One. B.

-Przed godziną tez mówiłaś, że coś piszesz.

-To zarzut?

-Nie, element podtrzymujący rozmowę. Co robiłaś w tym czasie?

-Nic. Psychicznie przygotowywałam się do pisania.

-To jednak coś robiłaś.

-Powiedzmy.

-A to co?

-Ścierka do podłogi.

-Przecież widzę. Pytam, co z nią? Jest sucha jak pieprz.

-Do wyrzucenia.

-Ok. Co z obiadem? Naharowałyśmy się trochę.

-Ja nie jem. Mam jelitówkę.

-Nie nabiorę się na to.

-Nie ufasz mi?! Po tylu latach?!

-Przestań. Wiesz, że nie o to chodzi.

-A o co?

-O to, że nie wychodzisz z domu.

-Bo lipa jest.

-Gdzie?

-Na zewnątrz.

-Gorąco i lipa. Brzuch mnie boli.

-Zamawiam pizzę. Dokładasz się?

-Daj spokój. Powinnam Ci ją postawić.

-Pół na pół, ok? Coś musisz jeść.

-Jadłam bułkę. Nie zmieszczę niczego więcej.

-Biorę z brokułami i serem feta. Jaki sos, pytają?

-Dla mnie tysiąca wysp.

-Nie możemy tak dłużej żyć. Pieniędzy wystarczy tylko do końca miesiąca przy mocno ograniczonych wydatkach.

-Mamy ustalić dyżury korzystania z łazienki albo prysznica?

-Nie o tym mówię. Nie mamy kasy. Na zaraz.

-Chodzimy do pracy. Zajmujemy się domem Twojej byłej szefowej, gdy tamta pływa po wyspach Pacyfiku. Sprzątamy… Zbiory są… Jakoś dajemy radę.

-Tak, ale to za mało. Starcza głównie na jedzenie. Nigdzie nie pojedziemy, chyba że na dziko, ale jeśli gdzieś się ruszymy, to kasa nam się urwie. Na jedno wyjdzie.

-Mogę gotować.

-Nie żartuj.

-Możemy coś sprzedawać.

-Co na przykład? Twoje teksty? Chcesz, aby ludzie czytali o Twoich dołach życiowych, dziurach emocjonalnych albo o tym, co jesz, albo raczej, że nie jesz? Tak się nie da, mała.

-Mnie jest wszystko jedno, o czym ludzie będą czytać, byleby czytali. Pomagałam w księgarni. Wiem, co czytają. Czasami to buble… Czymś ambitnym się nie interesowali… Przeważnie.

-Księgarnia padła jak większość wszystkiego, za co się bierzesz. Powinnaś iść do pracy, abyśmy miały stałe dochody. Nie przeżyjemy zimy z tym, co mamy.

-Możemy jechać za granicę. Mówiłaś, że ktoś znajomy…

-Nie możemy, bo nie mamy za co ani do kogo. Poza tym już się nie opłaca taki wyjazd. Trzeba wiedzieć, po co się jedzie i na jak długo, a znając Ciebie, będziesz chciała po dwóch tygodniach wracać albo rzucić robotę, a potem zwiedzać jakieś zamki czy coś.

-Wiesz, że szukam.

-Słabo. Weź się za coś. Może do jakiegoś sklepu podejdź albo… sama nie wiem… Nie może zostać tak, jak jest. Ja mam tylko pół etatu. Dorabiamy sprzątaniem, ale to niedługo się urwie. Twoje oszczędności stopniały, mimo że żyjemy bardzo skromnie. Kobieto, nie masz dokąd pójść ani dokąd wrócić. Podobnie jak ja. W domu rodzinnym nie ma dla mnie miejsca.

-Pokój tam jest. Twój.

-Zajęty przez brata i bratową z dzieckiem, zanim się wybudują, ale to jeszcze potrwa. I co mi po tym pokoju? Do najbliższego sklepu polną drogą mam ok. 3 km. Zimą i wczesną wiosną tonę w błocie. Z czego tam będę żyć? Nie siedź tak. Głowa do góry. Na pewno coś wymyślimy.

 

One. Handlarka

-Skądś Panią znam. Kojarzę, że kiedyś miała Pani stoisko z etnicznymi wyrobami z Ameryki Południowej. Albo to nie była Pani.

-To byłam ja. Pani kupowała u mnie kolczyki i torebkę z Ekwadoru. Pamiętam, że została ostatnia sztuka i Pani ją kupiła nawet nie patrząc na cenę.

-Podobała mi się do tego stopnia, że nie zawracałam sobie głowy tak trywialną sprawą jak pieniądze. Kupiłam też sweter, ale już się zużył. Był tak zmechacony, że nie mogłam go nadal nosić np. do pracy. A się z Panią działo, gdy Pani nie było?

-Zrezygnowałam z prowadzenia stoiska, gdy moja mama zachorowała. Trzeba było się nią zająć. Myć, karmić. Zapewnić łóżko z materacem przeciwodleżynowym. Zadbać o dom.

-Smutna sprawa.

-Tak. W handlu miałam przerwę. Potem było ciężko wrócić na rynek. Konkurencja zrobiła swoje. Próbowałam coś sprzedawać przez Internet, ale to nie to samo, co na żywo. Ktoś podchodzi do stoiska. Interesuje się. Ogląda. Rozmawia. Sprzedawca poznaje gust. Coś zawsze doradzi. Jeździ po Polsce. Ma rozeznanie, co się komu podoba, co jeszcze trzeba zamówić. A w Internecie jest niby formularz, ale ciężko rozmawia się z ludźmi głównie przy pomocy okienek. Zresztą trudno mi było pogodzić opiekę nad mamą, dziećmi i jeszcze handel.

-A tato Pani dzieci? Pamiętam, że Państwo razem prowadzili stoisko.

-Zaczął wyjeżdżać coraz częściej do swojego kraju niby po towar, niby po ziołowe specyfiki, mikstury. I wie Pani, jak takie historie się kończą. Ja tu, on tam. Dzieciaki zostały ze mną. Trochę już podrosły, więc mam łatwiej.

-Je też kojarzę. Śliczne, oliwkowe karnacje. Ciemne włoski. Etniczne stroje, ręcznie wytwarzane po tamtej części globu. Odróżniały się. Zwłaszcza córcia.

-Dużo Pani pamięta.

-Często do Was zaglądałam. Nawet gdy byłam nad morzem, spotkałam Pani męża i kogoś z jego rodziny. Kupiłam wtedy rękawiczki z wydzierganymi lamami. Niedługo potem zostały skradzione w supermarkecie. Byłam też na wykładzie Pani męża o roślinach leczniczych stosowanych w Ameryce Południowej. On był, jak to się u nich mówi, curandero.

-Nadal jest. Niczego nie mam z tego małżeństwa oprócz dwojga udanych dzieci.

-To jednak coś dobrego zostało.

-Niech Pani uważa na siebie. I nie zaczyna czegoś, co nie ma racji bytu.

Plecak

Bagaż podróżny to niemy świadek wojażu oraz tego, co się odbywa poza utartymi szlakami, szczególnie w miejscach, w których nawet bociany nie zawracają, ponieważ jeszcze tam nie doleciały:

-I jeszcze na plecak bilet trzeba wykupić.

-Poproszę. Nie wiedziałam… Dlaczego za plecak mam zapłacić tyle, ile za pasażera?

-Bo na siedzeniu leży.

-Ale ja go mogę trzymać na kolanach.

-Nie będę z Panią dyskutował. Płaci Pani czy wychodzi?

-Płacę, ale uważam, że to nie w porządku.

-Opłata się należy. Jak Pani chce, to może na piechotę iść. To ostatni kurs.

-Nie chcę. Zapłaciłam przecież. Jakby nie można było do bagażnika go dać.

Dalsza część drogi upływała we względnym milczeniu. Plecak został zabrany z siedzenia i trzymany na kolanach, aby ustąpić miejsca pasażerowi. Nie miałam siły spierać się o parę złotych tym bardziej, że było relatywnie późno, a ja po całym dniu podróżowania różnymi środkami marzyłam jedynie o prysznicu i lekkiej kolacji. Stan techniczny pojazdu budził wątpliwości nawet u takiego laika jak ja. Moje obawy potwierdziły się. W pewnym momencie otrąbieni cudem lądujemy się na poboczu. Jest dawno po zmroku. Znajdujemy się na drodze lokalnej. Kierowca wysiadł. Obchodzi bus dookoła, a potem udaje, że panuje nad sytuacją wykrzykując od czasu do czasu nieparlamentarne wyrażenia. Dźwignia zmiany biegów stała się bezużyteczna. Ktoś z pasażerów podpowiada, aby wetknąć kija od szczotki i spróbować nim manewrować. Jesteśmy w połowie drogi. Jakoś dojedziemy do miasta, odzywa się chłopak z fryzurą samuraja z kataną przy boku. Jadę na turniej, jutro z rana mamy ćwiczenia. Nie może mnie zabraknąć, dorzuca, mam swoją funkcję na pokazie. Ja wracam z drugiej zmiany, a jutro obiecałam przyjechać wcześniej, aby zastąpić koleżankę, odzywa się sfrustrowana pasażerka, nie ma mnie kto przywieźć. Jak tak dalej będzie, to dzwonię na Policję.

Kwitniemy w ciemnościach na poboczu. Tereny przygraniczne. Są krzaki. Nie ma latarni. Część pasażerów rozładowuje nerwy pielęgnując swój nałóg. Nie panikować. Zachować spokój. Chętnie poznam osoby, które osiągnęły spokój po usłyszeniu słów „uspokój się”. W końcu zapada decyzja. Samuraj godzi się trzymać kij od szczotki i manewrować nim w miejscu, w którym znajduje się dźwignia zmiany biegów. Zatrzymywać się będziemy na awaryjnych i tylko tam, gdzie nie ma monitoringu. Tym razem nie zawiadamiamy Policji. Wsiadamy na własne ryzyko. Ruszamy. Jedziemy. Samuraj z wdziękiem operuje kijem od szczotki. Snuje opowieść o swoim plecaku, całkiem podobnym do tego, który wciąż trzymam na kolanach. Wspomina pobyt na Mazurach, gdy były całkiem dzikie. Teraz jest cywilizacja i nie ma tego uroku, co kiedyś, prawi.

Docieram do wsi w środku nocy. Na szczęście kierowca bombowca postanowił zrobić przystanek dość blisko chałupy, w której miałam zabukowany nocleg. Pukam delikatnie w okno nie chcąc obudzić gospodarzy. Wiem, że jest późno. Mieliśmy mały problem z dojazdem. Trzeba było zadzwonić. Mój by przywiózł. Ale ja nie wiedziałam, gdzie jesteśmy. To nic. Jutro też jest dzień. Odpływam przytulona do plecaka.

 

Notatki

Noc była dość pracowita. Odpowiedziałam na zaległe e-maile, posegregowałam pocztę oraz pozostałą lekturę na najbliższe tygodnie. Na czas afrykańskich upałów przeniosłam się z noclegiem do piwnicy. Obudziłam się, gdy wskazówki zegara powędrowały na krótko przed jedenastą. SMSy z informacją o zaległościach postawiły mnie na nogi. Zerwałam się i wbiegłam pod prysznic. Sprawdź pocztę. Przedstaw swoją propozycję. Napisz uzasadnienie. Zatwierdź. Prześlij. Dokładnie w tej kolejności. Ale najpierw śniadanie i kawa.

Zmniejszył się upał, więc można planować działania związane z pracą na zewnątrz. Obiegówka po miejscach, w których jest coś pilnego do załatwienia. Spotykam znajomą będącą jest w trakcie przeprowadzania się. Dziewczyna naprzemiennie klnie i płacze. Obrywa się nawet ekipie, którą zatrudniła do pomocy. Mięcho! Jesteście do niczego, mięcho! Co mnie podkusiło, żeby Wam to zlecić, mięcho! Wszystko powiem szefowi! Będziecie mieć po premii, mięcho! Uwaga! Ostrożnie! To stary kredens! Musi jeszcze trochę wytrzymać! Zapodziałam gdzieś fajki. Poczęstujesz mnie, zwraca się tonem błagalno-rozpaczliwym w stronę pracownika firmy. Nie mam, odpowiada zagadnięty. A tak w ogóle to zapytam szefa, czy kończyć tę robotę. Zdaje się mamy dziś jeszcze jedno mieszkanie. Szefie, to wszystko tutaj? Pani ma uwagi! Co Pan mówi?! Jakie uwagi?! Nie mam uwag! Tylko pytam o papierosa! Podchodzi rosły mężczyzna. Co jest, pyta. Nic, tylko gdzieś podziałam fajki. Chciałam prosić o jedną, chlipie. Proszę Pani, my już skończyliśmy. Na kogo wystawić fakturę? Miało być bez faktury, znajoma krzyczy tak głośno, że słychać ją w całej okolicy. Odchodzę nie chcąc w przyszłości być powołaną na ewentualnego świadka w sprawie o znieważenie.

W sklepie spożywczym klientka wybiera najtańszą kiełbasę, ale nie może się zdecydować. Ekspedientka pyta o cel przeznaczenia wyrobu. Staremu do roboty, więc tania i dużo ma być, zdecydowanym głosem odpowiada zapytana. Wybucham śmiechem. Obie kobiety spoglądają na mnie z nieukrywanym oburzeniem. Jeszcze fasola, pomidory i pasta z ciecierzycy, a potem można podchodzić do kasy. Zostawiam za sobą frustrację klientów taniego marketu. Odwiedzam sklep wielkopowierzchniowy. Może tym razem uda się kupić klimatyzator? Nic z tego, informuje pracownik obsługi, gdy się pojawią w hurtowni, to zaraz są rozdzielane. Nam przypadły cztery. Dzisiaj przyszły i od razu je wykupiono. Czy już pogratulowano pomyślunku osobie odpowiedzialnej za zamówienia, pytam z wyraźną ironią. Jest jak jest i tego nie zmienimy, słyszę z uśmiechem w głosie, na co odpowiadam tym samym.

Nie wierzę własnym oczom. Gniazda jaskółek są strącane. W środku z pewnością były pisklęta. Jeszcze dwa dni temu było słychać, jak popisują. Opiekuję się mieszkaniem koleżanki, gdy ona przebywa za granicą. Rośliny padły. Zrobię wszystko, aby przywrócić je do życia, składam uroczystą obietnicę i ruszam do pracy.

 

Podróżowanie w klasie biznes

Miał być kwadrans temu. Spoglądam na wyświetlacz. Jest informacja o opóźnieniu. Dookoła zmęczone twarze o wytężony wzroku, z którego można wyczytać determinację. Czy już dojeżdża? Może ten będzie nasz? A może… Nie, tym razem to nie ten. Wytatuowana dziewczyna z ok. dwuletnim dzieckiem na ręku, a drugim, jak się okazuje, sześcioletnim, usiłuje zapanować nad niełatwą dla niej sytuacją. Liczymy autobusy? Nie!!! To może coś namalujemy? Nieee!!! Chcę do autobusu. W powietrzu zapach miejskiego zaduchu, kurzu i… nie, niech mi ktoś powie, że się mylę. To zużyta pieluszka jednorazowa. Matko, przewiń dziecko. Autobus tak prędko nie podjedzie. To tanie linie. Jeszcze zdążysz. Sześciolatek rozrzuca pastelowe kredki dookoła. Część w moją stronę. Uśmiecham się mimowolnie. Maluch odwzajemnia uśmiech. Nie zaczepiaj pani. Chodź tu. Mama Ci coś pokaże. Chłopiec idzie do matki i łapczywie chwyta za telefon. Matka w tym czasie wyjmuje czystą pieluszkę, kładzie drugiego malucha na ławce i przewija go. Grunt, że karmić nie zaczęła. Zgromadzeni pasażerowie odwracają wzrok, podobnie jak ja nie chcą tego oglądać! Nie krzycz! Nie będę w to grać! Chcę do autobusu! O, tata idzie. Paweł, weź go! Daj mu jakieś ciastko czy coś. Potem mu dam. Nasz autobus właśnie zakręca. Masz bilety? To z mojego ściągną. Soczek kupiłem i jakieś drożdżówki.

Wesoła rodzinka zajmuje miejsca ze stolikiem. Podroż upływa pod znakiem słuchania piosenek oraz pisków w dziecięcym wykonaniu. Tym razem sprawdza się klimatyzacja, ale i ona składa broń przed bijącym po nozdrzach fetorem ludzkich wydzielin. Nie narzekam na przyjemny chłodek. W słuchawkach ulubiona stacja radiowa. Powstaje plan działań na najbliższe dni. Usiłuję sobie przypomnieć, gdy… słyszę przeraźliwy krzyk i spazmy. Psieplasiam, psieplasiam, że Cię obzigałem. Natężenie dźwięku zwiększa się. Psieplasiam. Odwracam głowę w stronę, z której dochodzi płacz. Widzę przeraźliwie umęczone dziecko przytulone do bezradnego ojca, udekorowanego kleksem zawierającym kwas żołądkowy, matkę zajętą smartfonem, dwulatka grzebiącego w śmieciach rozrzuconych na stoliku, pod nim i dokoła niego. Ojciec trzyma w ręku foliówkę z wymiocinami, które są również na siedzeniu i głaszcze spoconego syna i spogląda wokół siebie. Prędko odwracam głowę. Niedługo będzie postój, to Pan podejdzie do apteki i kupi coś temu dziecku. Ale dzisiaj może być nieczynne. Święto jest. I te worki Pan wyniesie. O nowe popyta. Może ludzie dadzą.

Po przerwie miejsce rodzinki plus okazuje się być pustym. Pasażerowie, którzy wsiedli na postoju, zajmują strefę miejsc siedzących w przejściu, przy schodach. Wyobrażam sobie zapach olejku kąpielowego oraz jaśminowej herbaty. Pragnę znaleźć się pod prysznicem. Zapomnieć o podróżowaniu ostatnią klasą. Zatopić się w wartościowej lekturze i cieszyć wolnością.

Miasteczko, w którym nic się nie dzieje

Tłum narasta z minuty na minutę. Dziś koncertuje ikona popkultury dla niewymagającej publiczności. Impreza nie jest biletowana. Podobnie jak wszystkie plenerowe, które mają na celu przypodobanie się potencjalnym wyborcom. Na parkingach, chodnikach i skwerach zatrzymują się auta z rejestracjami z różnych stron Polski. Jeszcze chwilę temu było czym oddychać. Obecnie czuję się przyduszana ciałami spoconych osób przepychających się niczym w matni. Kieruję się w stronę wyjścia. Zablokowane. Schodzę więc w dół, by obejść muszlę koncertową i nadkładając drogi wrócić do siebie. I tu zastaję korek z ludzi. Gdzie są służby porządkowe? Na służbie. Nie mam innego wyjścia niż przymusowy postój pod drzewami. Tam przynajmniej jest powietrze i cień. Dopadam wolne miejsce pod rozłożystym klonem i zaczynam rozumieć, dlaczego pozostało tam nieco przestrzeni. Odór mężczyzn spożywających napoje z procentem działa odstraszająco nie tylko na komary. Na tym etapie jest mi wszystko jedno, czy zostanę zgnieciona przez tłum, czy uduszona oparami i moczem.

-Pani teraz nie przejdzie. Poczeka Pani, aż trochę ludzi pójdzie do przodu. Tutaj przynajmniej cień Pani ma. I miejsce do siedzenia. Niech Pani tak nie patrzy na mnie.

-Próbuję Pana słuchać, póki jeszcze słyszę, choć zaraz to się pewnie zmieni.

-Pani przyjezdna.

-Tak, zwiedzałam miasteczko i impreza mnie zastała. O której to się kończy?

-Aż zagrają, ale ludzie pewnie będą chcieli bis.

-O, matko i córko.

-W tym miasteczku, pani szanowna, nic się nie dzieje. Jestem tu codziennie z kolegami to wiem. Dopiero jak z unii pieniądze przyszły, to jakieś płyty na Rynku wymieniają albo co. Imprezy robią. Władza kiełbasę rozdaje.

-A mnie się tutaj podoba.

-Przyjechać i wypić kawę, lody zjeść to każdemu się podoba.

-Jak długo Pan tu mieszka?

-Prawie od urodzenia. Miałem rok, jak mnie rodzice przywieźli. Chodziłem tu do szkoły, potem do Liceum Plastycznego.

-Do Liceum Plastycznego? Tego, które mieści się w byłym dworku?

-Tak, do tego. Tam teraz wystawa jest. Rocznicowa. Widziała Pani?

-Jeszcze nie. Pan jest Autorem wystawy?

-Nie, ja nie robię wystaw ani nie maluję już, chociaż jak na Panią patrzę, to chyba powinienem znowu zacząć.

-Myśli Pan, że teraz się przecisnę do wyjścia?

-Może Pani próbować. Nie chce Pani zostać na koncercie?

-Nie, mam inne plany.

-To też nie moja muzyka. Przyszedłem tu z kolegami pogapić się na tępy tłum i pośmiać z nich. Wszyscy tacy sami. Żyć się odechciewa, gdy tak się pomyśli, ale ja się napiję i jakoś leci. I tak mam ich w dupie. Zaraz pewnie nie będziemy się słyszeli. Tylko niech Pani nie myśli, że jakimś dziadem, łajdakiem jestem. Do matury podszedłem, a nawet ją zdałem. Na studia mi się nie chciało iść, chociaż nauczyciele namawiali. Zakochałem się w takiej jednej. Wybrała innego. Poleciała na jego obietnice i piękne oczy.

-Zdarza się. Nie ma czego żałować. Pan też ma piękne oczy.

-Jest. Jest. Co Pani się tu najbardziej podoba?

-Stare cmentarze. Więcej w nich życia niż np. tutaj.

-Kapliczka w części ewangelickiej będzie remontowana. Przyjedzie Pani następnym razem i sobie obejrzy, choć dla mnie taka jak teraz jest najładniejsza. Tablica pamiątkowa też ma być.

 

Bazar

Pchle targi, dzikie stragany, kina studyjne, lokalne rzemiosło, ludzie stąd i stamtąd, ich historie, dramaty, byty i niebyty. To wszystko składa się na atmosferę miejsca. Dlatego unikam galerii, multipleksów, sieciówek i fastfoodowych punktów gastronomicznych. Rzadko nocuję w hotelach, a komercyjne biura podróży omijam szerokim łukiem. Gdy jadę gdzieś po raz pierwszy, koniecznie rezerwuję czas na wędrówkę po bazarach. Towary kupuję głównie od lokalnych dostawców. Często pytam o kanał dystrybucji i źródło pochodzenia. Proste recepty i sposób sprzedaży. Gawęda. Szczery uśmiech. Spracowane dłonie. Zauważam detale. Patrzę w oczy sprzedawczyni (i nierzadko producentowi w jednej osobie). Wymieniamy grzeczności. Wiem, że spędzę z nią trochę czasu.

-I tak jeździ Pani po Polsce?! Rozmawia z ludźmi, słucha, a potem? Co potem?

-Czasami opisuję te sytuacje, a czasami nie, ale pamiętam wszystkie. Często z detalami, nawet w co kto był ubrany. Może niezbyt dokładnie, ale jakiś szczegół z ubioru zapamiętam, np. fartuch albo kapelusz. Dużo czasu nie ma na pogawędki. Nie chcę Pani wystraszyć klientów.

-Może Pani się dosiąść. Tutaj z boku. Mam tylko to plastikowe wiadro. Niewygodnie będzie.

-Nie szkodzi. Mam chustkę. Rozłożę. Pomóc w czymś Pani? Mogę podawać, układać…

-Nie trzeba. Jakoś daję radę. Wstaję o 5.00 rano. Doję krówki. Mój chłop obrządza. Zbiera jajka. To te. Pakujemy wózek. Potem siadam na rower. Jadę tutaj. Z mlekiem, jajami, serem. Czasami mam ogórki. Chce Pani wody z ogórków? Dobra na upały i zdrowa. Pani da butelkę albo słoik. Proszę. Jak Pani będzie długo się tu kręcić, to pić się zechce.

-Wracam wieczorem.

-W południe jestem z powrotem na wsi.

-Zapytałabym, ile Pani ma lat, ale nie wypada kobiet pytać o wiek.

-A, tam nie wypada. A kraść albo łajdaczyć się wypada, albo po buziach okładać? Mam osiemdziesiąt i dwa roki.

-Podziwiam, że Pani się chce.

-Jeżdżę tak od wielu lat. Latem wożę truskawki, jagódki, grzybki. Jesienią nawet kaczuszkę albo kurkę przywiozę, ale trzeba wcześniej powiedzieć, żeby mięsko się nie zmarnowało. Ja nie dla pieniędzy tu jeżdżę, ale dla ludzi. Popatrzeć, jak żyją, co gadają. Trzy razy w tygodniu. W sobotę jest największy ruch. I co, dobra woda?

-Pewnie, że tak. Cały towar Pani schodzi?

-Prawie zawsze schodzi, a co nie schodzi, to rozdam. Jak Pani obejdzie już wszystko, to niech Pani przyjdzie do mnie. Może coś zostanie, to Pani dam. Nie można marnować tego, co się zebrało. Dorobić to się dorobiłam. Człowiek musi mieć zajęcie, bo inaczej głupieje. Ja jestem roboty nauczona. Od małego. Było nas w domu ośmioro. Byłam druga po bracie. Wesoło było. Biednie, ale wesoło. Biegaliśmy po łąkach, po lesie. Żyliśmy z pola i z tego, co się zebrało w lesie. Ale dobre jedzonko było. Dzieciaki zdrowe, krzepkie. Chłopaki jak dęby. Grały na grzebyku albo piszczałki robiły. Nie to, co teraz. Drewna nie narąbie. Zwierząt nie obrządzi. Dachu nie położy. Pieca nie wyczyści. Co to za chłop.

 

City break

-Wdepniemy na chwilę do galerii?

-Jasne. Możemy.

-Mam kartę stałego klienta. Zbieram punkty w programie lojalnościowym. Jeszcze Trochę mi brakuje. Chciałabym też kupić coś do mieszkania. Pomożesz mi wybrać.

-Ok, możemy zdobywać punkty i poszukiwać skarbów do Twojego gniazdka.

-Ale uprzedzam, że hala jest spora i trochę pochodzimy. Mam nadzieję, że Cię to nie zmęczy.

-Jestem odporna. Bez obaw.

Obiegłyśmy chyba wszystkie sklepy z artykułami wnętrzarskimi. Małe AGD plus sieciówkowe dodatki do mieszkań. Objuczone niczym biblijna oślica postanowiłyśmy zakończyć maraton po targowisku próżności w przytulnej kawiarni. Zamówiłyśmy kawę z przekąskami, a potem sprawdzałyśmy, co mamy w torebkach. Z głośników… Niemożliwe. Cave. Wracają wspomnienia. A pamiętasz, jak biegłyśmy na pociąg, Ty wściekła i rzucająca piorunami… Przesiadka w środku nocy… A on śpiewał… Ledwo zdążyłyśmy… Konduktor patrzył na nas dziwnie. Skład był przepełniony… Ktoś śpiewał tę właśnie piosenkę… Tamto nie przetrwało. Nie miało szans według Ciebie. Nie przypominam sobie, w którym momencie umarło, ale pamiętam doskonale, kiedy się zaczęło. Zaczepił nas w przerwie koncertu, bardziej Ciebie. Otuliłaś go chłodnym spojrzeniem. Byłaś ubrana na czarno jak mistrz. Ale Ty chyba nie chcesz o tym słuchać.

-Zaprowadzisz mnie na Starówkę?

-Może poproszę obsługę, by zmieniła wykonawcę. Tak, pewnie. Pokażę Ci wszystko. Pójdziemy z tymi workami.

-Nie przeszkadza mi wykonawca ani piosenki. Idziemy?

-Zaczekaj. Niech złapię oddech. Albo chodźmy.

Żyję, więc doświadczam. Widoków, zapachów, klimatu, dźwięków. Zaniedbane podwórka. Tylko pozornie. Nieład w tej sytuacji ma swój nieodparty urok. Dostrzegam świetność domów w poprzednich stuleciach. Drewniane balkony. Stare drzewa. Cudnie szumią. Szkoda, że nie mogą opowiedzieć historii lokatorów. Szyldy drobnych rzemieślników. Uwielbiam. Mimo że rzemiosło powoli gaśnie, jego ślady pozostają. Wyraźnie czuję zapach piwnicznej stęchlizny. Zaglądam do środka. Jest niesamowicie. Za murem spotykam lokalsów. Pewnie nie słyszeli o idei slow life, ale doskonale wiedzą, na czym ona polega. Grają w karty. Rozmawiają. Śmieją się. Jakby czas nie istniał. Sami dla siebie są ochroniarzami. Niepotrzebne im alarmy, elektronicznie sterowane bramy, monitoring, agencja ochrony, wysokie płoty. Zagaduję. Opowiadają dużo i chętnie. O historii budynku, miejsca. O sposobach na życie. O tym, komu się udało. O tym, co wyszło, ale nie tak, jak tego oczekiwano. Pytają o mój powód odwiedzin. Dziwią się, że wykorzystuję wolny dzień na pielgrzymowanie po ich świątyniach zamiast na zwiedzanie światowych metropolii. Tłumaczę im, że niektóre miasta już zaliczyłam, a teraz chciałabym robić coś, czego jeszcze nie doświadczyłam. Mogłabym tak wędrować nieustannie. Wreszcie docieram do znanego zaułka. Niemożliwe. Nadal kwitną tam hortensje. Zdziczały. Podobnie jak ja. Za dużo znaków i wspomnień. Niezupełnie. Za każdym razem odkrywam coś nowego nawet w dobrze znanych miejscach. Lokatorów wyraźnie ubyło. Mury budynków nadal się kruszą, ale jest ostrzeżenie i są ślady wandalizmu. Z okien wyłaniają się strzępy firanek. Po drugiej stronie słychać dźwięk skrzypiec. Ktoś ćwiczy lekcje. Życzę mu powodzenia i idę dalej modląc się w milczeniu, by potencjalni inwestorzy omijali to miasto szerokim łukiem. Nie można zabić ducha czasu. Ani miejsca. Ani zgasić go w ludziach.

 

Chwile z życia ulicy

Na pytanie, jak wytrzymywać w upalny dzień w mieście, odpowiedzią może być poddanie się refleksji: gdzie jest zapisane, że trzeba wytrzymywać. Bez względu na to, czy upały przyjdą, a temperatura wzrośnie, czy stanie się zupełnie inaczej, dni i tak przeminą, a życie będzie toczyć się swoim rytmem niczym kamień powodujący lawinę zdarzeń.

Gdy wreszcie opuściłam własną strefę komfortu z zamiarem uzupełnienia zasobów spożywczych, zderzyłam się z kilkoma głazami. Ujrzałam kobietę w wieku nieokreślonym, w biodrówkach o dwa numery za ciasnych, wysiadającą z auta terenowego z folią aluminiową we włosach. Właścicielka oryginalnej fryzury podniesionym tonem zwracała uwagę telefonicznemu rozmówcy, by odebrał faktury, a jeśli „tym razem nie będą mieli, to wal w ryj albo naślij psy. Co nie?! bez kasy mamy zostać?! A tamtych <pada nazwisko, którego ze względu na przepisy RODO nie upublicznię> przypiłuj, żeby się pośpieszyli z tą ścianą. Ja teraz idę do fryzjera, stoję, k…, na chodniku, bo nie było gdzie zaparkować> Przypadkowi przechodnie zaczęli się odsuwać w trosce o własne bezpieczeństwo. Nagle folia aluminiowa spada na płytę chodnika. Choleryczna niewiasta przydeptuje ją niebotycznej długości obcasem klapka. Później słychać tylko jej krzyk i wzywanie do pomocy fryzjerek, które przywiedzione wrzaskiem wybiegły na zewnątrz i zaczęły majstrować przy głowie zrozpaczonej klientki. Zdumiewające, jak upał może wpłynąć na kreatywność.

Weszłam do sklepu wielkopowierzchniowego głównie z zamiarem ochłodzenia emocji. Spacerując pomiędzy półkami i lodówkami nabrałam ochoty na mleczny deser z owocami. Wybór nie był prosty. Wokół mnie grupa złotej młodzieży usiłowała zrobić zakupy, choć dużo lepiej od tej czynności wychodziło jej robienie zamętu. Przy kasie harcerze włączeni w zbiórkę środków pieniężnych na obóz pomagali pakować zakupy. Jakie to budujące, pomyślałam, młodzi ludzie wyrażający chęć niesienia pomocy przy drobnostkach, by w uczciwy sposób zapracować na wielkie sprawy. Przy kasie mężczyzna wzrostu przynajmniej 1.90 m, wagi ok. 130 kg z kością. Unosi się od niego zapach ubrań poddanych suszeniu w zawilgoconej łazience. Tembr głosu i aparycja, delikatnie mówiąc, wątpliwego herbu hrabia ze spalonego dworku. Dzieci grzecznie pytają, czy zapakować zakupy. „Za robotę byście się wzięli albo do szkoły poszli, a nie żebraninę <cenzura> organizować!” Mali ochotnicy wyjaśniają, że to akcja zorganizowana i na co zostaną przekazane środki. W reakcji słyszą, a wraz z nimi pozostali klienci „Do normalnej pracy idźcie, bando jedna”. Dzieci nie poddają się, choć mówią coraz cieńszymi głosikami „Ale to taka praca”. Na co jegomość przeniknięty fetorem wilgoci w furii wykrzykuje „Ty mnie tu nie poprawiaj, ani nie pouczaj, dziecko. Swoje widziałem…” Dalsza część wywodu nie nadaje się do opisywania. Owoce zdarzenia to: milczenie harcerzy oraz ustawianie się coraz liczniejszej klienteli, która prosiła o pomoc w pakowaniu zakupów. Z dalszej odległości zobaczyłam tylko, jak w stałym tempie napełniają się puszki. W konsekwencji minęła mi ochota na lody z owocami. Aby nie opuścić sklepu z kompleksem pustego koszka chwyciłam kubeczek śmietany, który pozwoliłam zapakować dzieciom. W chwili, gdy wspierałam ich inicjatywę, puszka była prawie pełna.

Szłam w stronę parku, gdy przypomniałam sobie, że przecież jeszcze nie jadłam lodów. Przysiądę zatem w kawiarni, pomyślałam, przy okazji się ochłodzę i nieco odpocznę. Przed lokalem serwującym lodowe smakołyki rozgrywa się scena. Oto bohaterowie: dwaj niechlujnie ubrani mężczyźni, którym w życiu nie wyszło, oraz ich nędznie odziana, dzwoniąca protezą na NFZ rodzicielka, wnioskuję m.in. na podstawie tego, co do nich krzyczała. „Długi rosną, nie mam z czego żyć. Komornik zabrał już kuchenkę, stół i krzesła! Jest jeszcze <określona matematycznie kwota> do spłacenia!”. Synkowie z wyrazami twarzy bohaterów kultowego filmu „Lot nad kukułczym gniazdem”, przeniknięci fetorem nie do końca strawionego glutenu czy też sfermentowanych owoców wrzeszczą „Nie krzycz, dobra, nie krzycz, ludzie patrzą, słuchają, co to za wariat się drze! Jeszcze pomyślą, że wariatkę prowadzimy! Nie drzyj się! Jaki komornik?! Jak opieka?!”. Teraz następuje gwałtowna gestykulacja. Matka w butach z bazaru, z włosami przepalonymi od niefachowo zakładanych wałków zalewa się łzami. Usiłuje tulić syna do siebie. Zostaje mało dyskretnie odepchnięta. Drugi syn stoi obok. Energicznie wymachuje rękami. Grzecznie stosuję formułę i wchodzę do lokalu. Chyba nie zjem dziś deseru. Przynajmniej nie tutaj.

 

Notatki

Proponowano mi różne rzeczy. Między innymi tani alkohol, niezobowiązujący układ partnerski, kopulację, podróże do miejsc, których dobrowolnie bym nie odwiedziła, nieprzydatne ubrania, w których wyglądałabym jak kaszalot, botoks po 20. r.ż Nakłaniano mnie do tracenia czasu na bezowocne spotkania i rozmowy. Nikt nie zapytał, czy np. potrzebuję pomocy przy podłączaniu kabli w taki sposób, by zsynchronizować urządzenia audio. Albo gdzie miałabym ochotę pójść, by niczym normalny, szczęśliwy człowiek miło spędzić wieczór?
Pamiętam, że podczas wyjazdu do Pragi oddałam swoją szminkę młodej dziewczynie, której zabroniono stosowania tego kosmetyku. Patrzyłam na jej nieporadne próby posługiwania się pędzelkiem i myślałam: dalej, mała, nieźle Ci idzie.