Notatki. Korona świrus i czekoladowe zajączki

Dziś nie włączę radia i nie zajrzę do internetowych serwisów informacyjnych. Nie wdam się w żadną rozmowę na temat zbiorowej histerii, a sklepy i apteki ominę szerokim łukiem. Przyjmę życzenia z okazji Dnia Kobiet, napływające z rożnych stron. Wspomnienie jest formą spotkania. Spotykam się z Wami. Wymienimy myśli, spojrzenia, rzadziej uścisk dłoni (oczywiście tylko porządnie odkażonej).

Handel to specyficzna dziedzina gospodarki. Zarabia na ludzkich potrzebach, często nienaturalnie wykreowanych. Okazje czynią konsumenta. Jeśli nie ma okazji, należałoby ją w sztuczny sposób imputować. I tak można zaznaczyć w kalendarzu: dzień teściowej, dzień kota, dzień zbiorowego mycia rąk, dzień jak co dzień, dzień pisania ręcznego, dzień pisania na maszynie, dzień lenistwa, dzień zakochanych i odkochanych, dzień babci, kuzyna i pozostałych członków załogi. Gdyby spojrzeć na sklepowe półki, uginające się od substratów konsumpcji, obok czekoladowych zajączków i jajeczek leżą słodycze i lampki z nadrukiem w bałwanki, piernikowe ludziki oraz bombki, które nie zostały wykupione przed Bożym Narodzeniem (można pokusić się o zrobienie zapasów na tegoroczne święta, które wszak wypadają dopiero w grudniu, ale kto wie, co do tego czasu mogłoby się wydarzyć). Nieopodal nich rachityczne kartonowe regały zawierające asortyment na wypadek wybuchu epidemii, a więc rożnego rodzaju środki odkażające ręce (jaka szkoda, że nie głowę z jej zawartością, choć u niektórych nie byłoby tam czego odkażać), dezynfekujące pomieszczenia użyteczności zbiorowej (jakby dotychczas nie przeprowadzano prac konserwatorskich np. w szpitalach czy szkołach) oraz mieszkania (czyżby przed wybuchem paniki podsycanej głównie przez dziennikarzy i przez szarlatanów do spraw marketingu mało kto sprzątał swoje domostwa i prał odzież).

Bądźmy zdrowi, szczęśliwi i nie dajmy się zwariować. Papatki!

Młynek do pieprzu

-A ten gdzie odłożyć?

-Ten jest do wyrzucenia.

-Zatrzymam go, jeśli pozwolisz.

-Bierz. To klamot. Nawet nie wiem, czy działa.

-Dam mu drugie życie.

-Rdzewieje już.

-To nie rdza, tylko zabrudzenia. Zobaczysz, jeszcze będziesz jeść rosół ze świeżo zmielonym pieprzem z tego młynka.

-Rób, jak uważasz. Mnie jest niepotrzebny. Zamierzałam go wyrzucić.

I w ten sposób wiekowy, ręczny młynek do pieprzu trafił w moje, adopcyjne ręce. Poczyszczony, odrestaurowany przy pomocy tradycyjnych środków (stosowanych do impregnacji drewna m.in. na Podhalu, a jakże), czyli ciepłej wody, szarego mydła i szczotki ryżowej zaprezentował się znakomicie. Mam do niego ogromny sentyment tym bardziej, że często w dzieciństwie mieląc czarne kulki zawierające piperynę doskonaliłam manualne umiejętności. Gdy w szufladce znalazła się wystarczająca ilość czarnego proszku, wąchałam go, a potem kichałam mając z tego niesamowity ubaw. Potem wysypywałam zmielony pieprz do kubła ze śmieciami, a do skrzyneczki kładłam np. małe szyszki albo coś innego. Dźwięk wydobywający się spod mielonych żarn mnie uspokajał. Gdy bywałam w innych domach, nie spotkałam się z takim modelem młynka jak u nas. Tamte egzemplarze wygrywały inną melodię. Tylko nasz był dzięki temu wyjątkowy.

Obecnie młynek dumnie oczekuje na użytkowanie. W komorze z żarnami mienią się różnokolorowe kulki. Gościom o wysublimowanych oczekiwaniach kulinarnych pozwalam na wypróbowanie jego możliwości. Chętnym opowiadam historię z nim związaną. To on ma aż tyle lat. Sama nie wiem, kiedy to zleciało. Nieźle się trzyma. Ty też. Dzięki.

Patynowa w wielkim mieście. Sequel

Świątynię handlu opuszczasz w nowym obuwiu. Biorąc pod uwagę Twoje możliwości finansowe oraz stosunek do kompulsywnego nabywania produktów z sieciówek ta sytuacja powinna przejść do rangi wydarzenia. W pamięć wwierca Ci się scena z filmu „Skazani na Shawshank”, w której Andy pojawia się w nowych butach niezauważonych przez nikogo. Bądź jak Andy. Pokazuj się tak, aby to, co istotne, pozostało niewidoczne dla ogółu.

Poczułaś głód. Dokonywanie zakupów w zatłoczonym pomieszczeniu, sztucznie wykreowanym na potrzeby konsumentów to wyniszczający proces, wymagający sporych nakładów energii. Pora ją uzupełnić. Wchodzisz do lokalu urządzonego w stylu industrialnym (mniam), słynącego z kawy, przekąsek i ciekawej lektury w językach urzędowych gospodarczo rozwiniętej części globu. Czas na Twój występ. Udając kosmopolitę, co dla nosiciela ubrań ze starannie odciętą metką i obuwia z ogólnodostępnych sieciówek okazało się fraszką, składasz zamówienie na ulubiony napój plus kanapkę na ciepło. Na obiad z deserem trzeba będzie poczekać do wieczora. Plan reszty dnia jest taki, by dziś odwiedzić galerię rzeźby, a jutro malarstwa. Poza tym nadprogramowo skarbiec oraz spacer wśród architektonicznych zakamarków pozostających pod panowaniem lokalnej bohemy.

Otrzymujesz zamówione produkty. Do stolika, przy którym je spożywasz, dosiada się (chyba) atrakcyjny zewnętrznie jegomość. Nawiązuje się rozmowa we wszystkich językach świata, łącznie z migowym. Elektroniczny tłumacz jest na wagę zboża. Dowiadujesz się, że (on, ten jegomość) jest w drodze do pracy. Ma teraz przerwę i postanowił tu zajrzeć. Zwykle jest wcześniej. Jada tutaj śniadania, na które zamawia grzanki oraz musli, ale dzisiaj wziął tylko małą kawę (?). Albo masz intuicję, albo nie chcesz wyjść na lingwistyczną ignorantkę. Odkrywasz w sobie zdolności aktorskie, co dodatkowo nadmuchuje Twoje i tak już nadęte ego. Słyszysz życzenia udanego pobytu w jego pięknym mieście i rozstajecie się z uśmiechem na ustach.

Całuchy-kluchy!

Walentynkowy prezent

Kolacja, kreacja, kooperacja na ten dzień zaplanowane w najdrobniejszych szczegółach, ale co tu kupić jako podarunek. Wiem, wiem, Ty jesteś najlepszym prezentem. Nikt tego nie kwestionuje, lecz nie zaszkodzi w ramach rozszerzenia oferty nabyć coś, co będzie Wam się kojarzyć niczym postać Rasputina na carskim dworze.

Zakładam, że znacie swój gust przynajmniej na tyle, aby wiedzieć, co raczej nie spodoba się drugiej połówce jabłka. Wybór wyrobów made in Daleki Wschód jest z roku na rok coraz większy. Tu powinna włączyć Ci się w głowie czerwona lampka. Synapsy pracują. Osiołkowi w żłoby dano. Umiarkowanie nakarm ukochaną osobę, aby romantyczny wieczór nie skończył się dla niej tam, gdzie koronowane głowy chadzają piechotą. Nie dopuść, aby była głodna. To mogłoby skutkować inną krępującą sytuacją towarzyską.

W wyborze upominku można kierować się ofertami serwowanymi w czasie reklamowym w środkach masowego przekazu. I tak od wczesnych godzin porannych usłyszysz np. o produktach na wszawicę, grzybicę, uciążliwe gazy, zespół przewlekłego zmęczenia itp. Wsłuchaj się uważnie w potrzeby kogoś bliskiego. Może akurat będzie potrzebować czegoś na pozbycie się kłopotliwych przypadłości. Pamiętaj, aby opakowanie farmaceutyków przewiązać czerwoną wstążką, ewentualnie dorysować wyraźne serduszko. Wszak to walentynki. Innym wymiernym pomysłem na uhonorowanie Waszego związku może być karnet na siłownię lub na masaż. Wcześniej upewnij się, czy masażysta lub instruktor fitnessu nie będzie bardziej seksowny niż Ty, zwłaszcza gdy nie jesteś pewien swojej pozycji w stadzie. Licz się z tym, że możesz oberwać karnetem, szczególnie w sytuacji, gdy Twoja druga połówka od jakiegoś czasu jest na chronicznej diecie i walczy z utratą zbędnych kilogramów. Tak czy inaczej najbezpieczniej dla Was będzie obdarować się różą w kolorze czerwonym oraz garnuszkiem z nadrukiem w serca, ewentualnie w misie, ewentualnie w jedno i drugie.

Bądźcie zdrowi i szczęśliwi. Dużo serduszek dla Was!

 

Walentynkowy anturaż

W tym roku postaw na styl eko-hipsterski, czyli harmonijny minimalizm. Dekoracje nie powinny być zatem skomplikowane oraz kosztowne. Możesz kupić gotowe szablony albo zajrzeć na strony internetowe hojnie serwujące kosztowne podpowiedzi. Możesz także skorzystać z pomysłów znajdujących się w Twojej głowie i na tym teraz bazujmy oczywiście przy założeniu, że jest Twoim pragnieniem zaskoczenie bliskiej osoby. Do stworzenia niecodziennych walentynkowych dekoracji będziesz potrzebować: kilku wytłaczanek (z makulatury) po jajkach, piór w różnych kolorach, a najlepiej w czerwonym, farb plakatowych i pędzelków, słoiczka z wodą, tubki kleju na m., nożyczek, nieutłuszczone kartki ze starych czasopism. Daruj sobie brokat. Bombki zostały potłuczone i wyniesione do kontenera z odpadami zgodnie z zasadami segregacji, a na nowe choinkowe ozdoby Cię nie stać. Do dzieła zatem. Krok 1. Z zamierzoną, artystyczną niechlujnością pomaluj wytłaczanki czerwoną farbą. Jeśli nie masz pędzelka, użyj palców. Tak przygotowane wytłaczanki stanowią bazę do dalszych działań. Gdy farba wyschnie, przy pomocy kleju na m. zamocuj na wytłaczance pióra. Krok 2. Rozrzuć na piórach drobniutkie serca wycięte ze starych magazynów. Krok 3. Udekoruj stół wykorzystując do tego celu świeżo zrobione wytłaczanki. Jeśli nie masz stołu, rozmieść je na podłodze lub w innym miejscu, w którym będziesz spożywać walentynkową kolację. Krok 4. Nakryj do stołu, podłogi, skrzynki pozmywawszy po wcześniejszych posiłkach. Jeśli odnotowałeś braki w zastawie lub kieliszkach, pożycz je od sąsiadów albo uzupełnij przygotowując samodzielnie w stylu boho lub eko z najrozmaitszych materiałów pozostałych po minionych działaniach doskonalących kreatywność. Krok 5. Ciesz się chwilą. Zastanów się, czy nie lepiej zaprosić ukochaną osobę do knajpki rezerwując stolik z odpowiednim wyprzedzeniem.

Walentynkowe menu

Gdy już podejmiesz decyzję, z kim spędzisz ten magiczny wieczór, oraz co na siebie włożysz, a raczej czego nie włożysz lub co zdejmiesz, pora zaplanować menu. Zakładam, że postanawiasz podjąć gościa wyśmienitą kolacją w domowym zaciszu. Stwórzcie więc prywatną listę afrodyzjaków z uwzględnieniem składników wywołujących alergię u każdej ze stron. Grunt, abyście wy, szaleńczo w sobie zakochani, nie oddziaływali na siebie alergicznie. Ale wracając do kulinarnych upodobań, poloneza (tudzież menueta) czas zacząć. Czekolada i banany już znajdują się na liście lektur obowiązkowych, ale będą na deser, jeżeli dotrwacie do tego etapu. Na zimną przystawkę proponuję brokułową sałatkę z pędami bambusa i orzechami włoskimi w sosie majonezowo-jogurtowym oraz nadziewaną tortillę. Pamiętajcie, by tym razem nie rozgotować brokułów, a pędy bambusa dobrze osączyć na sitku. Do przyrządzania menu zaproś bliską osobę. Nic tak nie pomaga tworzyć więzi (lub ich przecinać) jak wspólnota stołu. Jeśli kolacja ma być niespodzianką, to nikogo nie proś o pomoc. Przygotuj dania samodzielnie, ewentualnie wyłóż gotowe potrawy na półmiski. Następnie uciap w widocznym miejscu fartuszek kuchenny i T-shirt którymś z płynnych składników potraw. Gdy zaproszony gość nadejdzie, otwórz mu drzwi ubrana w zabrudzony strój i wytłumacz, że chciałaś jak najlepiej wszystko zorganizować, dlatego dopiero wyszłaś z kuchni i zaraz się przebierzesz. Zaproponuj coś do picia i w zależności od upodobań wstaw wodę lub nalej zimnej do szklanki. Gdy gość zaoferuje pomoc w nakrywaniu do stołu, nie wahaj się jej odrzucić. Ty w tym czasie idź do łazienki, aby się przebrać, ułóż włosy, spryskaj się delikatnie perfumami. Wyjdź rozpromieniona i nie zapomnij zachwycić się na widok pięknie nakrytego stolika, jeśli tylko będzie czym się zachwycić. To będzie wyjątkowy wieczór, z takim nastawieniem zasiądź do kolacji. O walentynkowych dekoracjach koniecznie w stylu boho-eko oraz anturażu będzie następnym razem.

Patynowa Pani Domu. La vida es un carnaval

Nie znasz nikogo, kto przynajmniej raz w życiu nie brał udziału w balu karnawałowym. Świadomie bądź nieświadomie szykował kreację oraz krok po kroku budował swój image na tę wyjątkową okazję. Niezbędnym jego elementem oprócz stosownego ubioru jest brokat, najlepiej w ogromnych ilościach na włosach, powiekach, odzieży, obuwiu i gdzie tylko jego amator sobie wymarzy. Podajesz w związku z tym prostą recepturę na jego przygotowanie. Stare bombki i szklane ozdoby choinkowe (rzecz prywatnych upodobań, co stanowi ozdobę, a co nie) owijamy w niepotrzebną ścierkę kuchenną. Weźmy młotek do ręki i wyobraźmy sobie, że jesteśmy jubilerami i bierzemy udział w tworzeniu wyjątkowego klejnotu. Następnie uderzajmy młotkiem w zawiniątko tak długo, aż poczujemy, że jego zawartość zmieniła się w drobny mak. Gdy odwiniemy ściereczkę, podejmijmy decyzję, czy jeszcze bardziej skruszyć bombki czy dać sobie spokój z produkcją brokatu.

Możesz dojść do wniosku, że błyskotki niezbyt ładnie prezentują się na Tobie, dlatego wyrzucamy do śmieci to, co wcześniej przygotowaliśmy. Najważniejszym elementem dobrej zabawy jest towarzystwo. Zaproś zatem do siebie tych, na których Tobie zależy (ewentualnie tych, którym zależy na Tobie) albo umów się z nimi w innym określonym miejscu, załóż taki strój, by było wygodnie i zatańczcie w rytm latynoskich szlagierów. Wtedy nawet w nieogrzewanej sali będzie Wam gorąco. Jeśli mimo licznych, nieszablonowych kuszących propozycji stwierdzisz, że wystawne bale albo spotkania w kameralnym gronie nie są dla Ciebie, zrób sobie prywatną imprezę. Glonojadowi wszystko jedno, jakiego koloru suknię włożysz, jaką muzykę włączysz albo co z tej okazji ugotujesz. Odgrzewana pizza u naczelnych świetnie sprawdza się w takich sytuacjach. Natomiast zbrojnik pospolity nie jest wybredny w jedzeniu i zwykle menu ma podane na tacy. Wystarczy, że opuści kryjówkę składającą się z akwariowych roślinek.

Całuchy-kluchy!

Walentynki. First minute

Wyprzedaże gonią wyprzedaże wyprzedzając sprzątanie magazynów. Gdyby nie zewsząd płynące przypomnienia, nie wiedziałabym, co zrobić z wolnym czasem i jak ulokować pieniądze. Obok środków na pasożyty znajduję ofertę szybkich kredytów, zimowego obuwia, przecenionych produktów świątecznych oraz pomysły na spędzenie nadchodzącego święta patrona osób chorych na epilepsję i obłąkanych. Na wypadek, gdyby ktoś nie wiedział, jak w sympatyczny sposób okazać sympatię swojej sympatii, amatorzy publicznego podkreślania autonomii w relacjach podpowiadają, aby np. zaprosić kogoś na romantyczną, a jakże, kolację. Obowiązkowo przy świecach z wcześniejszą rezerwacją stolika. Taka forma spędzenia czasu może stanowić wygraną w konkursie, tak więc do boju, Polsko i świecie. Masz szansę wreszcie coś wygrać, ale dopiero życie skutecznie zweryfikuje, jaka i czy to była wygrana. Można z okazji bez okazji umówić się na masaż na cztery ręce. Również przy świecach. Wybór należy do Ciebie. Podobnie jak zapłata za usługę. W walentynkowej ofercie promocyjnej jest także zakup bielizny, okolicznościowej herbaty, kawy, książek, pasztetów, alkoholu. Do skonsumowania np. nad brzegiem rzeki. Nie zapomnij zapalić świeczki lub kilku świeczek. Będzie romantycznie, a przy okazji ogrzejesz sobie dłonie. Tak czy inaczej, aby skorzystać z przebogatej firstminutowej oferty dla zakochanych, należy wykazać się niebywałą wyobraźnią, lecz zanim zgłębisz się w jej falach, sprawdź stan swoich finansów, bo może okazać się, że w tym roku odpuszczasz świętowanie na cztery fajery. Za to skąpany w wirtualnych serduszkach, misiach i różyczkach ograniczysz się do przeżywania sympatycznych momentów na portalu społecznościowym zostawiając reakcje na zdjęcia i posty zamieszczane przez tych, którzy dzielą się ze światem swoim szczęściem.

One. Dzień Babci i Dziadka

-Mogłabyś choć na chwilę odłożyć tę bardzo ważną książkę i mnie posłuchać.

T. nie dawała za wygraną raz po raz domagając się uwagi.

-Wiem, o czym chcesz rozmawiać. Znasz moje zdanie. Nic z tego.

-Dawno nie byłam na wsi. Dzieciaki nie widziały babci kilka lat.

-Nie pojadę z Wami.

-Nie dam rady wgramolić się z bagażami i dziećmi do autobusu. Zapłacę za Twój bilet.

-Nie. Jestem asertywna. Nie. Nie znoszę wsi, grobowej atmosfery w Twoim domu oraz głupiego gadania, od którego nie będzie można uciec. dokąd pójdziemy w środku nocy, gdy zaczniecie się awanturować.

-W niedzielę tam nic nie dojeżdża, a w pozostałe dni tygodnia trzeba z buta tłuc się przez drogę ok. 2 km. Nie dam rady z dzieciakami, wózkiem i resztą.

-Niech babcia tu przyjedzie.

-Dobrze wiesz, że tego nie zrobi. Nie ma się czym tutaj dostać. Musiałaby się przesiadać, a ma coraz mniej sił. Chcę dzieciakom pokazać grób dziadka.

-Odstawię Was do autobusu, pomogę z wózkiem i bagażami i na tym koniec, ok?

-Ale jesteś. Kiedyś tam razem jeździłyśmy, nie pamiętasz?

-Pamiętam, ale to były inne czasy.

-Tak?! Kiedyś było lepiej, słynne Twoje powiedzonko. Kiedyś miałam więcej rozumu. Nie to co teraz.

-Kiedyś było inaczej. Nie twierdzę, że lepiej. Inaczej. Inaczej się z Tobą rozmawiało. Inaczej by to się potoczyło, gdyby…

-Nie wierzę, że tak mówisz! Gdyby co? Powiedz to wreszcie! Gdyby nie moja matka. Lubiła Cię, a Ty traktowałaś ją z wyższością. Zawsze byłaś zarozumiała i dumna. Jak wtedy, gdy stałaś na balkonie blada jak trup w swojej czerwonej sukience i przytulałaś lampkę białego wina do policzka. Na co albo na kogo wtedy patrzyłaś? Chciałaś rzucić tą  lampką, ale zgniotłaś ją i szkło wbiło Ci się w dłoń. Mama podeszła do Ciebie i Cię powstrzymała. Wyjęła Ci szkło z ręki, potem zorganizowała opatrunek. Nie popłakałaś się z wściekłości, bo jeszcze makijaż by Ci się rozmazał.

-To dzwoń do mamusi. Może coś wspólnie ustalicie, skoro z Was takie przyjaciółki.

-Żebyś wiedziała, że zadzwonię. Z zaproszeniem. Niech przyjedzie do nas i zostanie tak długo, jak zechce. Twoja pomoc nie będzie potrzebna. Zamknij się w wykreowanym przez siebie świecie, składającym się z tak pustych i niedostępnych ikon jak Ty, ale pamiętaj, że kiedyś Twój czas minie i wtedy nikt nie poda Ci ręki, bo nie dopuszczasz do siebie ludzi. Mnie przy Tobie też nie będzie.

 

One. Bucket list

-Wiesz, nad czym obecnie pracuję z moją terapeutką?

-Nad czym?

-Nad stworzeniem listy rzeczy do zrobienia przed śmiercią.

-Słucham?!

-Nie przesłyszałaś się.

-Bulisz jej tyle kasy za to, że…

-… że ze mną rozmawia o marzeniach.

-Robię to z Tobą prawie codziennie gratis, ale co Ty robisz ze swoimi ciężko zaoszczędzonymi pieniędzmi to Twoja sprawa.

-Ty rozmawiasz ze mną głownie o wydatkach, rachunkach, sprawach do załatwienia na zaraz. Jak ta popsuta zmywarka na przykład. Właśnie, kiedy przyjdzie ten koleś?

-Nie mogę się do niego dodzwonić. To właśnie jest sprawa do załatwienia przed śmiercią. Gdy będziemy sztywne, zmywara nie będzie nam potrzebna.

-Wiesz, Aśka pytała, jak wygląda mój dom, z kim mieszkam i w ogóle jak to się stało, że sprawa w sądzie utknęła w martwym punkcie.

-Jesteście już z panią psycholog po imieniu? Widocznie sąd nie jest sprawą do załatwienia przed śmiercią.

-Przestań, łapiesz za słowa jak zwykle.

-I co jej opowiedziałaś?

-Że mieszkam z Tobą i dzieciakami.

-Jakie to miało dla niej znaczenie?

-Nie powiedziała. Ale powiedziała, że to dla dzieciaków nie jest zdrowe.

-A mówiłaś jej, że od dwóch lat nie miałabyś z czego żyć,  gdyby nie grosze, które cudem dostałaś na dzieciaki, bo ich tatuś kopnął Was w tyłek w środku zimy?

-Nie mówiłam, ale wiesz, ona mi takie coś narysowała, patrz tutaj mam. Tu jest pokazane, gdzie są moi rodzice i ja i mój ślubny. Te strzałki i kwadraty mówią o zależnościach pomiędzy nami. Ty też jesteś.

-Mnie w to nie mieszaj.

-Chyba trochę mogę. Czasami zostajesz z dziećmi. Kiedy trzeba, przyprowadzasz je ze szkoły. Piszesz wnioski do urzędów.

-Ale jak to się ma do tematu bucket list, na którym obie pracujecie już kilka miesięcy?

-Aśka twierdzi, że Tobie też nie zaszkodziłaby terapia.

-Nie masz prawa mówić jej o mnie.

-Mam i chcę.

-Nie zgadzam się na to.

-Twoja zgoda nie jest i nie będzie potrzebna. Układamy listę rzeczy do załatwienia przed śmiercią. Jeden z punktów dotyczy Ciebie. Chcę, abyś poszła na terapię, po której staniesz na własnych nogach.