One. Staruszka

-Przyjdzie Pani do mnie? Usiądziemy na chwilę.

-Możemy.

-Dzisiaj chłodniej. W powietrzu czuć jesień. Nie zimno Pani?

-Nie.

-Możemy wejść do domu. Tutaj na ławeczce może być Pani zimno.

-Nie. Na powietrzu przyjemnie. Cały rok w domu się nasiedzimy.

-Pani w bloku mieszka pewnie? W tej betonowej klatce?

-Tak, zgadła Pani.

-To Pani lepiej zrobi świeże powietrze. Ale teraz wieś nie ma tej urody, co kiedyś.

-Dla mnie ma.

-Pani jest młoda, ale ja już trochę roków mam za sobą. Kiedyś na wsiach było wesoło. Ludzie śpiewali przy pracy, odwiedzali się. Po podwórku biegały dzieci, gęsi, kurki. Krowa muczała w oborze. Mieliśmy dwie. Człowiek miał zajęcie. Teraz smutno.

-A nie ma Pani jakiejś koleżanki? Mogłyby Panie razem siedzieć na ławeczce i wygrzewać kości na słonku.

-Miałam koleżanki. Poumierały już. Wszystkie. Ja też niedługo umrę. Piękne dziewczyny były. Wszystkie z warkoczami. Nasze dzieci razem się chowały, po wsi bezczynnie nie chodziły, bo sporo pracy było. Pomagały sobie. Może Pani herbatkę zrobić?

-Nie trzeba.

-Wybudowaliśmy z mężem jeden domek. Ten za Panią. Potem dzieci się porodziły. Sześcioro mieliśmy. Dwoje zmarło w dzieciństwie. Ile ja się za nimi napłakałam. Gdy dzieci się porodziły, zaczęliśmy budować drugi, większy dom. Ale ja wolałam ten stary i powiedziałam mężowi, żeby go nie wyburzał. I nie zburzył. W tym domu jedno z naszych dzieci przyszło na świat. Dawniej nie było tyle telefonów ani samochodów, co teraz. Była zima. Nikt mnie nie zawiózł do szpitala. W domu urodziłam. Synka. Ale następne już w szpitalu. Pojechaliśmy koniem. Koń to jak człowiek, wie Pani? Ile on nam się napomagał. Mąż zwoził nim drewno z lasu na podłogę i belki do domu. Pewnie Pani się ześmieje, ale gdy koń był tak stary, że oślepł i nie mógł pracować, to mąż nie chciał go oddać na rzeź, tylko dalej go wyprowadzał za chałupę na popas. Którejś nocy padł. Mąż płakał po nim chyba ze trzy dni. Gdy chłop płacze, to już niewesoło musi być. Ja swojego widziałam dwa razy w życiu płaczącego. Raz, gdy nam córeczka zmarła, a drugi, gdy zdechł koń, który nam dom budować pomagał.

 

Oni. J

-Autobus Pani uciekł?

-Tak, zagadałam się z koleżanką i nie zdążyłam. Odprowadzałam ją do pociągu i trochę się przedłużyło. Ale dzięki temu możemy wspólnie pokonać ten odcinek drogi.

-Nie ma tego złego. Wakacje, urlop?

-Powiedzmy, że urlop. Od życia.

-Brzmi poważnie. Chętnie posłucham.

-Hahaha. Myślałam, że to ja posłucham.

-Co by Pani chciała usłyszeć?

-Wszystko, o czym Pan chciałby opowiedzieć.

-Nie daje Pani za wygraną. To mi się podoba.

-Od czego Pan zacznie? Po rejestracji poznaję, że tubylec.

-Tybylec i tambylec.

-Już jestem zaintrygowana.

-Jadę do kolegi. Będziemy planować wyprawę.

-Uuuu. Dokąd?

-Mongolia. Chiny. Pustynia Gobi.

-Podziwiam i zazdroszczę, ale nie zawistnie. Pana pasją są podróże?

-W pewnym sensie tak. Pasja pomogła mi przetrwać ciężkie chwile po wypadku. Przeszedłem załamanie. Nie wiedziałem, czy będę chodzić. Wracaliśmy z kolegą z Holandii. Byliśmy po pierwszym roku studiów i chcieliśmy trochę zarobić. Kolega prowadził. Ja się zdrzemnąłem. Wypadek zdarzył się krótko po przekroczeniu granicy z Polską. Obudziłem się w szpitalu. Kolega wyszedł z tego bez szwanku, gorzej było ze mną. Operacje. Jedna, potem druga. Żmudna i kosztowna rehabilitacja.

-A co było potem?

-Potem… potem zostałem przywieziony do domu rodziców. Znajomi odsunęli się ode mnie. Podobnie jak dziewczyna, której chciałem zaimponować forsą. Pozostał jeden kolega. Ten, do którego jadę. Powtarzał mi, podobnie jak rodzice, którzy ani razu we mnie nie zwątpili, jeszcze staniesz na nogi, bracie. Pojedziemy kiedyś na wyprawę dookoła świata. Na rowerach. Odtrąciłem go, ale się nie poddał. Przyjaźń przetrwała lata.

-Na Gobi wybieracie się na rowerach?

-Zgadłaś. Pojedziemy koleją, a potem rowerami.

-Niesamowite.

-Wcale nie. Żyj pasją, wtedy nie zestarzejesz się tak szybko. Założyłem kameralną agencję turystyczną. Pomagam innym spełniać podróżnicze marzenia.

-To pięknie.

-Ślad po wypadku został. Na studia nie wróciłem. Dostałem rentę i miałem do wyboru: skończyć ze sobą albo żyć dalej tak, jakbym miał umrzeć jutro. Wybrałem drugie. Staram się nie tracić czasu na pierdoły takie jak np. oglądanie mało wartościowych programów, głupich filmów albo uganianie się za kimś, kto na to nie zasługuje. Starannie dobieram znajomych. Obecnie nie mam ich wielu. Dawni koledzy pobudowali domy, wyjechali za pracą, założyli rodziny. Ja zostałem przy rodzicach. Chcę być ich podporą, by oddać im to, co od nich otrzymałem przez te wszystkie lata.

-Możesz mnie zostawić na krzyżówce?

-Nie ma sprawy. Wiesz, Ty też masz to w oczach.

-Niby co?

-Siłę charakteru. Po co naprawdę przyjechałaś do Z.?

-Leczyć złamane serce. I tu mnie masz.

-Poradzisz sobie. Nie zasłużył na Ciebie.

Oni

Spotykamy się w miejscu, w którym stała kiedyś nasza ulubiona herbaciarnia. Jej wystrój przypominał jarmark cudów idealnie obrazując styl życia właścicieli. W przerwach pomiędzy zajęciami na uczelniach, pracą czy obowiązkami fundowaliśmy sobie chwile wytchnienia przy kubku herbaty. Sprowadzano tam liście herbat z całego świata. Gospodarze lokalu, wieczni hippisi, mogli godzinami opowiadać o miejscach przez nich odwiedzanych oraz o rodzajach trunków stamtąd przywożonych. Jedynym sekretem pilnie przez nich strzeżonym były sposoby zaparzania herbat serwowanych w knajpce.

Obecnie w miejscu herbaciarni wyrosło coś przypominającego jadłodajnię z nutką meksykańskiego żarcia i muzyki. Wystrój i charakter miejsca wskazują na niegospodarne rozdzielenie unijnych środków. Stawiam warunki. Spotkamy się, jeśli przyjedziesz sam i podczas rozmowy wyłączysz telefon. Przyszedł sam. Przywitał się dość wylewnie jak na spotkanie po kilku latach milczenia.

-Gdzie żona?

-Zabrała córkę i pojechała do rodziców. Zostanie tam kilka dni.

-Bez Ciebie?

-Beze mnie.

Nie powtarzaj po mnie, jak to zwykle robiłeś. Małżeństwo Ci średnio służy. Wnioskuję po zgaszonym spojrzeniu, siatce zmarszczek, wyglądzie dłoni, które już dawno…

-Co jej powiedziałeś?

-Że idę pobiegać, a potem na sesję coachingu.

Świetnie. Brakuje tylko kogoś, kto z ukrycia trzepnie nam wspólną fotkę.

-Uwierzyła?

-Nie miała wyjścia. W razie czego powiem, że jesteś akwizytorem i przedstawiasz mi ofertę.

Miała. Jest bardziej cwana niż myślisz. Zrezygnowała z pracy, by oddać się małżeństwu i zająć domem. Taką wersję sprzedawała podczas spotkań rodzinnych i towarzyskich. W gruncie rzeczy w żadnej pracy nie mogła się utrzymać dłużej niż pół roku, co tłumaczono niezgodnością oczekiwań pracodawcy z profilem pracownika.

-A jeśli ja tego nie potwierdzę?

-To już będzie mój problem. Zajmę się tym.

Trzyma Cię krótko i robi awantury. Ale czego się spodziewać po kobiecie, która została wybrana po teście na „lusterko” (oddycha, to biorę).

-Kredyt hipoteczny bardziej spaja małżeństwo niż przysięga.

-Spłacamy. Jeszcze trochę zostało. Akurat zdążę przed emeryturą, jeśli dalej tak pójdzie. A potem sprzedam mieszkanie, a za te pieniądze kupię przyczepę i wyruszę przed siebie do miejsc, które zawsze chciałem odwiedzić.

-A gdzie w tym miejsce dla żony i córki?

-Córka będzie wtedy dorosła, jakoś da sobie radę. A żona? Cóż, też będzie na emeryturze i zrobi z wolnym czasem, co zechce.

Zrobi z Tobą, co zechce. Będziesz oglądać teleturnieje, a ona w tym czasie będzie dziergać Wam sweterki.

-Dlaczego teraz nie rozpoczniesz realizacji marzenia? Nie sprzedasz mieszkania albo nie zamienisz na dwa mniejsze? Córa ma 10 lat. Nie potrzebuje tak bardzo opieki i zaangażowania obojga rodziców.

-Dlaczego miałbym to robić? Na mieszkanie zarabiam głównie ja, ale żona zajmuje się rachunkami.

Zapisane na was dwoje. Boisz się, że w razie draki zamieszkasz w baraku i nie będzie miał Ci kto prać skarpetek. I co powiesz na rodzinnych obiadkach z szarlotką na deser?

-Słyszałem, że Ty… w tym roku podobno.

-Korzystasz ze złego źródła. Zrezygnowałam.

-Z czego?

-Z niego.

-Nie mówisz poważnie.

-Wręcz przeciwnie.

-Za mało zarabiał?

-Nie w tym rzecz. Mam swoje pieniądze i mieszkanie. W razie czego jest się gdzie podziać. Umiem gotować, sprzątać, a do drobnych napraw wynajmuję złotą rączkę.

-Małżeństwo piękna rzecz.

Szczególnie Twoje, ale po co ciągnąć wątek.

-Robiłeś ostatnio coś ciekawego?

-Odwoziłem córkę na zajęcia z angielskiego.

Jeśli jest tak bystra jak mama, wyrzucasz swoje ciężko zarobione pieniądze w błoto.

-To istotnie ciekawe. Ale ja pytam, gdzie byłeś na urlopie albo na męskim wypadzie? Wiesz, takie klimaty surwiwalowe, jakie robiliście z chłopakami, aby przed nami szpanować.

-Mała ma alergię. Jeździmy z nią nad morze. Albo do teściów.

Wiedziałam, że szybko żonka Cię wykastruje.

-Pora kończyć. Mogę…?

-Przestań, zapłacę. Pamiętasz, jak wtedy Cię tutaj zaprosiłem, a potem zorientowałem się, że nie mam przy sobie portfela?

Tak, aż za dobrze. Pomyślałam, co za palant i naciągacz.

-Tak, potem w rewanżu zaprosiłeś mnie kolejny raz i następny.

-Przynajmniej miałem pretekst. Inaczej byśmy się nie spotykali.

-Nie wiesz, co stało się w poprzednimi właścicielami?

-Podobno miasto podniosło im czynsz. Przestali płacić. Potem on pojechał w kolejną podróż życia na wschód i tam został z jakąś młodą lamą. Tak mówią.

-A ona?

-Nie mogła tego znieść. Rzuciła interes i zamieszkała gdzieś na pustkowiu, w Karkonoszach. Opiekowała się jakąś ciotką. Ale nie jestem pewien.

 

 

 

 

 

Przepis na randkę

Spotkania z osobami definiującymi się jako ludzie sukcesu w każdej dziedzinie mnożą się jak grzyby po deszczu. Obietnice szybkich i łatwych osiągnięć, serwowane na tacach podczas takich eventów mają się nijak do rzeczywistości, bo dla jednych kategoria sukcesu jest rozumiana jako zdobywanie kolejnych szczebli materialnego zabezpieczenia, a dla innych doczołganie się do końca dnia. Jeszcze inne oblicza ma powodzenie w sferze osobistej. Co dla kogoś jest wartościowe, dla innych nie ma znaczenia, np. randki, ich charakter i cel.

Taka sytuacja. Dzień wolny od pracy. Od rana leje, jest pochmurno i wietrznie. Ty zapominasz, że trzeba zwlec się z łóżka. Poranne godzinny przeciągają się do południowych, lekko zahaczając o popołudniowe. Sama nie wiesz, czy o tej porze zjeść śniadanie, czy szykować obiad. Wreszcie decydujesz się na realizację drugiego zadania. Dzwoni telefon. To Twój ukochany, a właściwie osoba, która przeogromnie pragnie nią być. Zapraszasz ją licząc na to, że wykaże się kreatywnością. Przecież pomoc w kuchni to również element randki. Nawet Twój kot jest podekscytowany sytuacją. Właśnie! Kot! Sprawdź, czy nie trzeba sprzątnąć kuwety, zanim odór kocich odchodów nie uderzy w nozdrza ukochanego, pojawiającego się w drzwiach nie wiadomo, kiedy z… pustymi rękoma i żołądkiem. Dlaczego Cię to dziwi? Przecież nie mówiłaś, aby kupił coś do jedzenia po drodze.

Daj mi kilka chwil, ogarnę się, rzucasz niby od niechcenia siląc się na zalotny uśmiech, a Ty w tym czasie możesz… napełnić miskę kota. I już znikasz w łazience, a po chwili szum wody zagłusza dźwięki dobiegające z kuchni. Znowu nie kupiłaś żelu pod prysznic. Szampon też się kończy. Wylewasz na siebie z trudem wyciśnięte resztki, które pozostały. Potem błyskawicznie je spłukujesz, wycierasz się i jesteś w pełnej gotowości do działania.

Pierwsze, co widzisz po opuszczeniu łazienki, to obraz Twojego ukochanego, jak walczy z kuwetą. Ile tu kurzu.

Gdzie masz zmiotkę, pyta gniewnie marszcząc brwi, a Ty ziewając odpowiadasz, gdzieś w szafce na dole, po lewej stronie. Worek mi się rozerwał, rzuca, nie stój tak, tylko podaj mi coś. Może odkurzacz, sugerujesz, i wyjmujesz z szafy sprzęt. On włącza odkurzacz. Nie działa, cholera, może to worek, pyta bardziej siebie niż kota, który bacznie przygląda się zdarzeniu i rozpoczyna niewinną zabawę z kablem od odkurzacza. Worek jest przecież dziurawy, podpowiadasz pomna zasad o uważnym słuchaniu, których uczono Cię na szkoleniach sowicie opłacanych ze służbowej kasy w ramach podniesienia kompetencji miękkich pracowników. To dlaczego wcześniej mi o tym nie powiedziałaś, pyta coraz bardziej narowiście. Sam to powiedziałeś, spokojnie ripostujesz, zobacz, kot właśnie się nim bawi. Nie ten worek, k..wa, obudź się. W tym momencie powinien wkroczyć mediator, bo czując się wyraźnie atakowaną sama nie wiesz, czy worek był rozerwany, czy nie, oraz ile dokładnie ich było. Tych worków. To mnie zabolało, ćwiczenia warsztatowe nie poszły w las, oczekuję przeprosin. W taki sposób uczono Cię, jak komunikować swój dyskomfort. Dziewczyno, daj wreszcie zmiotkę, skoro odkurzacz nie działa, bo ma zapchany albo rozerwany worek, słyszysz i posłusznie podajesz zmiotkę. A podłączyłeś do gniazdka, pytasz od niechcenia, bo w drodze po zmiotkę i szufelkę zauważyłaś, że sprzęt był odłączony do sieci. Widzisz, wytrąciłaś mnie z równowagi i zapomniałem. Ale to i tak niepotrzebne, skoro worek jest dziurawy. Daj już zmiotkę. Przytrzymaj mi. Wykonujesz oba polecenia. I zajmij się wreszcie tym kotem! Zobacz, co on robi. Spoglądasz w stronę kota. Bawi się. Świetnie, jest zatem w doskonałej formie. Nie tak trzymasz, prosto! Słyszysz z drugiej strony. Zostaw wreszcie tego kota! Trzeba to ogarnąć! Daj to! Spełniasz żądania. Skuteczna komunikacja to podstawa solidnego związku. Gdy sytuacja z kuwetą zostaje opanowana, słyszysz: znowu w lodówce niczego nie ma! A co byś zjadł, mój koci bohaterze? Empatia wyrażona kodem językowym właściwym osobom, z którymi utrzymujesz bliskie relacje. Ha! Udział w zajęciach był najlepszym, co mogło Ci się przytrafić. Może nakłonisz do niego swoje koleżanki? Cokolwiek, choć o tej porze chyba mały obiad, klepie się po brzuchu, ale w lodówce pusto. Skoczymy po coś? Tak, proponuję spacer do marketu, odpowiadasz niezwykle sugestywnie licząc na realizację pomysłu, tylko wskoczę w coś bardziej odpowiedniego.

Niech żyją szkolenia i szkoleniowcy ze skutecznej komunikacji!

 

 

Patynowa Pani Domu. Zakupoholizm

Kobiety uwielbiają niepotrzebnie wydawać pieniądze. Takie jest założenie większości mężczyzn, którzy szukają wytłumaczeń dla własnego skąpstwa bądź braku znajomości podstaw matematyki rachunkowej. Jeżeli zobaczysz dziewczynę dźwigającą torby znacznych rozmiarów, wiedz, że rzeczy nie zawsze są tym, na co wyglądają.

Na przykład gdy postanawiasz uzupełnić braki w domowym spożywczaku lub chemii gospodarczej, udajesz się w kierunku znajomych punktów handlowych z nadzieją, że otrzymasz to, czego potrzebujesz. Doskonalisz pamięć krótkotrwałą, zatem nie potrzebujesz pomocniczych notatek, by zrealizować zadanie.

W drodze do sklepu mijasz znajomą. Zamieniasz z nią kilka słów, po czym okazuje się, że podążacie w tym samym kierunku, więc najbliższy odcinek trasy pokonacie wspólnie. Rozmowa dotyczy ubrań, trendów, czyli głównie tego, czego nie nosić. Na chwilę wstępujecie do odzieżowego. Popatrzeć tylko, bo i tak raczej niczego nie kupisz. Przykładasz bluzkę. Pasuje Ci, również cenowo. Nie, nie tym razem. Walczysz z rozrzutnością i zakupoholizmem, pamiętaj. Jest wyprzedaż. To nic. Ty niczym żołnierz walczysz z pokusą nierozsądnego wydawania pieniędzy. Jak najszybciej opuść pomieszczenie. Znajoma mierzy więcej ubrań. W niektórych wygląda nawet znośnie. Ładnemu we wszystkim ładnie, szczególnie w przecenionym. Prawie wychodzicie, gdy decydujesz się na zakup bluzeczki z nadrukiem maków. Twój budżet powinien wytrzymać taki wydatek.

Rozstajesz się ze znajomą. Życzycie sobie wszystkiego dobrego, po czym pokonujesz kolejny etap wyznaczonej trasy. Mijasz witrynę biblioteki. Zatrzymujesz się. Czytasz, co interesującego odbędzie się w najbliższych dniach w świątyni. Dawno tam nie zaglądałaś. Może teraz jest dobry moment, by to zmienić? Wchodzisz…

Wracasz do siebie objuczona jak wielbłąd. Twoje siatki są wypełnione przetworzonym drewnem, a Ty niebotycznie szczęśliwa, nie zwracając uwagi na nieustannie zmieniającą się pogodę i ciężar bagażu, w podskokach pokonujesz drogę powrotną. Telefonujesz do koleżanki, która obiecała Ci wazonik. Sprawa zostaje załatwiona błyskawicznie jak kaszka dla niemowlaka i rzeczony przedmiot jest w Twoim posiadaniu.

Gdy jesteś blisko domu, przypominasz sobie, że przecież nie kupiłaś niczego do jedzenia ani nie uzupełniłaś innych braków w gospodarstwie domowym. To nic. Ostatnim punktem na trasie jest zaprzyjaźniony warzywniak. Kupujesz trzy marchewki, które po powrocie ścierasz i przyprawiasz niewielką ilością cukru trzcinowego oraz cynamonu. Będzie uczta!

Całuchy-kluchy!

 

One

Kameralny sklep z dodatkami do mieszkań i wnętrz. Kilka kącików, w których rzeczy są pogrupowane kolorystycznie, stylizowanych na boho, etno, scandi itp. Ceny zbyt wysokie jak na jakość oferowanego towaru. Zwykle omijam takie miejsca, ale tym razem w oczekiwaniu na powrót do domu postanowiłam wdepnąć na kilka minut. A nuż będę oczarowana którymś z produktów i nabędę go w rozsądnej cenie. Pytanie: jaką funckję użytkową będzie pełnić taka galmurowa durnostojka?

-Pomóc w czymś?

-Na razie nie, dziękuję.

-Te lampy są z Monako.

-Raczej z Maroka, odpowiadam z łagodnym uśmiechem.

-A, właśnie Monako, Maroko. Takie podobne nazwy, że łatwo się pomylić. Są jeszcze takie, z brokatowym kloszem, cekinami, jeśli Pani chce.

-Właściwie to poszukuję czegoś do surowego wnętrza. Prosta forma. Zdecydowane kolory. Rozejrzę się.

-Bo ten styl Monako będzie w tym roku bardzo popularny, więc sprowadziłam różne produkty.

-Skąd?

-Z Monako.

-Skąd sprowadza Pani towar?

-Jest kilka hurtowni.

-Tu w Polsce?

-Tak, mam kontakty. To dzięki mężowi. On miał jakieś tam znajomości, a ja siedem lat w domu siedziałam z synem i zaczęło mi się nudzić, więc otworzyłam sklep. Rzeczy są ładne, cieszą się zainteresowaniem. Nadają się na prezenty.

-Istotnie. Ale produkty nie są oryginalne z Maroka.

-Klienci kupują też inne, np. te ramki albo kwietniki. Zresztą niedługo robię wyprzedaż, bo będzie zmiana kolekcji. Tak więc zapraszam.

-Dziękuję.

-A skąd ta chusta? Z Turcji?

-Z Izraela, a dokładnie z Jerycha.

-Pani chyba dużo podróżuje.

-Nie, to akurat prezent.

-Ja też nie lubię podróżować. Kiedyś, gdy poznałam swojego przyszłego męża, trochę z nim jeździłam, bo on ciągle chciał mnie gdzieś zabierać. A ja się bałam odmówić, żeby mnie czasami nie zostawił. Ale potem po ślubie, gdy urodziło się dziecko, przestałam jeździć. Tylko nad morze co roku na wakacje wspólnie jeździmy.

-Skoro mężowi to odpowiada.

-Nie do końca. Dlatego sam jeździ. Z kolegami. Puszczam go. Niech trochę odpocznie od domu.

 

 

Patynowa Pani Domu. Ostatki

Gdyby nie aksamitny głos radiowego spikera od wczesnych porannych godzin łagodnie przypominający o ostatnim dniu karnawału, pewnie nie uległabyś zakupowemu szaleństwu i nie nabyła sałatki śledziowej, jak przystało na tradycyjną gospodynię. Właśnie! Tradycyjną! Nie upieraj się, że kiedyś osiągniesz ten etap w zarządzaniu własnym mikrokosmosem, a szczególnie kulinariami. Tymczasem mocno zaprzyjaźnij się z obsługą sklepów, które oferują towary delikatesowe t.j. rzeczoną sałatkę, której bazą do stworzenia jest popularny gatunek ryb słonowodnych. Albo naucz się przyrządzać własną. Ok, poprzestańmy na interpretacji pierwszej części poprzedniego zdania.

Inne punkty gastronomiczne, które powinny znaleźć się na liście „must visit” Patynowej Pani Domu, to: pierogarnie, naleśnikarnie, bistro, to ostatnie zwłaszcza w porach happy hour, ewentualnie pizzerie (dobrze, jedyna ulubiona) na czarną godzinę. Jeśli firmy cateringowe tylko sprawdzone, z polecenia innych Patynowa Pań Domu, ale przecież nie lubisz jeść z plastiku, prawda? I pamiętaj o piekarniach. Tam uśmiechaj się szczególnie szeroko i praw komplementy obsłudze.

Wracamy do ostatkowego wieczoru. przygotowania rozpocznij już w porze popołudniowej zaopatrując się jedynie w to, co na pewno zjesz i wypijesz. Tym razem na stole króluje sałatka śledziowa z ananasem, aby tradycji stało się zadość (gdzie tu miejsce dla egzotycznego owocu? Patynowa Pani Domu wyznacza nowe tradycyjne trendy, zatem nie przejmuj się antropologicznym kontekstem potrawy). Śledzik lubi pływać, więc postaraj się o odpowiedni trunek. To nic, że nie masz. Obdzwoń kilka osób i zaproś je na ucztę, lecz uprzedź, by przybyły na nią najedzone. Z pewnością nie przyjdą z pustymi rękoma.

Gdy sporządzisz listę gości i zaplanujesz pozostałe działania, w końcu możesz zająć się sobą. Włącz ulubioną filmową muzykę. Skoro stało się tak, jak przewidziałaś, czyli wieczór spędzasz w kameralnym gronie: Ty plus Twój Anioł Stróż, możesz poczuć się szczęśliwą. Żadnych smutków ani rozmyślań o tym , co zrobisz jutro, aby zarobić na chleb. Kwestia karnawałowej kreacji również odpada. Załóż coś, co jest wyraźnie nadgryzione zębem czasu albo w czym byłaś ostatnio (nie bez kozery dzisiejszy wieczór jest nazywany ostatkowym). Niewykluczone, że będzie to ta sama odzież. I baw się na całego!

Całuchy-kluchy!

Oni

-Trzeba być odważnym, aby samotnie stopować.

-Niektórzy twierdzą, że niepoważnym.

-Kiedyś też jeździłem stopem jak kawaler, a teraz inne rzeczy są ważne, robota, dzieciaki, dom. Budujemy się.

-Gdzie Pan jeździł?

-Może po imieniu byłoby łatwiej. Tak Pan i Pan. Staro się przez to czuję.

-Niech i tak będzie. Zacznę jeszcze raz. Gdzie jeździłeś, Paweł?

-Skąd wiesz, jak mam na imię?

-Za przednią szybą jest napis.

-Ej, bystra jesteś. To może zgadniesz, czy jestem psychopatą?

-Z pewnością. Gdzie jeździłeś za kawalera?

-Wszędzie. Tu i tam. Irlandia. Szkocja. Nawet wybrałem się na wyprawę w Gorgany.

-Robi wrażenie. Nie bałeś się niedźwiedzi.

-Nie. Byliśmy z kolegą. On miał jakieś straszaki czy coś.

-Spotkaliście niedźwiedzia na szlaku?

-W krzakach był.

-Chyba taki na dwóch nogach. Albo taka.

-Ale dałaś się nabrać.

-A Ty wiesz, że na Irowyszczu można usłyszeć lub zobaczyć, jak tańczą dusze dzieci, które zmarły przed chrztem?

-Ciekawe, czym mnie jeszcze zaskoczysz. A dokąd chcesz dojechać?

-Do Rumunii, do Sygietu.

-Co tam jest ciekawego w tej Rumunii?

-W Sygiecie odbywa się festiwal. Poza tym to atrakcyjne miasto. Chcę tam zabawić kilka dni.

-Masz tam kogoś?

-Przenocuję w ośrodku polonijnym.

-Baza jest. Kurde, przepraszam, że zapytam, ale po co samotna babka jeździ stopem do Rumunii?

-Aby coś zobaczyć, dowiedzieć się czegoś o ludziach i o sobie.

-Ale jesteś tajemnicza.

-A Ty wyglądasz jak golonka z piwem.

-To mi przygadałaś.

-Nie chciałam uszczypnąć, tylko rozładować atmosferę.

-To Ci się udało. Mogę Cię zostawić na granicy. Poradzisz sobie?

-Byłoby super. Dzięki.

 

 

Notatki

Czasami mam okazję przysłuchiwać się lekcjom gry na fortepianie. Po maratonie składającym się z konstytucyjnie nałożonych na mnie obowiązków podlanych opieczętowanymi umowami zdarza mi się zatrzymać na chwilę i biernie współuczestniczyć w dziele rzeźbienia dźwięków. Wtedy nie ma znaczenia temperatura na zewnątrz oraz to, że na mrozie siatka z zakupami wpina się w palce potęgując ich ból. Ostatnio wykonywano ścieżkę dźwiękową do filmu „Fortepian”. Stałam i słuchałam jak zaczarowana. Czułam się tak, jakby specjalnie dla mnie zagrano.

One. Babcia i wnuczka

-Gabrysiu, nie stawiaj tu walizek, bo zawadzasz tej pani.

Zanim zdążyłam grzecznie zaprotestować, usłyszałam:

-To jest moja wnusia, Gabrysia.

Dystyngowana dama przedstawiła mi dziewczynę, ok. 15 letnią. Dziewczątko uśmiechnęło się nieśmiało i spojrzało na babcię, w której oczach malował się niekłamany zachwyt.

-Teraz uczy się w gimnazjum, a dotąd zawsze miała świadectwo z wyróżnieniem. Ma same piątki i szóstki. Odkąd poszła do szkoły, nie dostała ani jednej jedynki.

To na pewno nie jest normą, myślę, lepiej będzie, gdy rodzice pozwolą jej od czasu do czasu złapać lufkę lub nie odrobić zadania domowego, bo inaczej w przyszłości może popaść w psychozy za każdym razem, gdy przełożony na nią krzywo spojrzy.

-Oj, babciu, wtrąca młoda, może lepiej idźmy już na Rynek.

-Dopiero nas zameldowałam. Najpierw pójdziemy do pokoju. Ty nie możesz tak iść pokazać się ludziom. Zabierz swój bagaż i poczekaj na mnie. Tylko nie zamykaj drzwi. Uczesz się i popraw beret. Nie zabrałaś szalika, a jeśli będzie wiać, przeziębisz się. Idź już. Ja jeszcze porozmawiam chwilę z panią. A wieczorem zadzwonisz do rodziców i o wszystkim im opowiesz. Na pewno są ciekawi, co widziałaś i gdzie Cię zabrałam.

W ten sposób dowiedziałam się, jak w najbliższej przyszłości będę miała zorganizowany czas.

-Chciałam Gabrysi pokazać Kraków, zwróciła się do mnie dama, gdy jej wnuczka potulnie się oddaliła, to prezent na 16 urodziny. Mam czworo wnucząt. Gabrysia jest najstarsza. Pokładamy w niej wielkie nadzieje. Rodzice i my, dziadkowie. Chcemy, aby studiowała w Krakowie, poznała życie, a po powrocie zajęła się czymś poważnym. Wzięłam to na siebie, aby z niej zrobić porządnego człowieka. Zabieram ją na wycieczki, do teatru, choć ostatnio rzadziej. Chodzę na wywiadówki. Syn i synowa dużo pracują, więc ich wyręczam, a mnie to bardzo odpowiada, bo kiedyś w szkole pracowałam, ale przeszłam na wcześniejszą emeryturę, aby zająć się Gabrysią. Dbam, aby niczego jej nie brakowało. Ale ja chyba nudzę Panią tymi opowieściami?

-Nie, skąd, uśmiecham się szczerze do troskliwej babci. Będę miała materiał na bloga podany na tacy, dopowiadam w myśli.

-Gabrysia ma naturę samotnika. Chłopakami się nie interesuje. To dziewczyna z dobrego domu. Koleżanek nie ma, bo są zazdrosne o jej oceny i o to, że nauczyciele ją lubią.

Ciekawe, jaką rolę odegrałaś, babciu, w tym, aby pozbawić dziewczynkę znajomych i przyjaciół. Postępuj tak dalej, a dzisiejsza Gabi przeobrazi się w smutną, zdziwaczałą Gabrielę. Zamiast kierunku studiów może sobie wybrać paprotkę i kota.

-Chyba już pójdę. Gabrysia nie może tyle czekać. Ona nie chciała tu przyjeżdżać. Ale postanowiłam jej pokazać trochę świata i coś o nim opowiedzieć. Do zobaczenia, bo chyba będziemy widywać się na śniadaniu?