One. Alicja

-Zimno się zrobiło. Możesz zamknąć? Dzięki. Poszukam koców. Chcesz też?

-Tak, jeśli masz zapasowy.

-Powinno coś się znaleźć. Trzymaj.

-Po kolejnej nieprzespanej nocy od rana jest mi zimno. Obejrzymy coś?

-Możemy. Co proponujesz?

-Mocniejsze czy na wesoło? Wybieraj.

-Na wesoło. Ty zajmij się odpalaniem sprzętu, a ja postaram się o nastrój.

Alicja włącza laptop, gdy krzątam się po kuchni w poszukiwaniu świec albo czegoś, co chwilowo zmienia klimat. Znajduję tealighty o zapachu przypominającym pomarańczę, albo ogólniej cytrusy. Zaświecam kilka i ustawiam na odwróconej skrzynce.

-Wiesz, że to podobno niezdrowe? Ale cóż, czego się nie robi dla przyjemności kumpeli.

-Jeśli chcesz, mogę zdmuchnąć.

-Nie, zostaw. Wstawisz wodę na herbatę? Nie mogę się rozgrzać.

-Dobrze. Masz sproszkowany imbir albo kardamon? Powinny pomóc takiemu zmarzluchowi jak Ty.

-Imbir znajdziesz tam, gdzie zawsze. A co do herbaty poproszę zieloną. Tymczasem poszukam czegoś na smutne wieczory dla samotnych kobiet.

-Nie jesteśmy samotne, przecież spędzamy ten czas wspólnie – odpowiadam i znikam w kuchni. Gdy wracam, widzę Alicję, jak leży skulona w kłębek pod kocem. Na zewnątrz wystaje jedynie chustka, a spod niej kosmyki włosów, które ostatnimi czasy układają się w rzadkie placki. Na skutek przeżytego silnego stresu oraz utraty stałej pracy w zeszłym roku wypadła jej większość włosów. Od tamtej pory Alka nosi na głowie kolorowe chustki, co w jej wykonaniu i tak jest cudem. Proponowałam kurację wspomagającą odrost włosów. Tłumaczyła, że chciałaby to wszystko przemyśleć i poukładać. Chcieliśmy nawet zorganizować dla niej zrzutkę, ale kategorycznie odmówiła. Od tamtej pory zamknęła się w sobie. Popadła w przygnębienie. Zerwała kontakty. Usunęła konta na portalach społecznościowych. Nie przyjmować jałmużny. Nie być obiektem litości. Została ze swoim bólem podporządkowując mu resztę życia. Taki miała pomysł na siebie. Początkowo nie chciała nawet wychodzić z domu. Wróciła do malowania i szkicowania. Mama przynosiła jej potrzebne materiały z zaprzyjaźnionego sklepu dla plastyków. Z czasem Alicja zaczęła sprzedawać swoje prace. Okazało się, że jest zainteresowanie.

-Czytam Twoje teksty od jakiegoś czasu. Niektóre są trudne w odbiorze. Powinnaś zamieszczać do nich komentarze albo bardziej rozbudować opisy. To by ułatwiało zrozumienie.

-Właśnie dlatego nie zamieszczam komentarzy ani szczegółowych opisów, aby czytelnicy odnaleźli w nich cząstkę siebie.

-Możesz opisać moją historię. Możesz w niej użyć prawdziwego imienia. Pozwalam.

-Dzięki.

-Oraz opisać okoliczności, w jakich się poznałyśmy i dlaczego w ostatniej chwili mnie wystawiłaś i nie pojechałaś na imprezę plenerową. Właśnie, dlaczego Cię tam nie było?

-Dlatego, że też mam przeszłość.

-Znowu tajemnica?!

-Nie chciałabym pojawiać się w określonych miejscówkach ani środowisku.

-Przed kim się ukrywasz?

-Nie ukrywam. Dbam o własny komfort psychiczny.

Wyprzedaż garażowa

-Filiżanki są jeszcze w tamtym koszyku. W różyczki, jeśli takie Panią interesują. I jeszcze w romby. Pozbywamy się tych wszystkich rzeczy.

-Zauważyłam napis „wyprzedaż garażowa” i postanowiłam zajrzeć. Przechodziłam tędy.

-Dobrze Pani zrobiła. Może znajdzie Pani coś przydatnego. Popatrzy, zastanowi się.

-Młynek do kawy działa?

-Działa. Mamy drugi. Jeszcze nieużywany. Niedawno w prezencie na rocznicę ślubu dostaliśmy ekspres do kawy, który mieli. Mężowi i tak nie smakuje z ekspresu. Pije plujkę, siekierę taką, choć mu nie wolno. A kawę kupuje mieloną, tak więc stoją dwa młynki. Nazbierało się tego przez tyle lat.

-Państwo się przeprowadzają?

-A skąd! Nie mamy się gdzie ruszyć. Garaż cały pełny. Same kartony, pudła, kosze. W przedpokoju, na poddaszu też. Nie wiem nawet, co w nich jest. Przegląda Pani sukienki? Na Panią raczej tu niczego nie będzie.

-Dom jest niesamowity. Stary z poddaszem. Zabytek?

-Tak, niczego nie można tu zmieniać. Na wszystko potrzebna zgoda konserwatora zabytków. Te okna wprawialiśmy w zeszłym roku. Poprzednie już się rozsypywały. Syn zajmuje piętro. U niego okna są niewymienione. Twierdzi, że tak lubi i taka uroda okien, że nie będzie zmieniać. Firanek też nie chce zakładać.

-Uważam, że firanki są i tak niepotrzebne na wysokim pierwszym piętrze. Kto go tam będzie podglądać? Chyba te stare drzewa z ogrodu, na które wychodzi widok z okna. A swoją drogą piękny ogród. Dziki. Idealnie pasuje do domu.

-Dziękuję. Nie mam ręki do ogrodu, dlatego taki zaniedbany.

-Nie to miałam na myśli. Chciałam powiedzieć, że te sosny i grab oplecione bluszczem są takie niezwykłe, a paprotki i poziomki przypominają mi las. Ma Pani odrobinę własnego lasu przed domem.

-Podobno kiedyś był tutaj las. Mój dziadek karczował go wraz z innymi mieszkańcami wioski pod budowę gospodarstw. Ale kilka drzew zostawił, specjalnie dla babci, która nie pozwoliła ich ścinać. Dziadka przygniotło spadające w dół drzewo. Babcia została sama z moją mamą, która miała wtedy niecałe dwa latka,  i wujkiem w brzuchu.

-Piękna historia. Bardzo romantyczna.

-Babcia nie wyszła powtórnie za mąż. Mieszkamy tutaj od pokoleń. Nie chcemy opuszczać tego miejsca. Jesteśmy za bardzo do niego przywiązani. Mamy jeszcze córkę. skończyła studia, zootechnikę i wyjechała za pracą na Śląsk, ale tęskni bardzo. Wiosną i latem jest tutaj niemalże w każdy weekend. Zimą rzadziej. Ciężko się dostać, a ona dopiero robi prawo jazdy. Ale zapowiada, że gdy tylko trochę się odkuje, to wróci. Ta wyprzedaż jest też po to, aby pomóc jej spełnić marzenia o powrocie. Chcemy kupić jej auto, dlatego odkładamy każdy grosz. Znowu będziemy wszyscy razem jak kiedyś.

One. S.

Razem zaczynałyśmy jako sprzedawcy powierzchni reklamowych. Obie przyszłyśmy do firmy w tym samym czasie. Obie stawiałyśmy pierwsze kroki w branży. Obie byłyśmy chude i przerażone ogromem pracy, która nas czeka. Obie wychodziłyśmy ostatnie z biura. Obie prawie tam nocowałyśmy. Obie w krótkim czasie osiągnęłyśmy bardzo dobre wyniki. Obie wychodziłyśmy na papierosa, choć tylko Ty z nas paliłaś. Ja przychodziłam socjalnie, jak zwykłaś mawiać. Snułyśmy plany, co będziemy robić po opuszczeniu tego obskurnego miejsca, gdy się trochę odkujemy. Chciałaś wyjechać w góry i hodować owce. Produkować bryndzę albo inne ekospecjały. Ja zamierzałam uciec na drugi koniec Polski i tam zacząć od nowa. Chciałam pracować zdalnie i sprzedawać coś ładnego.

Potem kogoś poznałaś i postanowiłaś nas opuścić. Przeprowadziłaś się do niego. Odeszłam wkrótce po Tobie, gdy atmosfera zaczęła się psuć. Tamtego roku jesienią stanowisko lidera objął G. Zaczął wymagać coraz więcej. Chciał świeżej krwi. Zatrudnił szczurków. Jeździli razem na weekendy. Z czasem wypadłam z obiegu, mimo że moje notowania jako sprzedawcy nie spadły. Z czasem się z tym pogodziłam. Z czasem Ty zaczepiłaś się u konkurencji i zaczęłaś od początku. Z czasem wspinałaś się po szczeblach kariery i osiągnęłaś wysokie stanowisko. Z czasem Cię doceniono, a realizacja Twoich pomysłów doczekała się konkursowych zwycięstw. Z czasem nasze kontakty się poluzowały. Do tamtej majówki.

Byłam coraz bardziej zniecierpliwiona tym, że nie udało mi się zarezerwować noclegu. Szukałam wytrwale pokoju dla jednej osoby. Wtedy wyjazdy w pojedynkę, zwłaszcza kobiet do głuszy, nie były tak popularne jak obecnie. Postanowiłam sprawdzić jeszcze jeden numer. W słuchawce usłyszałam Twój głos. Rozpoznałam Cię od razu. Jasne, że mnie pamiętałaś. Po tylu latach. Miałaś jedynkę, a właściwie dwójkę, ale przygarnęłaś mnie po kosztach. Miałam pomóc w ogarnięciu gospodarstwa. Na miejscu nie zastałam owiec. Zamiast nich było kilka kóz. Dawały mleko, a Ty przerabiałaś je na sery. Twierdziłaś, że cienko przędziesz, dlatego wynajmujesz dwa pokoje turystom. Latem jest łatwiej, bo zbierasz grzyby i jagody. Nauczyłaś się robić przetwory. Twój syn wyleczył się z alergii bez środków farmakologicznych. Wybrałaś to życie dla niego, aby miał szczęśliwe dzieciństwo. Nie zmieniłaś nazwiska po rozwodzie, aby nie tłumaczyć młodemu zawiłości, których i tak w tym wieku by nie pojął. Nie przewidziałaś, że przy roztopach i późną jesienią drogi będą nieprzejezdne, a szkoła daleko. Autobus nie chciał podjeżdżać. Młody musiał iść codziennie do głównej drogi, skąd był odwożony do szkoły. Nie miał kolegów. Za towarzystwo służyły mu głównie kozy. Ty nie miałaś dla niego zbyt wiele czasu zajęta ich dojeniem i warzeniem serów. Dorabiałaś pisaniem na zlecenie. Przestałaś robić makijaż, farbować włosy, dbać o dietę i sylwetkę, nosić szpilki. Mówiłaś, że tak jest dobrze. Zostawiłam Ci wszystkie kosmetyki, które przywiozłam, łącznie z perfumami. Z początku nie chciałaś ich przyjąć. Widziałam, jak szkliły Ci się oczy, kiedy ich dotykałaś. Prosiłaś, abym Ci opowiedziała o sobie, o wielkim świecie, który za szybko pędzi.

 

Zjazd absolwentów. Przygotowania

Wychodzę z piekarni trzymając w ręku ciepłą bułeczkę. Odrywam kęs rozkoszując się jej wybornym smakiem. Naraz słyszę, jak ktoś wykrzykuje moje imię. Głos znajomy, ale co ona… co Ty tu robisz?

-Widziałam Cię, jak wchodziłaś, ale zaczekałam na Ciebie tutaj. Mamy spotkanie, wiesz. Cała klasa. W tej nowej knajpie 10 min. od dworca, aby każdy miał blisko. Będziesz? Ktoś już pisał do Ciebie w tej sprawie?

-Tak, ale nie bezpośrednio. Znajoma mi przekazała, tzn. rozpytywała o mnie ludzi i prosiła, aby mi powiedzieć, że spotkanko jest w planach. Od nich wiem. Z drugiej ręki.

-No właśnie. Mnie nie będzie, ale Ty będziesz?

-Nie mam żadnych pomysłów na ten wieczór, więc pewnie tak.

-Przyjdzie Paweł z żoną i córeczką. Taką małą, słodką ma, ale już chodzi, a moja jeszcze nie, a są w tym samym wieku prawie. Tylko dwa miesiące różnicy. Na fejsa wrzucił fotkę. Renia i Dorota. Podobno sporo osób ma być. Ty, a w co się ubierasz?

-Planuję założyć koszulę flanelową i dżinsy. Tak będzie najwygodniej.

-E, no, odlaszcz się. Zobaczysz, jakie wrażenie zrobisz. Nikt Cię nie pozna.

-Jeszcze zobaczę.

-Dobra, lecę.

Wracam do domu. Zachęcona słowami koleżanki otwieram szafę. Może faktycznie powinnam poszukać stylu na ten jeden, jedyny wieczór? Zawartość szafy pozwala ocenić możliwości finansowe właścicielki oraz określić jej dość mocno swobodny sposób wyrażania poprzez strój stosunku do otoczenia. Pożyczę super kieckę. Tylko od kogo? Dziewczyny już dawno niczego mi nie udostępniły twierdząc, że w nic się nie mieszczą. A co ma do tego ich rozmiar? Poza tym nie pamiętam, chyba ją wydałam albo pożyczyłam i nie mam już. Tyle słyszę. Nie to nie. Też mam sukienkę i się nie chwalę. Z dzianiny, ale na ciepły, letni wieczór raczej się nie nada. Do tego buty na obcasach. Te akurat leżą prawie nienoszone na dnie szafy. Przymierzę je. Może już się rozpadły na skutek upływu czasu? Nic z tego. Wyglądają całkiem znośnie. Miałam je na sobie kilka razy z okazji zmiany stanu koleżanek, określającego stosunek do własnego samca i jego nazwiska oraz na służbowej imprezie, niefortunnie nie przewidując spaceru w nich po murawie. A jeśli spóźnię się na tramwaj i będzie trzeba biec, bo nie opłaci się czekać na kolejny? A co, jeśli zechcemy przejść się po Rynku nocą i pośpiewać. Nie. Nie włożę ich. Tylko solidne klapy lub wygodne sandały, ewentualnie trampki. Trampki i to te, które mam na sobie. kto mnie tam będzie podziwiać, a na pewno patrzeć na moje obuwie. Tylko na weselu trza być w butach, jak wieść niesie.

Przestaję myśleć, zaczynam działać. Aby dobrze wyglądać na spotkaniu absolwentów, trzeba zaprezentować się od jak najlepszej strony. Słychać sygnał przychodzącej wiadomości. Numeru nie mam w książce. Treść dotyczy zlotu absolwentów, na który chcąc nie chcąc wybieram się. Trzeba odreagować trudy codzienności. Wiadomość przychodzi od koleżanki podpisanej dwoma nazwiskami. Co, młoda, chciałaś podkreślić, że ktoś Cię chciał? Odpisuję: tak, będę. Przyjadę sama. Klamka zapadła. Albo klapka. Od sedesu. Po chwili kolejna wiadomość „w co się ubierasz”? Nie będę tłumaczyć, że właściwie kreację mam na sobie. Wskoczę zaraz w szlafrok i nastawię pranie.

 

Oni. Szczęśliwy człowiek

-Dzień dobry. Pani pewnie przyjezdna.

Mężczyzna skromnie ubrany uchylił kaszkiet i uśmiechnął się w moją stronę.

-Dzień dobry. O tej porze nie spodziewałam się nikogo tutaj spotkać. Było dość duszno i tak cicho, że wybrałam się na przechadzkę, a przy okazji kupię chlebek i bułki z jagodami. Piekarnię zaraz otworzą. Przyjechałam na urlop. To Pana konie? Widziałam podobne na polanie pod lasem, przy rogatkach. Tam, gdzie pasą się krowy, a na zboczu owce. Dlatego im się przyglądam.

-Tak, to te. Staruszki już, ale jeszcze trochę pociągną. Mieszkam w sąsiedniej wsi. Przyjeżdżam tutaj oddawać mleko. Krowy też moje. Pani zwykle wstaje tak wcześnie?

-Zazwyczaj tak.

-A ja wstaję codziennie o 5.00 bez względu na porę roku i pogodę. Idę do stajni. Obrządzam. Koniom daję pić. Myślę sobie, ile ludzie tracą, gdy nie budzą się przed świtem. Nie czują zapachu rosy, nie widzą, jak dzień się budzi, jak słońce wstaje. Kto śpi do południa, ten ma krótszy dzień. Taki człowiek jest cały czas zmęczony, gdy snuje się bez celu po domu. Trzeba mieć zajęcie, sens jakiś. Wyjść na pole, ptaków posłuchać. Nawet zimą. Świat jest poukładany, tylko trzeba to zobaczyć, a najlepiej z samego rana. Człowiek, który rano wstaje, wie, po co żyje. Wie, że w oborze czekają na niego zwierzaki. Wie, że trzeba koło nich zrobić. Potem do ludzi wyjść. Sprzedać to, co obrodziło i porozmawiać. Dobre słowo zostawić. Ludzie nie chcą rozmawiać. Zamykają się w swoich domach, bramy na elektronikę zamykają, jakby było ich z czego okraść. U mnie jest brama otwarta. Cały czas. I zawsze ktoś w domu jest. Albo żonka, albo synowa z wnukiem. Tyle razy mówiły, żeby zamykać, a ja jej mówię, z czego nas kto okradnie. Swoi tego nie zrobią, bo na wsi ludzie się znają, a obcy tak rzadko tędy przechodzą, że gdy ktoś się pojawi, to zaraz wiadomo. Pani u kogo ma pokój?

-U Wójcików, tych znad rzeczki.

-Widzę Panią czasami, jak w tamtą stronę Pani chodzi.

-Słychać, kiedy Pan przejeżdża. Konie słychać, jak uderzają podkowami o asfalt i jak jedzie wóz.

-To ja. Może podwieźć Panią? Daleko Pani ma.

-Skoczę do piekarni, a potem tędy będę wracać. Jeśli nadal Pan będzie tutaj stać, to dlaczego nie. Taką taksówką jeszcze nie jechałam.

 

 

Patynowa Pani Domu. Porządki

Znowu od rana leje. Kolejny dzień spędzisz zatem na mało znaczących czynnościach dla ludzkości, ale ogromnym znaczeniu dla Ciebie i Twojego świata. Obejrzałaś chyba wszystkie komedie W. Allena pojąc się przy tym hektolitrami herbaty. Jej zapasy kurczą się. Pamiętaj o tym podczas najbliższych zakupów. Przejrzałaś zawartość półek z kosmetykami. Niektóre straciły ważność… Nieistotne. Pozbądź się ich. Natychmiast. Bez żalu. To tylko tubki, słoiczki i pudełka. Zamknij oczy i wrzuć do worka. Nawet niczego nie poczułaś.

Otwierasz szafę. Na głowę spada Ci szlafrok. Nie ten, który wisi w łazience. Tamten w krówki, który kupiłaś w sieciowym bazarku. Ile razy miałaś go na sobie? Jasne, że to praktyczne mieć czegoś minimum dwie sztuki na wypadek, gdyby jedna uległa uszkodzeniu, ale weź pod uwagę, że nie żyjesz w kraju trzeciego świata, choć kto to wie. Za szlafrokiem spada Ci na głowę poszewka. Składasz ją i szukasz pozostałych części kompletu. Nie ma. Jeszcze raz sprawdzasz. Jest tylko jedna sztuka w ten deseń. Czy to możliwe? Pamiętasz, jak niedawno ubierałaś tę pościel, gdy nocował u Ciebie. Teraz sobie przypominasz. Pocięłaś tamte części, a potem wyrzuciłaś. Ta jedna najwidoczniej się zawieruszyła, ale na niej nie spał. Tak nie może być. Pora na porządki w szafie. Zaczynasz od najwyżej półki. Przekopujesz się przez kartony i mnóstwo drobiazgów, z których urosła góra. Nawet nie wiedziałaś, że jeszcze tyle ich masz. Zrobić wystawkę czy ogłosić się w rubryce „Kupię, sprzedam, oddam”, wyrzucę lub gdzieś pierdyknę, należałoby dopisać. Wygrywa drugi pomysł. Słychać sygnał przychodzącej wiadomości. Schodzisz z drabinki. Odczytujesz informacje. Odpowiadasz na nią. Jasne, że mogę dziś wieczorem. O której? Nawet jeśli będzie lało, to wspólne szwędanie się po mieście ma więcej uroku niż spędzanie czasu w domu na porządkach. Tłumaczysz, co porabiasz i dlaczego. Pomysł z wyprzedawaniem lub oddawaniem gratów został zaakceptowany. Przyjdź. Coś sobie wybierzesz. Najlepiej byłoby, gdybyś sama obejrzała. Jak to, co mnie naszło? Nic. Nie mieszczę się z dobytkiem. Piwnica też odpada. Za symboliczną opłatą korzystają z niej sąsiedzi. Nie będę tego psuć. Nie ma tam ani jednej mojej rzeczy, za wyjątkiem półki z owocowymi i warzywnymi przetworami od mamy.

Wystawiasz kartony na środku izby. Schodzisz na niższe półki. Bluzki w rozmaitych kolorach i fasonach machają do Ciebie przyjaźnie. Niektórych nie zakładałaś od czasu nieudanych randek. Poza tym wyglądasz w nich nietwarzowo. I pomyśleć, że kiedyś miały być Twoją ozdobą. Obecnie nie nadają się nawet do kontenerów z przeznaczeniem na drugi obieg. Nie chcesz, aby inne kobiety skorzystały z odzieży, która nie sprawiła, że z Twojego powodu komuś zabiło szybciej serce. Masz przecież stare krawieckie nożyce. Używasz ich. Ciach, ciach… Jaki cudny dźwięk. Były sobie bluzeczki, koszuleczki, tiszerteczki… Tę zostawię na ścierkę, ta będzie do wycierania okien po umyciu. Rozhuśtałaś się w rozmyślaniach. Pod ostrze nożyc poszły też wyjątkowo niepraktyczne sukienki. Trzy sztuki. Nadawały się tylko na śmietnik. W nich też wyglądałaś beznadziejnie. Do worka, a potem niechaj wędrują w świat. Przedpokój tonie w strzępach ubrań. Ty pośród nich w ferworze działań zmierzających do finalizacji. Czas nie ma znaczenia. Liczy się tylko działanie. Porządkowanie przeszłości. Udaje się częściowo zapanować nad chaosem. Trzaskasz zdjęcia przedmiotom przeznaczonym na podarunek lub sprzedaż. Zamieszczasz fotosy w sieci nie licząc specjalnie na zainteresowanie. Przerwa na coś do picia. Wstawiasz wodę. Oddychasz z ulgą przyznając sobie kolejną gwiazdkę za spryt. Słyszysz sygnał powiadomienia. Niemożliwe. Ktoś zwrócił uwagę na stary notes z długopisem do kompletu oraz na drewniane serce i na zawieszki, o których nie pomyślałabyś, że pies z kulawą nogą będzie pamiętać. Pojawiają się pytania. Możemy umówić się na bazarku. Przyniosę więcej rzeczy w tym stylu. Nie trzeba przyjeżdżać z przyczepką. Ja podejdę z plecakiem. Coś Pan sobie wybierze. Mam jeszcze drewniany domek, ale odpadła w nim owieczka. Jeśli miałby pan dobry klej…

Deszczowe dni mają swój urok…

Codzienność

-Na pewno zajrzę do Twoich tekstów, bądź spokojna. Wiem, że miałam dać znać pod koniec tygodnia, ale wybacz, nie miałam kiedy usiąść i na spokojnie zastanowić się. Jestem przekonana, że niczego nie trzeba będzie w nich zmieniać. Co najwyżej czeskie błędy poprawić. Zdążymy przygotować tekst, po którego przeczytaniu odbiorcy padną z zachwytu (pod warunkiem, że coś z niego zrozumieją, dodaję już w myślach). Treść powinna być prosta w odbiorze i logiczna, aby potencjalni sponsorzy oraz inni ludzie dobrej woli nie mieli trudności w określeniem pola działania. Dodatkowe materiały prześlę pocztą, priorytetem. Damy radę. Narazicho!

Nie poznaję tej dziewczyny. To chyba postępujący proces starzenia się sprawia, że wszystko chciałaby mieć zrobione na wczoraj, jakby jutro miało nie nadejść. Chwytam potrzebne produkty, wrzucam je do torby i wybiegam z domu, aby nadać przesyłkę. Z pośpiechu zapominam o jednej rzeczy, ale dociera to do mnie dopiero podczas wypełniania kwitku. Przy okazji słyszę, jak pracownik poczty rozmawia z klientką:

-Pani jest nadawcą czy odbiorcą? Tu jest napisane W., a Pani mieszka w tym mieście.

-Niech Pan mnie nie poucza! Tyle razy wypisywałam kwitki, gdy Pana na świecie nie było.

-Do Pani do domu ma być dostarczona przesyłka?

-Słucham?! Co za bezczelność!

-Pomyliła Pani adresy. Pani jest nadawcą, bo Pani nadaje paczkę, a odbiorcą jest ktoś inny, bo on tę paczkę odbierze. Proszę jeszcze raz wypełnić druczek. Tutaj ma Pani nowy.

-Nie będę niczego wypisywać! Żądam rozmowy z kierownikiem.

-We własnej osobie. Proszę spojrzeć tutaj. Poczta dostarczy paczkę na adres, który Pani podała, a to jest Pani mieszkanie.

Klientka jeszcze raz spogląda na błędnie wypełniony druczek.

-Faktycznie, to mój adres zamieszkania, ale paczka ma trafić do…

Załatwiam sprawę i umykam. W tramwaju mam ochotę wykrzyczeć: ludasy, myjcie się. Używajcie mydła, wody i szamponu. O dezodorancie nie wspomnę. Zdumiewające, jak wielu ludzi a problem z utrzymaniem higieny osobistej.

Jeszcze odbiór dokumentów z przychodni i można planować dzień. Tu słyszę, że nie można mi pomóc, bo osoba, o którą pytam, przebywa na urlopie. Zapraszamy we wrześniu. Ale chyba przekazała obowiązki komuś kompetentnemu, bardziej stwierdzam niżeli zapytuję. Może Pani próbować rozmawiać z lekarzem, słyszę.

Docieram pod drzwi gabinetu, a tam tłum niczym podczas egzaminu z historii literatury. Podpytuję, co jest grane. My wszyscy czekamy na informację! Niech i Pani czeka. Zatem czekam. Mija godzina. Tłum nie przerzedza się, lecz gęstnieje, podobnie jak atmosfera. Nie zejdę do automatu po wodę ani do toalety, ponieważ kolejka może przepaść, a wraz z nią cenne informacje. Mija kolejna godzina. Zdążyłam wysłuchać historii o badaniu poziomu cukru we krwi, a tym, jak pies puszcza śmierdzące bąki, o uzależnieniu od nikotyny, o wyjeździe za granicę i gromadzeniu w związku z tym niezbędnej dokumentacji, jeszcze niepoświadczonej i nieprzetłumaczonej. Wreszcie nadchodzi moja kolej. W gabinecie okazuje się, że sprawa została załatwiona i nie będę potrzebować więcej zaświadczeń. Te, o które prosiłam, zostały w rejestracji. Niepotrzebnie Pani czekała. Udaję się zatem w kierunku rejestracji i proszę o stosowne dokumenty. Do ich intensywnego poszukiwania ruszyły dwie osoby. Znalazły. Z kompletem dokumentów ruszam w dalszą drogę pozdrawiając uśmiechem napotkane osoby.

 

 

 

Przeprowadzka

-Gotowe. Dałyśmy radę.

Kartony z naszym dobytkiem stały obok siebie i czekały na załadunek. Obok nich jej walizka i moja torba podróżna, do której upchałam głównie dokumenty i trochę zdjęć. Nie było tego dużo. Storczyki rozdałyśmy, podobnie jak część książek. Inne znalazły się w piwnicy w domu jej matki, gdzie z czasem przepadną. Na szczęście nie były zbyt wartościowe, przynajmniej dla mnie.

-Co z ikoną?

-Jaką ikoną?

-Trójcy Świętej. Wisi na ścianie. Chcesz ją tu zostawić?

-A, faktycznie. To prezent ślubny od Ciebie, jedyne, co zabrałam ze sobą z poprzedniego życia.

-Oryginalna. Taszczyłam ją z Rosji, z monastyru. Co mamy z nią teraz zrobić?

-Zapomniałabym. Zapakuję ją w folię, aby się nie zniszczyła. Będzie ozdabiać moje nowe lokum i przypominać o Tobie.

Twoją suterenę, młoda, ale łaska Pańska na pstrym koniu jeździ. Poradzisz sobie i tam, skoro życie Cię do tego zmusza. Życie, czyli Twój były… mąż i jego decyzje. Pokłóciłyśmy się o niego i nie podtrzymywałyśmy kontaktu od czasu Waszego ślubu, na który przyszłam głównie z towarzyskiego obowiązku. Ikonę Trójcy Świętej wiozłam dla Was przez dwa kontynenty, ale nawet ona nie pomogła w kryzysowej sytuacji. Początek rozwodów często ma miejsce na sali ślubów, jak mawiają prawnicy specjalizujący się w sprawach rozwodowych i o podział majątku. W Twoim przypadku, mała, nie było czego dzielić. Na własne życzenie zostałaś w jednych majtkach.

-Mamy czas.

-Grześki mają być za jakieś pół godziny. Obiecały nam pomóc. Najpierw pojedziemy do mnie, aby zostawić graty, a potem do Ciebie. Na szczęście to dość blisko.

-Może podzielmy te rzeczy, żeby potem było wiadomo, które gdzie trafią? Podpisałaś kartony?

-Nie podpisałam. Nie mówiłaś, ale chyba rozpoznamy swoje ubrania.

-Chyba tak. Będziesz wiozła te wszystkie albumy ze zdjęciami?

-Tak, część zdjęć przywieszę nad kiblem.

Tyle nam zostało z dotychczasowego życia. Rozdzielamy się, bo nie jesteśmy w stanie dalej płacić za wynajem kawalerki w podłej dzielnicy. Ty wprowadzasz się do obecnej Miłości Swojego Życia, kolejnego artysty bez grosza przy duszy, któremu będziesz płacić rachunki, prać, gotować i wykonywać masaże. Pytanie, gdzie on obecnie tworzy i jak go znaleźć, w której z europejskich stolic? I kiedy doczekamy się choć jednej ukończonej realizacji jego pomysłu? Cud, że zdążył wymalować Wam gniazdko i zostawił Ci do niego klucze. Z tej mąki chleba nie będzie, ani nawet bułek. Co najwyżej zakalec, od którego rozboli Cię brzuch. Ja wracam na przerwane kiedyś studia. Studiowanie w trybie zaocznym trochę kosztuje, dlatego zdecydowałam się na mało atrakcyjną pracę i mieszkanie  w pobliżu uczelni, by mieć czas na prowadzenie badań, przesiadywanie w bibliotekach i napisanie magisterki.

-Grześki dojeżdżają, zbieraj się.

 

Patynowa Pani Domu. Urzędy

Wyskakuj z łóżka, zaraz zadzwoni drugi. Celowo nastawiłaś oba, by nie było szansy na zaspanie. Obiecałaś sobie, że z samego rana pojawisz się w urzędzie, unikając w ten sposób potencjalnego tłoku. Raz dwa poranna toaleta. Trzy cztery śniadanie. Pięć herbata. Sześć kawa do termosu. Tylko z mlekiem. Odpowiednie proporcje. Oprzytomnij. Siedem robisz się na bóstwo. Osiem sprawdzasz zamki i wychodzisz. I tak dalej i tak dalej.

Po budynku urzędu od rana krzątają się interesanci i pracownicy. Wyczuwasz lekką nerwówkę. Ktoś szuka toalety, kto inny dziecka, a jeszcze inny telefonu. Pyta o dane niezbędne do zarejestrowania. Pobierasz numerek. Wypełniasz formularz. Czytelnie, koniecznie drukowanymi literami. Pożyczonym długopisem. Tym razem zapomniałaś o własnych przyborach do pisania. Miałaś je spakować poprzedniego wieczoru, aby uniknąć tej sytuacji. Poszukujesz właściciela długopisu. Wdajesz się w pogawędkę. Jesteś zaskoczona ujmującymi manierami i elokwencją rozmówcy. Zwracasz długopis. Tłumaczysz, że zwykle piszesz piórem, ale tym razem jest inaczej. Inaczej byśmy się nie poznali. Pozostali oczekujący na swoją kolej jeszcze z uśmiechem na ustach udzielają instruktażu, co lepiej załatwić wcześniej i gdzie. Wiedziałaś, że zbyt gładko poszło i o czymś zapomniałaś. Fotografia spełniająca określone kryteria. Plama na obrusie w hotelu 5*. Ktoś sugeruje skorzystanie z usług pobliskiego fotografa, bo urzędowy kasuje i jest… urzędnikiem. Ktoś mu wtóruje. Ktoś licytuje, że powinnaś zdążyć, a w razie czego. Nie będzie w razie czego. Wybiegasz z budynku i poszukujesz potencjalnego zakładu. Jest!!! Prosisz o realizację usługi w trybie pendolinowym. Jesteś ustawiana. Nie znosisz tego. Przetrawiona kawa daje o sobie znać coraz bardziej. Dlaczego tyle jej wypiłaś? Proszę się nie wiercić, zaraz będzie po bólu. Zrobione. Dziękuję, ile płacę? Nie można kartą?! Ok, poszukam bankomatu. Wychodzisz i udajesz się w stronę urządzenia. Z daleka dostrzegasz znajome logo. Błagasz bankomat w myślach, aby był sprawny. Na nic Twoje błagania. Wchodzisz do oddziału banku. Informujesz o nieczynnym bankomacie. Otrzymaliśmy zgłoszenie, zostały podjęte odpowiednie kroki. Potrzebujesz gotówki. Zapraszam. Proszę spocząć… Odpowiednio przeszkolony pracownik obsługi przedstawia ofertę. Prawie grzecznie dziękujesz. Odebrał naprawdę gruntowne przeszkolenie. Jeszcze raz prawie grzecznie dziękujesz. Opuszczasz oddział i w trybie błyskawicznym niczym kaszka dla głodnego niemowlaka płacisz pracownikowi zakładu fotograficznego. Po kilku minutach znajdujesz się w budynku urzędu. Może powinnaś rozważyć trenowanie lekkiej atletyki? Zdążasz. Do toalety biegniesz po omacku. Do stanowiska obsługi również. Członkowie komitetu kolejkowego uśmiechają się na Twój widok. Załatwiasz formalności. Wychodzisz z radością w sercu. Teraz dzień może być tylko lepszy.

U dermatologa słyszysz „stan kondycji skóry godny pozazdroszczenia”. A jaki ma być, myślisz, skoro od blisko 20 lat dokładam się do Pani budżetu domowego? Zdążyła Pani w tym czasie zwiedzić wszystkie kontynenty (dziękuję za możliwość wysłuchania fascynujących opowieści), zmienić męża (z tamtym bardziej do siebie pasowaliście) oraz nadać sobie nową twarz (na kimś trzeba testować innowacyjne produkty) i markę (biel w gabinetach jest porażająca).

O tej porze dnia należy Ci się porządny obiad. Pęczak, gotowane warzywa i sałatka z oliwą z oliwek zdają egzamin.

Całuchy-kluchy!

 

One. Gospodarstwo

-Kupisz po drodze szampon?

Widzę, jak w pośpiechu zakłada buty i wiąże chustkę obawiając się, że nie zdąży na tramwaj. Pojedzie następnym. Zwykle i tak się spóźnia.

-Kupię. Chcesz coś jeszcze?

-Coś na śniadanie będzie?

-Będzie. Wyjdziesz wreszcie z łóżka? Kolejny dzień się z niego nie ruszasz. Tyłek Ci przyrósł do materaca?

Z samego rana pretensje. Nie mam siły wstać, przecież wie.

-Wyjdę dopiero wtedy, gdy kupisz szampon. Nie mam czym umyć włosów.

-A ja nie mam już czym rzygać ani czym płakać. Znasz sposób, aby się pozbyć wściekłości na świat? Pić ani palić nie mogę. Przyłożyć komuś też nie bardzo.

-Nie znam.

-Gdyby kurier przyjechał, otwórz mu drzwi.

-Dobrze.

Kolejny karton z niby niezbędnymi rzeczami. Nawet nie pamiętam, co było w poprzednich. Jakieś ozdoby czy narzuta na fotel. Używane oczywiście. Nie znoszę używanych rzeczy, a ona nie znosi moich humorów. Dzisiaj będzie inaczej. Zaskoczę ją powitaniem z fanfarami. Może nawet coś ugotuję.

-I wyjdź z łóżka. Gdy wrócę, pójdziemy do parku. Weźmiemy koc. Przewietrzymy się. Zrobię grzanki. Umyj włosy mydłem dla dzieci. Jeszcze trochę go zostało. Potem ubierz się i ogarnij ten chlew. I przestań wyć. Spójrz w lustro. Twarz cała spuchnięta.

-Spóźnisz się. Idź już. Ogarnę, nie martw się. O której będziesz z powrotem?

-Kończę o 14.00.

-Przyjść po Ciebie?

-Nie przychodź, ale możemy spotkać się pod sklepem. Pomożesz mi przynieść zakupy.

-Dobrze, będę czekać pod sklepem.

Wstydzi się mnie. Mojego zachowania. Wyglądu. Ogoliłam głowę. Któregoś dnia poprosiłam fryzjera, by ostrzygł mnie na 2 mm i tak zostało. Od tamtego czasu staram się trzymać fason. Ostatnio w ramach ograniczenia budżetu nieco się zapuściłam. Z nas obu ona była tą piękniejszą, inteligentniejszą, bardziej uczuciową i wyrozumiałą. Ja natomiast uchodziłam za tą, która grzeje się w jej blasku i nosi teczkę. Trzymamy się razem, odkąd skończyłyśmy studia. Mieszkanie socjalne dzielimy od kilku lat. Tak podobno jest taniej i wygodniej. Nie stać nas na zakup własnych. Zajęłam antresolę. Przechowuję tam dobytek swojego życia. Gdyby to było możliwe, zrezygnowałabym z jedzenia, aby zajmować jeszcze mniej miejsca. Jej rzeczy są wszędzie, a i tak wiecznie ich szuka. Czasami nocuje tu jej eks. Wtedy jest jeszcze ciaśniej. Zaprosiłam Cię tutaj, bo chciałam, abyś zobaczyła jak żyją ci, którzy przed laty wypadli z szeregu i nie planują wbijać się w żaden trend. Nazwij to jak chcesz. Opisz, jak chcesz. Zmień nam imiona albo ich nie podawaj. Nazwę miasta też ukryj. Nalać Ci soku? Obleśny jest i cuchnie. Piję go w ramach kuracji. Mam zryty żołądek, a nie beret, ale radzę sobie. W towarzystwie udaję, że jestem wege, albo dopiero co jadłam, albo że chcę utrzymać wagę.