One. Wybór

-Co Ty nałożyłaś na twarz?

-Peeling zawierający ziarna zmielonej kawy.

-Lepiej to zmyj, bo jeszcze mała się wystraszy.

-Jeśli ojca się już nie boi, to współlokatorki w maseczce tym bardziej nie będzie.

-Jeszcze zacznie Cię naśladować, a ja stracę u niej autorytet.

-Kiedy go miałaś?

-A Ty swoje. Dom zaczyna przypominać chlew, bo wszędzie nastawiałaś jakiś słoików z nieznaną zawartością.

-Recycling, organiczne kosmetyki. Słyszałaś zapewne. Wykorzystuję, co się da, aby oszczędzać energię i w ten sposób coś robić dla planety. A zużyte fusy po kawie nadają się również do nawożenia roślin.

-Zrób coś wreszcie dla siebie, a planeta i świat będą Ci wdzięczne.

-Co dokładanie masz na myśli?

-Zacznij zarabiać, weź się za siebie. Nie mówię, że to, co robisz, nie ma wartości, ale może czas wziąć sprawy w swoje ręce?

-Życie mam ułożone.

-Nazywasz porządkiem zajmowanie się cudzymi dziećmi, ogarnianie domu i nakładanie na twarz czegoś, co powinno lądować na śmietniku?! Wszędzie walają się te Twoje organiczne produkty. Kawa jest coraz droższa, a my potrzebujemy jej coraz więcej na Twoje fanaberie. Dom zaczyna cuchnąć.

-Tę miejscówkę trudno nazwać domem.

-Proszę, wielka pani redaktor zabłysnęła elokwencją i dowcipem.

-Skończ.

-Tkwisz w tym miejscu nie dlatego, że tak wybrałaś, moja droga, ale dlatego, że nie masz wyboru.

-Ty za to masz i dlatego nie podejmujesz pracy zgodnej z kwalifikacjami, tylko zadowalasz się byle czym. Nie wymówisz mi pokoju, bo układ jest dla Ciebie korzystny. Masz ogarnięte mieszkanie i dzieci, a ktoś dokłada się do rachunków. Masz na kim wieszać psy za swoje nieudane życie osobiste. Dzieciaki są za małe, a kot Ci nie napyszczy. Możesz wybrać co najwyżej puszkę z żarciem dla niego, ale jemu wszystko jedno, co będzie wszamiał.

Oni. Szambo

– Z czego ja będę żyć? Z czego będziemy żyć? Jak się wybronią tacy jak ja?

– Wybronicie się, zobaczysz, wybronicie.

– Długo by czekać.

– Zaczekaj, a zobaczysz, że się wybronicie. Na szambie i na gównach największy interes jest.

– Ale co szambo ma do takiej roboty? Nie widzę zależności.

-No właśnie Ci tłumaczę. Na przykładzie. Metr sześcienny wody kosztuje przykładowo dwa złote, a metr sześcienny gówna cztery złote.

-Dalej nie kumam.

-Poczekaj, jeszcze nie skończyłem.

-Metr sześcienny gówna, no, mało ważne, ile kosztuje, a dlaczego więcej od wody?

-Bo jest gównem.

-O to to. Bo tego nikt nie zbadał i nie zbada. Nie będzie maczał palca i chłeptał językiem tego, co tam jest. Pozostaje przyjąć, że tam pływa gówno i nikt nie będzie tego pił ani się w tym kąpał, aby sprawdzić, czy tam jest woda, czy gówno, czy inne coś.

-Nadal nie… Czekaj… Kumam.

-No właśnie o to idzie. Nikt nie zbadał gówna i nikt, kto pobiera opłaty za wodę i gówna, nie będzie tego robił. Wyobraź sobie, że tam na szafie widzę gołębie. Siedzi Pójdzik. Macha do mnie. Na piwo zaprasza. Woła: „jak się masz? Wstawaj, idziemy na piwo”.

-Kumam!

-Ja mu odpowiadam: dzisiaj nie. A teraz idź do najlepszego doktora, docenta, profesora psychiatry i udowodnij mu, że ja tego nie widzę. Nie ma tam Pójdzika i nikt mnie nie woła.

-Teraz kumam kontekst.

-Gdyby tak szybko leczyli tych wszystkich zamkniętych, to oni by wychodzili ze szpitali i poszli do roboty. Wydawaliby pieniądze na rozrywkę. Na mecze chodzili. Do restauracji. Pojechaliby gdzieś. A tak siedzą pozamykani. Nie wiedzą, co mają w głowach, bo tego nikt nie zbadał i nie zbada, co komu w głowie siedzi. A tam szambo płynie.

-Krótko mówiąc utrzymywanie ludzi, dorosłych i dzieci, w chorobie i w strachu jest bardziej dochodowe niż zachowywanie ich w zdrowiu. W interesie tych wszystkich speców od speców jest utrzymywanie stanu, by ich podopieczni nie wyszli zbyt szybko z dysfunkcyjnego życia, bo tylko trwanie w chorobie, prawdziwej lub urojonej, sprawi, że uruchomi się cały zastęp osób chcących dorobić się na ich przypadłościach. Ile stanowisk pracy uruchamia chory człowiek, a ile zupełnie zdrowy? Teraz rozumiem.

-Mówiłem Ci, że na szambie i na gównach najlepszy interes jest.

One. Książki

-Znowu się na niego wściekłaś.

-Aż tak widać?

-Pewnie, że widać. Zasiadasz do kompulsywnego pisania za każdym razem, gdy od niego wracasz albo kończysz rozmowę.

-Spostrzegawcza jesteś.

-Jedni obżerają się lub piją, idą na zakupy, na siłkę albo na szybką randkę. Ty zasiadasz do kompa i stukasz w klawiaturę niczym Beethoven w pianino.

-Już dawno niczego nie napisałam. Chciałabym nadrobić zaległości.

-Jeśli nie możecie bez siebie żyć, razem czy osobno, może powinniście wziąć ślub? Chętnie widziałabym Cię…

-Sorry, piszę, za pół godziny będę do Twojej dyspo…

-Może stałabyś się słynną pisarką, skoro on tak na Ciebie działa. Wpadasz w twórczy szał, wystarczy, że chwilę porozmawiacie ze sobą na chacie, a Ty wracasz jak natchniona do działania.

-Posegregowałaś książki?

-Nawet nie rozpakowałam kartonów.

-Miałyśmy to zrobić razem. Wiesz, jak trudno będzie mi się z nimi rozstać.

-Tu niedługo nie będzie czym oddychać. Musimy się pozbyć części z nich.

-Nastawiam się, że gdy Ty wydasz własną książkę, będzie tu jeszcze mniej miejsca, ale do tego czasu może przeprowadzisz się i zamieszkasz gdzieś w starym wiatraku. Z nim. Twój książkowy książę zapewni Ci życie na odpowiednim poziomie. Ramiona wiatraka będą skrzypiały, a ja będę Was odwiedzać, jeśli mnie zaprosisz. Przy okazji pomogę w promowaniu Twojej twórczości.

-Co ja bym bez Ciebie zrobiła. Ok, zamykam zdanie i zaczynamy buszowanie wśród zdechłych moli. Na początek pawlacz.

-Tamte są po byłych lokatorach. To jakieś druki z dziedziny ogrodnictwa czy coś. Szkoda ich tak po prostu…

-Mówili, co mamy z nimi zrobić?

-Tak, przekazać bibliotekom albo antykwariatom.

-Do dzieła. Przynieś reklamówki. Jutro z samego rańca pojedziemy z nimi w okolice Rynku.

-W sobotę? Weekend jest.

-Te, z których pisałaś doktorat, zostawiamy.

-Nie będę potrzebne. Dajmy je do reklamówek. Może jakiś zbłąkany doktorant lub amator uprawy ziemi skorzysta z tej wiedzy.

-Tamtych nie oddam.

-Są… Wyglądają niezbyt estetycznie.

-Kupiłam je na dworcu, a właściwie otrzymałam za drobną przysługę. Nawet ich nie przeczytałam.

-Podobnie jak znacznej części z nich. Zdradzisz, jaką?

-Co jaką?

-Przysługę.

-Za pogawędkę.

-Może i ja wybiorę się na dworzec, aby porozmawiać. Nie wiedziałam, że w ten sposób można dorobić.

-Worek na śmieci i do makulatury.

-Nie chcesz chyba wychodzić w taką pogodę.

-Daj, bo się rozmyślę.

Notatki. Luty i co dalej.

Arktyczne mrozy, a po nich odwilż. To naturalna kolej rzeczy. Jeszcze kilka tygodni temu zamarzło moje myślenie o noworocznych postanowieniach, snutych wśród bąbelków musującej cieczy zwanej potocznie szampanem. Dziś już część postanowień odparowała. Dosłownie. Jak tu planować podróże i domowy budżet, jeśli ogólnoświatowa gospodarka nadal pozostaje w stanie delikatnie mówiąc stałym. Budzę się z zimowego snu, który trwa od blisko roku. Usiłuję przypomnieć sobie, czego mi jeszcze nie wolno, co zostaje odłożone na później, czego na pewno nie zrealizuję, a co może dojdzie do skutku, a może nie. Codzienność stawia coraz więcej wyzwań. Zakupy robione wśród przecenionych serduszkowo umotywowanych produktów, tulipanów z okazji Dnia Kobiet oraz czekoladowych zajączków i jajeczek. Niech żyją spece od marketingu, których kalendarz nie różni się niczym ogólnie przyjętego, i dzięki temu niezorientowani w światowych trendach mogą liznąć tego miodu. Zapasy. Coraz ich więcej. Na wypadek, gdybym nie mogła przez jakiś czas urzędowym nakazem wychodzić z dziupli.

Przedwiosenne porządki. Zachęcam do nich każdego. Jeśli chcesz, pomogę. Podpowiem. Doradzę, co zrobić z… Wzruszające są apele organizacji charytatywnych o nieoddawanie osobom z doświadczeniem bezdomności produktów zużytych, bezwartościowych, zabrudzonych wydzielinami. Ludzkimi i zwierzęcymi. Cóż, każdy może podarować jedynie to, co ma wewnątrz siebie. Niektórzy zbyt dosłownie zrozumieli tę zasadę, ale zapomnieli, że fortuna kołem się toczy.

Pieczołowicie układam czerwone szminki. Mam je tylko w tym kolorze, ale w różnych jego odcieniach. Moja twarz ma różne odcienie, którym nie mogę jeszcze nadać odpowiedniego wyrazu ze względu na przymus noszenia maseczek. Tak więc nakładam szminkę na usta, gdy pozostaję we własnym mieszkaniu, aby nie zapomnieć, do czego służy uwielbiany przeze mnie kosmetyk. Łazienka zmienia się w laboratorium. Tworzę w nim specyfiki do pielęgnacji ciała. Próbuję czytać. Opowiadania. I słuchać. Twojej historii. Nie denerwuj się, że jeszcze jej tutaj nie zamieściłam. Jestem głodna Twoich opowieści. Chcesz rozmawiać o wszystkim. Bez tematów tabu. Pytasz. Nie zawsze odpowiem. Moją ulubioną biblijną postacią jest Jan Chrzciciel. Mówię niewygodne rzeczy, więc pewnie skończę podobnie jak on. O głowę skrócą mnie ci, którzy rekrutują się z kręgu moich wielbicieli. Pytasz, czy przyjadę. Na razie nie przyjadę. Nie wolno. Nie można. Nie powinnam. Nie trzeba. Nie teraz. Nie wiem. Pisz. Coś wymyślimy.

One. E.

-Nie schodzisz na kolację?

-Nie.

-Drugi dzień tak leżysz. Będą szemrać.

-Był T. Mówiłam mu, że chyba się czymś strułam. To pewnie ta kapusta. Nie mogę jeść kapusty. Szkodzi mi.

-Jak chcesz.

-Powiedz, że nie zejdę, gdyby pytali.

-Pracujesz gdzieś?

-Tak. W szkole.

-Czego uczysz?

-Biologii.

-Da się z tego wyżyć w W.?

-Mam etat w państwowej i dorabiam w prywatnej. Jakoś daję radę. Wynajmuję pokój…

-A co masz na twarzy? Co to jest? Dobrze nie wygląda, tzn. miałam na myśli…

-To choroba. Nie powinno Cię to zajmować.

-Powinno. Dzielę z Tobą pokój. Byłaś z tym u lekarza?

-Idź już.

-Pójdę, gdy będę chciała.

-Po co tu przyjechałaś?

-Po to samo, co i Ty.

-Chcesz się dowartościować, że niby nie jesteś taka jak my.

-Jeśli chcesz, dam Ci namiar na specjalistę. Coś wymyśli na…

-Idź, bo mnie głowa rozboli od Twojego gadania.

-Pójdę, ale najpierw usłyszysz, co sądzę o Twoim wymyślonym bólu brzucha oraz innych dolegliwościach. Użalasz się nad sobą. To Ty gardzisz nami, bo mamy siłę, by coś zmienić w życiu.

-Nie męcz mnie już.

-To Ty męczysz mnie i innych uczestników zajęć swoją izolacją i niechęcią do wszystkiego. Myślisz, ze jesteś od nas lepsza, bo nie żresz. Dobrze wiem, na co chorujesz. Też pracuję z ludźmi.

-Co robisz w pracy?

-Sprzedaję kosmetyki.

-Łżesz!

-Zaburzenia odżywiania prowadzą czasami do takich wykwitów skórnych. A Ty tu leżysz niczym cesarzowa, a inni niechaj chodzą na paluszkach i nie zakłócają Twojego świętego spokoju. Masz wypisane na ryju, co grane. I wiesz co? Pieprzę Twoje zaburzenia i fochy. Nie zapomnij wywietrzyć łazienki, a wcześniej jej umyć. Nie zamierzam znowu wdychać niestrawionego kwasu żołądkowego.

-Poproszę o nowy pokój.

-Nie dostaniesz osobnego. Najwyżej z kimś, Jaśnie Pani. To nie jest prywatny ośrodek dla świrów. Jesteśmy rozdzieleni nieprzypadkowo. Mamy siebie nawzajem wspierać i pilnować, a gdyby coś niepokojącego się działo, to zgłaszać.

-A Ty jesteś ich pierwszym kablem. Co tam wypisujesz w tym swoim zeszycie? Myślisz, że nie widzę, co robisz po nocach?!

-Uczę się. Sporządzam notatki.

-Oblało się egzaminy, co? Nie kłam, o mnie piszesz i o wszystkim, co tu widzisz. Wyjdź. Nie mogę na Ciebie patrzeć. Potem ludzie będą czytać o tym, co tu się dzieje.

-Przesadziłaś. Idę po T.

-Ty przesadziłaś. Nie wiesz, jak to jest, gdy się przez całe życie robi coś, czego nie chce. I gdy jest się w obrzydliwym miejscu, w którym jedni na drugich plują.

-Dlatego powinnaś to przerwać. Schodzę na kolację, a Ty rób, co uważasz. Powiem T., że beczysz i rzygasz.

Patynowa Pani Domu. Niespodzianki

Blue Monday. Pojęcie wymyślone przez socjologów lub innych jeszcze nienazwanych ekspertów na określenie stanu pojawiającego się mniej więcej w któryś poniedziałek w połowie stycznia, gdy noworoczne postanowienia biorą w czapę, a niespłacone kredyty zaciągnięte na poczet świątecznych zakupów spędzają sen z powiek. Ha! Postanowiłaś wziąć się za siebie i wreszcie regularnie odwiedzać pobliski ośrodek sportowo-rekreacyjny. Nic z tego! Nieczynne do odwołania. Wykupienie pakietu online nie wchodzi w grę. Poprzednim razem zazwyczaj kończyło się komunią z grubym kocem, spod którego Twoje ciało zapomniało wyskoczyć, by poddać się treningowi. Będziesz się racjonalnie odżywiać. To kolejna mrzonka, a Ty jej uległaś. Aby ziściło się Twoje postanowienie, postanawiasz wypucować swój wielofunkcyjny sprzęt służący do przygotowywania rozmaitych potraw, dzięki którym osiągniesz zamierzony cel. Sporządzasz check listę dań samodzielnie przygotowanych. Wyobraźnia podsuwa Ci zdjęcia pięknych, smukłych dziewcząt o regularnej budowie ciała, osiągających wyśnione efekty przy jednoczesnym udziale w programie treningowym i dietetycznym. Już witasz się z gąską. Gęsiną, znaczy się. Ślinka cieknie na samo wspomnienie pieczystego. Nie dla psa kiełbasa. Nie dla Patynowej gęsina. Jeszcze nie. Od teraz tylko zdrowa, urozmaicona, spersonalizowana dieta. Przygotowujesz zatem na wysoki połysk wszystko, co ma jej służyć. Miski, końcówki, naczynia lśnią niczym przed przybyciem ważnej osobistości na Twój Patynowy Dwór. Dobierasz składniki. Dokładnie je myjesz. Pozbywasz skórek. Kroi…sz. Chcesz poszatkować przy pomocy urządzenia rekomendowanego jako kuchenny Rolls Royce. Pewnie coś z gniazdkiem się dzieje. Sprawdzasz w innym. Działa… przez krótką chwilę. Mechanizm nie trzyma się… całości. Rozpada na kawałki. Nie tak miało być. To potrawa miała rozpaść się na kawałki. W Twoich ustach, a następnie w żołądku. Nie panikuj! Oddychaj głęboko! Jutro też jest dzień! Serwis jest czynny do 20.00. Zgłosisz usterkę i będzie po sprawie. Nie będzie, jak się okazuje, ponieważ koszty naprawy lub zakupu oryginalnej części znacznie przewyższają cenę za nowy nabytek. Nie chcesz nowego! Chcesz swój stary sprzęt, przy pomocy którego przygotowywałaś potrawy na proszone obiady, kolacje, parapetówki, urodziny, imieniny i bez żadnej okazji. Nie możesz tak trwać w żałobie po rzeczy materialnej. Minęło kilka dni. Nie gotujesz. Nie sprzątasz. Nie chcesz z nikim rozmawiać, chyba że przez Internet. Schowaj chociaż ten sprzęt rozłożony na czynniki niepierwsze. Mały mechanizm zepsuty i wszystko skończone. Nie lubisz niespodzianek. Nie tych dotyczących Twoich sprzętów. Może ciasteczko? Albo czekoladka? Albo herbatka i kocyk? Albo… Miodek… Albo…

Całuchy-kluchy!

One. P.

Rozmowa odbyła się w czasach, gdy wieczorami popularną rozrywką było czytanie książek tudzież czasopism albo słuchanie ulubionych audycji radiowych.

-Jest jeszcze na eskaesie, więc możemy trochę pogadać. Gdy wróci, już niczego nie zrobimy przy nim. Nawet kolacji. Bo jeszcze zacznie rzucać czym popadnie. Ostatnio rozbił mi filiżanki, które dostałam od mamy na to mieszkanie. To znaczy wzięłam je z domu. Mama twierdzi, że nie są jej potrzebne, bo i tak nikogo do domu nie zaprasza, a sami z ojcem piją ze szklanek. Takich nietłukących. Twoich rzeczy nie rusza, nie martw się. Czuje respekt. Tłumaczę mu, że jesteś moją koleżanką, która nie ma gdzie mieszkać, bo pokłóciła się z chłopakiem.

-Uwierzył?

-Nie mówię mu prawdy, że mieszkasz tu, aby podreperować nasz budżet. Wie, że studiujesz i dokładasz się do rachunków. Tyle mu wystarczy. Ostatnio cały blok słyszał, jak darł na mnie mordę. A następnego dnia stał pod oknem i wrzeszczał razem z kolegami „Ty k…o, rzuć mi klucz, bo szyby powybijam na dole tej starej wariatce i będziesz za mnie w pierdlu siedzieć”.

-Nie słyszałam.

-Byłaś na zajęciach. Zresztą wychodzisz rano i wracasz wieczorem. Co możesz słyszeć. Coś Ci powiem. Uważaj, z kim się spotykasz i z kim umawiasz. Ja nie uważałam i co mam. Recepty u psychiatry. Ostatnio mi przepisał łagodne leki. Śpię po nich jak niemowlę. Do pracy na razie nie wrócę. Wiem, że powinnam. Ale szpital sobie beze mnie poradzi. Dzwonili ostatnio, to im powiedziałam, że po Nowym Roku już przyjdę. Ale ja przedłużam zwolnienia, bo w pracy wisi nade mną piętno puszczalskiej panny z dzieckiem i to uszkodzonym. Nie wiedzą, że leczę się u specjalisty. Wyciągają mnie na jakieś imprezy, potańcówki. Chcą mnie komuś przedstawiać. A ja nie mam ochoty wiązać się z nikim. Nie odczuwam żadnych potrzeb ani żądz. Tylko apetyt mam. Wyjadam z lodówki wszystko, co jest pod ręką. Te leki takie działanie mają. Psychiatra tłumaczyła. Czy wiesz, że ona jest w moim wieku? I co mi ostatnio powiedziała? Że to mnie przyda się kuracja, a nie synowi, który potrzebuje męskiej ręki i regularnych zajęć sportowych. To go zapisałam na SKS. Dwa razy w tygodniu popołudniami wychodzi i potem sam wraca. Nie boi się. Nawet zimą.

-Kto Ci płaci rachunki i czynsz za to mieszkanie?

-Ojciec. Emerytowany wojskowy. Jestem mu za to ogromnie wdzięczna. Wstydzi się psychicznej córki, więc w spółdzielni płaci wszystkie rachunki tłumacząc, że ja nie mam na to czasu, bo biegam z jego wnukiem po lekarzach. A ja nie wiem, dokąd mam z nim pójść. Na obserwację w szpitalu psychiatrycznym czeka się ok. pół roku z takim przypadkiem. Jak to dobrze, że mieszkasz z nami. Przynajmniej mam się komu wygadać.

Notatki. Lista rzeczy do niezrobienia przed świętami?

Boże Narodzenie w tym roku nadejdzie, ale zanim to się stanie, trzeba zgodnie z przekonaniami trendsetterów zaliczyć kilka obowiązkowych, przedświątecznych punktów. Po pierwsze upiec pierniczki, o czym sugerowano już na początku października. Koniecznie w foremkach w kształcie reniferków, tudzież drzewek choinkowych albo gwiazdek. Nie przypominam sobie, abym była aż taką tradycjonalistką. Choć uwielbiam miodowe smakołyki i co roku pochłaniam je w przemysłowych ilościach, nie zdobyłam się na odwagę kreowania ich fizycznego wizerunku. Właśnie! Świąteczny look. Obrus, zastawa, sztućce. To wszystko mogę kupić w promocyjnych cenach z możliwością zwrotu do 30 dni. Gdybym dobrze pokombinowała, sprowadziłabym rzeczone przedmioty na dwa dni przed podaniem wykwintnego obiadu z przystawką, a po Nowym Roku dokonała zwrotu. I tak co sezon nie zapominając o mocnym lansie w mediach społecznościowych. Czego jeszcze nie wykonam? Czynności i elementów dekoracyjnych spod znaku DIY („zrób to sam”). Ceny produktów składających się na efekt samodzielnie wykonanych artystycznych dzieł przewyższają moje możliwości finansowe. Zamiast nich świąteczny akcent w zajmowanej przeze mnie przestrzeni będą tworzyć: puste, szklane naczynie wypełnione żwirkiem i kamyczkami z niekwitnącą poinsencją wewnątrz, oczekujące na zamieszkanie przez kolejnego lokatora (czyt. glonojada). Roślinkę otrzymałam w prezencie kilka lat temu. Przyjęła się bez narzekania na brak uwagi i troski z mojej strony. Jedna ozdoba choinkowa w kształcie kuli, rozkładana na dwie części, również mająca swoje lata, dopełni reszty. To się nazywa ekonomia i ekologia w pigułce. Minimalizm znaczy się. Jest trendy. Może powinnam napisać o tym książkę albo nagrać podcast? Grunt, że do łask przywrócono biblioteki i galerie handlowe. Dzięki temu każdy znajdzie coś dla siebie i przy okazji wyjdzie na spacer, łącząc obie miejscówki w jedną ogromną przyjemność.

Uważajcie na siebie i pozostańcie w zdrowiu!

One. P.

Znalazłam wreszcie taksówkę, która nas tam zawiezie. Za rozsądną cenę. Umówiłam się z kierowcą na konkretny dzień. Będzie do naszej dyspozycji. Do południa. Potem coś tam ma, jakąś jazdę, więc wyrobimy się do dwunastej, tak mu powiedziałam. Chcesz jego numer? Podam Ci. Jeśli chcesz, możesz się z nami zabrać. Byłoby nam razem raźniej. Nie powinno padać. sprawdzałam prognozę. Na wszelki wypadek założę długie spodnie i wezmę sweter. To gdzieś niedaleko poczty. Na niewielkim wzgórzu. Patrz. Nie jest daleko. Mogłabyś przy okazji zwiedzić cmentarz i porobić zdjęcia, skoro to tak lubisz. F. się ucieszy, jeśli z nami pojedziesz. I wiesz, coś trzeba powiedzieć tym ludziom. Nie mam na razie pomysłu, co. Próbowałam dodzwonić się do jego matki. Mieszka w sąsiednim miasteczku. Ale nie oddzwania. Mówiłam jej, że będziemy, i pytałam, czy chciałaby zobaczyć się z wnukiem. On jej wcale nie pamięta. Wie tylko, że ma babcię zamieszkałą gdzieś na końcu świata, gdzie trudno dotrzeć. Ona ma córkę w Szwecji. Czasami ją tam odwiedza. Nawet nie oddzwoniła. Pisałam SMSy. Nie odpowiedziała. Znała mnie. Bywałam u niej, zanim F. się urodził. Po wypadku przestałam bywać. Kontaktu z nią też nie utrzymywałam. Aż do tego roku, gdy wybuchł ten cały covid. Mieliśmy więcej czasu dla siebie. F. jest coraz starszy. Zaczął zadawać pytania. Rozmawiałam z jego psychologiem i zostałam przez niego uprzedzona, że junior może mnie obwiniać o to, że wychowuje się bez ojca. Rozstałam się z A., zanim F. się urodził. To nie miało racji bytu. Zresztą F. jest wpadką. Sama nie wiem, kiedy to się stało. Jego ojciec był totalnym mułem. Szybko ze sobą zamieszkaliśmy, a resztę znasz. Mój brat prowadzi szkołę karate, więc wysyłam F. na zajęcia. Już drugi rok do niego chodzi. Czego my nie próbowaliśmy? Były i szachy i pływanie i jazda na rowerze i wreszcie karate. Brat czasami zabiera młodego do siebie. Zastępuje mu ojca w jakimś sensie. Chłopak bez ojca źle się chowa. Bardzo dobrze o tym wiesz. Pracujesz z różnymi zaburzonymi dzieciakami. Terapii tez próbowaliśmy. Dostaliśmy się do centrum. Ale płacimy za udział w zajęciach, bo to jakieś nowatorskie metody i nie są jeszcze refundowane. Jakaś terapia kolorami, światłem. Niby F. ma się od tego wyciszać. Chodzimy też do psychologa, ale tego mamy na NFZ. Przerwałam terapię, gdy wybuchła epidemia. I tak nie przynosiła spodziewanych rezultatów. Zamiast tego zmieniłam mieszkanie i przy okazji skasowałam auto. Kolejne. Na osiedlu. Dobrze, że wtedy sama byłam wewnątrz. Na nowe na razie mnie nie stać. Rodzice nie pożyczą mi swojego. Mówią, że jestem fatalnym kierowcą i jeszcze ich mogłabym skasować i siebie przy okazji. Dlatego rozbijam się pociągami i taksówkami. To jak, jedziesz z nami?

Notatki. Opóźniony pociąg

– No to stoimy.

– Tak, i nie wiemy, jak długo.

– Boi się Pani tej całej epidemii?

– Nie boję.

– Ja też nie. Tutaj i tak mało kto przyjeżdża. Raczej nikt. Może tacy jak Pani, ale niedługo i oni przestaną.

Pociąg miał opóźnienie. Przez to nie zdążyłam na kolejny i w związku z tym miałam obowiązkową, nieplanowaną przerwę w podróży. Za krótką, by odświeżyć widok  Starówki, a za długą, by spędzić czas na peronie. Można żywić mieszane uczucia do galerii handlowych, ale te umieszczone tuż przy dworcach stają się niekiedy błogosławieństwem, zwłaszcza dla takich pasażerów jak ja. Wybieram stolik z dobrym oświetleniem w sieciowej kawiarni. Nawet mam kartę klienta, o czym przypominam sobie tuż przy ladzie. Żywię ogromną sympatię do baristów. Ruch jest akurat niewielki, więc nawiązujemy pogawędkę:

-Ciekawe, co mówi barista do swojej kobiety po powrocie z pracy na rzucane przez nią „zrób mi kawę, kochanie”?

-Nie wiemy. Jesteśmy singlami. Ale można powiedzieć „proszę bardzo, jedenaście pięćdziesiąt”. A Pani zebrała wszystkie pieczątki i dlatego ma kawę gratis. Rozmiar i typ dowolny.

-Jestem mile zaskoczona. W nagrodę za czujność proszę dołączyć do zamówienia koktajl mango z imbirem, obowiązkowo wegański.

Bariści zazwyczaj poprawiają mi nastrój, szczególnie przed podróżą. Kawa i wszystko do niej smakują wówczas inaczej niż np. w domowym zaciszu. Przeglądam oferty reklamowe. Jako rzadki bywalec sieciowych drogerii słabo orientuję się w promkach. Jeśli mam mydło, szampon i krem do twarzy, zakupione w markecie, to już wypas. Przecieram oczy zmęczone sztucznym oświetleniem w pociągu i w galerii. Czyżby? Zapowiedź produktowa na Boże Narodzenie? Tak, nawet jeśli trwa kalendarzowe lato. Wszak umiejętność planowania, np. zakupów, to cenna umiejętność. I pomyśleć, że jeszcze na wiosnę naśmiewałam się z maseczek z nadrukiem w choinki i brodate dziadki w czerwonych futerkach. Sięgam do torby. Coś w niej zagrzechotało. Okazało się, że to bezcenna pamiątka z urlopu nie przetrwała w transporcie. Wieczne są tylko miłość i diamenty, o ile są prawdziwe. I opóźnione pociągi w jednym z krajów położonych nad Bałtykiem.