One. Sukienka w kolorze fuksji

W sklepie:

-Zostały dwie sztuki. Może Pani zmierzyć obie. Kolor idealnie pasuje do Pani typu urody.

-Zrobię tak, jak Pani powiedziała. Dziękuję. Nie nosiłam sukienek chyba od… Nieważne.

-Ma ciekawe wykończenie pod szyją. Można zawiązać albo zostawić luźno. I jak?

-Dobrze leży. Wezmę tę. Ale przyznam się Pani, że najchętniej wykupiłabym te koszule, gdyby nie podlegały pod męski dział.

-Ja mam kilka. Nosimy je na zmianę z chłopakiem.

U niej:

-Okradłaś księgarnię? Kiedy Ty to przeczytasz?

-Bez obaw. Zdążę. Coś trzeba robić wieczorami, gdy Ty śmigasz na randki albo urządzasz swoje nowe gniazdko.

-A to co? Jaka śliczna? Z długim rękawem. Nie będzie widać blizn. Pożyczysz oczywiście?

-Oczywiście, że tak. Na kiedy potrzebujesz?

-Na początek na jutro, ale najpierw podjedziemy do marketu oddać materiały. Coś tam zostało po chłopakach.

-Randka w markecie budowlanym. Tego jeszcze nie było.

-Zobaczę, ile on potrafi i co powie o sukience, czy mu się w niej spodobam. Jest bajeczna i ten wyrazisty kolor. Gdzie ją upolowałaś?

-Nie upolowałam. Zwróciłam na nią uwagę, a potem kupiłam.

-Pewnie droga.

-Nie, po promocji. Zostały dwie sztuki i…

-Tobie to dobrze. Wchodzisz do sklepu, bierzesz z półki to, czego potrzebujesz, płacisz i jest Twoje. Na zawsze.

-Jeśli rzecz można kupić za pieniądze, to oznacza, że jest niewiele warta. Dopiero właściciel nadaje jej znaczenie.

Kilka miesięcy później:

-Na pewno chce Pani się jej pozbyć?

-Tak. Nie miałam jej na sobie ani razu. Może mi Pan wierzyć.

-Ale metki nie ma.

-Nie ma, bo sukienka była pożyczana koleżance.

-I nie założy jej Pani już? Moja dziewczyna choruje na rzeczy w kolorze fuksji.

-Nie założę. Napisałam w ogłoszeniu, że odbiór osobisty, bo sukienkę oddaję za dobre słowo.

-Pani byłoby w niej ładnie. Nie było okazji do jej założenia?

-Nie było. Pierwsze zgłoszenie wpłynęło niespełna dziesięć minut po zamieszczeniu oferty. I to byli Państwo. To jak? Pakujemy?

 

One. Zielnik

-Padam. Nie ma więcej wody?

-Nie ma.

-Nie kupiłaś.

-Myślałam, że Ty kupisz. Co tam masz?

-Wrotycz. I takie tam.

-Nie żartuj. Wyglądasz, jakbyś obrabowała pół targowiska.

-Zrywałam, gdzie się dało. Objechałam cały teren lasku i kilka sklepów zielarskich. Nasz ulubiony działa tylko do końca miesiąca. Wyprzedają asortyment, więc wyżebrałam upust.

-Jest trujący. Wiesz, że możesz mieć przez to problemy.

-W małych ilościach pomaga.

-W dużych szkodzi.

-Gdybyś zjadła za dużo śliwek, też by Ci zaszkodziły. Pójdziesz do sklepu po wodę?

-A tam co masz?

-Ziele bagien.

-Na bagnach też byłaś?

-Nie, mówiłam Ci, że odwiedziłam kilka sklepów zielarskich i…

-Znowu przepuszczasz pieniądze na niepotrzebne rzeczy.

-A Tobie nawet nie chce się zrobić podstawowych zakupów.

-Możemy kupić filtr do wody zamiast gromadzić plastik.

-Dlaczego więc jeszcze go nie kupiłaś? Uważaj! Wysypało się.

-Lawendę też kupiłaś?! Oszaleję zaraz.

-Zrobimy z niej paczuszki i bukieciki. Będziemy je sprzedawać, a wcześniej zawiesimy w kilku miejscach w mieszkaniu. Inaczej komary nas zeżrą.

-Mnie jest wszystko jedno. I tak nic z tego nie wyjdzie.

-Przy Twoim podejściu. Wrotycz coraz trudniej zdobyć. Trzeba się trochę nachodzić za nim. Nauczę się robić maści i kremy z jego zawartością. Na własny użytek.

-Szkoda, że pieniędzy nie potrafisz wyprodukować na własny użytek. Tutaj chcesz to robić? W kuchni?

-Szkoda, że alimentów z niego nie potrafisz ściągnąć. Mogę mieszać w łazience.

-To lepiej w kuchni.

 

 

 

One. E.

-Pani pewnie na jazdę?

-Tak, ale tam nikogo nie ma. Próbowałam się dodzwonić kilka razy, ale też nikt nie odbiera.

-Jej nie ma. Na stałe tu nie siedzi. Trzeba się umawiać.

-Dzwoniłam od kilku dni, nie odbierała, dlatego przyjechałam. Pomyślałam, że ją zastanę i się umówimy.

-Rzadko ktoś przyjeżdża. Kiedyś było więcej chętnych, ale teraz wyśrubowała ceny za jazdę, dlatego prawie nie ma ludzi. Ona każe kupować jakieś… karnety. Inaczej nie chce dawać lekcji. O zwierzęta mało dba. Ktoś z kolonii przychodzi i je obrządza. Ona się nimi prawie nie zajmuje.

-Ale ja nie mogę wykupić karnetu, bo nie wiem, jak będzie nam się układać współpraca i jakie to będą lekcje. Może jej się nie spodobam albo ona mnie.

-Z nią ciężko się dogadać. Ludzie we wsi już nie próbują. Ona jest dziwna. Wysłała męża za granicę, aby zarabiał. Potem nie chciała go z powrotem przyjąć, choć on pieniądze przysyłał. Kupiła tę działkę i konie, ale rzadko tu bywa. Ludzie przyjeżdżają, pytają o nią, ale w tym roku już nikt nie pyta oprócz Pani. Wie Pani, ona nie jest dobrym człowiekiem.

-Cóż, pozostaje mi zawrócić. Dziękuję za informacje i porady.

-Pani pierwszy raz w tych stronach?

-Pierwszy.

-To zapraszam na kawę.

-Chętnie. Mąż nie będzie się gniewać, że od roboty Panią odciągam?

-On wie, że ludzie przychodzą do mnie na posiadkę. Mam koleżanki. To nasze pole. Wie Pani, co to jest?

-Owies. Dla koni.

-W Pani stronach jest taki?

-Nie ma.

-A to?

– Słoneczniki.

-Niedługo wszystkie zakwitną. Będzie ładnie. W Pani stronach takie są?

– Są, ale nie takie dorodne.

-To nasz dom. A tam mój. Naprawia kosiarkę. Szwagier ma przyjść i mają dzisiaj próbować. Ale ten świat mały. Panią spotkałam przy kartoflach. Z całej Polski tutaj ludzie zaglądają. Działki i domy kupują, potem je dzierżawią, a miejscowi jadą w świat. Dorabiać się.

One. Puszki

-Chcesz je?

-Pewnie, że chcę. Cudne puchy.

-Są Twoje.

-Będą pasować do pasków na ścianie. Zieloniutkie jak wiosenna łąka.

-Nie były używane.

-To po co je kupiłaś?

-Myślałam podobnie jak Ty, że będą pasować do kuchni, którą z taką pieczołowitością urządzałam.

-I?

-Nie pasowały. Podobnie jak kuchnia i nie tylko ona. Do życia.

-Tamto małżeństwo nie było dla Ciebie. Dla Was.

-Małżeństwo w ogóle nie jest dla mnie. Wiesz, kiedy dokładnie kupiłam te puszki?

-Nie wiem.

-W dniu, w którym garnki z zawartością po raz pierwszy poleciały przez okno. Grunt, że nikogo wtedy nie zabiły.

-To już przeszłość. Teraz skup się na…

-Na tym, jak przeżyć z dziećmi, nie pozostawić ich sierotami i nie zostać wyeksmitowaną.

-Nie panikuj.

-Tamtej wiosny miałyśmy jechać do Wiednia.

-Jeszcze pojedziemy.

-Kupiłyśmy bilety i zabukowałyśmy noclegi. Dzień wcześniej dostałam ataku. Ty wpadłaś w furię. Krzyczałaś, że zepsułam Ci weekend, naraziłam na koszty i jestem nieodpowiedzialna. Pojechałaś sama. Jak zwykle postawiłaś na swoim. Kilka dni później dowiedziałam się, że jestem w ciąży. Wzięliśmy ślub, na który nie przyszłaś.

-Nie widziałam w tym związku przyszłości.

-Urodziła się K. Od początku coś było nie tak. Obwiniał mnie o jej stan. Oboje stale mnie o coś obwiniacie.

-Przestaniesz?!

-Właśnie K. się obudziła i domaga uwagi.

-Krzyczy tak, bo nie chce, abyś ze mną rozmawiała i dzieliła się czasem z kimś innym.

-Nie znasz jej. Ona nie umie inaczej.

-I nie będzie umieć, skoro ma Ciebie na każdy gwizdek. Pójdę już.

-A puszki?

-Nie chcę ich.

-To je wyrzuć po drodze. Nie mogę na nie patrzeć.

-A mnie to chciałaś je podarować.

-Ty byś z nich zrobiła właściwy użytek i może do czegoś dobrego by to doprowadziło.

-Chyba w to nie wierzysz.

-Zawsze zazdrościłam Ci porządku na głowie i w głowie. Podasz mi chusteczki?

-Pozory.

-Nie można grać przez kilkadziesiąt lat. To by była schizofrenia.

One. Myślicielka

-Który dzisiaj?

-10.

-To może renta już jest na koncie. Do ojca muszę zadzwonić, żeby mi coś kupił. Ale nie mam doładowanego telefonu. Doładujesz mi? Wiesz, coś za coś. Ja Tobie o sobie, a Ty mi dasz na doładowanie.

-Może być. Za ile?

-Dycha? Wystarczy, aby do starego zadzwonić. Powiem mu, żeby przywiózł trochę z renty i w kiosku doładowanie kupił. Nie dają mi kasy. Boja się, że zginie. Bo tu świry. Złodzieje. Schizole. Wiesz, cała śmietanka wariatkowa. A Ty do kogo przyszłaś?

-Do znajomej.

-Widziałam Cię, jak gadałaś ze stalkerką.

-Gadałam.

-Ona jeszcze jest na ogólnej. Mówią, że nie wyjdzie z tego. Wyjdzie, ale zacznie robić to samo. Czyli nie wyjdzie. A ze mną dlaczego chcesz gadać?

-Samo wyszło.

-Idziesz do kiosku?

-Zaraz idę.

-To pamiętaj o doładowaniu dla mnie. Za dychę. Oddam, kiedy przyjdziesz następnym razem. O ile przyjdziesz. Znajdziesz tu tylu świrów i historii, że wystarczy na książkę, a nie tylko na… Na co to ma iść?

-Na blog.

-Właśnie. Na blog. Po co chcesz pisać o czubkach.

-Chciałabym pokazać ich historie.

-Co tu do pokazywania. W głowach się poprzestawiało. Leki trzeba brać i tyle. O stalkerce też będzie?

-Może troszkę.

-Nie wyglądała na zadowoloną, gdy z nią gadałaś.

-A Ty?

-A ja jestem zadowolona, że ktoś chce ze mną gadać i pisać o szambie, w które weszłam. Psychiatryk to szambo, wiesz.

-Wiem.

-Lepiej tu nie przychodzić za często, bo jeszcze Cię zamkną. Jak mnie. Któregoś dnia matką z ojcem mnie tu przywieźli. Pojechali, a ja zostałam. Potem wyszłam, ale nie miałam do czego wracać. Sklep nie chciał mnie przyjąć z powrotem do pracy, bo coś im niby ukradłam i klienci się wykruszali. Były jakieś problemy z czynszem zaległym. I administracja wywaliła ich stamtąd. Potem nie znalazłam nigdzie roboty. Wiesz, kiedyś chciałam prowadzić proste życie. Pracować w jakimś sklepie z ciuchami, sieciówce jakiejś albo kawiarni. Poznawać ludzi. Rozmawiać z nimi. Pomagać im. A wyszło jak wyszło.

-Zdarza się.

-Tylko takim jak ja. Nie dostałam się do knajpy, ale znajoma otwierała sklep z ciuchami i pamiątkami.  Tam się zaczepiłam i tam poznałam, jak to się mówi, jedynego. Miał być na całe życie. On był, jak to się mówi, nawiedzony. Chciał mnie czymś karmić, książki pisać o nas, o jakimś spełnieniu, wcieleniu. Czy jakoś tak. Dziecka nie chciał. A potem nas okradł i zniknął. Gadają, że romansował z moją znajomą, tą, co sklep miała, gdzie ja pracowałam. Idziesz już?

-Raczej tak. Autobus mam.

-Nie myśl za dużo. Ja myślałam o życiu i myślałam, co mnie spotkało i dlaczego i widzisz, gdzie wylądowałam.

Patynowa Pani Domu. Majówka-domówka

Stało się.  W tym roku spędzisz pierwszy majowy weekend we własnych czterech ścianach. Dla dociekliwych: niekoniecznie tylko czterech, lecz kto by w czasach pandemii ściany liczył. Nie boli świadomość, że dni wolne od pracy (w tym Święto Pracy) spędzisz pracując, czyli wymiatając kurz, myjąc podłogi, szorując inne powierzchnie. Porządkowanie otoczenia sprzyja utrzymywaniu porządku we wnętrzu. Tę teorię wspomagającą skołatane nerwy powtarzasz niczym pierwszą czytankę. Na wallach sieciowych znajomych liczba zamieszczanych słit foci z weekendowych wypadów na egzotyczne wyspy jest mniejsza w stosunku do lat ubiegłych. Na ściankach dominują udostępniane wspomnienia albo wpisy o przyszłych urlopowych planach. Lajfy, jeśli już takowe się pojawią, najczęściej są nagrywane w lesie. Spacer po lesie i parku to prawdziwe wydarzenie biorąc pod uwagę niedawne obostrzenia. Ty tradycyjnie niczego nie zamieszczasz. Ujawnianie, w jaki sposób dokarmiasz glonojada lub poisz roślinki, mogłoby naruszyć Twój mir domowy. Zamiast lansować, co zjadłaś albo ugotowałaś (jedno nie zawsze wynika z drugiego), wolisz w ciszy smakować dźwięki natury obserwując np. posiłek dzięciołów. W czasie deszczu odwiedzasz wirtualne muzea i galerie obrazów. Tym sposobem byłaś nawet w Nowym Jorku i w Żelazowej Woli. Spacerujesz do znudzenia, aż Cię opuszki palców i kark pobolewają. I wszystko w ramach abonamentu za podłączenie do sieci. Wirtualne odwiedziny w domostwach znajomych też Cię niewiele kosztują (może trochę czasu) i nie trzeba się do nich przesadnie przygotowywać. Wizytowe ciuchy, kąpiel, odpowiednio nakryty stół. Nie tym razem. Majówka w domu ma swoje zalety. Doceniasz każdą z nich.

Całuchy-kluchy!

Notatki (epidemiczne)

Coraz więcej ograniczeń. Coraz więcej związanych z nimi frustracji generujących coraz więcej trudności. Dziś na zewnątrz sklepu stałam za kremem do rąk przez ponad pół godziny. Mocno wiało. Otuliłam się więc szalikiem i skurczyłam, jakby to mogło przyspieszyć czas oczekiwania na wejście do konsumpcyjnego sanktuarium. Nie mogę już zrobić zakupów w osiedlowych sklepikach. Są czynne jedynie w określone dni i godziny. Głównie wtedy, gdy wykonuję prace zlecone. Zniknęły inne stałe punkty na mojej osobistej mapie handlowo-usługowej. Podobnie jak programy z radiowej ramówki.Aby zrobić drobne zakupy, trzeba rezerwować ok. dwie godziny z uwzględnieniem czasu postoju przed sklepami.

Nic nie jest i nie będzie tak samo. Epidemia modyfikuje nie tylko życiowe cele, ale także zmienia spojrzenie na ludzi, wydarzenia, pracę, relacje. Wysysa resztki życia z tych, w których jeszcze ono się tliło. Nie ma niczego na stałe, a przecież aby poczuć się bezpiecznie i zdrowo, powinno się mieć jakąś stałość.

Co jakiś czas w nocy powraca do mnie pewien sen. Tonę w oceanie. Zapadam w otchłań. Jest coraz ciemniej i zimniej. Nade mną i wokół mnie pływają ryby różnych wielkości i gatunków. Odczuwam na swoim ciele ich lodowate, śliskie, otwarte pyski, ale żadna mnie nie nadgryza. Jestem ubrana w stare dżinsy, jakąś koszulkę. Mam bose stopy. Widzę swoje dłonie, którymi próbuję odgonić ryby. Brzydzę się ich. W oceanicznych głębinach ostatnim obrazem, który pamiętam, jest światło słoneczne. Mgliste i stale oddalające się ode mnie. Spadam głębiej. Tam, gdzie są tylko cisza i ciemność. I bezdech.

Patynowa Pani Domu. Codzienność

Skoro Twoje obecne miejsce odosobnienia w ciągu ostatnich tygodni stało się restauracją, pralnią, szkołą, siedzibą pracy zawodowej, źródłem kontaktów, salą prób śpiewu, tańca i paranormalnych działań wszelakich, chatką alchemika, salonem spa, centrum dowodzenia kosmosem, salą gimnastyczną, punktem zdobywania nowych kompetencji, pracownią działań odtwórczych, halą logistyczną, korytarzem tranzytowym, to zastanawiasz się, jak będziesz funkcjonować po ustaniu epidemii i czy nie grozi Ci nerwica natręctw, jeśli codziennie sprzątasz, gotujesz, odgrzewasz, zmywasz, mieszkasz. Poszukujesz nowych smaków. Czyścisz. Polerujesz. Opisujesz. Ogarniasz. Nie ogarniasz. Przeglądasz. Porównujesz oferty. Ograniczasz. Przeliczasz. Dokonujesz wyboru. Zmieniasz wybór. Nawiązujesz kontakt. Wyjaśniasz. Składasz alternatywną propozycję. Doszukujesz się podobieństw albo różnic. Milczysz. Mówisz do siebie. Śpiewasz. Podejmujesz wyzwania. Poddajesz się. Wchodzisz na ring. Coś nie wychodzi. Rezygnujesz. Znowu stajesz do walki (głównie ze sobą). Motywujesz. Słuchasz motywacji. Oglądasz. Komentujesz. Nie komentujesz. Wyrażasz opinię.  Doradzasz. Wchodzisz do gry, kiedy chcesz i wychodzisz z niej na własne życzenie. Bez względu na to, co zrobisz, jutro też jest dzień.

Nie przypominasz sobie, abyś ostatnimi czasy tak intensywnie pracowała i kontaktowała się z innymi w celach zawodowych albo towarzyskich. Nagle okazuje się, że pewne sprawy można załatwić kilkoma kliknięciami albo dwoma telefonami. W lesie pustki. W sklepach nie ma tłumów. Sprzedawcy się uśmiechają. Pozdrawiają. Życzą zdrowia. Cały świat leży u Twoich stóp. Wystarczy się schylić, tylko uważaj na kręgosłup.

Całuchy-kluchy!

Notatki. Epidemia po polsku

Godziny przedpołudniowe. Wychodzę po zakupy spożywcze. Omijam wymarły plac zabaw i park, w którym uwija się pojedynczy osobnik, mający na bakier z równowagą i higieną. Ptaki szaleją. Mają dla siebie starodrzew, krzewy, trawnik, klomby. Wbijam do ulubionej piekarni. Sprzedawcy z plastikowymi ochraniaczami na twarzach wyglądają zjawiskowo. Znowu nie ma rogalików, które preferuję na drugie śniadanie. Nie ma i przez jakiś czas nie będzie, słyszę. Wychodząc niemal zderzam się z grupą czterech osób. Przewodniczka stada (widoczne braki w uzębieniu), za którą unosi się woal dymu, wykrzykuje „patologia, k…, gamonie, nieroby”. Wtóruje jej dziki rechot pozostałych członków stada. „Co to jest? Nie ma nic, k…, porządny człowiek nic nie dostanie”. Idę dalej. Miasto wymarło. Małe sklepy, punkty usługowe i rodzinne interesiki to obecnie biała plama na jego mapie. Pozdrawiam znajomego sprzedawcę miodu. Nie tym razem. Jak ograniczenia to ograniczenia. Rodzice z dziećmi otulonymi w koce spacerują po balkonach śpiewając przy tym. Rozpoznaję jedną melodię. Gdyby nie wybuch epidemii, nie wiedziałabym, że istnieją lokalne nienazwane Marie Callas.

Pakuję do koszyka to, co niezbędne. Z drugiego sektora, obfitującego w trunki, słychać rozmowę dwóch mężczyzn. Ich sposób bycia, strój i aparycja mogą świadczyć o tym, że zmagają się z brakiem stałego zajęcia i kobiety. „Mnie to wcale nie przeszkadza, że siedzę w chałupie, k…, żeby nam jeszcze płacili, a oni nam g…o dają. To co mamy robić za darmo? Wolę się op…. i niech ten wirus jeszcze trochę siedzi, w ch.j”.

Idę do M., gdzie bez względu na czas i okoliczności coś jest niezmienne. Pierogi ze słodką kapustą i suszonymi grzybami. Nadzienie powinno być lekko pikantne, a ciasto luźne. Boki sklejone wyłącznie ręcznie, na ok. 7 mm. Doskonałe na ciepło i zimno, nawet bez okrasy.

Miejcie dobry, szczęśliwy czas i pozostańcie w zdrowiu!

Patynowa Pani Domu. Kwarantannę da się lubić

Kolejny dzień izolacji nakazanej prawem. Twoja dziupla lśni niczym pałac Taj Mahal. Na rynku nieruchomości niewątpliwie byłaby perełką, a klienci zachwyciliby się nią od pierwszego wejrzenia. Gdyby…

Postanowiłaś, że czas odosobnienia będzie twórczy, obfitujący w czynności, na które z braku chęci lub okoliczności nie pozwalałaś sobie zbyt często. Po pierwsze gotowanie. Nie masz wyjścia. Dosłownie i metaforycznie. Dlatego sytuacja stwarza Ci możliwości do bycia kreatywną również w kuchni, miejscu traktowanym przez Ciebie jako pracownia alchemika. Po ustaniu epidemii zostaniesz mistrzynią złotej chochelki. To jeden z Twoim celów na niełatwe czasy. Marzenia zostały skutecznie zmodyfikowane przez rzeczywistość. Od kilku dni następują przerwy w dostawie bieżącej wody. Wprawdzie kawę lub herbatę możesz zaparzyć używając butelkowanej wody, ale z dbaniem o higienę już jest trudniej, nie wspominając o myciu sprzętu kuchennego, wykorzystywanego w kulinarnych eksperymentach.

Spoglądasz w lustro. To nie może być prawdą. Nie w ten czas. Nie w takich okolicznościach, ale stało się. Bez pomocy lekarza diagnozujesz zapalenie spojówek. Wizyta u okulisty odpada. Tylko gdzie bez problemu dostaniesz świetlik lekarski. Najbliższa apteka ograniczyła godziny pracy i liczbę obsługiwanych klientów, co sprawia, że kolejki i czas oczekiwania na dany specyfik znacznie się wydłużyły. Mimo to ryzykujesz. Nie mamy. Idziesz do następnej apteki. Przykro mi, nie posiadamy. Pozostają stoiska ze zdrową żywnością i hale targowe. Nieczynne do odwołania. Jest i sklep zielarski, na skutek nacisku urzędników przemianowany na punkt z kawą i herbatą. Dzwonisz. Pytasz. Towar się znajdzie. Zapraszam. Odłoży Pan dla mnie jedno opakowanie? Jeden węzeł rozwiązany.

Woda w kranie nadal nie płynie. Nie tracąc czasu zasiadasz przy kompku i wertujesz strony w poszukiwaniu nowości książkowych. Coś trzeba robić w epoce Narodowej Kwarantanny, a Twoje zasoby nieprzeczytanych książek boleśnie się kurczą. Oto propozycje wybrane specjalnie dla Ciebie, grzmi slogan księgarni sieciowej. Proszę, nawet w czasach zarazy jestem traktowana niczym klient royal class. Pierwszy pomysł. Co ludzie sukcesu robią przed śniadaniem? Bez zastanowienia podajesz odpowiedź: czekają na dostawę bieżącej wody. Kolejny. Jak kolekcjonować wspomnienia? Czytasz recenzje. Od autora bestseleru powinnaś uczyć się raczej technik skutecznej promocji i sprzedaży niż sposobów na zatrzymywanie czasu. Na szczęście w prywatnych zbiorach zostało Ci jeszcze trochę klasyki w PDFie. Poza tym największa biblioteka w Polsce oferuje za darmo swoje zasoby on line. Znowu zaoszczędziłaś pieniądze.

Bądźcie zdrowi i szczęśliwi! Całuchy-kluchy!