Patynowa i hydraulik w czasach zarazy

Niepokojący Cię od kilku dni dźwięk, dochodzący z rur, może zwiastować jedno: kanały odprowadzające wodę będą potrzebować wizyty specjalisty. Tylko jak tu ją zorganizować w czasie trwania izolacji, nakazanej rozporządzeniami. Zostawisz to na później. Jakoś trzeba będzie wytrzymać i poświęcić się dla ludzkości (nie pierwszy raz zresztą). Póki co poradzisz sobie jak zwykle przy pomocy popularnych środków dostępnych np. w sklepach spożywczych. I tak trzeba wyjść po bułki.

Raz dwa wczesnym rankiem pomykasz na miasto. Na ulicach prawie pusto. Ze starych drzew dobiega śpiew ptaków i stukanie dzięciołów. Mijasz ambulans i pojazd gospodarki odpadami. Obecna sytuacja sprawia, że odtwarzasz sceny z powieści „Miasto ślepców”. Nie, nic Cię nie dopadnie, żadna zaraza ani inne zło, bo jesteś odseparowana. Starasz się segregować informacje płynące różnymi kanałami. Dbasz o higienę (dla Ciebie to żadna nowość i męczeństwo). Wietrzysz dziuplę. Zdrowo się odżywiasz. Właśnie! Twoja checklista zostaje uzupełniona o większe ilości świeżego imbiru. Tak skutecznie polecałaś napój z jego składem, że w punktach handlowych, które znasz i stale odwiedzasz, zabrakło korzenia rośliny o cudownych właściwościach. Ten dostępny w Polsce pochodzi głównie z Azji Południowej. Być może to wiele wyjaśnia, dlaczego ostatnimi dniami trudno go dostać w sklepach na terenie kraju nad Wisłą i Odrą. Twój plastyczny umysł wytrenowany w spokoju przez stale napędzającą się społeczną panikę notuje, aby włożyć do koszyka świeże owoce i warzywa. Pakujesz dwie sztuki mango. Będą na koktajl. Receptura: potraktuj blenderem obrane i podzielone na kawałki mango (nie bierzesz udziału w eliminacjach do programu związanego z gotowaniem przez celebrytów, zatem nie przejmuj się estetyką pokrojonego owocu). Dodaj pół łyżeczki mielonego kardamonu i łyżkę greckiego jogurtu. Gdy koktajl jest zbyt gęsty, dolej odrobinę wody mineralnej. Gotowe!

-Dzień dobry, Pani też wyszła z domu – słyszysz za plecami znajomy głos. Odwracasz głowę, uśmiechasz się i pozdrawiasz ją. Wyszłam z rana, aby nie robić tłoku, a przy okazji dostałam wszystko, po co przyszłam prawie bez kolejki.

Po powrocie do siebie zdajesz sobie sprawę, że nie kupiłaś niczego do udrożniania rur domowym sposobem. Trudno, drugi raz nie będziesz się narażać społeczeństwu, zostajesz w domu, jak Pan Bóg i rząd państwa środkowoeuropejskiego przykazał. Spoglądasz przez okno. Czyżby przed oczyma mignęła Ci postać hydraulika, najbardziej pożądanego specjalisty w tych niełatwych czasach. Ano, to on! Chwytasz za telefon. Sprawę ma Pani załatwioną!

Całuchy-kluchy!

Notatki. Korona świrus i czekoladowe zajączki

Dziś nie włączę radia i nie zajrzę do internetowych serwisów informacyjnych. Nie wdam się w żadną rozmowę na temat zbiorowej histerii, a sklepy i apteki ominę szerokim łukiem. Przyjmę życzenia z okazji Dnia Kobiet, napływające z rożnych stron. Wspomnienie jest formą spotkania. Spotykam się z Wami. Wymienimy myśli, spojrzenia, rzadziej uścisk dłoni (oczywiście tylko porządnie odkażonej).

Handel to specyficzna dziedzina gospodarki. Zarabia na ludzkich potrzebach, często nienaturalnie wykreowanych. Okazje czynią konsumenta. Jeśli nie ma okazji, należałoby ją w sztuczny sposób imputować. I tak można zaznaczyć w kalendarzu: dzień teściowej, dzień kota, dzień zbiorowego mycia rąk, dzień jak co dzień, dzień pisania ręcznego, dzień pisania na maszynie, dzień lenistwa, dzień zakochanych i odkochanych, dzień babci, kuzyna i pozostałych członków załogi. Gdyby spojrzeć na sklepowe półki, uginające się od substratów konsumpcji, obok czekoladowych zajączków i jajeczek leżą słodycze i lampki z nadrukiem w bałwanki, piernikowe ludziki oraz bombki, które nie zostały wykupione przed Bożym Narodzeniem (można pokusić się o zrobienie zapasów na tegoroczne święta, które wszak wypadają dopiero w grudniu, ale kto wie, co do tego czasu mogłoby się wydarzyć). Nieopodal nich rachityczne kartonowe regały zawierające asortyment na wypadek wybuchu epidemii, a więc rożnego rodzaju środki odkażające ręce (jaka szkoda, że nie głowę z jej zawartością, choć u niektórych nie byłoby tam czego odkażać), dezynfekujące pomieszczenia użyteczności zbiorowej (jakby dotychczas nie przeprowadzano prac konserwatorskich np. w szpitalach czy szkołach) oraz mieszkania (czyżby przed wybuchem paniki podsycanej głównie przez dziennikarzy i przez szarlatanów do spraw marketingu mało kto sprzątał swoje domostwa i prał odzież).

Bądźmy zdrowi, szczęśliwi i nie dajmy się zwariować. Papatki!

Młynek do pieprzu

-A ten gdzie odłożyć?

-Ten jest do wyrzucenia.

-Zatrzymam go, jeśli pozwolisz.

-Bierz. To klamot. Nawet nie wiem, czy działa.

-Dam mu drugie życie.

-Rdzewieje już.

-To nie rdza, tylko zabrudzenia. Zobaczysz, jeszcze będziesz jeść rosół ze świeżo zmielonym pieprzem z tego młynka.

-Rób, jak uważasz. Mnie jest niepotrzebny. Zamierzałam go wyrzucić.

I w ten sposób wiekowy, ręczny młynek do pieprzu trafił w moje, adopcyjne ręce. Poczyszczony, odrestaurowany przy pomocy tradycyjnych środków (stosowanych do impregnacji drewna m.in. na Podhalu, a jakże), czyli ciepłej wody, szarego mydła i szczotki ryżowej zaprezentował się znakomicie. Mam do niego ogromny sentyment tym bardziej, że często w dzieciństwie mieląc czarne kulki zawierające piperynę doskonaliłam manualne umiejętności. Gdy w szufladce znalazła się wystarczająca ilość czarnego proszku, wąchałam go, a potem kichałam mając z tego niesamowity ubaw. Potem wysypywałam zmielony pieprz do kubła ze śmieciami, a do skrzyneczki kładłam np. małe szyszki albo coś innego. Dźwięk wydobywający się spod mielonych żarn mnie uspokajał. Gdy bywałam w innych domach, nie spotkałam się z takim modelem młynka jak u nas. Tamte egzemplarze wygrywały inną melodię. Tylko nasz był dzięki temu wyjątkowy.

Obecnie młynek dumnie oczekuje na użytkowanie. W komorze z żarnami mienią się różnokolorowe kulki. Gościom o wysublimowanych oczekiwaniach kulinarnych pozwalam na wypróbowanie jego możliwości. Chętnym opowiadam historię z nim związaną. To on ma aż tyle lat. Sama nie wiem, kiedy to zleciało. Nieźle się trzyma. Ty też. Dzięki.

Patynowa w wielkim mieście. Sequel

Świątynię handlu opuszczasz w nowym obuwiu. Biorąc pod uwagę Twoje możliwości finansowe oraz stosunek do kompulsywnego nabywania produktów z sieciówek ta sytuacja powinna przejść do rangi wydarzenia. W pamięć wwierca Ci się scena z filmu „Skazani na Shawshank”, w której Andy pojawia się w nowych butach niezauważonych przez nikogo. Bądź jak Andy. Pokazuj się tak, aby to, co istotne, pozostało niewidoczne dla ogółu.

Poczułaś głód. Dokonywanie zakupów w zatłoczonym pomieszczeniu, sztucznie wykreowanym na potrzeby konsumentów to wyniszczający proces, wymagający sporych nakładów energii. Pora ją uzupełnić. Wchodzisz do lokalu urządzonego w stylu industrialnym (mniam), słynącego z kawy, przekąsek i ciekawej lektury w językach urzędowych gospodarczo rozwiniętej części globu. Czas na Twój występ. Udając kosmopolitę, co dla nosiciela ubrań ze starannie odciętą metką i obuwia z ogólnodostępnych sieciówek okazało się fraszką, składasz zamówienie na ulubiony napój plus kanapkę na ciepło. Na obiad z deserem trzeba będzie poczekać do wieczora. Plan reszty dnia jest taki, by dziś odwiedzić galerię rzeźby, a jutro malarstwa. Poza tym nadprogramowo skarbiec oraz spacer wśród architektonicznych zakamarków pozostających pod panowaniem lokalnej bohemy.

Otrzymujesz zamówione produkty. Do stolika, przy którym je spożywasz, dosiada się (chyba) atrakcyjny zewnętrznie jegomość. Nawiązuje się rozmowa we wszystkich językach świata, łącznie z migowym. Elektroniczny tłumacz jest na wagę zboża. Dowiadujesz się, że (on, ten jegomość) jest w drodze do pracy. Ma teraz przerwę i postanowił tu zajrzeć. Zwykle jest wcześniej. Jada tutaj śniadania, na które zamawia grzanki oraz musli, ale dzisiaj wziął tylko małą kawę (?). Albo masz intuicję, albo nie chcesz wyjść na lingwistyczną ignorantkę. Odkrywasz w sobie zdolności aktorskie, co dodatkowo nadmuchuje Twoje i tak już nadęte ego. Słyszysz życzenia udanego pobytu w jego pięknym mieście i rozstajecie się z uśmiechem na ustach.

Całuchy-kluchy!

Notatki. Jaki ranek…

Doskonale pamiętam dwa momenty, które zmieniły mój stosunek do życia. Jeden z nich nastąpił wtedy, gdy za ostatnie pieniądze kupiłam bilet do galerii starych mistrzów w Monachium, by stanąć przed obrazem przedstawiającym słynne słoneczniki pędzla Van Gogha. Wpatrywałam się w dzieło uświadamiając sobie, że dla tej chwili przyszłam na świat i od tej pory nic nie będzie takie samo. Nie było. Wróciłam do siebie z nowym postanowieniem, że nie zmarnuję ani chwili na zajmowanie się czymś, co w przyszłości nie przyniesie satysfakcji. Drugim momentem była pewność, że mój typ urody oraz osobowość nie mieszczą się w żadnych kanonach proponowanych przez media głównego nurtu, a ja mam to gdzieś, bo poradzę sobie używając mózgu.

Nie liczę kalorii w posiłkach. Tylko raz w życiu chciałam poczuć się jak osoba, która obsesyjnie się odchudza i w związku z tym jadłam tyle, by przetrwać do wieczora. Nie wytrzymałam dłużej niż dwa dni. Stwierdziłam zatem, że diety cud również nie są skrojone dla mnie. W dzień, w którym mieszkańcy kraju nad Wisłą licytują publicznie, ile kto wchłonął kalorii, szacuję, ile czasu zajmie mi przeczytanie tego, co leży po obu stronach mojego biurka. Techniki improwizacji dla profesjonalistów. Sposób na cholernie szczęśliwe życie. Losy mieszkańców tajemniczego miasteczka na dalekiej północy Szkocji z przełomu ubiegłych stuleci. Jak pisać, aby inni nas czytali. Wywiad rzeka z nieżyjącym filozofem. Jaka szkoda, że w szkołach masowych nie uczą, jak skutecznie zarządzać czasem oraz jak odróżniać sprawy ważne od pilnych.

 

 

 

One. Dzień Babci i Dziadka

-Mogłabyś choć na chwilę odłożyć tę bardzo ważną książkę i mnie posłuchać.

T. nie dawała za wygraną raz po raz domagając się uwagi.

-Wiem, o czym chcesz rozmawiać. Znasz moje zdanie. Nic z tego.

-Dawno nie byłam na wsi. Dzieciaki nie widziały babci kilka lat.

-Nie pojadę z Wami.

-Nie dam rady wgramolić się z bagażami i dziećmi do autobusu. Zapłacę za Twój bilet.

-Nie. Jestem asertywna. Nie. Nie znoszę wsi, grobowej atmosfery w Twoim domu oraz głupiego gadania, od którego nie będzie można uciec. dokąd pójdziemy w środku nocy, gdy zaczniecie się awanturować.

-W niedzielę tam nic nie dojeżdża, a w pozostałe dni tygodnia trzeba z buta tłuc się przez drogę ok. 2 km. Nie dam rady z dzieciakami, wózkiem i resztą.

-Niech babcia tu przyjedzie.

-Dobrze wiesz, że tego nie zrobi. Nie ma się czym tutaj dostać. Musiałaby się przesiadać, a ma coraz mniej sił. Chcę dzieciakom pokazać grób dziadka.

-Odstawię Was do autobusu, pomogę z wózkiem i bagażami i na tym koniec, ok?

-Ale jesteś. Kiedyś tam razem jeździłyśmy, nie pamiętasz?

-Pamiętam, ale to były inne czasy.

-Tak?! Kiedyś było lepiej, słynne Twoje powiedzonko. Kiedyś miałam więcej rozumu. Nie to co teraz.

-Kiedyś było inaczej. Nie twierdzę, że lepiej. Inaczej. Inaczej się z Tobą rozmawiało. Inaczej by to się potoczyło, gdyby…

-Nie wierzę, że tak mówisz! Gdyby co? Powiedz to wreszcie! Gdyby nie moja matka. Lubiła Cię, a Ty traktowałaś ją z wyższością. Zawsze byłaś zarozumiała i dumna. Jak wtedy, gdy stałaś na balkonie blada jak trup w swojej czerwonej sukience i przytulałaś lampkę białego wina do policzka. Na co albo na kogo wtedy patrzyłaś? Chciałaś rzucić tą  lampką, ale zgniotłaś ją i szkło wbiło Ci się w dłoń. Mama podeszła do Ciebie i Cię powstrzymała. Wyjęła Ci szkło z ręki, potem zorganizowała opatrunek. Nie popłakałaś się z wściekłości, bo jeszcze makijaż by Ci się rozmazał.

-To dzwoń do mamusi. Może coś wspólnie ustalicie, skoro z Was takie przyjaciółki.

-Żebyś wiedziała, że zadzwonię. Z zaproszeniem. Niech przyjedzie do nas i zostanie tak długo, jak zechce. Twoja pomoc nie będzie potrzebna. Zamknij się w wykreowanym przez siebie świecie, składającym się z tak pustych i niedostępnych ikon jak Ty, ale pamiętaj, że kiedyś Twój czas minie i wtedy nikt nie poda Ci ręki, bo nie dopuszczasz do siebie ludzi. Mnie przy Tobie też nie będzie.

 

Patynowa Pani Domu. Styczeń

Gdy w szaloną, sylwestrową stałaś ubrana w zjawiskową kreację, na głowie mając pieczołowicie układaną koafiurę, myślałaś: to będzie ten rok. Czas, w którym spełnią się Twoje marzenia. Czas, w którym zaczniesz wreszcie przykładać się do treningów. Poprawisz kondycję. Zadbasz o zdrowie. Będziesz się dobrze odżywiać. Odbudujesz swoje imperium finansowe. Odbędziesz mnóstwo podróży, nie tylko w obrębie lokalnych stoisk z warzywami. Wciąż o rok młodsza przyjmujesz napływające lawinowo życzenia. Ściskasz. Cmokasz. Odwzajemniasz. Błyszczą gwiazdy na niebieskim firmamencie. Świat wita nowy rok z ogromną nadzieją. Ty nie wiesz, w którą stronę odwrócić głowę, by obserwować pokaz sztucznych ogni. Wprawdzie wolałabyś obserwować księżyc i gwiazdy, lecz gdy się nie ma, co się lubi…

Budzik. Ten element rzeczywistości na pewno się nie zmieni. Wracasz do… świata pozostawionego na kilka dni, by w oderwaniu od niego wyobrazić sobie, że do siebie nie należycie. Chcesz rano coś zjeść. Lodówka niewiele ma zaoferowania, a z tego, co zostało, na pewno nie przygotujesz śniadania. Wychodzisz z zamiarem kupienia czegoś po drodze. Czasami w bistro można zjeść coś, co przy odrobinie chęci i dobrej woli przypomina poranny posiłek. Docierasz do punktu gastronomicznego. Tutaj też post. To nic. Pamiętaj o liście noworocznych postanowień. Zaczynasz od zaraz.

W środku masowej komunikacji nikt już nie pamięta, czego dwa dni temu życzył sobie oraz innym z okazji Nowego Roku. Miasto w odróżnieniu od Ciebie stoi mocno na nogach. Służby ekologiczne uwijają się, by przywrócić mu wygląd sprzed sylwestrowej nocy. Nie trybisz bez względu na chęci. Tym razem chcieć nie oznacza móc. Ktoś wrzuca na pocztę zdjęcie leniwca. Prorok jaki czy co. Kto inny pyta o zapasy kawy. Nie ma. Może jeszcze ktoś przyniesie. Upływają godziny. Marzenia o małej białej topnieją niczym śnieg, którego nie było. Spełnianie zachcianek, małych i dużych, zaczynasz od jutra.

Robisz zakupy. Uzupełniasz zapasy słodyczy i kawy. O zdrowej diecie zapominasz na jakiś czas. Obiad. Cóż, mrożona pizza uśmiecha się do Ciebie i zaprasza do wejścia z nią w komunię. Korzystasz. Zmiana nawyków żywieniowych może poczekać. Próbujesz ustawić się na trening. Tutaj, komplet, tam podobnie. Ta godzina za późno, tamta za wcześnie. Na tę nie zdążysz. Trudno, zajrzysz do grafiku kiedy indziej. Jutro też jest dzień.

Całuchy-kluchy!

 

Notatki. Boże Narodzenie

Obecnie, gdy rodzinne więzi są zastępowane przez relacje ze znajomymi z pracy, z klubu sportowego, ze wspólnoty albo z przypadkowo poznanymi osobami w pubie, nie jest na topie pokazywanie tego, co w człowieku niezmienne. Mimo wszystko znalazłaś siłę i odwagę, by podjąć mozolne próby ujawnienia kawałka swojego wnętrza.

Trwa czas cudów. Chciałaś poszukać domu, w którym mogliby znaleźć miejsce wszyscy udręczeni i sponiewierani. Tymczasem zapraszasz do siebie. To najbardziej oryginalna forma spędzenia wolnego czasu, jaką mi zaproponowano. W ciągu niespełna dwóch dni wydarzyło się tyle dobrego, że trudno uwierzyć. Wierzę, że kiedyś potkamy się przy wspólnym stole, wszyscy bez wyjątku i będziemy się nieustannie śmiać z dróg, które pokonywaliśmy, by dotrzeć do celu. Nie będzie miało znaczenia, co znajdzie się w menu. Święta to nie czas, by licytować, kto ulepił więcej pierogów, kto ugotował smaczniejszy barszcz, kto i co położył pod drzewkiem choinkowym. A propos należymy do grona nielicznych, którzy nie ozdabiają jodły bombkami i nie pieką pierników.

Niech się dzieją cuda, małe i duże. Dostrzegajmy je każdego dnia. Wesołych świąt Bożego Narodzenia. Bądźmy szczęśliwi!

Patynowa Pani Domu. Czas dla siebie

Docierasz na miejsce. To nic, że pada. Jutro ma być bezdeszczowo i wietrznie, a więc tak jak uwielbiasz. Otrzymujesz kwaterunek. Cena adekwatna do warunków. Metraż pokoju odpowiedni dla osoby o Twoich gabarytach. Czy K. by tutaj się zmieściła? Owszem, w kabinie prysznicowej oraz w szafie są miejsca. Zamykasz drzwi, po czym automatycznie sprawdzasz ogrzewanie. Niektóre żeberka nie działają. To nic, najwyżej na piżamę narzucisz bluzę, a na kołdrę koc i jakoś przeżyjesz. Duże okna od strony wschodniej. Są rolety. Również w wyodrębnionym kącie z przeznaczeniem na toaletę. Nie potrzebujesz luksusu, poza tym zaplanowałaś krótki pobyt, więc wygody nie są niezbędne. Drewniana podłoga na zewnątrz cudownie skrzypi. W aneksie kuchennym można przygotować skromne posiłki, choć jest tylko kuchenka z jednym palnikiem oraz czajnik. Na półce znajdujesz trzy kubki i kilka filiżanek z miśnieńską ornamentyką. Tobie wystarczy jeden plus filiżanka. Rekwirujesz je w trybie natychmiastowym, zwłaszcza że dom jest pełen gości, więc liczba kuchennych naczyń może zaraz się zmienić. Mówiłam, zabierz ze sobą przynajmniej kubek i sztućce.

Wychodzisz na obchód okolicy, bliższej i dalszej w poszukiwaniu miejsc, w których możesz zatrzymać się na chwilę i zastanowić nad realizacją pomysłów. Dlaczego większość właścicieli knajp oszczędza na ogrzewaniu? Jaką przyjemność mają klienci ze spożywania posiłków w zimnych lokalach? Nie liczysz ponownie gwiazdek pod szyldem hotelu. Kto je w ogóle przydziela i według jakich kryteriów? Na salach konsumpcyjnych jest zimno, a potrawy nota bene trzeba prędko spożywać, bo stygną w lamparcim tempie. Z rozrzewnieniem wspominasz swoją dziuplę, własne kubeczki oraz serwowaną w nich herbatę. Myślisz o gorących i chrupiących plackach ziemniaczanych prosto z patelni, polanych śmietaną lub sosem czosnkowym własnej produkcji. I pomyśleć, że hotel zatrudnia kucharza z doświadczeniem. Wzdychasz i wracasz do noclegowni. Może już się nagrzała. Jest wieczór. Weźmiesz szybki prysznic i spędzisz wieczór przed telewizorem otulona w kocyk i w swoje marzenia. Zadzwonisz do rodzinki. Opowiesz, jak się masz. Opuszczasz rolety. Jedna z nich się pruje. Chwytasz mocniej za sznurki. Roleta spada. Próbujesz ją zamocować. Nie udaje się. To nic, i tak nie byłaby potrzebna. Pokój mieści się na piętrze. Świecisz światło w łazience. Migoce, ale jest. Szykujesz ręcznik i inne akcesoria potrzebne do kąpieli. Żarówka wciąż migoce. Wchodzisz, zasuwasz drzwi i… światło gaśnie. Wychodzisz. Podnosisz rolety. Bezchmurne niebo. Pełnia księżyca. Będzie, co ma być. Zapamiętujesz układ pomieszczenia i wyobrażasz sobie, że bierzesz udział w zmaganiach na oszczędność czasu i miejsca pod prysznicem. Czujesz się jak modelka z obrazu G. Klimta kąpiąca się w księżycowej poświacie.

Całuchy-kluchy!

One. Rocznica

Po przebudzeniu nie spojrzała od razu na zegarek, jak miała w zwyczaju. Postanowiła zostać w łóżku. W końcu to dzień wolny od pracy, przynajmniej tej, za którą otrzymuje wynagrodzenie. Słyszała dziecięce głosy wydobywające się z korytarza oraz matkę po raz kolejny strofującą pociechy. Następnie był trzask zamykanych drzwi oraz odgłos przekręcanego klucza. Co się dzieje? Co tak pachnie? Jak tu ciepło. Sygnał SMSa. Odstawię dzieciaki na cały dzień do Lufcika. Mamy dla siebie sobotę, przynajmniej do 17.00. Ok, niczego mi wcześniej nie powiedziała. Dzwonię. Wszystko jasne. Zwłaszcza niespodzianki w jej stylu.

-Jak się dziś czujesz? Dasz radę wyjść z wyra i wziąć prysznic? Zostawiłam ciasto w piekarniku. Marchewkowe. Z orzechami. Powinnam wrócić, zanim dojdzie. Na wszelki wypadek czuwaj.

Postanowiła czuwać. Opuściła łóżko. Po wczorajszej gorączce nie było śladu. Napar z kwiatu lipy oraz herbata z dodatkiem soku z malin zaliczyły dobrą robotę. Ech, te naturalne sposoby. Weszła pod prysznic. Śpiewała na całe gardło. Piosenkę. Ich piosenkę. Nie słyszała, jak otwierają się drzwi do mieszkania. Wyszła z łazienki owinięta w ręcznik nie przerywając wykonywania piosenki. Pisk.

-Śmiało, nagrywam Cię.

-Jak możesz?

-Mogę. Wiesz, jaki dziś dzień?

-Sobota.

-Nie dzień tygodnia, tylko jaki dziś szczególny dzień.

-Yyy… mamy listopad, sobotę.

-Też. Ale co się kiedyś wydarzyło?

-Oświeć mnie.

-Poznałyśmy się. Wtedy na dziedzińcu. I wymieniłyśmy telefonami. Siedziałaś wściekła i powiedziałaś, abym się od… abym sobie poszła. A ja powiedziałam, że jesteś bezczelna i nieszczęśliwa, skoro nowo poznanej osobie mówisz takie rzeczy. I dobrze, że nie dla Ciebie zabrakło biletu.

-Padało. Było zimno. Żadna z nas nie dostała biletów w kasie. Ty zachowałaś spokój, ja wręcz odwrotnie. Do końca miałyśmy nadzieję, że je odkupimy. To był pierwszy koncert w Polsce. Na bilet przeznaczyłam swoje stypendium. Ty w efekcie go dostałaś Załatwiłaś sobie od koników. Ze mną nikt nie chciał rozmawiać.

-Nic dziwnego. Zobaczyli scenę, którą zrobiłaś, i uciekli. Nie poszłam na koncert. Wiedziałam już wtedy o chorobie. Odechciało mi się wyjazdów, rozrywki, życia. Zadzwoniłam do Ciebie chcąc odsprzedać bilet. Wyjaśniłaś, że sprawa jest nieaktualna, bo straciłaś pracę i nie miałaś czym zapłacić. Tak więc odstąpiłam Ci bilet. Powiedziałam Ci o chorobie oraz objawach jej towarzyszących. Zaproponowałaś, że będziesz się mną opiekować przez dwa tygodnie, aby spłacić prezent.

-Początkowo nie chciałaś się zgodzić.

-Ale w końcu się zgodziłam. Karmiłaś mnie tartą marchewką z cynamonem. To na wzmocnienie, tłumaczyłaś. Obiecałam sobie, że gdy mi się poprawi, to nie tknę marchewki, a ty mi ją nieustannie serwowałaś. Duszoną. Gotowaną. Na surowo. W cieście.

-Ciasto!

-Co z nim?

-Będzie dobrze. Uchyliłam drzwiczki piekarnika. Wiesz, jak długo się znamy?

-Dłużej niż trwa Twoje małżeństwo.