Patynowa Pani Domu. Niedziela

Poranek. Budzi Cię odgłos tłuczonych kotletów. Nawet nie spoglądasz na zegarek, bo wiesz, która godzina. Zwykle o tej porze sąsiedzi dają znać, co dziś będzie u nich na obiad. Może kiedyś wystukają rytm znanej melodii? Tłuc mięso w rytm tanga albo bolero. Poezja. Warto marzyć.

W nocy słyszysz, jak powietrze przebija się przez rury. Pewnie niedługo skończy się kilkugodzinna przerwa w dostawie wody, myślisz, ale nie chce Ci się wstać i dopełnić higienicznego obowiązku. Zadziwiające, do jakiś wniosków i przemyśleń skłania Cię jej brak. W wyobraźni budujesz ekologiczną farmę z własną studnią w podwórku, gdy przypomina Ci się, że kiedyś woda w studniach też zamarzała lub wysychała, dlatego lepiej będzie, gdy przeczekasz tę zieloną noc, a rano zmyjesz z siebie nocny trud konstruowania nowego, być może lepszego życia. Od razu przywołujesz w pamięci sytuację, gdy wraz z koleżanką ratowałyście lud przed suszą czerpiąc wodę z jedynej czynnej studni. Szłyście wówczas przez wieś niosąc po dwa wiadra wody, a okoliczni mieszkańcy płci męskiej spoglądali na Was z niedowierzaniem. Szłyście z dumą i poczuciem misji. Przystawałyście na każdym kroku, by w XXI w. panowie jeszcze dokładniej mogli sobie obejrzeć kobiety niosące wodę ze studni w cynowych wiadrach.

Otwierasz okno. Dzięcioł jest już na śniadaniu, a Ty jeszcze pod prysznic nie weszłaś. Dzięki, młody. Wolę słuchać Ciebie niż odgłosu tłuczka miarowo uderzającego o deskę. Prysznic trwa dłużej niż zwykle. Na śniadanie postanawiasz zaszaleć i usmażyć jajecznicę. Robisz szybki rachunek. Jeśli do jajecznicy zużyjesz wszystkie jajka, które masz, na obiad nic Ci nie zostanie. Powinnaś zamówić od szczęśliwych kurek, ale tyle się ostatnio wydarzyło, że zapomniałaś. Niech będzie bez jajecznicy. Zastawiasz stół, czym chata bogata (tu: biedna). Zaparzasz kawę. Wychodzisz na balkon przywitać dzień. Wiatr wieje akurat w Twoją twarz. W powietrzu unosi się zapach rosołu na kurczaku i… jajecznicy na cebulce. Pozdrawiasz sąsiadów szeroko się uśmiechając. Wracasz do siebie.

Co słychać w szerokim świecie? Teraz to nieistotne. Sprawy światowej wagi zostawiasz możnym. Kubki smakowe pracują jak szalone. To będzie piękny dzień.

Całuchy-kluchy!

 

 

 

One

Sobotnie przedpołudnie. Z łazienki słyszę, jak krząta się po mieszkaniu. Udostępniła mi wszystkie swoje kosmetyki z uwzględnieniem mojego gustu i potrzeb. Mieli kawę, oczywiście w ręcznym młynku, bo taka smakuje znacznie lepiej. Nawet przez drzwi czuję zapach świeżo zmielonej łączący się z zapachem pieczywa prosto z piekarnika.

-Dzień dobry. I to wszystko dla nas? Ale się wyspałam.

-Dzień dobry. Dla nas. Wolisz mleko podgrzane czy może być zimne?

-Poproszę zimne.

-Za chwilę będą chrupiące bułeczki. jeszcze trochę poczekamy, aby się dobrze podgrzały.

-Nie mogę w to uwierzyć.

-W co? W bułeczki?

-Nie udawaj, przecież wiesz, o czym mówię. Siedzimy w Twoim mieszkaniu, szykujemy śniadanie, pijemy pyszną kawę. Za oknem słychać ptaki, pierwsze zwiastuny wiosny. Taki sielankowy obraz. Uwierzyłaś w to wiele lat temu, zanim ja zdążyłam zamarzyć.

-Tak, kto by pomyślał. Dwie dziewczyny z dworca czekające na nocny pociąg, których ścieżki się przecięły, ponieważ ktoś omyłkowo zakwaterował je w tym samym pokoju. Byłaś taka wściekła, choć nie dawałaś po sobie poznać. Na zajęciach prawie się nie odzywałaś, czasami stawiałaś pytania, brałaś udział w scenkach, ale  Twój wyraz twarzy wszystko zdradzał. Pamiętam, że byłaś ubrana na czarno, a na ustach miałaś czerwoną szminkę. Siedziałaś milcząca i dumna. Dopiero na krótko przed odjazdem odważyłam się Ciebie o coś zapytać. Gdy zaczęłaś odpowiadać, nie mogłam wyjść z podziwu… Rozmowa była długa, wymieniłyśmy adresy i telefony. Ale na pociąg nie zdążyłyśmy, dlatego postanowiłyśmy pojechać nocnym.

-Oj, kawa stygnie.

-Nie martw się, jest sporo w zapasie. Zaparzymy nową, jeśli będzie trzeba. Bułeczka dla Ciebie, proszę.

-Dziękuję. Mimo lat nie zmieniły nam się upodobania. Ale chyba ktoś pomylił się w zrealizowaniu naszych marzeń.

-Nie pomylił. Nic nie jest przypadkowe.

-Podobno. Ale u nas jest jakby zamienione. Ja marzyłam o antresoli, Ty – o dużym balkonie. Tymczasem Ty masz antresolę, z której korzystam do woli, a ja cieszę się balkonem, na którym wspólnie popijamy koktajle.

-Ale chyba nie masz o to żalu do nikogo?

-Nie, skąd. Nawet jestem zadowolona z takiego obrotu sprawy. A także z tego, że skończyłaś ziołolecznictwo, podczas gdy ja w młodości jedynie marzyłam o studiach na kierunku przyrodniczym. Życie pokazało, że kompletnie się do tego nie nadaję. Tylko postaraj się nie zmarnować wiedzy, którą zdobyłaś.

-Na razie dyplom schowałam do szuflady. Wiedziałam! Wiedziałam też, odkąd się poznałyśmy, że kiedyś na końskich grzbietach wybierzemy się na przejażdżkę do ruin dworku. Gdy pierwszy raz tam pojechałyśmy, był jeszcze przed remontem. Ale miałaś minę, gdy Ci powiedziałam, że widzę tam nas i nasze konie, które odpoczywają, podczas gdy my bez pośpiechu popijamy espresso z gustownych filiżanek. Przez grzeczność nie zaprzeczyłaś. Mówiłam Ci, że piękny ogród kiedyś ożyje?

-Mówiłaś też, że masz pomysł na jego rekonstrukcję. Filiżanki, z których teraz pijemy są podobne do tamtych z kawiarni.

-Wyglądają identycznie. Znalazłam je na wyprzedaży. Dworek po części został odrestaurowany. Stawy zarybione, ogrodowi powoli jest nadawany nowy kształt, choć ja bym wolała, by pozostał na pół dziki. Ile lat nas tam nie było?

-To będzie… Sporo. Lepiej uważaj, o czym marzysz, bo niektóre marzenia mogą się spełnić. Ale stare drzewa pozostały?

-Tak, czytałam, że projektant zieleni o to zadbał. Mógłby przewidzieć miejsce na zielnik, by zbierać i sprzedawać zioła. Potem ktoś otworzyłby herbaciarnię i miejsce by zarobiło na siebie. A odnośnie marzeń. Mam w zapasie kilka. Tak bym chciała, aby wystarczyło mi życia na ich mądrą realizację.

-Jesteś na dobrej drodze.

-Na to wygląda. Obie jesteśmy, a wszystkie próby prowadzą jedynie do tego, by jeszcze bardziej cieszyć się z rezultatów. Zapowiada się piękny, bezchmurny dzień. Na której klaczy chciałabyś pojechać?

-Może na Havanie.

-Ja na Mesalinie. Przedzwonić do stajni?

-Dobry pomysł.

 

Pełnia

Obserwuję księżyc przy bezchmurnym niebie. Jest przepiękny. Tej nocy na pewno będę mało spała. Intuicja podpowiada, abym złapała głęboki wdech, bo coś we mnie eksploduje, ale jeszcze nie na tyle, abym wzywała pomocy mojego ziemskiego Anioła Stróża (nota bene i tak się pojawił, za co dziękuję, Aniele).

Niedawna sprzeczka z recepcjonistą uświadamia mi, że głównym powodem bariery w spójnym widzeniu rzeczy są różnice w osobowościach rozmówców, a nie pełnione przezeń funkcje. Jeżeli dochodzi do wymiany zdań pomiędzy przełożonym a podwładnym, a ich rezultatem nie jest kompromis, to dzieje się tak dlatego, że jedna ze stron w żaden sposób nie może zrealizować własnych potrzeb ani dogłębnie wyrazić siebie. Komunikacja zachodzi na poziomie osobowości, a nie na poziomie funkcji.

Wracam po dniu pełnym rozgrzebanych spraw. Przez cały czas sporządzałam notatki, które zaszyfrowałam do tego stopnia, że podczas składania ich w jednolity tekst całkiem się pogubiłam. Pomysły warte zrealizowania przychodzą do głowy w najmniej oczekiwanych chwilach, szczególnie wtedy, gdy nie możesz ich zanotować. Pozostaje korzystanie z pamięci, a z nią bywa różnie, zwłaszcza u osób, które starają się nie robić niczego, w co nie wierzą. Mimo wszystko próbuję nadać słowom kształt.

Ze sklepowej półki chwytam sporą torbę makaronu. Dopiero przy kasie uświadamiam sobie, że jadłam go wczoraj i dwa dni temu. Jem dzisiaj i jutro też zjem.

Ktoś przychodzi z krótką, jak zapewnia, wizytą. Wywiązuje się rozmowa. Mówimy o planach i pomysłach na spędzanie urlopu. Na hasło Bałkany odzywają się kolce na dnie moje serca. Wspominamy. Planujemy. Sporządzamy mapę oraz listę zakupów. Włączam muzykę. Na stół wkracza rakija. Nucimy. Snujemy opowieści. Robi się sentymentalnie. Po co rozdrapywać strupy, ktoś zapyta. Po to, aby oczyścić rany, kupić plaster i być gotowym do dalszej drogi. Mimochodem spoglądam na zegar. Późno. Powinnam się położyć, jeśli kolejnego dnia nie chcę straszyć sąsiadów.

Noc podczas pełni okazuje się bezsenną. Bałkańska muzyka wraz z filmowymi obrazami jeszcze długo wybrzmiewa w wyobraźni.

Następny dzień się nie liczy.

 

One

-Nawet ładnie się urządziłaś. Wystarcza Ci miejsca w szafach?

-Tak, z powodzeniem. Nie chciałam zagracać przestrzeni. Poza tym nie mam wielu ubrań i butów.

-Hahaha. Jakie to w Twoim stylu. Kiedyś mówiłaś, że w domu najważniejsze będą dla Ciebie biurko, cisza oraz miejsce na stare buty. A te rzeczy?

-To pamiątki. Z podróży. Moich i cudzych. Raczej cudzych, tym bardziej dla mnie cenne. Ta na przykład pochodzi z…

-Wiem. Nie kończ.

-Nie wiesz.

-Od niego. Byłam na ich ślubie. Mój były zaprosił mnie na swój ślub. Kościelny. Niby przypadkiem spotkaliśmy się na parkingu. Powiedział, że się żeni. Wpadnij, rzucił. Wyobrażasz to sobie?! A, przecież Ciebie nie było na tym ślubie. Czy byłaś, bo już nie pamiętam?

-Nie zostałam zaproszona. Po co tam poszłaś?

-Chciałam to zobaczyć.

-Co chciałaś zobaczyć?

-Jego w garniaku. Nie wierzyłam, że kiedyś go założy. Gdy się spotykaliśmy na rodzinnych obiadkach albo innych ważnych uroczystościach, u niego zawsze był problem ze strojem. Nie znosił formalnych ubrań. Koszul, marynarek, krawatów.

-Może na tę okazję zmienił preferencje?

-Utył.

-Może ona dobrze gotuje. Może to jedyne, co potrafi dobrze robić.

-Gdy był ze mną, jadał w pośpiechu, a do pracy dojeżdżał rowerem, prawie co drugi dzień siłka.

-Cóż, ludzie się zmieniają czasami pod wpływem kogoś, czasami od siebie. Wesele też zaliczyłaś?

-Nie, widziałam na zdjęciach i na filmie. Ewka trzasnęła kilka z komórki. Pokażę Ilonce, powiedziała, zawsze miał na nią oko, ale jej się nie podobał. A kto się Ilonie podobał? Widziałaś te filmy?

-Nie widziałam.

-Załamałabyś się. Typowo nowobogackie. Przesyt dekoracji. W pewnym momencie myślałam, że balony i tiule spadną gościom na głowę. Podobno wynajęli dekoratora wnętrz. Oprócz stołów na sali stały osobno trzy szwedzkie. Jeden z tradycyjnymi wyrobami. Wiesz, kaszanka, smalec, szynka, piwo prosto z beczki. Z browaru jakiegoś oryginalnego. Było tego tyle, że wystarczyłoby dla jadłodajni i jeszcze zostało. Bażanty też tam widziałam. Dekoracje ze słomy, brzozowych witek. Znasz Ewcię. Wszystko dokładnie sfilmowała. Tuż obok stał drugi z owocami morza, które leżały na jakiejś lodowej kruszonce. Spinały go dwa łabędzie wykute z lodu, a obok nich był krasnal. Też z lodu. W ręku trzymał jakiś koszyk, a w nim już nie dopatrzyłam się, co było. Ewcia mówiła, że ostrygi. Kolejny stół był z ciastami. Muffinki, landrynki, bezy itp. Panna młoda też wyglądała w sukni jak wielka beza. Wcale nie miała figury.

-Może ktoś poczuł się nią zainspirowany?

-Pamiętasz, jak kiedyś zarzekał się, że śluby, wesela, cały ten młyn to nie dla niego? On ceni sobie wolność, tak powtarzał. Chce żyć w wolnym związku, podróżować, zwiedzać, poznawać obce kultury. A na ich weselu grali disco polo. Haha, u niego na imprezie disco polo. I w dodatku tańczył przy tym. On, fan bluesa, jazzu i Jarocina. Jak ja tego nie cierpiałam, ale jeździłam na te jego zloty.

-Pamiętam, mówił też, że woli szczupłe, zgrabne dziewczyny od tych bardziej… przysadzistych. Dlatego katowałaś się dla dietami i chodziłaś na step.

-I po co mi to było?

-Nie pij już dzisiaj, ok? Schowam wino.

 

Patynowa Pani Domu. Przaśne placki

-Nie mogę przyjechać. Nie, nie mam szczególnego powodu. Chcę przez najbliższe dni zająć się sobą. Latem też nie obiecuję. Jeszcze nie mam planów. Wiem, że miejsca jest dość. Krucho u mnie z kondycją. Nie uwierzysz. Wzięłam się za domowy chleb. Tak, za dużo jak na jedną osobę, dlatego rozdam bezdomnym (pod warunkiem, że się uda). Jak wtedy, gdy chodziłyśmy do parku i zostawiałyśmy im jedzenie oraz ubrania. Potem ukradkiem obserwowałyśmy, czy było zainteresowanie. Pamiętam. Miałyśmy mieszkać obok siebie, najlepiej w domkach. Ty po obronie doktoratu miałaś zająć się pracą naukową na poważnej uczelni, a miałam pracować głównie zdalnie jako nie wiadomo kto. Długo nie miałam pomysłu na siebie, ale życie skutecznie to zweryfikowało. Nie możemy się poddać. Wiem, że nic z tego nie wyszło, ale chyba nie zamierzamy zaraz umierać. Jasne, kto to wie. Brak decyzji też jest decyzją. Papatki!

Kończę rozmowę i zajmuję się wyrabianiem ciasta drożdżowego. Nie nabiorę wprawy, jeśli nie spróbuję, myślę, i postępuję według receptury, którą otrzymałam od Wzorowej Pani Domu. Odstawiam ciasto do wyrośnięcia. Powinnam kupić glinianą misę albo jeszcze lepiej żeliwną. Ale gdy się nie ma, co się lubi. Nie należy przesadnie skupiać się na materialnej stronie rzeczywistości, nieśmiertelna zasada śmiertelników.

Odstawić do wyrośnięcia na 20-30 min, napisano. Odstawiam. Najbezpieczniej będzie na 25 min, wyznaczam średni czas i zajmuję się lekturą. Po mieszkaniu poruszam się na paluszkach niczym baletnica albo trwam w bezruchu. Gdy upływa czas podany w przepisie, zaglądam do schowka. Mamma mia! Wszystko łącznie z półką, garnkiem i ściereczką pływa w cieście drożdżowym, które miało pięknie wyrosnąć. I wyrosło zgodnie z oczekiwaniami. Dodaj sporo serca do wszystkiego, co przyrządzasz do jedzenia, radzą WPD, wówczas każda potrawa na pewno się uda. Ha! Przy okazji odkryjesz przepis na przaśne placki, bo życie polega na tym, by wytyczać nowe szlaki, również kulinarne.

Całuchy-kluchy 🙂

 

 

Oni

– A jak długo Pan tutaj pracuje, w lesie, z dala od ludzi?
– Będzie ze 20 lat albo lepiej. Latem jest łatwiej, bo przyjeżdżają i rozkładają się z namiotami lub przyczepami. To się tu zajrzy, tam zajrzy, coś podpowie. A gdy przyjdzie koniec sezonu, można oszaleć. Ale coraz gorzej z ludźmi jest.
– Gorzej?
– Tak, hołota coraz częściej przyjeżdża. Udaję, że nie widzę. Ale nie sposób zatkać sobie uszu na to, co wygadują.
– Co wygadują?
– Wyzywają mnie. Od takich różnych, wie Pani. Co to w zakładach dla pomylonych siedzą. Może i ja jestem świrem? Siedzę tutaj cały rok, bez przerwy. Zimą i późną jesienią mam towarzystwo tylko tych trzech psów. Gadam z nimi, opowiadam im o sobie, o różnych rzeczach, o ludziach, którzy kiedyś byli na campingu. Wygarniamy sobie czasami. Widzi Pani tę sukę. Tę, co pierwsza przybiegła Panią obwąchać?

– Tak. Groźna?

– Nie, gdzie tam. Tylko tak na początku, aby poznać. Przybłęda. Jest ze mną najdłużej. Z nią najwięcej sobie gadam. A zimą, gdy mróz i w cygance napalę, to nawet ją do chaty zawołam i tak sobie siedzimy razem jak baba z chłopem. A te dwa mi podrzucili. I tak zostaliśmy. Całe moje towarzystwo. Pani pewnie myśli, że ja od wariatów uciekłem?
– Nie myślę o Panu w ten sposób.
– Bo Pani jest grzeczna. A co Pani robi na co dzień? Pracuje gdzieś Pani?
– Tak. Ile policzyłby Pan za dobę za miejsce na campingu?
– On musiałby zapłacić. A Pani miałaby wejście za darmo. Tylko niech Pani nie przyjeżdża w sezonie. Szkoda byłoby Pani na to, co się tu dzieje.

Św. Cyryla i Metodego, patronów Europy. Wigilia

Jest deszczowe, zimne popołudnie. Wracasz do siebie brodząc w błocie po kostki. Prace wykończeniowe nad chodnikiem i poboczem zostały przerwane z niewyjaśnionych przyczyn bez podania terminu ich wznowienia. Samochody dostawcze i inne wiozące np. ciężki sprzęt dodatkowo rozjechały glinę, żwir i to, co pod nimi się znajduje. Idziesz pod wiatr. Jeszcze przedwczoraj w okolicy słyszałaś stukanie dzięcioła. Dziś potęgują się Twoje wątpliwości, czy ptak nie zmienił preferencji żywieniowych i terytorium. Nie, nie będziesz tego dłużej rozważać.

Szerokim lukiem omijasz witryny sklepowe zdradzające zainteresowanie jutrem. Przecież to święto patronów Europy. Co w takim razie robią na wystawach elementy garderoby w kolorze czerwonym mocno eksponujące pierwotne źródło pokarmu ssaków naczelnych albo ich okolice bikini? Oczywiście wszystko mocno okraszone dekoracjami w kształcie serca w rozmaitych barwach, z których dominującymi są czerwień i róż. Jaki jest ich związek z Twoją europejską tożsamością? Nawet zegary zostały oklejone serduszkami. Uwielbiasz serducha (nie tylko w gulaszu), szczególnie to jedno, jedyne, ale by oklejać nimi np. przedmioty codziennego użytku? Nie wpadłabyś. Ale skoro już mowa o dekoracjach, to figurka św. Mikołaja z gwiazdką i bałwanki zdobiące szyjki butelek są spoko o każdej porze roku, szczególnie w Twojej dziupli.

Zamówiono tekst o świętowaniu 14 lutego, zatem wracamy do tematu. Byłaś dziś świadkiem, jak ona robiła jemu karczemną awanturę o sposób celebrowania walniętych tynków. Przechodnie oczekujący na tramwaj mieli w pakiecie atrakcję. Treść rozmowy suto okraszona wulgaryzmami dotyczyła jutrzejszej kolacji. Bo Ty jesteś tępym…  i nigdzie mnie nie zabierasz! Nawet mi kwiatków nie kupisz, Ty… (gałganie, przyp. Autora), zboczeńcu. Nie pamiętasz o walniętych tynkach! A o czym Ty pamiętasz?! O swoim… (życiu, przyp. Autora). Jeszcze będę musiała zapłacić za tę pizzę może, co?! Oj, młoda, młoda, takiego sobie wybrałaś. Młody nie pozostawał dłużny. A Ty zamknij mordę, wariatko! Idź do roboty wreszcie albo na siłkę, bo wyglądasz jak tłusta locha. Nadjechał tramwaj.

Można inaczej. Można.

 

One. Ghost writer

Kilka tygodni po maturze:

-Złożyłaś papiery tylko na jeden kierunek?

-Tak.

-I na jedną uczelnię?

-Tak.

-Zamierzasz aż tak zaryzykować?

-Tak.

-A jeśli Cię nie przyjmą?

-Wtedy będę się martwić.

-Nie można być aż tak pewnym siebie.

-Można.

-Dlaczego jesteś taka uparta?!

Gdy pięć lat później stałam z ciepłym dyplomem ukończenia wybranego kierunku studiów pod drzwiami instytutu, przypomniałam sobie tamtą rozmowę. Nie sądziłam, że nadarzy się okazja, by tej samej osobie udowodnić skuteczność swoich ówczesnych racji.

-Z tego, co pamiętam, chciałeś być krytykiem literackim.

-Kiedyś coś tam próbowałem.

-I?

-Za pierwsze zarobione pieniądze kupiłem bilet do Szwecji. A Ty?

-A ja odwiedzam sklepy ze szwedzkimi artykułami tutaj w Polsce. To z kraju wikingów masz bliżej do Sztokholmu niż ja.

-Racja.

-Kiedy o Tobie usłyszę? Publikujesz pod pseudonimem czy jestem ignorantem?

-Raczej nie usłyszysz. A jak Twoje sprawy?

-Robię to i owo, ale bez większych sukcesów.

-Da się z tego wyżyć?

-To zależy, ile kto potrzebuje. Kiedyś zaproponowano mi pracę ghost writer’a, ale nie przyjęłam tej propozycji.

-Nie żartuj. Czasami są z tego niezłe pieniądze.

-Nie chciałam ryzykować. Jeśli okazałoby się, że książka odniesie sukces i zdobędzie nagrody, jak potem udowodniłabym, że brałam udział w jej tworzeniu.

-A skąd pewność, że otrzyma nagrody i odniesie sukces?

-A skąd Twoje przekonanie o tym, że nie odniesie sukcesu i nie zdobędzie nagród?

 

Oni

Przeważnie zajmuję stoliki w jak najdalszej części sali głównie dlatego, by mieć chwilę ciszy i poukładać myśli, zanim nadam im formę słów. Właśnie serwowano mój idealnie przyprawiony, grillowany stek z sałatką owocową, gdy zza pleców kelnerki (zdecydowanie przesadziła ze sztucznymi rzęsami) usłyszałam najpierw bukiet wulgaryzmów, a potem, gdy pracownica restauracji się oddaliła, ujrzałam ich dwóch ubranych w markowe rzeczy m.in. z krokodylem w logo. Skórzane kurtki zostały niedbale zarzucone na oparcia wolnych krzeseł. Postanowiłam oszczędzić sobie przytaczania wszystkich wyrażeń uznanych za nieparlamentarne, zatem wybaczcie, że wpis będzie nieco okrojony.

-Ja mu mówiłem, że może mnie pocałować w d… i tyle! Tak może powiedzieć do starego, ale nie do mnie. Mówiłem mu tyle razy, idź w p… Jak Ci się nie podoba, to wynocha.

-Ale mu nagadałeś. Niech gamoń idzie do Dyra. Hahaha… Stary nam g… zrobi, a ten gamoń z księgowości nawet nie piśnie, żeśmy na konto firmy się nażarli i obkupili. Nie połapie się, a w razie czego coś się wymyśli. Stary wszystko łyknie, bo po ósmym audyt i teraz tym żyje, a potem nie będzie mu się chciało tego ciągnąć.

Profil tego w bluzie z logo z krokodylem zdradza braki w uzębieniu. Oba łokcie nadal trzyma na blacie stołu. Kufel z płynnym złotem jest przechylany w taki sposób, jakby świadczył o ogromnym pragnieniu konsumującego. Przywołuje kelnerkę. Ta trzepocząc zbyt długimi rzęsami przyjmuje zamówienie.

-Przydałoby się gdzieś ruszyć, d… ogrzać, nie? – zagaduje ubrany w koszulkę polo  z koniem w logo – może jakaś Malta, Cypr. Co powiesz?

-Ósmego masz rozwód, co nie?

-No.

-To po ósmym. Weźmie się lewe zwolnienia. Nie będziemy latać po firmie, bo ktoś tam robi audyt. Zwalimy wszystko na księgowość. Niech się martwi. Stary i tak nam ch…. płaci.

-To mówiłeś, że gdzie lecimy?

-Może Cypr, co?

-Może być Cypr. Jakieś dziwki bierzemy czy ciągniesz swoją starą?

-Gdzie tam starą.

-To bierzemy kogoś stąd czy tam na miejscu zaciągniemy?

-Lepiej na miejscu. Po co nam kłopoty. I tak stara mi żyć nie daje. A dzisiaj szukamy jakiejś love?

-Wiesz co? Chyba nie powinienem tak przed sprawą. Mogę mieć problemy w sądzie.

-Ok, to dzisiaj sobie odpuścisz, a ja najwyżej pójdę do niej.

Notatki

– Napiszesz mi trzy uniwersalne wstępy i zakończenia do matury?

– Ok, zrobimy. Kiedy matura?

– Jutro.

– To dość bliski termin.

– Powiedziałem, że jadę na ślub cywilny kolegi z pracy. W razie czego poświadczysz?

– Tak.

Egzamin został zdany. Byłam człowiekiem małej wiary.