Notatki

Zdążyłam. W biegu, w nieludzkim, poniżającym pośpiechu, ale zdążyłam. Od teraz zwalniam. Dochodzą do głosu niezaspokojone, atawistyczne potrzeby. Jeżeli za chwilę czegoś nie przełknę, zemdleję. I z tą myślą wchodzę do przytulnego, nieco hipsterskiego bistro. W środku unosi się zapach świeżo zmielonej kawy, który miesza się z łagodnym aromatem herbat oczywiście z całego świata, oraz ciast i deserów przygotowanych głównie z myślą o alergikach lub weganach, o czym świadczą m.in. wyraziste napisy na szybach.
– Czy mogliby Państwo przyrządzić naleśniki z twarożkiem i cynamonem?
– Tak, jak najbardziej. Z czym mają być crepes?
– Poproszę z waniliowym twarożkiem z dodatkiem żółtka i cynamonu.
– Wszystkie mają być z twarożkiem? Może chciałaby Pani spróbować z dżemem albo nutellą?
Od kiedy nutella jest wskazana jako składnik diety dla alergików, myślę, skoro już trafiłam do zwegowanego raju.
– Nie, dziękuję. Najbardziej smakują mi te z twarożkiem, posypane prażonymi płatkami migdałów. A do tego poproszę zielony koktajl w opakowaniu na wynos.
– Dobrze. Z jakich składników ma być smoothie?
– Zielonych. Z dodatkiem imbiru.
– Mamy różne smaki.
– Jarmuż jest?
– Niestety nie mamy jarmużu.
Przyszłam tutaj, by odreagować trudy dnia. Za chwilę nie będę pamiętać, co zamówiłam. Albo muzyka gra coraz głośniej, albo to mój puls.
– To szpinak.
– A co do szpinaku?
– Imbir tak, jak mówiłam.
Chcę, by było mi ciepło i by nikt niczego ode mnie nie wymagał przez kilka minut. Chcę się zdrzemnąć.
– I co jeszcze?
Uczę się być zadowolonym klientem.
Wracam z głową opuchniętą od układania planu kolejnego dnia. tamtych chwil? Zajmuję wygodne miejsce w pociągu. Koła stukają głośniej i głośniej. Uspokajam się. Jest ciepło. Wtulam się w szalik. Popadam w specyficzny rodzaj letargu właściwy tym, którzy podróżują koleją.

One

Nocowałam w różnych miejscach, np. w pociągu pędzącym przez południowo-zachodnią Ukrainę, który miał zepsute szyby i zatrzymywał się gdzieś w stepach. Trudno określić, na których stacjach. Nie znam rosyjskiego, więc nie mogłam odczytać ich nazw Tak więc przez całą noc były otwarte okna i mogłam słuchać, czym żyje Ukraina i jej mieszkańcy, wtedy jeszcze nieuwikłani w zawiłe problemy polityczne. Spałam w wielu pociągach rozmaitych relacji. I doszłam do wniosku, że nie ma znaczenia, gdzie spędzam noce i co służy mi za poduszkę. Najczęstszą kołysanką w podróży jest dla mnie miarowy stukot kół. Nocowałam w starej szopie, w której hulały myszy, a szerszenie zdążyły opuścić swoje gniazdo. Spałam na starej łódce oraz w wieloletnim namiocie, który po burzy się nie rozleciał, a mnie nie spadła wówczas nawet kropla deszczu na głowę. Łóżka w internacie niepełnosprawnych dzieciaków były ultra wygodne. Odstąpiono mi jedno, abym miała cudne sny i nie musiała moknąć. Na wyposażeniu był też ciepły koc…

Rozmowy

– A jak długo Pan tutaj pracuje, w lesie, z dala od ludzi?
– Będzie ze 20 lat albo lepiej. Latem jest łatwiej, bo przyjeżdżają i rozkładają się z namiotami lub przyczepami. To się tu zajrzy, tam zajrzy, coś podpowie. A gdy przyjdzie koniec sezonu, można oszaleć. Ale coraz gorzej z ludźmi jest.
– Gorzej?
– Tak, hołota coraz częściej przyjeżdża. Udaję, że nie widzę. Ale nie sposób zatkać sobie uszu na to, co wygadują.
– Co wygadują?
– Wyzywają mnie. Od takich różnych, wie Pani. Co to w zakładach dla pomylonych siedzą. Może i ja jestem świrem? Siedzę tutaj cały rok, bez przerwy. Zimą i późną jesienią mam towarzystwo tylko tych trzech psów. Gadam z nimi, opowiadam im o sobie, o różnych rzeczach, o ludziach, którzy kiedyś byli na campingu. Wygarniamy sobie czasami. Widzi Pani tę sukę. Tę, co pierwsza przybiegła Panią obwąchać?
– Tak. Groźna?

– Nie, gdzie tam. Tylko tak na początku, aby poznać. Przybłęda. Jest ze mną najdłużej. Z nią najwięcej sobie gadam. A zimą, gdy mróz i w cygance napalę, to nawet ją do chaty zawołam i tak sobie siedzimy razem jak baba z chłopem. A te dwa mi podrzucili. I tak zostaliśmy. Całe moje towarzystwo. Pani pewnie myśli, że ja od wariatów uciekłem?
– Nie myślę o Panu w ten sposób.
– Bo Pani jest grzeczna. A co Pani robi na co dzień? Pracuje gdzieś Pani?
– Tak. Ile policzyłby Pan za dobę za miejsce na campingu?
– On musiałby zapłacić. A Pani miałaby wejście za darmo. Tylko niech Pani nie przyjeżdża w sezonie. Szkoda byłoby Pani na to, co się tu dzieje.

One

Nauczyłam się żyć bez pieniędzy oraz tego, gdzie i jak nie będąc widoczną spędzić noc poza miejscem, które z założenia powinno być domem. Czasami podróżowałam za uśmiech i pogawędkę. Poznałam niesamowite historie tak czy inaczej doświadczonych ludzi z różnych środowisk. Poruszałam się po danym kraju bez znajomości jego urzędowego języka. Przetrwałam bez uszczerbku na zdrowiu niejedną noc na dworcu. Potrafiłam uwolnić się od osób i relacji, które systematycznie mnie wyniszczały. Wypracowałam skuteczną formę obrony przed kolejnymi próbami ataku. Określiłam swoją pozycję w stadzie. Doświadczyłam tego, że płacz najskuteczniej oczyszcza i leczy duszę podczas długiej podróży nocnym pociągiem. Wiem, czego nie umiem i nie chciałabym umieć. Znam swoje braki i wyraźne ograniczenia. To smutne, że przy tej wiedzy i umiejętnościach moja obrona dyplomu wypada blado. To smutne, że miarą kobiecości w licznych środowiskach niezależnie od statusu społecznego ich członków jest to, w jaki sposób kobieta prowadzi dom, co potrafi ugotować (albo czego nie potrafi), że ma idealnie wysprzątane mieszkanie, czym je udekoruje, co postawi na świątecznym stole oraz czy jest mężatką i ile dzieci urodzi. To smutne, że wciąż trzeba udowadniać, że ma się wiele zalet nie wspominając o kompetencjach. To smutne, że najczęściej ludzie, którzy myślą zupełnie inaczej niż Ty, decydują o Twoim być albo nie być. W dzieciństwie i młodości najlepiej czułam się w chłopięcych ubraniach.

Inaczej

Koła pociągu stukały miarowo. Odkąd sięgam pamięcią, ten dźwięk uspokajał mnie niczym kołysanka. Być może było tak dlatego, że wychowałam się nieopodal stacji, i gdy byłam dzieckiem, często po szkole chodziłam na dworzec, siadałam na ławce, na peronie i liczyłam wagony. Rozkład jazdy znałam niemalże na pamięć. Obiecywałam sobie, że gdy dorosnę, zostanę maszynistką albo konduktorką, by móc podróżować za darmo i bez końca słuchać stukotu kół. Pamiętam, że podczas ciepłych pór roku nie pozwalałam mamie zamykać okien w pokoju, abym mogła słyszeć przejeżdżające pociągi. Hałas powodowany przez gwizdy oraz turkot ciężkich maszyn zupełnie mi nie przeszkadzał.

Obecnie rzadko mam okazję go słyszeć. Mieszkam w sterylnej kawalerce z dźwiękoszczelnymi oknami, u przyjaciół, którzy wyemigrowali za chlebem ładnych parę lat temu i wbrew własnym słowom coraz wyraźniej odwlekają decyzję o powrocie. Mój dość nieuporządkowany świat zawodowy oraz brak płynności finansowej powodują, że przyjemności w postaci podróży i eksplorowanie nieodkrytych przestrzeni pozostaną w sferze nieprędko zrealizowanych marzeń.

Czasami zdarzają się momenty podróżniczego szaleństwa, przez co rozumiem kilkudniowe wypady, podczas których lowcostowo odpoczywam. Tak stało się i tamtym razem. Postanowiłam wracać nocnym pociągiem, co według mocno stąpających po ziemi było związane z ryzykiem utraty zdrowia bądź życia, ewentualnie z trwałym kalectwem. Gdyby te same osoby wiedziały, że w dodatku jestem sama w przedziale, z pewnością zarezerwowałyby  dla mnie nagrobek.

Marcowe słońce już zaszło. Spoglądałam w dal, przez okno uśmiechając się do wspomnień. Pociąg zatrzymał się na małej, smutnej stacji. Wysiadło niewielu pasażerów. „Jeszcze kilka godzin i będę leżeć pod ulubionym kocem, we własnym łóżku” myślałam dodając sobie otuchy. Zaświeciłam lampki jarzeniowe i wyciągnęłam sudoku. Przez kilka minut nawet udało mi się skupić na prawidłowym wpisywaniu cyfr do odpowiednich kratek. Nagle drzwi przedziału rozsunęły się, usłyszałam krótkie i szorstkie „Dzień dobry”.

̶  Dzień dobry – odpowiedziałam i zajęłam się sudoku kątem oka przyglądając się współpasażerowi, który usiłował zorganizować sobie przedziałową przestrzeń. Po rozmiarach jego bagaży można było przypuszczać, że wybiera się raczej w dłuższą trasę. Byliśmy jedynymi pasażerami w przedziale, zatem było dość sporo miejsca dla naszych rzeczy i dla nas.

– Może Pan postawić tę walizkę po mojej stronie, pomieścimy się – zachęciłam – w końcu nie jesteśmy przesadnie pokaźnych rozmiarów.

Mój potencjalny rozmówca najwyraźniej nie miał ochoty na pogawędkę, bo gdy tylko udało mu się uporać z bagażami oraz częścią gadżetów, od razu rzucił się do monitora tabletu i gorączkowo poszukiwał potrzebnych informacji. Trwało to do momentu, gdy masywne drzwi przedziału rozsunęły się z hukiem i pojawił się w nich zwalisty konduktor, który tubalnym głosem powiedział:

– Dobry wieczór. Proszę bilety do kontroli.

Pospiesznie okazaliśmy niezbędne dokumenty.

– Państwo razem? – zapytał.

Spojrzeliśmy ze współpasażerem po sobie. Milczeliśmy dłuższą chwilę, chyba nie do końca rozumiejąc sens i kontekst konduktorskiej wypowiedzi.

– W podróży razem – ryknął konduktor wyraźnie zadowolony ze swojej błyskotliwej riposty – przyjemnej podróży.

– Dziękujemy – tym razem natychmiast jednogłośnie odpowiedzieliśmy.

– Proszę zgasić światło – powiedziałam do konduktora, po czym podsunęłam kolana pod brodę i otworzyłam butelkę wody mineralnej.

– Rzadko zdarza się, by ten skład był niemalże pusty – usłyszałam – zazwyczaj o tej porze jeździ nim mnóstwo studentów, słoików oraz rozmaitej maści naciągaczy – informował mnie współpasażer nawet przez moment nie podnosząc oczu z nad tabletu – Pani często tak podróżuje… sama?

– Często nie, jedynie wtedy, gdy mam taką potrzebę – odpowiedziałam ostrożnie – Pan chyba dobrze zna tę trasę i pociąg? – bardziej stwierdziłam niż zapytałam.

Mój współpasażer oderwał się od kompulsywnego pisania i wysyłania wiadomości. Zajął się pałaszowaniem niemałej w moim odczuciu kanapki.

– Kiedyś sporo się tędy jeździło, teraz jakby rzadziej. Czasy się zmieniły. Trzeba pracować tu i tam – usłyszałam z wyraźną nostalgią w jego głosie. Postanowiłam pociągnąć za konwersacyjne sznurki.

– Wraca Pan z urlopu?

– W pewnym sensie.

– To znaczy… Aha… Ma Pan przerwę w życiorysie? – zapytałam trochę nieśmiało licząc na to, że nie speszę rozmówcy.

– Można to tak nazwać. Mam przesiadkę w Katowicach, tam jestem umówiony z kolegami, i na Grecję prujemy, domki malować.

– Piękne zajęcie w pięknym kraju.

– Może i tak jest. Zresztą malowałem i remontowałem domy i nad Morzem Czarnym, i Północnym, teraz pora na Śródziemne.

– Pewnie. Warto odwiedzić wiele miejsc, zanim zrzuci się plecak i powie „To tutaj”. I można wtedy rozpocząć budowę swojego domu. Lubi Pan w taki sposób podróżować?

– Jeśli trzeba, to i podróżuje się. Gdy się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma.

– Skoro tak… Ale chyba odpowiada Panu taki tryb życia, jeśli nadal jest Pan w drodze i przesadnie nie narzeka.

– Kiedyś mieszkałem i studiowałem w Krakowie. Wynajmowaliśmy z kolegami mieszkanie w podłej dzielnicy. Ubikacja była na korytarzu. Dzieliliśmy ją z sąsiadami, starym małżeństwem, któremu oprócz włosów i zębów niewiele wyszło.

– Studiował Pan?

– Tak, zacząłem historię sztuki, ale po jakimś czasie uśmiechnęła się do mnie wizja dorobku na Zachodzie i od tamtej pory jeździmy z kolegami po Europie, by starym ruderom nadawać drugie życie.

– Hm. Ciekawa perspektywa.

– Chyba się trzeba będzie trochę zdrzemnąć. W osobówce już nie będzie tak wygodnie jak tutaj.

– Pewnie tak – przytaknęłam i zaczęłam układać się na siedzeniach. „Cholera, co z tym ogrzewaniem, znowu nie działa”, pomyślałam, a potem sięgnęłam do sporych rozmiarów plecaka po ręcznik, który doraźnie miał pełnić rolę koca. Tymczasem mój sąsiad narzucił sobie kurtkę na twarz i zasnął. „Mam nadzieję, że nie będzie zbyt głośno chrapać”, przeszło mi przez głowę, po czym zapadłam w letarg.

Ocknęłam się po jakimś czasie. Był środek nocy. Spojrzałam na zegarek. Za kilkanaście minut zgodnie z rozkładem powinniśmy być na Dworcu Głównym. Nieprzytomna ze zmęczenia zaczęłam po omacku pakować swoje drobiazgi. Założyłam buty. Współpasażer najwyraźniej zbudzony moją mało dyskretną krzątaniną też zbierał się do chowania swoich gadżetów.

Pociąg wjechał do miasta. Ostre, jasne światło lamp biło po moich przemęczonych oczach sprawiając im dodatkowy ból. Chyba nie ma bardziej skutecznego środka na dobudzenie w środku nocy niż blask jarzeniówek.

– Już jesteśmy w mieście – usłyszałam – właśnie mijamy kamienicę, w której kiedyś mieszkałem.

– I jak? Podobało się Panu?

– Bardzo. Może kiedyś jeszcze tam wrócę.

– Chciałby Pan wrócić?

– Pewnie tak… No, ustawię te swoje kolosy przy drzwiach wyjściowych, bo potem wygodniej będzie je wynieść. Przytrzyma mi Pani?

– Tak, oczywiście.

Jedną ręką chwyciłam za walizkę, a drugą trzymałam drzwi przedziału. Tymczasem sąsiad zgrabnie wyniósł pozostałe bagaże, a potem niedbale narzuciwszy kurtkę pożegnał się rzucając na odchodnym nieśmiertelne „Powodzenia” i opuścił przedział.