Staruszki

Bursa znajdowała się niedaleko centrum.Wybrałyśmy to miejsce na nocleg, bo było świetnie zlokalizowane, tanie i dawało możliwość skorzystania z aneksu kuchennego. Poza tym późnym latem opustoszałe. Władze postanowiły zatem za symboliczną opłatą udostępniać niektóre pokoje turystom z zastrzeżeniem, że w jednej części trwają prace remontowe. I w ten sposób moja lista osobliwych miejsc noclegowych powiększyła się o jeszcze jedną pozycję.

Nie miałam siły już dłużej przewracać się z boku na bok, więc gdy tylko zaświtało, postanowiłam pójść do jadalni, by tam poczytać zaległe e-maile i odpowiedzieć na nie. Nie chciałam budzić koleżanki. Uzbrojona w torebkę wymknęłam się cichutko z pokoju bezszelestnie zamykając drzwi.

Przez kuchenne okna było widać, jak noc ustępuje miejsca dniowi. W milczeniu zachwycałam się ciszą brzasku. Otworzyłam szeroko okno. Słychać było ptaki z pobliskiego parku. Zapowiada się piękny dzień, pomyślałam w duchu uśmiechając się do tych, którzy nie mogli bądź nie chcieli być tutaj ze mną. Wszystko im opiszę. Ale najpierw skończę rozdział. Otworzyłam książkę. Zamknęłam oczy.

Ocknęłam się, gdy usłyszałam głos należący do kobiety w wieku bliżej nieokreślonym. Brzmiał młodo i energicznie.

-Patrz, Zosiu, obudziłaś panią. Mówiłam Ci, żebyś ciszej nalewała tej wody.

-Elu, mówiłam Ci, że inaczej się nie da.

-Ale to nie ma znaczenia, dzień dobry – przywitałam się – wystarczy tej wody na kawę dla mnie?

-Dzień dobry. Powinno wystarczyć. Zosiu, wystarczy wody dla tej pani? Kawę chciała zalać.

-Wystarczy. Gdzie położyłaś nasze zakupy?

-Do lodówki. Talerze też podaj. Jesteśmy tu od wczoraj, a Pani?

-Od wczorajszego popołudnia.

-A widzisz, Zosiu, mówiłam Ci, że spotkamy tu kogoś, kto mówi po polsku. Bo my z Zosią postanowiłyśmy zwiedzać Europę. Wczoraj pierwszy raz leciałyśmy samolotem. Wyobraża sobie Pani? Dwie emerytki z Polski postanowiły wyruszyć w podróż samolotem. Trochę się bałyśmy, zwłaszcza Zosia, ale powiedziałam jej „Co nam się może stać, tam w górze? Zawsze to bliżej do Pana Boga. A już swoje przeżyłyśmy”. I poleciałyśmy. A po wylądowaniu zaczęłyśmy rozglądać się za noclegiem.

-Nie miały Panie zarezerwowanego noclegu? Ja zaleję. Proszę siedzieć.

-Nie miałyśmy, bo postanowiłyśmy wybrać się w podróż bez planowanego noclegu.

-To jak Panie tutaj trafiły?

-Podjechałyśmy do centrum i znalazłyśmy informację. Wytłumaczyłyśmy pani z obsługi, trochę na migi, trochę rysunkowo, że szukamy czegoś na kieszeń polskiego emeryta i żeby było blisko do kościoła. Poleciła nam dwa ośrodki. Zapukałyśmy do jednego, ale to jakieś seminarium męskie było i furtian nas nie wpuścił. Mówiłyśmy mu, że mamy po 75 lat, komu i co zrobią dwie babcie z Polski.  Potrzebujemy jakiegoś kąta do spania, nie będziemy przeszkadzać. Ale on nie i nie.

-Ela, może pani coś chce zjeść.

-Spokojnie, zaraz sobie przygotuję. Jestem na urlopie. To jak z tym załatwianiem noclegu było?

-Było tak. Gdy nie udało się w jednym miejscu, postanowiłyśmy działać spontanicznie. Pamiętasz, Elu, co mówiłam?

-Mówiłaś Zosiu, abyśmy odpoczęły w parku. Uważaj, bo rozlejesz. Mamy cukier? Nie wolno Ci za dużo, pamiętaj.

-Nie mamy cukru. Zosiu, wypijmy bez cukru. To ma być szalony wyjazd, na który czekałyśmy długie lata. Nie przejmujmy się bagażami, cukrem, rozlaną herbatą. Miałyśmy zwiedzać i poznawać ludzi.

-Panie jednak planowały ten wyjazd?

-Planowały, hmm, niezupełnie. To było tak. Zosia i ja poznałyśmy się w pracy w przedszkolu. Zosia wkrótce potem wyszła za mąż, a gdy urodziła córkę, postanowiła przenieść się wraz z rodziną na wieś oddaloną od naszego miasteczka o jakieś 130 km, bo tam jej rodzice przepisali działkę. Dzieliły nas kilometry, ale nie zapomniałyśmy o sobie. Pisałyśmy listy, wysyłałyśmy kartki na święta. Rzadko się widywałyśmy, ale znajomość przetrwała przez te wszystkie lata. Zosia żyła swoimi sprawami, budowali z mężem dom. Potem ściągnęli do siebie jej rodziców. Ja nie wyszłam za mąż.

-Elu, bo Ty nie chciałaś tego… A ja Ci zazdrościłam, że jeździłaś na wycieczki nad morze i przez całe życie byłaś taka ładna, szczuplutka, nakręcałaś włosy. A pamiętam, jak na naszym weselu nie chciałaś zatańczyć…

-Zosiu, to już nie ma znaczenia. Miałyśmy opowiedzieć pani, jak tutaj trafiłyśmy.

-Elu, zaczepiłyśmy tych starszych ludzi w parku i oni powiedzieli nam, że dwie ulice dalej znajdziemy budynek w remoncie i żeby tam zapytać, więc poszłyśmy i zapytałyśmy stróża, czy nas przenocuje. Odesłał nas do sekretariatu i tam dowiedziałyśmy się, że możemy zostać na dwie noce.

-Planują Panie spędzić tutaj tyle czasu?

-Tak, potem wyruszamy w dalszą drogę. Chcemy zwiedzić większe miasta.

-Zosia, gdy owdowiała, zaprosiła mnie do siebie na kilka dni. Było jej smutno w pustym domu. Córka i zięć zajęci swoimi sprawami rzadko ją odwiedzali. Rodzice nie żyli. Byłyśmy już wtedy obie na emeryturze. Ona miała po mężu. Zaczęłyśmy wspominać, snuć marzenia, plany i wtedy zaproponowałam, abyśmy wybrały się za granicę. Samolotem. Zosia w tajemnicy przed rodziną odkładała na tę podróż każdy grosz. Kupiła sobie na tę okazję dwie bluzki, jedną białą, a drugą w kropki.

-Elu, ale tę w kropki to Ty mi doradziłaś, razem z tą przemiłą panią w sklepie. Ela uparła się, abym kupiła obie. A resztę do wyjazdu jakoś się uzbiera, powiedziała. W razie czego mi pożyczy. Taki to dobry człowiek z tej Eli.

-Bo Ty, Zosiu, całe życie myślałaś o innych. Zajmowałaś się domem, ogródkiem, potem opiekowałaś się chorą mamą. Teraz jest pora pomyśleć o sobie.

-Elu, nie siedźmy za długo. Jest dużo do zobaczenia. Dzisiaj idziemy do bazyliki. Nie możemy się spóźnić.

-Masz rację, Zosiu. Pora się zbierać. Zostaw te naczynia. Pozmywamy po powrocie.

-Ja chętnie pozmywam, jeśli Panie się zgodzą.

-O, widzisz, Zosiu, pani zajmie się sprzątaniem. Spokojna głowa. Chodź już.

 

 

 

 

 

 

One

– Nie pamiętasz już, jak przed laty toczyłyśmy rozmowy o tym, jak będzie wyglądać nasze życie? Miałyśmy realizować się w pisaniu oraz wypełniać czas dobrą literaturą, wyśmienitym jedzeniem, muzyką, pięknem i podróżami. Nic z tego nie zostało zrobione. Nic. Żyjemy inaczej, ale to nie jest podłe. Zmieniły się okoliczności na Twoje wyraźne życzenie. Choć przyznaję – obie spieprzyłyśmy sprawę.
– Napisz książkę. Napisz. Będzie się dobrze sprzedawać. Można będzie dołączyć do niej informacje o charytatywnych SMS-ach, które mogłyby pomóc np. mojemu dziecku.
– Odpada. Jakiekolwiek włączanie się ze mną w tego typu akcje odpada. Twoje dziecko ma rodziców, matkę i ojca. Zresztą i tak nie napiszę niczego, co by się sprzedawało.
– Zostałam sama ze wszystkim, sił coraz mniej.
– Byłaś sama jeszcze wcześniej, przez cały czas trwania swojego nieudolnego małżeństwa. Nie zaprzeczaj.
– Czasami chciałabym trzasnąć drzwiami i… zacząć od nowa.
– Cholera, wszystko jest możliwe. Tylko pieprznij nimi w końcu, ale tak, aby się ościeżnice rozleciały.

(ponownie) Patynowa Pani Domu – retrospekcje

Zainspirowana słowami zachęty jednej z samotnych matek trojga dzieci postanowiłaś naprędce sporządzić notatkę o tym, jak żyć po dziadowsku i nie oszaleć.
W upalny, letni dzień zapragnęłaś coś zjeść (wbrew pozorom to Ci się dość często zdarza). Zrobiłaś szybki przegląd własnej lodówki, następnie stanu konta i doszłaś do wniosku, że możesz pozwolić sobie na lekki posiłek. Nie ma jajek ani warzyw! Dla kogoś oznaczałoby to pójście do najbliższego sklepu i uzupełnienie zapasów, a dla Ciebie – dramat, bo jajka powinny być od szczęśliwych kurek, z pewnego źródła, a ono przebywa obecnie na urlopie! Gdzie tu szukać tymczasowego pośrednika?! Z zamiarem znalezienia go niczym galerianka udajesz się na maraton po warzywniakach i spożywczakach. Ba! Na hasło „szczęśliwe kurki” obsługa spogląda na Ciebie z dziwnym wyrazem twarzy, więc po kilku próbach poddajesz się i nabywasz jajka przepiórcze. Do tego warzywa, herbata (nie ma ulubionej, więc decydujesz się na nie-ulubioną), jogurt, bułki i coś do kawy. Przez kilka dni nie umrzesz z głodu.
Wracasz na metę w porze, o której specjaliści od upałów radzą nie wychodzić z domu. Wypijasz hektolitry wody smakowej, a następnie płuczesz warzywa i uruchamiasz wielofunkcyjne urządzenie mające pomóc takim jak Ty w przygotowaniu nieskomplikowanych posiłków. Tarcza nośna przestaje się obracać. Chwila nieuwagi i masa, na którą składają się wymęczone warzywa wraz ze skórką z cytryny, bryzga dookoła.

Niemożliwe! Mechanizm nadal się nie działa! To nie sen! Twoje maleństwo odmawia posłuszeństwa. Czekasz jakiś czas. Może robisz coś nie tak?! Po upływie akademickiego kwadransu podejmujesz kolejne próby. Do urządzenia wrzucasz niemalże wszystko, by sprawdzić, czy zadziała. Po czasie odmierzanym serwisami informacyjnymi poddajesz się. Obiado-podwieczorek okazuje się nieistotny. Surowa marchewka jest pyszna.
Chwytasz się ostatniej deski ratunki i zgłaszasz usterkę sprzętu do serwisu. Spoglądasz na kuchnię. Jak dobrze, że dziś nikt nie zapragnął Ciebie odwiedzić. Zmywasz to, co jest rezultatem działań.
Stan faktyczny Patynowa na dziś: zdechła roślinka, dwa bezpowrotnie stracone jajeczka przepiórcze, wielofunkcyjne urządzenie wymagające naprawy, zmięte, bezużyteczne warzywa, zakup oraz wypicie nie-ulubionej herbaty. Dobrze jest!

Patynowa Pani Domu

Gdy pewnego wieczoru postanawiasz rozprawić się z drobnymi pracami dla majsterkowiczów, ogarnia Cię płonące uczucie gotowości do działania. Poszukujesz potrzebnych narzędzi i okazuje się, że w sytuacjach podbramkowych (braku laku) nawet zawartość starej kosmetyczki staje się pomocna. Błyskawicznie szkolisz się oglądając filmiki przygotowane przez pracowników marketów budowlanych. Dzięki projekcjom wiesz, których produktów Ci brakuje, a które mają swoje zastępniki. Wiesz także, jakie prace Cię czekają. Rozpoczynasz od wykręcenia śrubek przy pomocy śrubokrętu <warto było ocalić kilka z nich podczas czyszczenia domowego magazynu>. Nieźle Ci idzie. Nie wiedziałaś, jakie siły drzemały w Twoich dłoniach, zanim podjęłaś się tego zadania. Przypominasz sobie, że na zajęciach praktyczno-technicznych (z przed reformy) posługiwałaś się różnymi narzędziami wykonując prace na ocenę. <tzw. męskie prace zaliczałaś na celujący (czasami na bardzo dobry z plusem; inaczej z tzw. kobiecymi. Tu było dostatecznie dobrze, co dawało średnią… Policzcie sobie > Resztę działań odkładasz ze względu na braki w produktach. Zamiast odwiedzać perfumerie, złożysz wizytę w markecie budowlanym. Chyba polubisz zakupy.

Notatki

Na wyświetlaczu alarm za 3 godz. 1 min. Kolejna noc w plecy. Próbuję czytać. Brak koncentracji. Mimo wszystko usiłuję zebrać myśli. Może coś napiszę. Z tym też kiepsko. Stawiam tezę, że teoria o gromadzeniu pomysłów i zapisywaniu przemyśleń w nocy, gdy otoczenie się uspokoi, jest błędna. Gdyby było inaczej, większość z nas już dawno otrzymałaby Pulitzera. Dlaczego nie stać mnie na cygara? Przynajmniej zajęłabym czymś ręce.
Pytano mnie, dlaczego nie napiszę czegoś dla młodszych dzieci. Nie i już. Nie mam argumentów, dlaczego nie. Nie chciałabym pisać czegokolwiek dla dzieciaków. Ani dla młodszych, ani dla starszych. Mają rodziców. Niechaj oni piszą albo opowiadają, jeśli potrafią i im się chce.
Zabieram się zatem za porządkowanie i tak poukładanych rzeczy. Zaraz, zaraz… Do tamtych kartonów nie zaglądałam. Tzn. nie pamiętam, abym takie miała. A w nich Placebo. Tego kiedyś namiętnie słuchałam i uczyłam się angielskiego bawiąc się w tłumacza. A to dobre. Znajduję również inne głęboko ukryte niespodzianki. Drobne upominki. Własnoręcznie wykonane. Wciąż pamiętam okoliczności, w których je otrzymałam.

Budzik. Wyłączam. Środek nocy. Rutynowe czynności w łazience. Wychodzę. Zapominam pilota. Sąsiad ma i użycza. Dotychczas byłam przekonana, że o nieludzkiej porze wstają głównie tacy jak ja oraz członkowie ekip budowlanych, których codziennie mijam po drodze. Jeszcze nie wyję. Jeszcze nie… Ale wewnątrz wszystko kipi i rozsadza czaszkę…

One

-Miałam wtedy niepełny etat w szkole. Byłam przyjęta na zastępstwo. Koleżanka ściągnęła mnie z  zagranicy w środku roku szkolnego. Nie miałam się gdzie podziać, a w mieście ciężko samej się utrzymać. Wynajęłam pokój w kamienicy u kobiety zajmującej się szyciem kostiumów dla teatrów. W szkole zarabiałam grosze, które z ledwością wystarczały na opłacenie pokoju i dojazd do pracy. Oszczędności stopniały w zastraszającym tempie. Chciałam udzielać korepetycji, ale pani Tatiana zaproponowała, abym skontaktowała się z biurem obsługi widza. Poszukiwali do pomocy zaufanej, dyspozycyjnej wieczorami osoby. W ten sposób trafiłam do teatru. W ciągu dnia byłam nauczycielką w podstawówie, a wieczorami przenosiłam się do świata iluzji i zaprzeczeń. Czasami pani Tatiana przynosiła do domu niepotrzebne kostiumy lub to, co z nich zostało. Przebierałam się w nie, a ona robiła mi zdjęcia. Cudowny czas. Obejrzałam chyba wszystkie przedstawienia. Nauczyłam się na pamięć dialogów z Ionesco i Becketta. Czasami prosto po szkole biegałam na próby. Siadałam cichutko z tyłu i zastanawiałam się , jak by to było, gdybym stała na scenie zamiast aktorki. Widziałam, co działo się za kulisami, gdy gasły światła, a publiczność już dawno opuściła budynek teatru.

-A co takiego się działo?

-Aktorki zdejmowały kostiumy, zmieniały uczesanie i sztuczne rzęsy. Zmywały makijaż. Niektóre płakały. Inne nerwowo próbowały się dodzwonić do swoich facetów, co zwykle się nie udawało, więc zamawiały taksówkę, a te, które miały dzieci, pouczały przez telefon ich nianie, co na jutro przygotować. Większość z nich paliła nałogowo lub chodziła na jakieś terapie.

-Ale chyba dobrze wspominasz tamten czas?

-Tak, bardzo dobrze. Wiesz, że marzyłam o studiach w PWST?

-Domyślałam się.

-Rodzice mi odradzili. Mówili, że to niepoważne. Zastrzegli, że nie pomogą finansowo, jeśli zdecyduję się tam studiować, gdy oczywiście się dostanę. Dlatego wylądowałam na pedagogice.

-Nic straconego. Jeszcze możesz podjąć studia.

-Nie, już nie. Nie chcę. Pozwolisz, że wyjdę na papierosa?

-Tak, proszę.

Wraca po kilku minutach.

-Tak szybko?

-Szybko?! Wiesz, jest jeszcze coś.

-Tak?

-Rozmawiamy o mojej niby karierze w teatrze. Może zamówimy jeszcze coś do picia? Stawiam.

-Nie ma sprawy. Następnym razem odstawię.

Kelnerka błyskawicznie zjawia się z tacą.

-Czego się napijemy?

-Dla mnie tylko yerba i tonik.

-Poprosimy yerbę i dwa duże toniki.

-Wiem, że wtedy starałaś się o pracę w teatrze. Widziałam Twoje CV, zupełnie przypadkiem. Leżało na wierzchu.

-Sporo wiesz.

-Powiedziałam dyrekcji, że podejmę się każdej pracy, nawet doraźnie pomogę sekretarce.

-Ale co w związku z tym?

-Łucja, wyrzuciłam Twoje CV. To dlatego nie otrzymałaś posady, a wkrótce potem wyjechałaś i zaszyłaś się w jakimś ośrodku na odludziu.

Zamówione napoje lądują na blacie stołu, a kelnerka z gracją oddala się.

-To nie ma teraz znaczenia. Żadnego.

-Podobno nie miałaś z czego żyć.

-Miałam. To były plotki.

-Chciałam Ci powiedzieć, ale zniknęłaś. Nie było okazji.

-Daj spokój. Nie wracajmy do tego.

-Dopiero po latach zobaczyłam Cię przypadkiem na dworcu. Nie mogłam uwierzyć, ale to na pewno byłaś Ty. Niewiele się zmieniłaś. Poszukałam w sieci, na portalach społecznościowych. Na szczęście miałam Twój stary e-mail i Cię znalazłam. Wymyśliłam więc spotkanie po latach przy lampce wina, a Ty się zgodziłaś. Zaraz, a czym obecnie się zajmujesz? Powiedz coś.

-Właściwie niczym istotnym. Pora na mnie.

-Nie wypiłaś yerby.

-To nic. Wypij ją za mnie.

Zmierzchało, gdy opuściłam lokal. Rynek o tej porze roku wyglądał bajecznie. Odetchnęłam pełną piersią. W drodze na przystanek tramwajowy układałam w głowie plan na sobotę. Najpierw zajęcia na podyplomówce. Trzeba dostarczyć pracę zaliczeniową. Dostarczona. Jutro ćwiczymy role według scenariusza mojego autorstwa. Sama słodycz. Tym razem nie wybuchnę śmiechem. Obiecuję. Uwielbiam prowadzących i swoją grupę na pedagogice teatru.

 

 

 

 

One

Fragment rozmowy pomiędzy wykształconymi kobietami:
– I jak było na jeździe?
– Fantastycznie.
– Cieszę się. Już teraz zapraszam Cię na jazdę w terenie. Umówimy się kiedyś w stadninie, w której pobierałam lekcje. Pojedziemy najpiękniejszą trasą. Ale jeszcze nie teraz. jeszcze nie. Bo teraz, wybacz, ale mnie nie stać, aby Cię zaprosić na taką wycieczkę. Kiedyś się wybierzemy i będziemy galopować.
– Chętnie. Na cały dzień pod warunkiem, że do tego czasu nie zapomnę podstaw.
– Wtedy weźmiemy dodatkowe lekcje. A na razie trzeba zmagać się z codziennością i układać finansowe priorytety, np. w tym miesiącu zrezygnowałam z wizyty u fryzjera.
– Ja natomiast trwale rezygnuję z randek. Nie stracę czasu i sił, a za oszczędności wynajmę fachowców do domowych napraw. Część usterek potrafię usunąć sama, np. rozkręcić cieknący kran, ustalić, co tam nie działa, a potem skręcić go z powrotem.

Notatki

Zamiast kawiarni, pubów i multipleksów należałoby budować dworce kolejowe. Gdyby nie one, większość ludzi nie spotkałaby się i nie miałaby o czym rozmawiać. Nie poznałoby się wiele par, a wielu bezdomnych nie wiedziałoby, gdzie ma się podziać. Małolaty na gigancie nie doświadczyłyby świata, a dorośli mający problem z organizacją własnej mikroprzestrzeni nie zasmakowaliby życia symbiotycznego z czasem. Dworzec kolejowy – dla jednych to początek nowej drogi, dla innych – przerwa w autobiografii. Miejsce graniczne.

Ziemniaki „na biedaka”

Który punkt wyznacza początek nowego dnia, a koniec poprzedniego? Sygnał budzika po nieprzespanej nocy? Nastawienie wody na herbatę? Włączenie radia? Spojrzenie w lustro? Może to usłyszenie piosenki, na którą długo polowałaś, aż wreszcie podczas szykowania pasty kanapkowej trafiasz na nią. Tytuł oraz wykonawcę zapisujesz w pamięci. Marzenia się spełniają, zwłaszcza te drobne. A może początek dnia stanowi opuszczenie bezpiecznego portu, którym są Twoje cztery ściany i sufit? Może jest nim uśmiech zaniedbanej starszej osoby, która przez okno na parterze spogląda na świat? O czym ona wtedy myśli, gdy opiera się o parapet, a jej oddech ozdabia szybę? Czy też nie przespała nocy? A może się nie kładła? Może na kogoś czeka?

Gdzieś widziałam osoby z wyrazem twarzy podobnymi do niej. To było w czasach, gdy zostawiałyśmy przygotowane przez nas jedzenie bezdomnym w parku.

Nasze ścieżki nie miały prawa się przeciąć. Spotykałyśmy się głównie w niedzielę na obiedzie albo na koncertach. Byłaś i jesteś mistrzynią w wyszukiwaniu atrakcyjnych cenowo imprez. dzięki Tobie poznałam twórczość T. Capote’a. Czasami przychodziłaś do mnie coś obejrzeć w telewizji, ponieważ nie miałaś własnego odbiornika. Ja w tym czasie głównie zmywałam, aby Tobie nie przeszkadzać. Nie miałam radia, a Ty telewizora, więc przychodziłam do Ciebie posłuchać naszej ulubionej audycji. Snułyśmy wtedy plany, czym będziemy zajmować się, gdy skończy się przejściowy czas.

Próbowałam gotować. Motywowałaś mnie. Twoją specjalnością był ryż z warzywami, a moją odpowiednio przyprawione pieczone ziemniaki z dipami. Gdy mnie odwiedzałaś, wyciągałam najlepsze naczynia. Obiad, na który składały się przeważnie pieczone ziemniaki albo makaron w sosie musztardowym z brokułami, podawałam na półmisku, który wcześniej ogrzewałam i przyozdabiałam. Wyobrażałyśmy sobie, że to prawdziwa uczta. Prawiłaś komplementy pod adresem mojej kuchni. Może wówczas faktycznie tak było? Gdy przeprowadziłam się do siebie, co jakiś czas próbowałam przyrządzić ziemniaki „na biedaka”. Nic z tego nie wyszło. Za każdym razem potrawę trzeba było wyrzucać. Nie powtórzyłam tamtego kulinarnego sukcesu. Aż do poprzedniego wieczoru.

Post dedykuję tym, którzy pokazali mi, jak można żyć.

One

– Nie masz przypadkiem gdzieś zgranych naszych zdjęć?
– Nie mam.
– A nie wiesz, gdzie są?
– Nie wiem.
– A co z nimi zrobiłaś?
– Zniszczyłam.
– A tymi z ramek?
– Podarłam.
– Oszalałaś?!
– Nie.
– Ale jedno zostało.
– Wybacz, że nie zdążyłam go podrzeć, zanim nie oddałam Ci kluczy.