Patynowa Pani Domu. Żyjmy dalej

Otwierasz oczy, zanim zabrzmi sygnał budzika. Najpierw budzą się ptaki. Potem jedzą śniadanie. Potem przyjeżdża śmieciara. Dziś odbiór szklanych odpadów. Wyskakujesz z łóżka, by zamknąć okno. Świeże powietrze podamy za chwilę. Zamawiałaś też ciszę. Zaczekasz na nią, podobnie jak na rześkie powietrze. Uwielbiasz swoje łóżko najbardziej na świecie. Planujesz dzień. Trzeba go zacząć i zakończyć przyjemnościami, inaczej się nie uda. Najpierw coś na ząb. Następnie praca zdalna. Próba dokonania zakupów. Tysiąc różnych spraw do załatwienia. Najlepiej na zaraz. Budzik! Kurtyna! Rutyna! Pranie! Brak proszku. Płyn! Jest! Pralka! Nie działa! Nie skupiaj się na brakach, patrz na zasoby. Śniadanie! Herbata. Cieplutkie, świeże chrupiące kromeczki. Zamarzyły się. Włączasz piekarnik. Telefon. Możesz podrzucić klucz do… B. będzie przejeżdżać zaraz koło Ciebie. Mogę? Czekaj na parkingu koło urzędu. Tam jest miejsce na parkowanie. Ubierasz się w trzy sekundy. Biegniesz na parking. B. już czeka. Chwilę rozmawiacie. Mogłabyś dorobić sobie klucz. Gdybym mogła, to bym dorobiła. Wracasz do siebie. Po drodze wbijasz do dyskontu. Nic się nie stało, robotę mam, wyjaśniasz zdumionej obsłudze i wychodzisz. Następnym razem niech Pani założy maseczkę, słyszysz.  Najważniejsze, że w reklamówce jest tiramisu i środki do prania. Dziś zapomnij o śliczniusich kromeczkach. Zimna tortilla też się nada. Prosto z lodówki. Pochłaniasz placki bez dodatków i zapijasz je mocno wystudzoną herbatą. Sygnały nadesłanych wiadomości przychodzą raz po raz. Dlaczego w tej rubryce są takie wartości? Czy mogłaby Pani to wyjaśnić? Wyjaśniasz. Po chwili telefon. Proszę o przemyślane zakupy. Część odkładamy na wrzesień. Czy w ogóle wiesz, o czym mówimy? Wiem. Korespondencja trwa. Odpowiadam za to, co napisałam, a nie za to, jak moje słowa zostały zinterpretowane. Kolejny telefon. Może powinnaś go wyłączyć. Nie ma Cię. Jest tylko espresso i tiramisu. Zbyt gwałtowanie rozprawiasz się z folią zabezpieczającą opakowanie. Kakao i część masy lądują na dywanie, obrusie i stole. Dawno nie robiłaś porządków. A i z pralki dziś jeszcze nie korzystałaś. Pora to zmienić. Nastawiasz pranie. Urządzenie działa. Wyłączasz telefon. Siadasz naprzeciwko wirującego bębna pralki i przyglądasz się mu. Zachowuje się podobnie do Twojej głowy. Jesteś tylko Ty, Twoja kawa siekiera, zabielana dla sportu, to, co zostało z tiramisu i pomysł na research dotyczący Twojej ulubionej części ciała.

Całuchy-kluchy!

One. Myślicielka

-Który dzisiaj?

-10.

-To może renta już jest na koncie. Do ojca muszę zadzwonić, żeby mi coś kupił. Ale nie mam doładowanego telefonu. Doładujesz mi? Wiesz, coś za coś. Ja Tobie o sobie, a Ty mi dasz na doładowanie.

-Może być. Za ile?

-Dycha? Wystarczy, aby do starego zadzwonić. Powiem mu, żeby przywiózł trochę z renty i w kiosku doładowanie kupił. Nie dają mi kasy. Boja się, że zginie. Bo tu świry. Złodzieje. Schizole. Wiesz, cała śmietanka wariatkowa. A Ty do kogo przyszłaś?

-Do znajomej.

-Widziałam Cię, jak gadałaś ze stalkerką.

-Gadałam.

-Ona jeszcze jest na ogólnej. Mówią, że nie wyjdzie z tego. Wyjdzie, ale zacznie robić to samo. Czyli nie wyjdzie. A ze mną dlaczego chcesz gadać?

-Samo wyszło.

-Idziesz do kiosku?

-Zaraz idę.

-To pamiętaj o doładowaniu dla mnie. Za dychę. Oddam, kiedy przyjdziesz następnym razem. O ile przyjdziesz. Znajdziesz tu tylu świrów i historii, że wystarczy na książkę, a nie tylko na… Na co to ma iść?

-Na blog.

-Właśnie. Na blog. Po co chcesz pisać o czubkach.

-Chciałabym pokazać ich historie.

-Co tu do pokazywania. W głowach się poprzestawiało. Leki trzeba brać i tyle. O stalkerce też będzie?

-Może troszkę.

-Nie wyglądała na zadowoloną, gdy z nią gadałaś.

-A Ty?

-A ja jestem zadowolona, że ktoś chce ze mną gadać i pisać o szambie, w które weszłam. Psychiatryk to szambo, wiesz.

-Wiem.

-Lepiej tu nie przychodzić za często, bo jeszcze Cię zamkną. Jak mnie. Któregoś dnia matką z ojcem mnie tu przywieźli. Pojechali, a ja zostałam. Potem wyszłam, ale nie miałam do czego wracać. Sklep nie chciał mnie przyjąć z powrotem do pracy, bo coś im niby ukradłam i klienci się wykruszali. Były jakieś problemy z czynszem zaległym. I administracja wywaliła ich stamtąd. Potem nie znalazłam nigdzie roboty. Wiesz, kiedyś chciałam prowadzić proste życie. Pracować w jakimś sklepie z ciuchami, sieciówce jakiejś albo kawiarni. Poznawać ludzi. Rozmawiać z nimi. Pomagać im. A wyszło jak wyszło.

-Zdarza się.

-Tylko takim jak ja. Nie dostałam się do knajpy, ale znajoma otwierała sklep z ciuchami i pamiątkami.  Tam się zaczepiłam i tam poznałam, jak to się mówi, jedynego. Miał być na całe życie. On był, jak to się mówi, nawiedzony. Chciał mnie czymś karmić, książki pisać o nas, o jakimś spełnieniu, wcieleniu. Czy jakoś tak. Dziecka nie chciał. A potem nas okradł i zniknął. Gadają, że romansował z moją znajomą, tą, co sklep miała, gdzie ja pracowałam. Idziesz już?

-Raczej tak. Autobus mam.

-Nie myśl za dużo. Ja myślałam o życiu i myślałam, co mnie spotkało i dlaczego i widzisz, gdzie wylądowałam.

Patynowa Pani Domu. Majówka-domówka

Stało się.  W tym roku spędzisz pierwszy majowy weekend we własnych czterech ścianach. Dla dociekliwych: niekoniecznie tylko czterech, lecz kto by w czasach pandemii ściany liczył. Nie boli świadomość, że dni wolne od pracy (w tym Święto Pracy) spędzisz pracując, czyli wymiatając kurz, myjąc podłogi, szorując inne powierzchnie. Porządkowanie otoczenia sprzyja utrzymywaniu porządku we wnętrzu. Tę teorię wspomagającą skołatane nerwy powtarzasz niczym pierwszą czytankę. Na wallach sieciowych znajomych liczba zamieszczanych słit foci z weekendowych wypadów na egzotyczne wyspy jest mniejsza w stosunku do lat ubiegłych. Na ściankach dominują udostępniane wspomnienia albo wpisy o przyszłych urlopowych planach. Lajfy, jeśli już takowe się pojawią, najczęściej są nagrywane w lesie. Spacer po lesie i parku to prawdziwe wydarzenie biorąc pod uwagę niedawne obostrzenia. Ty tradycyjnie niczego nie zamieszczasz. Ujawnianie, w jaki sposób dokarmiasz glonojada lub poisz roślinki, mogłoby naruszyć Twój mir domowy. Zamiast lansować, co zjadłaś albo ugotowałaś (jedno nie zawsze wynika z drugiego), wolisz w ciszy smakować dźwięki natury obserwując np. posiłek dzięciołów. W czasie deszczu odwiedzasz wirtualne muzea i galerie obrazów. Tym sposobem byłaś nawet w Nowym Jorku i w Żelazowej Woli. Spacerujesz do znudzenia, aż Cię opuszki palców i kark pobolewają. I wszystko w ramach abonamentu za podłączenie do sieci. Wirtualne odwiedziny w domostwach znajomych też Cię niewiele kosztują (może trochę czasu) i nie trzeba się do nich przesadnie przygotowywać. Wizytowe ciuchy, kąpiel, odpowiednio nakryty stół. Nie tym razem. Majówka w domu ma swoje zalety. Doceniasz każdą z nich.

Całuchy-kluchy!

Patynowa Pani Domu. Pandemiczne menu

W czasach, gdy zwykłe zakupy stanowią nie lada wyzwanie, a dostęp do bieżącej wody okazuje się luksusem, postanawiasz testować przepisy obowiązujące podczas pandemii. Udajesz się więc na spacer po produkty spożywcze w godzinach, w których nie masz prawa robić zakupów. Próbujesz negocjować. Wszak odbyłaś niejedno szkolenie z tego zakresu. Życie w najmniej spodziewanym momencie sprawdza to, czego się nauczyliśmy.  Tłumaczysz obsłudze. Przecież w sklepie nie ma obecnie ani jednego klienta. Pod sklepem też nie. Dlaczego więc mnie Państwo nie obsłużą? Zamiast odpowiedzi ochrona rozkłada ręce. Przepisy. Sklep będzie stratny. Załatwiłabym to raz dwa. Nic Pani nie poradzę, sami nie wiemy, czy będziemy mieć po tym wszystkim pracę. Idziesz dalej. W sąsiednim punkcie jesteś obsługiwana z zachowaniem wszelkich zalecanych środków ostrożności. Brawo za rozsądek! Komplementujesz załogę, a ona Ciebie. Jest dobrze! W wrażenia zapominasz, po co przyszłaś. Nie kupujesz ziemniaków, ale to dociera do Ciebie po powrocie do domu. Piątek bez placków ziemniaczanych. Jak epidemia to epidemia. Poczuj w praktyce smak sloganu: już nic nie będzie takie samo. Nie będzie. Placków. Ziemniaczanych. Chrupiących. Prosto z patelni. W piątek. Pandemia i związane z nią ograniczenia zostały wymyślone chyba po to, aby polubić swoje mieszkania. Ty nie miałaś z tym problemu, odkąd podczas ulewnego postawiłaś mokrą stopę na trawniku okalającym działkę. Zatem po co pandemia takim jak Tobie? Aby zmienić nawyki żywieniowe. Zamiast tradycyjnej potrawy dziadów rozmrażasz opakowanie szpinaku. Przyprawiasz solą, świeżo zmielonym pieprzem, zieloną czubrycą. Czosnku też nie kupiłaś. Jak poświęcenie dla planety to poświęcenie. Dodajesz do zielonej mazi żółtko ze śmietaną. Zaprawiasz. Ciepłe danie przekładasz do miseczki. Obok na talerzyku układasz krakersy, a w spodeczku łuskane orzechy włoskie. Kto powiedział, że podczas epidemii nie można ucztować?

Całuchy-kluchy! Tylko przez maseczkę albo posyłane na wiatr. Bądźcie zdrowi i dbajcie o siebie!

Patynowa Pani Domu. Pomysł na Wielkanoc w stylu podaj, co masz najlepszego

Bez względu na to, jak zaraza szaleje w Naprawie i czy ten stan ulegnie poprawie, święta Wielkanocne się odbędą. Nawet w Twoim, pozwolisz sobie na użycie metafory, domu, choć bardziej pasowałoby określenie: obecnym miejscu zamieszkania. Zgodnie z kalendarzem w najbliższą niedzielę powinnaś oglądać u siebie znajome twarze. Masz wciąż nadzieję, że tak się stanie. Zrobienie śniadaniowych zakupów z myślą o nadchodzących świętach stało się nieco utrudnione, dlatego kontaktujesz się z bliskimi i przedstawiasz im swój plan. W tym roku będzie nietypowo, powiedzmy transkontynentalnie. Łyknęli ideę. Zacierasz ręce. Po dwóch godzinach przemieszczania się po punktach handlowych w środkach zapobiegawczych na twarzy i dłoniach zdobywasz potrzebne produkty. O, dziwo, to cud miód, że je dostałaś (po cenach rynkowych). Miodu od zaprzyjaźnionego pszczelarza akurat nie będziesz mieć, przynajmniej przez jakiś czas. Uprzedzasz tych, którzy przybędą na wspólne świętowanie, że tym razem obejdziecie się bez aromatycznego złota w płynie. Wytwórca obawia się zarazy. Nie dziwisz się jego obawom, ale masz na uwadze lęki o swoją i jego przyszłość na linii producent-konsument. Będzie dobrze. Taszczysz kosmiczne ilości mango, kaszę, warzywa, w tym przeważa papryka w różnych kolorach. Będzie kulinarne zaskoczenie, może nawet pomyślisz o książce kucharskiej w duchu „Kuchnia w czasach zarazy”. Doniczki ze świeżą natką pietruszki i rozmarynem prezentują się okazale na kuchennym blacie. Dbaj o nie, bo przez najbliższe dni to będzie Twój ogródek. Pamiętaj, że tegoroczne świąteczne potrawy trzeba przyrządzić ekonomicznie i ekologicznie na mniejszą liczbę gości niż zazwyczaj. Jako praworządny obywatel stosujesz się do przepisów, dlatego ograniczasz liczbę odwiedzanych i przyjmowanych osób. Uprzedzasz potencjalnych przybyłych, że jeśli nie znoszą świeżego mango, mogą przynieść np. jabłka. Z tymi ostatnimi jest ostatnio poważny problem w Twojej okolicy. Istnieje bowiem przekonanie, że trzeba upiec sporo szarlotki oraz jeść rajskie owoce, jako że działają w jelitach niczym miotełka. Tak więc stosujesz zamienniki.

Paprykę zapiekasz saute w piekarniku z odrobiną oliwy. Po przestudzeniu wkładasz upieczone kawałki do słoików, dodajesz gałązki świeżego rozmarynu oraz po dwa ząbki czosnku na słoik o pojemności 1 litra. Zalewasz dobrym gatunkowo olejem lub oliwą. Odstawiasz na kilka dni. Podajesz jako dodatek do zimnych miąs lub jaj np. podczas świątecznego śniadania przy założeniu, że znajdzie się amator tego przysmaku. Jak znasz życie, będziesz konsumować go sama.

Bądźcie zdrowi i zostawcie jeden kawałek szarlotki dla Patynowej. Całuchy-kluchy!

Patynowa Pani Domu. Codzienność

Skoro Twoje obecne miejsce odosobnienia w ciągu ostatnich tygodni stało się restauracją, pralnią, szkołą, siedzibą pracy zawodowej, źródłem kontaktów, salą prób śpiewu, tańca i paranormalnych działań wszelakich, chatką alchemika, salonem spa, centrum dowodzenia kosmosem, salą gimnastyczną, punktem zdobywania nowych kompetencji, pracownią działań odtwórczych, halą logistyczną, korytarzem tranzytowym, to zastanawiasz się, jak będziesz funkcjonować po ustaniu epidemii i czy nie grozi Ci nerwica natręctw, jeśli codziennie sprzątasz, gotujesz, odgrzewasz, zmywasz, mieszkasz. Poszukujesz nowych smaków. Czyścisz. Polerujesz. Opisujesz. Ogarniasz. Nie ogarniasz. Przeglądasz. Porównujesz oferty. Ograniczasz. Przeliczasz. Dokonujesz wyboru. Zmieniasz wybór. Nawiązujesz kontakt. Wyjaśniasz. Składasz alternatywną propozycję. Doszukujesz się podobieństw albo różnic. Milczysz. Mówisz do siebie. Śpiewasz. Podejmujesz wyzwania. Poddajesz się. Wchodzisz na ring. Coś nie wychodzi. Rezygnujesz. Znowu stajesz do walki (głównie ze sobą). Motywujesz. Słuchasz motywacji. Oglądasz. Komentujesz. Nie komentujesz. Wyrażasz opinię.  Doradzasz. Wchodzisz do gry, kiedy chcesz i wychodzisz z niej na własne życzenie. Bez względu na to, co zrobisz, jutro też jest dzień.

Nie przypominasz sobie, abyś ostatnimi czasy tak intensywnie pracowała i kontaktowała się z innymi w celach zawodowych albo towarzyskich. Nagle okazuje się, że pewne sprawy można załatwić kilkoma kliknięciami albo dwoma telefonami. W lesie pustki. W sklepach nie ma tłumów. Sprzedawcy się uśmiechają. Pozdrawiają. Życzą zdrowia. Cały świat leży u Twoich stóp. Wystarczy się schylić, tylko uważaj na kręgosłup.

Całuchy-kluchy!

Notatki. Epidemia po polsku

Godziny przedpołudniowe. Wychodzę po zakupy spożywcze. Omijam wymarły plac zabaw i park, w którym uwija się pojedynczy osobnik, mający na bakier z równowagą i higieną. Ptaki szaleją. Mają dla siebie starodrzew, krzewy, trawnik, klomby. Wbijam do ulubionej piekarni. Sprzedawcy z plastikowymi ochraniaczami na twarzach wyglądają zjawiskowo. Znowu nie ma rogalików, które preferuję na drugie śniadanie. Nie ma i przez jakiś czas nie będzie, słyszę. Wychodząc niemal zderzam się z grupą czterech osób. Przewodniczka stada (widoczne braki w uzębieniu), za którą unosi się woal dymu, wykrzykuje „patologia, k…, gamonie, nieroby”. Wtóruje jej dziki rechot pozostałych członków stada. „Co to jest? Nie ma nic, k…, porządny człowiek nic nie dostanie”. Idę dalej. Miasto wymarło. Małe sklepy, punkty usługowe i rodzinne interesiki to obecnie biała plama na jego mapie. Pozdrawiam znajomego sprzedawcę miodu. Nie tym razem. Jak ograniczenia to ograniczenia. Rodzice z dziećmi otulonymi w koce spacerują po balkonach śpiewając przy tym. Rozpoznaję jedną melodię. Gdyby nie wybuch epidemii, nie wiedziałabym, że istnieją lokalne nienazwane Marie Callas.

Pakuję do koszyka to, co niezbędne. Z drugiego sektora, obfitującego w trunki, słychać rozmowę dwóch mężczyzn. Ich sposób bycia, strój i aparycja mogą świadczyć o tym, że zmagają się z brakiem stałego zajęcia i kobiety. „Mnie to wcale nie przeszkadza, że siedzę w chałupie, k…, żeby nam jeszcze płacili, a oni nam g…o dają. To co mamy robić za darmo? Wolę się op…. i niech ten wirus jeszcze trochę siedzi, w ch.j”.

Idę do M., gdzie bez względu na czas i okoliczności coś jest niezmienne. Pierogi ze słodką kapustą i suszonymi grzybami. Nadzienie powinno być lekko pikantne, a ciasto luźne. Boki sklejone wyłącznie ręcznie, na ok. 7 mm. Doskonałe na ciepło i zimno, nawet bez okrasy.

Miejcie dobry, szczęśliwy czas i pozostańcie w zdrowiu!

Patynowa i hydraulik w czasach zarazy

Niepokojący Cię od kilku dni dźwięk, dochodzący z rur, może zwiastować jedno: kanały odprowadzające wodę będą potrzebować wizyty specjalisty. Tylko jak tu ją zorganizować w czasie trwania izolacji, nakazanej rozporządzeniami. Zostawisz to na później. Jakoś trzeba będzie wytrzymać i poświęcić się dla ludzkości (nie pierwszy raz zresztą). Póki co poradzisz sobie jak zwykle przy pomocy popularnych środków dostępnych np. w sklepach spożywczych. I tak trzeba wyjść po bułki.

Raz dwa wczesnym rankiem pomykasz na miasto. Na ulicach prawie pusto. Ze starych drzew dobiega śpiew ptaków i stukanie dzięciołów. Mijasz ambulans i pojazd gospodarki odpadami. Obecna sytuacja sprawia, że odtwarzasz sceny z powieści „Miasto ślepców”. Nie, nic Cię nie dopadnie, żadna zaraza ani inne zło, bo jesteś odseparowana. Starasz się segregować informacje płynące różnymi kanałami. Dbasz o higienę (dla Ciebie to żadna nowość i męczeństwo). Wietrzysz dziuplę. Zdrowo się odżywiasz. Właśnie! Twoja checklista zostaje uzupełniona o większe ilości świeżego imbiru. Tak skutecznie polecałaś napój z jego składem, że w punktach handlowych, które znasz i stale odwiedzasz, zabrakło korzenia rośliny o cudownych właściwościach. Ten dostępny w Polsce pochodzi głównie z Azji Południowej. Być może to wiele wyjaśnia, dlaczego ostatnimi dniami trudno go dostać w sklepach na terenie kraju nad Wisłą i Odrą. Twój plastyczny umysł wytrenowany w spokoju przez stale napędzającą się społeczną panikę notuje, aby włożyć do koszyka świeże owoce i warzywa. Pakujesz dwie sztuki mango. Będą na koktajl. Receptura: potraktuj blenderem obrane i podzielone na kawałki mango (nie bierzesz udziału w eliminacjach do programu związanego z gotowaniem przez celebrytów, zatem nie przejmuj się estetyką pokrojonego owocu). Dodaj pół łyżeczki mielonego kardamonu i łyżkę greckiego jogurtu. Gdy koktajl jest zbyt gęsty, dolej odrobinę wody mineralnej. Gotowe!

-Dzień dobry, Pani też wyszła z domu – słyszysz za plecami znajomy głos. Odwracasz głowę, uśmiechasz się i pozdrawiasz ją. Wyszłam z rana, aby nie robić tłoku, a przy okazji dostałam wszystko, po co przyszłam prawie bez kolejki.

Po powrocie do siebie zdajesz sobie sprawę, że nie kupiłaś niczego do udrożniania rur domowym sposobem. Trudno, drugi raz nie będziesz się narażać społeczeństwu, zostajesz w domu, jak Pan Bóg i rząd państwa środkowoeuropejskiego przykazał. Spoglądasz przez okno. Czyżby przed oczyma mignęła Ci postać hydraulika, najbardziej pożądanego specjalisty w tych niełatwych czasach. Ano, to on! Chwytasz za telefon. Sprawę ma Pani załatwioną!

Całuchy-kluchy!

Patynowa Pani Domu. Black out

Jakie dziwne czasy nastały! Odgórny nakaz pozostania przez kilkanaście dni w miejscach zamieszkania wzbudza trwogę u znacznej części społeczeństwa. w takiej sytuacji trzeba będzie zacząć rozmawiać z dziećmi albo innymi członkami rodziny. Zorganizować im czas i przestrzeń. Wysłuchać. Pomóc w lekcjach. Zainteresować się, co lubią, a za czym nie przepadają. Wychodzić jedynie na spacery np. do lasu, parku lub tam, gdzie akurat przebywa niewiele osób?! Katastrofa! Jak to jest dzielić czas pomiędzy siebie i innych bez nadmiaru bodźców płynących z zewnątrz? Dla jednych przebywanie we własnych domostwach to wyzwanie, dla innych chleb powszedni. Ci ostatni po cichu kibicują ustawodawcom, by jak najdłużej odwlekali decyzję o zniesieniu konieczności ograniczenia kontaktów międzyludzkich.

Dla Ciebie pozostanie w obrębie własnego gospodarstwa domowego to pestka. Wreszcie będziesz mieć czas na przeczytanie dwóch stosów książek, które zalegają Ci na biurku. Ale najpierw praca zdalna. We właściwy dla siebie sposób przekazujesz informacje i załatwiasz sprawy odłożone na później. Planujesz działania, którym oddasz się w ferworze wyalienowanego szaleństwa. Napiszesz do tych, którzy być może zapomnieli, że istniejesz dla nich, a oni dla Ciebie. Przyrządzisz doskonały napój ze świeżym imbirem i plasterkiem cytryny. Będziesz podtrzymywać na duchu chwiejących się w posadach albo innych, którzy Cię o to poproszą. Zorganizujesz sobie mikro przestrzeń. Przygotujesz after party dla swojego Anioła Stróża i glonojada. I tak dalej. I tak dalej. Nie powstrzymają Cię nawet… nieprzewidziane przerwy w dostawie prądu, spowodowane przeciążeniem linii. Nachodzą Cię refleksje. Mrok i zaraza. Niczym w średniowieczu. A w tym wszystkim Ty, mała bezbronna owieczka. Będzie się działo.

Całuchy-kluchy!

Patynowa Pani Domu. Głos wołającego na pustyni

Lawinowo nadchodzące komunikaty o niebezpieczeństwie zarażenia wirusem mocno opinającym świat sprawiają, że i tak już mocno otumaniona część społeczeństwa w panice wykupuje produkty pierwszej potrzeby w ilościach przemysłowych. Imprezy masowe są odwoływane. Placówki oświatowe stoją przed decyzją o zawieszeniu zajęć. W sąsiedztwie rozmowy dotyczą głównie nadciągającego armageddonu. Chyba pora się do niego przygotować.

Nie wiesz, czy i jak planować urlop. Podróżowanie środkami masowego transportu może stanowić zagrożenie. To nic, że jest tańsze i bardziej korzystne dla ochrony środowiska. Ekoluby, na pomoc. Ludzie nie chcą jeździć autobusami. Wybierają auta. Wolą stać w korkach, a tym samym wdychać spaliny nie troszcząc się zbytnio o los planety i własnych płuc. Poza tym wciąż nie wiadomo, jakie żniwo zbierze zaraza w niektórych częściach globu, jak długo potrwają kwarantanny i kto zostanie im poddany.

Dziś miałaś okazję odwiedzić państwową instytucję. Mimo stale rozwijających się technologii zwykłe administracyjne sprawy wciąż trzeba rozwiązywać osobiście. Można prowadzić telekonferencję z użytkownikami ze wszystkich kontynentów, ale w kraju nad Wisłą i Odrą nadal nie ma większych szans na zdobycie podobną drogą kilku pieczątek niezbędnych do uzyskania świadczeń. Różnica temperatur na zewnątrz i wewnątrz budynku oraz maraton po korytarzach sprawiły, że dostałaś kaszlu. Poza tym raz kichnęłaś. Zaraz pojawiły się sugestie, abyś uważała i dokładnie umyła, a następnie zdezynfekowała dłonie, bo inaczej możesz być poproszona o opuszczenie sali. Są oficjalne komunikaty, że trzeba kichać w zgięcie łokcia. Zabrzmiało groźnie. Uśmiechasz się, a w myślach dodajesz, że w mocno nadgryzionych zębem czasu meblach i sprzętach tu ustawionych jest więcej roztoczy oraz zarazków niż na Twoich dłoniach. Na szczęście jesteś po zakupach. Pokazujesz pojemnik z mydłem, z którym rzekomo nie rozstajesz się od kilku dni, wyjaśniając, że na pewno umyjesz dłonie, gdy zawitasz do toalety. Uspokajasz otoczenie swoim aksamitnym, radiowym głosem. Jeszcze raz się uśmiechasz i odchodzisz z pożądanym kwitkiem (a nawet dwoma).

Wracasz do siebie. Smażysz racuchy. Na pohybel koronowanym głowom.