One. Ulewa

-Trzeci dzień leje.

-Przecież to lubisz.

-Nie wiem, za co się zabrać. Akwarele. Pastele. Może medytacja. Tyle do zrobienia.

-Mogłabyś się ogarnąć. Siedzisz w szlafroku, a jest popołudnie.

-I tak nie wychodzimy.

-Dla samej siebie ogarnij się. Zrób coś. Włosy ułóż. Umyj się.

-Ty ciągle swoje. Siedzisz tylko przed kompem i trzaskasz w klawiaturę udając, że coś robisz. Mogłabyś chociaż powiedzieć mi, w jakim kierunku idę. Ocenić akwarele. Coś doradzić.

-Nie znam się na tym, a jeśli malowanie sprawia Ci przyjemność…

-Chciałam nimi trochę dorobić. Rozwijać się.

-Od lat niczego nie sprzedałaś. Daruj sobie zarobek.

-Oni uznali, że nie muszę zarabiać w ten sposób. Malować i sprzedawać.

-A w jaki?

-Mogę prowadzić zajęcia z medytacji albo arteterapii.

-Dlaczego zatem ich nie prowadziłaś i nie prowadzisz?

-Nie było chętnych.

-Bzdura.

-Nie mam ukończonych specjalnych kursów.

-Wciskali Ci ciemnotę, aby wozić się na Twoich plecach.

-Kto?

-Ci, którym opłacałaś rachunki. Z którymi dzieliłaś łóżko i lodówkę. Byli zachwyceni Twoimi pracami, ale to nie przedkładało się na zarobki. Zauważ, tylko ci, którzy z Ciebie korzystali, byli zadowoleni z tego, co robisz. Gdzie oni teraz są?

-Ludziom plany się zmieniają. Czasami z dnia na dzień.

-Ulotnili się, gdy zaczęłaś brać coraz silniejsze dropsy i wyskoczyłaś ze wszystkiej kasy. Syfiaste lumpy bez grosza przy duszy. Artyści ze spalonych teatrów. Nikt oprócz nich nie zachwycał się Twoimi arcydziełami, ale tego nie zauważyłaś. Obgotowali Ci mózg, ale tego również nie dostrzegasz.

-Lepiej kończ swój doktorat.

-Zrezygnowałam.

-O, proszę.

-Nie będę pisać pod dyktando profesury i publikować zakłamanych wyników badań.

-Tak im powiedziałaś?

-Niezupełnie. Inaczej ubrałam to w słowa. Zresztą doktorat nie jest mi do niczego potrzebny. Większą satysfakcję daje mi praca z grupami i wolontariat. Może rozważysz tę opcję?

-Nie czuję się na siłach.

-Tobie jest potrzebna pomoc. Lecisz w dół, mała.

Oni. Zamek

Od lat zmagam się z bezsennością. Lubię wtedy nasłuchiwać nocnej ciszy i uderzeń kropli ulewnego deszczu, jeżeli ten akurat pada. Aby zebrać myśli i wtłoczyć je w coś, co będzie przypominać dłuższą całość, wychodzę nad staw. Gospodyni nie zamyka na noc bramy. Drzwi na klucz również. Nie ma zainstalowanego alarmu, a ściany jej domostwa nie są ozdobione przez logo firmy ochroniarskiej. Podobno zamek w drzwiach nieustannie się psuje, a jego otwarcie wymaga niemałego sprytu. Tamtej nocy staw był spokojny. Łódki kołysały się jak zwykle lekko skrzypiąc. Lubię do nich wsiadać i bujać się delikatnie.

-Czy Pani mówi po polsku?

-Tak.

-Jest Pani jakoś związana z tym ogrodem? Przepraszam, że tak pytam. Widziałam, w jaki sposób Pani dotyka roślin i przygląda się im i spaceruje Pani po ogrodzie, jakby go dobrze znała. Prowadzi Pani badania?

-Przyjechałam tu na krótki urlop.

-Podobnie jak ja.

-Chyba obie lubimy wymknąć się przed świtem, aby tu pobyć sam na sam. Wspaniały widok na staw. Robi Pani zdjęcia?

-Nie, wyszłam bo nie mogłam zasnąć. Gorąco, a on chrapie coraz głośniej. Pewnie Panią przez ściany też obudził.

-Łódka lekko zaskrzypiała. Uwielbiam łódki.

-Spanie w osobnych pokojach też nie pomaga. Żyjemy osobno. Od lat. Tylko kredyt nas wiąże.

-Widziałam, jak zmagała się Pani z zamkiem w drzwiach, podczas gdy mąż robił wykład na temat różnych technik zastosowanych w jego budowie.

-Nie jest moim mężem. Nie mamy ślubu.

-Łatwiej rozprawić się z zagadkowym zamkiem niż z własnymi demonami, co?

-Z zamkiem sobie poradzimy. Jakoś. Ale spakowanie walizek to już coś.

-Ma Pani dokąd pójść?

-Nie.

-A Pani konkubent?

-Jemu tak dobrze. Zresztą nie poradziłby sobie beze mnie.

-Słońce wstaje. Bociany już są. I czapla.

Dzień Matki

Kwiaty. Bukiety. Czekoladki. Mnóstwo kwiatów. Mnóstwo czekolad. I znicze. Mnóstwo. Cmentarze i groby toną w zniczach i świeżych kwiatach. Alkohol. Podzwaniają butelki w sklepowych koszach. Coraz więcej par oczu zdradza wspomaganie organizmu przez pochodne etanolu.

-Idę na cmentarz, bo matkę szanuję – zdradza jegomość objuczony jednorazówkami, w których połyskują butelki, wkłady do zniczy i tanie konserwy mięsne – I jeszcze ten bukiecik – dodaje.

-Proszę sobie wyjąć. Do zapłaty będzie…

-Tak drogo?! Bukietu nie wezmę. Chyba że tańszy macie. Ten jest najtańszy?! Nie biorę. Jeszcze trochę i na nic nie wystarczy.

Ze sklepowych półek znikają alkohole niczym po dotknięciu czarodziejskiej różdżki. Różne ceny. Róże potrzeby. Różne na nie odpowiedzi.

Na portalach społecznościowych mnożą się publikacje zawierające zdjęcia otrzymanych laurek, prezentów, bukietów i innych akcentów dowodzących pamięci. Spójrzcie, jakie piękne dzieci urodziłam. Jakie pomysłowe i jakie zaradne.

Awantura w ośrodku jeździeckim. Toczek wart więcej niż pensja pracownika stajni ląduje na betonowej posadzce. Słychać krzyki nastolatki, która gwałtownie gestykuluje próbując rodzicom wyperswadować ich pomysł.

-Nie unoś się. Ja z Tobą rozmawiam – krzyczy matka – opłaciliśmy Ci lekcje.

-Dam sobie radę. W d… mam Wasze pieniądze. Jesteście obciachowi i nudni – oponuje małolata nie przestając rozrzucać wokół siebie jeździeckich gadżetów.

-Nie słuchasz instruktora, dlatego nie ma postępów – matka nie daje za wygraną. Ojciec w tym czasie stoi z boku i spogląda w dal.

-Czego ode mnie chcesz?! Te głupie konie mnie nie słuchają – wrzeszczy latorośl, a jej obłożone końskim nawozem obuwie lecą w stronę zaparkowanych aut. Ojciec nadal stoi sztywny jak kamień. Ostoja rodziny. Skała. Młodsza siostra nieletniej awanturniczki ma łzy w oczach i cerę bladą niczym beza.

-Idźcie już. Sama wrócę – głos i zachowanie nastolatki stają się coraz bardziej agresywne – nie idę z Wami do żadnej knajpy. Utuczycie mnie jak świnię. Nie będę miała dzieci. Nie jestem jak ona. Tępa i żałosna. Rozumiem, rozumiem, powtarzasz w kółko. Latasz po psychologach. Leki chcesz mi aplikować, a chyba Ty ich potrzebujesz. Ciągnij ją dalej na sznurku do gabinetów jak świnię na rzeź. I sami z ojcem tam idźcie. Udajecie tylko.

Notatki. Przerwa

Nie dotrę do domu, zanim szkolenie się rozpocznie. Wiem to co najmniej od kwadransa. Nie wzięłam słuchawek, a nie mam ochoty częstować współpasażerów pewną dawką informacji n.t. uważnego przeżywania tu i teraz, choć może niektórym by się to przydało. Po co mi taka duża torba, skoro i tak nie noszę w niej tego, co akurat jest niezbędne? Dalej nie pojedziemy, wybrzmiewa komunikat, a tuż za nim słychać automatycznie otwierane drzwi. Z autobusu wylewa się masa ludzi zmierzających w różnych kierunkach. Przynajmniej mam blisko do centrum. Stąd łatwiej coś złapać. Z założenia. Czołgam się do najbliżej ławki. Poszukuję telefonu. Są i słuchawki. Przypominam sobie, że mam ich dwie pary. Obie podręczne. Jedna została w domciu. Na wypadek, gdyby. Nie skupię się na treściach przekazywanych przez prelegentkę biegnąc za kolejnym autobusem lub tramwajem. Jest knajpeczka. Wygląda na przytulną. Zajmuję miejsce przy stoliku. Nieopodal dostrzegam rodzinkę składającą się z dwojga dziadków, rodziców i dzieci, chłopca i dziewczynki w wieku szkolnym. Latorośle z czapkami na głowach mają oczy utkwione w ekrany tabletów, a nogi niedbale zarzucone na stół. Rodzice kierują w stronę dzieciaków nieliczne komentarze. Brak reakcji. Czasami wtrącają słowa z angielskim akcentem. Brak reakcji. Dziadkowie tylko się uśmiechają. Wyglądają na niebyt zamożnych emerytów zabranych na wspólny urlop w charakterze współinwestorów. Kelnerka od kilku minut usiłuje poznać szczegóły zamówienia. Dzieci nawet nie spoglądają w jej stronę. Nie dbam o to, że szkolenie się rozpoczęło. Zdążyłam się zalogować. Skoro jest o uważności, to właśnie ją praktykuję. Tymczasem przy sąsiednim stoliku seniorzy wyraźnie ożywają, gdy pracownik knajpki zwraca się bezpośrednio do nich. Kelnerka to jedyna osoba zainteresowana konwersacją z emerytami, którzy opowiadają jej, jak cudownie mieć dzieci i wnuki obok siebie po tak długim czasie rozłąki. Wreszcie mogą spotkać się i porozmawiać. Dzieci nawet zabrały ich na krótki urlop. Z Irlandii przyjechały. Dalszej części rodzinnego występu nie rezonuję. Skupiam się na treściach przekazywanych podczas szkolenia. Fragment o bólu głowy. Uważnie słuchaj, gdy ktoś mówi, dlaczego boli go głowa. Wracam pamięcią do niedawnej rozmowy.

-Proszę Pani, ja już wiem, dlaczego mnie boli głowa. Pani, która przychodzi do nas, a szczególnie do mojej mamy od jakiegoś czasu, stawia jej… I ona właśnie powiedziała, dlaczego mnie boli głowa.

-Dlaczego jej zdaniem?

-Moje ciało odbiera problemy i jeśli nie mogę ich wyrzucić, to mnie boli albo ciało, albo głowa. Przez nią uciekają problemy.

Może kiedyś zostanę szamanką? Nikt nie rozliczy mnie z akademickiej wiedzy, a pieniądze zawsze ludzie przyniosą.

Słucham wykładu z zainteresowaniem. Czas na dyskusję. Aktywnie w niej uczestniczę zastanawiając się jednocześnie, dlaczego mnie rzadko boli głowa.

Oni. Miasteczka

-Nie zmarzła Pani?

-Nie.

-W nocy nie było prądu przez jakiś czas. Ani ciepłej wody. Ogrzewanie nie działało.

-Nie odczułam.

-Nie było komu usunąć awarii. Dopiero nad ranem zabrali się za to.

-Brakuje rąk do pracy.

-Owszem. To miasteczko wymiera. Pewnie Pani zauważyła?

-Tak, przyjeżdżam tu od lat i jest coraz trudniej znaleźć choćby dobrą knajpkę. Ludzie udają przedsiębiorców myśląc, że potrafią prowadzić biznes gastronomiczny serwując głęboko mrożone frytki z piekarnika z mieszanką surówek z wiaderek. Dobrej kawy też nie uświadczysz.

-Może Pani jeść tutaj. Dwa razy w tygodniu przychodzi pomoc do sprzątania. Smacznie gotuje. Osobno dla nas dwojga, osobno dla żony. Mnie wystarczy na dwa dni. Dzisiaj też będzie. Chyba że Panią odstrasza łóżko żony i samochód z hospicjum.

-Nie odstrasza. Dziękuję za propozycję. Pewnie skorzystam.

-Póki żona żyje, ciągnę ten interes. Nie chcę, aby myślała, że pozbywam się go, bo ona już nie wyjdzie z choroby. Ale tylko pojedynczym osobom wynajmujemy. Pani na urlopie?

-Tak, wysyłają nas na siłę, bo przestój w zakładzie.

-Tutaj młodzi nie mają po co być. Wyjechali na zachód. Tu brak perspektyw. Kiedyś były imprezy, festiwale. Zjeżdżali turyści. Na camping, na koncerty. Było wesoło. Kolorowo. Całe noce śpiewaliśmy i graliśmy z młodymi. Rozkładali namioty u nas w ogrodzie. Latem i wiosną. Miasteczko żyło. Teraz się rozłożyło jak żona w chorobie. Gdy raz córka przyjechała i zobaczyła samochód z hospicjum na podjeździe, o mało mnie nie zabiła.

Biznes po polsku

-Jak pobyt?

-Dobrze, dziękuję, ale za tę cenę spodziewałam się lepszych warunków.

-Co masz na myśli?

-Pchły. Były wszędzie. Pogryzły mnie. Jeszcze mam ślady. Na stopach. Na ramionach i przy obojczykach. Tam najwięcej. Poza tym kanapa była brudna i cuchnęła nieświeżością.

-Mogłaś powiedzieć. Coś byśmy zaradzili.

-Oprócz tego nie mam zastrzeżeń.

-To spokojna mieścina. Raczej trudno tam o komfort, jakiego oczekujesz. Ciesz się, że i tak coś znalazłaś o tej porze. Może chociaż zakupy się udały.

-Odwiedziłam sklepy z męską odzieżą. Znalazłam fason spodni, które idealnie na mnie leżały. Ale sprzedawca dziwnie na mnie spoglądał.

-Pewnie myślał, że szukasz modelu dla kogoś i rozmiar go wystrzaszył.

-Pewnie tak, ale wyprowadziłam go z błędu, wchodząc do przymierzalni z kilkoma parami. Leżały idealnie.

-Pokażesz?

-Tak, zaczekaj chwilę i obsłuż się.

-Aha, i gratuluję. Cieszę się, że kogoś…

-Skąd wiesz?

-Zauważyłem w toalecie męskie kosmetyki.

-Są moje.

-Taa…

-Używam ich. Szamponu, mydła, kremu do twarzy. Do rąk mam unisex.

-Tak bardzo Ci czegoś brakuje?

-To są dobrej jakości produkty. Moja twarz i włosy są po nich… jak z reklamy.

-I tak były (i są) jak z reklamy. Ulala! Świetne sztruksy! Wcale nie widać, że są na chłopaka. Aż trudno uwierzyć, że znalazłaś w swoim rozmiarze.

-Bez obaw. Zrobiłam na nich interes życia. Jeszcze jedną parę mam. Za połowę ceny.

-A co zrobisz z zaoszczędzonymi pieniędzmi.

-Dużo tego nie zostało. Opłaciłam wizytę u dermatologa i środek na ugryzienia pcheł.

Oni. Ptasie mleczko

-Zamierzasz to wszystko przeczytać?

-Uhm.

-W ciągu tych kilku wolnych dni?

-Uhm.

-To kiedy będziesz spać? Sorry, że tak…

-To jeszcze nie koniec. Część mam w formie e-booków i audio.

-Będziesz je klepać jak leci?

-Nie.

-Nie szkoda Ci czasu?

-Nie.

-A w tych kartonach co jest?

-Reczy.

-Jak się z tym wszystkim zabierzesz?

-Te pojadą kurierem. Resztę zmieszczę do podręcznego.

-I będziesz tam tylko czytać i czytać?

-Nie, będę spacerować, rozmawiać, delektować się i pisać. A Ty jak spędzisz nadchodzące święta?

-Akurat przypada mi opieka nad juniorem.

-Może jakiś męski wypad?

-Jego matka mi zabrania. Twierdzi, że psuję chłopaka. Rozpieszczam go i takie tam. Że niby rywalizuję z nią. Przekupiam go.

-To co będziecie robić?

-Nie wiem. Kupię ptasie mleczko. Podzielimy się piankami.

-Podrzuciłbyś mnie do punktu z paczkami, a potem na stację?

-Nie ma sprawy.

-Zapłacę.

-Przestań, bo nie podrzucę.

-W takim razie to dla Ciebie.

-Nie wygłupiaj się.

-Bierz. Cytrynowe. Zaoszczędzisz na świątecznych zakupach.

-Skoro nalegasz. Ale zjesz ze mną.

-Jasne. Mogę dwa?

-Możesz więcej.

-Matka młodego powinna zaprosić Cię na święta. Byłoby prościej.

-Wiesz, że nie jestem specjalnie religijny.

-Nie chodzi tu o religijność, tylko o to, by młody zobaczył Was razem.

-Wolałbym, aby zobaczył mnie razem z kimś innym.

-Weźmiesz ten duży, ja ten mniejszy. Podjedziemy do… Tam biorą najtaniej.

-Jesteś bardzo hojna.

-Próbuję pomóc.

-Komu?

-Tym, którzy tej pomocy potrzebują i o nią proszą.

-A tym, którzy nie potrafią albo nie wiedzą, jak poprosić?

-Pozostaje czekać, aż się domyślą.

-Albo zjedzą wszystkie pianki.

Oni. Wesele

-Lej, lej, nie żałuj. To musi wytrzymać przez całą noc.

-To zależy, jak mocno będziesz głową trzepać i wywijać.

-Ma wytrzymać. Płacę. Wymagam.

-Chcecie zobaczyć sukienkę? Taką zamówiłam. Z odkrytymi plecami, a tutaj biegnie tiul.

Nawet się nie spostrzegłam, jak cudzy telefon z niewyraźnym zdjęciem znalazł się tuż przed moim nosem.

Matka weselna do fryzjerki i klientek:

-W tej będzie jej ładnie, sama doradziłam. Jutro po odbiór jedziemy.

On:

-Będziesz w niej wyglądać jak… Nie założyłbym takiej nawet do kopania ziemniaków. A Pani?

-Nie chodzę do kopania ziemniaków.

-Ale czy założyłaby Pani taką sukienkę?

-Zazwyczaj nie noszę sukienek.

-A do ślubu w czym Pani poszła?

-Czyjego? W garniturze.

-Chyba że tak.

Matka weselna:

-Jemu też wyprostujcie <włosy, przyp. ip>, tylko dobrze prostownicę zagrzejcie. Niech tak zaczesane ma. I wyprostowane.

Kilka minut do wyjściu przyszłej pary młodej i potencjalnej teściowej. Pracownik zakładu do koleżanki po fachu:

-I tak włosy nie utrzymają się na prosto. Może kilka godzin wytrzymają, ale do północy nawet nie. Jemu tym bardziej. Takich włosów się nie prostuje. I jakie suche wszyscy mieli. Matka. Dzieci. Samo siano. Dopiero na weselu będą wyglądać. Hi hi hi…

-To czemu ich nie namówiłaś na jakąś odżywkę albo zmianę?

-I tak by nie chcieli. Widziałaś, jak ta młoda beznadziejnie wyglądała?! Koński pysk, a fryzura jeszcze bardziej go wydłuża. A jaką ona ma zepsutą cerę. To od fajek i nocnej wachty. Rypie nocki, aby za ślub zapłacić.

-Tak, zupełnie niedograne.

-A matka jaka zadowolona, że to już. Nawet podobne fryzury im wybrała. Młodej sukienkę, buty. Jemu garniak. Menu na przyjęcie. Kwiaty do urzędu.

-To w kościele nie będzie?

-Na razie urzędowy. Kościelny dopiero, gdy trochę kasy uzbierają. Sukienkę też ma niedograną. Wygląda w niej jak wieszak z obwisłym tyłkiem. Najpierw by w dentystę zainwestowała, a nie w tiule.

-Ciesz się, że u nas sporo zostawili.

Plener ślubny

W pierwszych dniach złotej jesieni park przy dworku przedstawia się malowniczo. Mnóstwo kolorów. Delikatny powiew wiatru. Śpiew ptaków. Dyskretne spojrzenia zwiedzających. Muzyka sącząca się z zabytkowego wnętrza. Aromat świeżo zaparzonej kawy podawanej do szarlotki. To wszystko składa się na niepowtarzalny nastrój. Robi się klimatycznie, nostalgicznie wręcz. Taki dzień wybrano na plenerową sesję ślubną. Styl młodej pary wyraźnie kłóci się z otoczeniem. Powiedzmy, że wyraz ich twarzy, sposób bycia, zachowania oraz dobór środków estetycznych zawierają elementy niekompatybilności z parkiem pałacowym powstałym dwa stulecia temu. Młoda para wygląda na znużoną wydarzeniem. Niechętnie pozuje. Nie słucha poleceń pani fotograf zdradzającej symptomy profesjonalizmu.

-Czekamy na światło.

-Długo jeszcze? Bo bym się odlał.

-W kawiarni jest toaleta, ale dla gości. Pozostali mogą skorzystać za drobną opłatą.

Nie przytoczę rozwiązania zaproponowanego przez głównego bohatera pleneru. Kilka chwil później. Panna młoda z wiankiem na głowie na skutek spadku temperatury zaczyna kulić ramiona. Otul ją marynarką, człowieku. Ważysz więcej od swojej żony i jesteś ubrany cieplej niż ona. Fotograf nakazuje zdjąć obuwie i stanąć na kładce. Komary to nie bociany. Nie odlatują do 26 sierpnia. Młoda w wieku pobalzakowskim zaczyna się drapać. Gdzieś z trawy wyskoczyła żaba. Słychać pisk i niecenzuralne słowo. Romantyzm. Nie ma co. Młody w wieku nieokreślonym, podobnie jak rozmiar jego kołnierzyka, rechoce.

-Czego się drzesz?! Ja bym spierniczał.

-Żaba!!!

-A co myślałaś?! Że wąż?!

-Skoczyła mi na stopę.

-Jeszcze trochę fotek nam cyknie i idziemy. Coś bym zjadł.

-Możemy się przebrać i gdzieś pójść.

-Drogo wszędzie. Kiedy coś wreszcie ugotujesz? Nie mamy forsy na chodzenie po knajpach

-Możecie głowy bardziej do siebie jak na randce? Wygiąć szyje? Możesz go objąć?

-Ty, ludzie się gapią. Długo tak będziemy się wyginać? Pajaca z siebie nie będę robił.

-Słuchaj, co Pani mówi. Zobaczysz, że będą ładne zdjęcia.

-Ładnie to jej zapłacimy.

One. Koszyki

-Nawet buda jest! Patrz!

-Jest, jest. Nie miałam sił ani serca, by ją rozbierać. Taką ją zostawię.

-Ile to już lat? Nie ma psa. Pamiętam go. Kundlicho miał głos i złość wyrobioną.

-Łańcuch ktoś zabrał.

-Na co komu stary łańcuch?

-Pchnie na żeleźniaku.

-Chcesz sprzedać dom z działką i budą dla psa?

-Tak, buda niech stoi. Może im się przyda. W drugim rogu była studnia. Właz jest zakryty.

-Wygląda na to, że dawno nikt tu nie zaglądał.

-Sąsiadka zaglądała. Miała klucze na wypadek, gdyby na Wszystkich Świętych ktoś przyjechał albo tak w odwiedziny.

-Odwiedziny grobów?

-Chodź, zejdziemy do komórki. Zrobimy, ile się da. Póki mamy klucze.

-Ale tu wszystkiego. Słoiki. Kosze. Dużo ich. Sklep z koszykami chciała otworzyć?

-Sama wyplatała. Mówiłam Ci, że kończyła szkołę wikliniarską?

-Nie przypominam sobie.

-Wyjechała do miasta. Zawsze chciała stąd się wyrwać. Poszła do drewniaka. Tak mówili kiedyś o tej szkole. Do klasy wikliniarskiej. Zamieszkała w internacie. Ale nie ukończyła szkoły, bo ja się urodziłam. Nie patrz tak. Odkładaj te nadpsute.

-Co chcesz z nimi zrobić?

-Spalić. Razem z kuchennymi meblami, a drobny sprzęt wyrzucimy.

-Nie szkoda Ci?

-Nie, i tak nie ma tu niczego mojego. Nawet nie zaglądałam tutaj, odkąd się pokłóciłyśmy.

-Pamiętam.

-Byłaś nią taka zachwycona.

-Jakie to ma teraz znaczenie?

-Żadne. Szkołę przerwała. Poszła za ojcem. Wzięli ślub. Urzędowy. Na krótko przed moim urodzeniem, aby dziecko miało nazwisko. Rok później urodziła się moja siostra. Małżeństwo się nie udało. Wróciła do swojej matki. Do pracy nie poszła, bo byłyśmy małe z siostrą, ale nauczyła się wyplatać koszyki z wikliny i inne rzeczy. Miotły robiła z brzozowych witek. Sprzedawała je potem na targu. Inaczej zginęłybyśmy z głodu. Ale przyszedł czas, że zainteresowania nie było. Wcześniej też szło kiepsko. Babcia zachorowała i w krótkim czasie zmarła, ale do końca sobie nie wybaczyły.

-Czego?

-Sama nie wiem. Chyba tego, że zepsuła sobie życie, bo ja się urodziłam.

-Może koszyki wystawimy? Może komuś się przydadzą?

-Nie, spalę je wszystkie. Kojarzą mi się… Mniejsza z tym…

-Tobie nie będą służyły, ale innym mogą. I tak zamawiamy kontener na sprzęty.

-Nie chcę, by komuś przyniosły pecha.

-Od kiedy jesteś zabobonna?

-Nienawidzę ich. Zawsze się wstydziłam, że chodzę w ubraniach po kimś, bo moja matka łazi po targu i handluje wikliną, a nas na nic nie stać.

-To dlatego szerokim łukiem omijasz lumpeksy i giełdy rzeczy używanych?

-Między innymi dlatego. Poznajesz moje tajemnice.