfum nr itp. itd. Gdy mózg, najbardziej seksowny organ, w naszym ciele, jest dodatkowo ładnie opakowany, masz wygraną w kieszeni. Co byś zrobiła z takimi pieniędzmi, to już inna sprawa. Na szczęście nie masz tego dylematu.

Docierasz na miejsce. Ze stacji jesteś odwożona pod wskazany adres. Dom tradycyjnie nowobogacki. Jedna z licznych kopii, często proponowanych przez znudzonych architektów, przedmiotowo podchodzących do klientów charakteryzujących się niewysublimowanym smakiem na piękno, harmonię i estetykę. Gospodyni wita Cię szerokim uśmiechem. Poprawia włosy niby przypadkiem informując, że dopiero wczoraj zaliczyła wizytę u fryzjera i „jeszcze nie nabrały ostatecznego kształtu, bo za dużo lakieru nałożył”. Grunt, że Twoja figura go nabrała, a Twój naiwny mąż dał się nabrać na Twoje potencjalne zalety. Gdybym miała twarz taką jak Ty, też starałabym się odwrócić od niej uwagę coraz nowszymi koafiurami.

Przy stole zachowujesz powściągliwe spojrzenie. Nie odzywasz się niepytana. Grzecznie chwalisz pieczeń przygotowaną przez gospodynię. Gdyby nie miała innych, licznych talentów, nie musiałaby zabiegać o uznanie w taki sposób. „Doskonały sos” wymyka Ci się, choć wiesz, że zbyt tłusty jak na Twój francuski żołądek. Z ulgą podnosisz do ust owoce. Pijesz kawę i zagryzasz pieczołowicie przygotowanym ciastem. Tylko malusi kawałek. Tyle, ile wymaga grzeczność. Dobrze wiedziała, że nie preferujesz ciast z kremami, przetykanych ogromną ilością spożywczych trucizn. Wyjątek stanowią torty, wytwory rąk i wyobraźni mamy D. To nic, że jest sezon na szarlotkę i szara reneta zdałaby egzamin celująco. Ciasto przygotowane przez gospodynię stanowi idealny obraz jej samej oraz mieszkania, które urządzała podobno z tak ogromnym trudem. „Na te meble czekaliśmy kilka miesięcy. Projektant się nie wyrobił”. Jaki projektant? Jesteś skłonna wskazać palcem, kto je wyprodukował i zmontował. Pieniądze rodziców topniały w zastraszającym tempie, dlatego realizacja zamówienia była rozłożona w czasie. „A te dodatki wyszperałam na …”. Słabo szperałaś. Są niedobrane i stanowią wyraz kompletnego bezguścia. Gospodyni mogłaby się bardziej zatroszczyć o komfort gości, bo w domu zimno. Na szczęście zabrałaś ze sobą chustę, którą otulasz się jak kocem. Pora na Ciebie. Nie chcesz chyba wracać ostatnim pociągiem. Składasz podziękowania za gościnę. Gdy na stacji trzymasz w dłoni bilet powrotny, wyraźnie oddychasz z ulgą.

Całuchy-kluchy!