Notatki. Bez kropki

-Paczka dla Ciebie. Odebrałem.

-Dzięki.

-Co w niej jest?

-Buty.

-Nie wierzę! Ty i nowe buty? Gdzie się wybierasz? Beze mnie?!

-Przed siebie. Jesteś uwzględniony w podróży.

-Co jest grane?

-Nic. Zamykam rozdział i robię przerwę przed kolejnym. Przyłączasz się?

-Jasne. Chcesz powiedzieć, że kupiłaś… te buty, bo znudziła Ci się stabilizacja?

-Tak, właśnie tak. Są trwałe, sporo wytrzymają. Błoto, góry, deszcze, śnieg. To na zimę. Były w promocji. Letnie sandały przetrwają sezon, a martensy mogą nie przeżyć.

-Ok, jestem przekonany, choć cena zwala z nóg. To inwestycja na lata.

-Bingo!

-Gdzie lecimy? Północ…

-Szkocja?

-Widzę, że już wszystko obmyślone. Pewnie w głowie masz spakowany plecak?

-Tak, choć nie do końca.

-A co zostało?

-Np. zgranie muzyki.

-Przecież wrzuciłem wszystko, co chciałaś. Wyszła potężna playlista.

-A Twoja?

-Mogę się bez niej obejść. Gdzie chcesz się zatrzymać?

-Na wyspie z kucykami. Uwielbiam wiatr.

-Prędko nie pojedziemy. Potrzebuję kilku tygodni, aby poukładać sprawy tutaj. Zostawić robotę w dobrych rękach, wiesz, różnie może być. Pojedziemy, gdy zrobi się cieplej, zgoda? I trzeba ogarnąć jakieś schronisko czy coś na nocleg.

-Zgoda. Weźmiesz bębenek?

-Hahaha. Mam na nim grać kucom?

-Weźmiesz?

-Zastanowię się. Dlaczego na tym Ci zależy?

-Nigdzie nie ruszasz się bez bębenka. Tylko raz go nie zabrałeś. Byliśmy na Bałkanach, a Ty ciągle o nim mówiłeś i nie było dnia, abyś żałował, że został w domu. Tym razem nie chciałabym, abyś za nim tęsknił. Na kiedy bukować bilety?

-Na razie nie bukuj, przynajmniej dla mnie.

-Jeśli tak, to dla siebie zarezerwuję w jedną stronę.

 

 

 

 

 

Oni

-Trzeba być odważnym, aby samotnie stopować.

-Niektórzy twierdzą, że niepoważnym.

-Kiedyś też jeździłem stopem jak kawaler, a teraz inne rzeczy są ważne, robota, dzieciaki, dom. Budujemy się.

-Gdzie Pan jeździł?

-Może po imieniu byłoby łatwiej. Tak Pan i Pan. Staro się przez to czuję.

-Niech i tak będzie. Zacznę jeszcze raz. Gdzie jeździłeś, Paweł?

-Skąd wiesz, jak mam na imię?

-Za przednią szybą jest napis.

-Ej, bystra jesteś. To może zgadniesz, czy jestem psychopatą?

-Z pewnością. Gdzie jeździłeś za kawalera?

-Wszędzie. Tu i tam. Irlandia. Szkocja. Nawet wybrałem się na wyprawę w Gorgany.

-Robi wrażenie. Nie bałeś się niedźwiedzi.

-Nie. Byliśmy z kolegą. On miał jakieś straszaki czy coś.

-Spotkaliście niedźwiedzia na szlaku?

-W krzakach był.

-Chyba taki na dwóch nogach. Albo taka.

-Ale dałaś się nabrać.

-A Ty wiesz, że na Irowyszczu można usłyszeć lub zobaczyć, jak tańczą dusze dzieci, które zmarły przed chrztem?

-Ciekawe, czym mnie jeszcze zaskoczysz. A dokąd chcesz dojechać?

-Do Rumunii, do Sygietu.

-Co tam jest ciekawego w tej Rumunii?

-W Sygiecie odbywa się festiwal. Poza tym to atrakcyjne miasto. Chcę tam zabawić kilka dni.

-Masz tam kogoś?

-Przenocuję w ośrodku polonijnym.

-Baza jest. Kurde, przepraszam, że zapytam, ale po co samotna babka jeździ stopem do Rumunii?

-Aby coś zobaczyć, dowiedzieć się czegoś o ludziach i o sobie.

-Ale jesteś tajemnicza.

-A Ty wyglądasz jak golonka z piwem.

-To mi przygadałaś.

-Nie chciałam uszczypnąć, tylko rozładować atmosferę.

-To Ci się udało. Mogę Cię zostawić na granicy. Poradzisz sobie?

-Byłoby super. Dzięki.

 

 

Oni

-W domu będę ok. drugiej w nocy.

-Ojej, to bardzo późno.

-Specjalnie tak wracam, w nocy, aby ona i łepek spali. Nie chcę nikogo budzić.

-Może się uda.

-Wie Pani, mi jest wszystko jedno. Wracam z roboty, ze Szwajcarii. Nie chcę mi się do chałupy jechać.

-Jaki jest tego powód?

-Taki powód, że moja ciągle histeryzuje, nie radzi sobie z łepkiem. Przyjeżdżam rzadko, a gdy tylko wejdę, słyszę, jak krzyczy na niego. Młody jej nie słucha. Piszczy. I tak przez kilka dni. Lodówka pusta. Ona na mnie się drze, że mnie nie ma. A jak ja pomyślę, ze znowu będę na to wszystko patrzeć, to wolę siedzieć w tej Szwajcarii. Robota ciężka, przy zwierzętach, ale przynajmniej się tyle nie myśli.

-Może syn tęskni za panem i dlatego zachowuje się inaczej niż Pan by chciał?

-Ona go zepsuła. Wozi go do jakiś poradni, czubka z niego robi. Jakieś papiery z poradni mi pokazuje. Patrz, co tam pisze, krzyczy do mnie, a potem ryczy. Młody za nią, a ja nie wiem, kogo najpierw uspokajać czy wiać stamtąd. W końcu wychodzę na piwo. Wracam, kiedy już śpią i do rana mam spokój.

-A co było napisane w dokumentacji z poradni?

-Ja tam się na tym nie znam, moja to czyta, ale do tej poradni chodzimy z nim już kilka lat. Jakieś zaburzenia zachowania i emocjonalne. Młody piszczy, krzyczy z byle powodu. Sikać zaczął. Dzieciaki się z niego śmieją.

-W jakim jest wieku?

-Osiem lat, ale do szkoły poszedł rok później.

-Może zatem warto porozmawiać z wychowawcą i pedagogiem szkolnym. Jakiś plan na przyszłość mieć czy coś?

-Ja w szkole u niego rzadko jestem. Moja częściej chodzi, a potem wraca z nerwami. To powiedziałem jej, żeby więcej nie chodziła, a ona na to, że ją nauczycielka wzywa, żeby majtki na zmianę przynieść.

-To może do specjalisty z młodym trzeba się wybrać, najlepiej prywatnie?

-Jak moja chce, to niech z nim chodzi. Ja jej powiedziałem, że dzieciak byłby normalny, gdyby ona była normalna. Wie Pani, wpadliśmy z nim, to się ożeniłem, chociaż wcale nie chciałem. Potem, jak się urodził, moja dostała jakiegoś pier***ca czy coś. Cały czas wyła i darła się, że nikt jej nie pomaga. Mieszkaliśmy na jednym pokoju w bloku z teściami. Szło oszaleć. Wyjechaliśmy z kolegą do Szwajcarii, bo u nas w okolicy z robotą krucho. Zaczepiłem się w dużym gospodarstwie przy tych czerwonych krowach i tak jeżdżę już trzeci rok.

-To dopiero historia.

-No, a ilu Polaków w Szwajcarii. Na samej naszej wsi trzech na stałe mieszka, a grupa dojeżdża w sezonie. Gdzie Panią wysadzić?

-Może być na stacji, jeśli Pan zajeżdża.

-To jedziemy na stację. Im później stąd wyjadę, tym później będę w chałupie. Na Panią ktoś czeka? Jakiś chłop? Dzieciak?

-Nie mam dzieci.

-Ja przepraszam, że tak pytam. Też nie chciałbym mieć dzieciaka. Ale jakąś fajną babę, czemu nie? Jesteśmy.

Notatki

Gdy Ci smutno bez powodu, zacznij planować podróż. Gdy nieszczęśliwie się zakochasz, zacznij pakować plecak. Gdy kogoś bezpowrotnie utracisz, sprawdź, czy masz wygodne buty. Gdy nikogo nie obchodzi, czym żyjesz, zaopatrz się w mapę. Gdy mija kolejna bezsenna noc, zarezerwuj bilet… Gdy za kimś tęsknisz, pakuj się… Już…

One. Babcia i wnuczka

-Gabrysiu, nie stawiaj tu walizek, bo zawadzasz tej pani.

Zanim zdążyłam grzecznie zaprotestować, usłyszałam:

-To jest moja wnusia, Gabrysia.

Dystyngowana dama przedstawiła mi dziewczynę, ok. 15 letnią. Dziewczątko uśmiechnęło się nieśmiało i spojrzało na babcię, w której oczach malował się niekłamany zachwyt.

-Teraz uczy się w gimnazjum, a dotąd zawsze miała świadectwo z wyróżnieniem. Ma same piątki i szóstki. Odkąd poszła do szkoły, nie dostała ani jednej jedynki.

To na pewno nie jest normą, myślę, lepiej będzie, gdy rodzice pozwolą jej od czasu do czasu złapać lufkę lub nie odrobić zadania domowego, bo inaczej w przyszłości może popaść w psychozy za każdym razem, gdy przełożony na nią krzywo spojrzy.

-Oj, babciu, wtrąca młoda, może lepiej idźmy już na Rynek.

-Dopiero nas zameldowałam. Najpierw pójdziemy do pokoju. Ty nie możesz tak iść pokazać się ludziom. Zabierz swój bagaż i poczekaj na mnie. Tylko nie zamykaj drzwi. Uczesz się i popraw beret. Nie zabrałaś szalika, a jeśli będzie wiać, przeziębisz się. Idź już. Ja jeszcze porozmawiam chwilę z panią. A wieczorem zadzwonisz do rodziców i o wszystkim im opowiesz. Na pewno są ciekawi, co widziałaś i gdzie Cię zabrałam.

W ten sposób dowiedziałam się, jak w najbliższej przyszłości będę miała zorganizowany czas.

-Chciałam Gabrysi pokazać Kraków, zwróciła się do mnie dama, gdy jej wnuczka potulnie się oddaliła, to prezent na 16 urodziny. Mam czworo wnucząt. Gabrysia jest najstarsza. Pokładamy w niej wielkie nadzieje. Rodzice i my, dziadkowie. Chcemy, aby studiowała w Krakowie, poznała życie, a po powrocie zajęła się czymś poważnym. Wzięłam to na siebie, aby z niej zrobić porządnego człowieka. Zabieram ją na wycieczki, do teatru, choć ostatnio rzadziej. Chodzę na wywiadówki. Syn i synowa dużo pracują, więc ich wyręczam, a mnie to bardzo odpowiada, bo kiedyś w szkole pracowałam, ale przeszłam na wcześniejszą emeryturę, aby zająć się Gabrysią. Dbam, aby niczego jej nie brakowało. Ale ja chyba nudzę Panią tymi opowieściami?

-Nie, skąd, uśmiecham się szczerze do troskliwej babci. Będę miała materiał na bloga podany na tacy, dopowiadam w myśli.

-Gabrysia ma naturę samotnika. Chłopakami się nie interesuje. To dziewczyna z dobrego domu. Koleżanek nie ma, bo są zazdrosne o jej oceny i o to, że nauczyciele ją lubią.

Ciekawe, jaką rolę odegrałaś, babciu, w tym, aby pozbawić dziewczynkę znajomych i przyjaciół. Postępuj tak dalej, a dzisiejsza Gabi przeobrazi się w smutną, zdziwaczałą Gabrielę. Zamiast kierunku studiów może sobie wybrać paprotkę i kota.

-Chyba już pójdę. Gabrysia nie może tyle czekać. Ona nie chciała tu przyjeżdżać. Ale postanowiłam jej pokazać trochę świata i coś o nim opowiedzieć. Do zobaczenia, bo chyba będziemy widywać się na śniadaniu?

Czwartek

Pierwszy widok otrząsający mnie z porannego odrętwienia to wymiociny tuż pod drzwiami klatki schodowej. Aby je ominąć, należy zrobić dużego susa albo dać mocny krok. Z zakwasami po treningu to nie będzie proste, ale mimo wszystko podejmuję wyzwanie. Udało się. Oby spadł deszcz i to wszystko zmył, myślę, a w odpowiedzi słyszę łagodny śpiew ptaków i… dzięcioła na śniadaniu. Wróciłeś, łajdaku. Teraz będzie już tylko lepiej.

Kilkanaście godzin później.

Pada i mocno wieje. Jest przeraźliwie zimno, nie spakowałam rękawiczek, więc idę coraz szybciej, by zdążyć na wcześniejszy pociąg. Postanawiam jeszcze zrobić małe zakupy. Uzupełniam zapasy herbaty. Poszukuję też nowych połączeń kulinarnych, dlatego nieco dłużej niż zwykle marudzę przy stoisku z produktami hiszpańskimi. Kupuję oliwki, białe wino oraz czekoladę do picia, którą przygotuję po powrocie. Dodam korzenne przyprawy i będę delektować się jej smakiem. Poradzono mi, aby na bezsenność pić ciepłe mleko. Saute nie przeszłoby mi przez gardło, dlatego stosuję jego kombinacje np. z dodatkiem miodu, wanilii, smakowego cukru. Mikstura działa tuż po spożyciu, a w nocy i tak nie śpię.

Podchodzę do stoiska zielarskiego. Rozglądam się za kosmetykami na bazie roślin. Zanim będę przygotowywać własne, powinnam się jeszcze wiele nauczyć. Słyszę rozmowę sprzedawcy z klientką:

-Wcale mi ten olej nie pomaga, no, może trochę na żołądek, ale zamawiam już teraz trzy butelki dla siebie i koleżanki, bo trzeba o siebie dbać, co nie? Znowu idziemy się czymś ostrzyknąć. Jesteśmy maniaczkami piękności. A ten olej niech Pani lepiej zamówi w większych ilościach. Specjalnie mówię wcześniej, aby na mnie czekał.

Kobieto, jeśli myślisz o zastrzykach z botuliną, która zawiera jad żmij, to śmiało naplujcie z koleżanką do słoika, a potem natrzyjcie się własną śliną. Mentalnie zasiadam w loży szyderców, zatem tego typu podpowiedzi nie są dla mnie czymś nowym.

-Przecież Pani jest zadbana, odpowiada sprzedawca.

-E tam, ale to nie zasługa ziół i tego, co Pani sprzedaje, tylko zabiegów. Niedługo znowu na coś pójdziemy.

Spojrzenie zielarki i delikatna zmiana w jej mimice bezcenne. Tymczasem piękność ciągnie monolog:

-Mamy z koleżanką umowę. Kilka razy do roku idziemy się upiększać. Cały czas coś ze sobą robimy. Trzeba jakoś wyglądać, no nie? O, a Pani za mną stoi. To już idę, bo Pani pewnie też po coś.

Pada mocniej. Teraz pozostało pokonanie trasy z hali do dworca. Już pewne, że nie zdążę na wcześniejszy pociąg. Nie szkodzi. Dzięki temu materiał na bloga sam się tworzy. Staję niedaleko kasy biletowej, ale jestem na tyle blisko, aby usłyszeć rozmowę pomiędzy pracownikiem kolei a klientami:

-Poproszę studencki dwa razy do stacji Szczecin Główny.

Chyba się przesłyszałam. Kasjerka w odpowiedzi na hasło:

-Jeszcze raz.

-(głośniej i wyraźniej niż poprzednio) Poproszę dwa studenckie do stacji Szczecin Główny.

Tym razem jestem pewna, że słyszałam to, co pracownica kasy:

-Jeszcze raz.

-(bardzo głośno i wyraźnie) Chciałem kupić bilet do stacji Szczecin Główny. Studencki. Dla dwóch osób. To moja legitymacja.

-Proszę Pana, my jesteśmy na stacji Szczecin Główny.

Kurtyna!

Składam podziękowania wszystkim, którzy dostarczają mi materiałów na bloga nawet o tym nie wiedząc.

Całuchy-kluchy!

 

Oni

– A jak długo Pan tutaj pracuje, w lesie, z dala od ludzi?
– Będzie ze 20 lat albo lepiej. Latem jest łatwiej, bo przyjeżdżają i rozkładają się z namiotami lub przyczepami. To się tu zajrzy, tam zajrzy, coś podpowie. A gdy przyjdzie koniec sezonu, można oszaleć. Ale coraz gorzej z ludźmi jest.
– Gorzej?
– Tak, hołota coraz częściej przyjeżdża. Udaję, że nie widzę. Ale nie sposób zatkać sobie uszu na to, co wygadują.
– Co wygadują?
– Wyzywają mnie. Od takich różnych, wie Pani. Co to w zakładach dla pomylonych siedzą. Może i ja jestem świrem? Siedzę tutaj cały rok, bez przerwy. Zimą i późną jesienią mam towarzystwo tylko tych trzech psów. Gadam z nimi, opowiadam im o sobie, o różnych rzeczach, o ludziach, którzy kiedyś byli na campingu. Wygarniamy sobie czasami. Widzi Pani tę sukę. Tę, co pierwsza przybiegła Panią obwąchać?

– Tak. Groźna?

– Nie, gdzie tam. Tylko tak na początku, aby poznać. Przybłęda. Jest ze mną najdłużej. Z nią najwięcej sobie gadam. A zimą, gdy mróz i w cygance napalę, to nawet ją do chaty zawołam i tak sobie siedzimy razem jak baba z chłopem. A te dwa mi podrzucili. I tak zostaliśmy. Całe moje towarzystwo. Pani pewnie myśli, że ja od wariatów uciekłem?
– Nie myślę o Panu w ten sposób.
– Bo Pani jest grzeczna. A co Pani robi na co dzień? Pracuje gdzieś Pani?
– Tak. Ile policzyłby Pan za dobę za miejsce na campingu?
– On musiałby zapłacić. A Pani miałaby wejście za darmo. Tylko niech Pani nie przyjeżdża w sezonie. Szkoda byłoby Pani na to, co się tu dzieje.

One

-O, przepraszam, nadepnęłam na Panią niechcący. Ale Pani się chyba nie gniewa?

-Nie, skąd.

-Bo widzi Pani, nie każdy jest taki miły. Jeden pan to na mnie nakrzyczał, gdy na niego wpadłam. A tu trzeba tak szybko przechodzić, żeby zdążyć i ludzie na siebie wpadają. A człowiek już nie zauważa wszystkiego. Oczy nie te same. A ja przyjechałam do męża w odwiedziny i się zgubiłam, bo gdy on ma zabiegi, to ja wychodzę na miasto. Nie chcę słuchać tych wszystkich staruchów, bo tylko jęczą, że to ich boli to i tamto. I ciągle gadają o operacjach, lekarzach. Narzekają na służbę zdrowie, a pielęgniarki dla nich takie miłe i dobre. A te baby jak ropuchy skrzeczą i narzekają na wszystko. Ja byłam z nimi na śniadaniu i wie Pani, nie idzie wytrzymać. Albo wybrzydzają, albo nic im nie pasuje. A to jajka za stare, a to chleb nie taki, a to herbata za słodka. A to miejsce przy stole złe. Pani taka młoda. Chyba Pani jest miejscowa, bo tak szybko chodzi jakby do pracy biegła i nie ma bagażu. Widziałam, jak Pani naprowadzała tamte dwie dziewczyny.

-Przyjechałam kogoś odwiedzić..

-A kogo ma Pani chorego?

-Nikogo. Przyjechałam odpocząć.

-A ja tu nikogo nie znam. Mąż mnie namawiał, dzieci namawiały, żeby przyjechać, jakieś koleżanki poznać, bo siedzę sama w mieszkaniu jak go nie ma. A tu żadnej koleżanki nie poznałam, bo te wszystkie stare tylko za chłopami latają i takie świństwa opowiadają. A ja już na emeryturze, wie Pani, i nigdzie nie ruszałam się bez męża. Nawet bilet zły kupiłam. Dzieci na mnie nakrzyczały, że zły bilet. Co Ty, matka, nawet biletu kupić nie umiesz. Tak mówiły. Idę właśnie zwrócić ten bilet. Już raz byłam, ale ta pani w okienku była taka niemiła i nie chciała mi pomóc. Kazała jakieś pismo pisać, żeby zwrot pieniędzy był, a ja zabrałam tylko okulary do czytania, a tych na co dzień nie. To jak mam pisać bez okularów? Jakieś kartki dostałam od pielęgniarek i napisałam, co mi przyszło do głowy. Myśli Pani, że będzie dobrze na takich kartkach?

-Będzie dobrze. Może tak zostać.

-Ale może Pani całość przeczytać, bo ja nie wiem, co tam pisać, żeby było dobrze.

-Uważam, że tak może zostać.

-A może Pani mi napisze to podanie.

-Nie napiszę. Takie też można zanieść. Ważne, aby się czytelnie podpisać. Wniosek może Pani złożyć w kasie, a najlepiej w punkcie obsługi.

-Dziękuję Pani bardzo. W jakim punkcie obsługi?

-Klienta.

-Lepiej już pójdę, bo niedługo obiad, a jak wieczorem zadzwonię do dzieci, to im powiem, że spotkałam taką miłą panią, która mi pomogła i dostanę pieniądze za tamten bilet.

 

 

Staruszki

Bursa znajdowała się niedaleko centrum.Wybrałyśmy to miejsce na nocleg, bo było świetnie zlokalizowane, tanie i dawało możliwość skorzystania z aneksu kuchennego. Poza tym późnym latem opustoszałe. Władze postanowiły zatem za symboliczną opłatą udostępniać niektóre pokoje turystom z zastrzeżeniem, że w jednej części trwają prace remontowe. I w ten sposób moja lista osobliwych miejsc noclegowych powiększyła się o jeszcze jedną pozycję.

Nie miałam siły już dłużej przewracać się z boku na bok, więc gdy tylko zaświtało, postanowiłam pójść do jadalni, by tam poczytać zaległe e-maile i odpowiedzieć na nie. Nie chciałam budzić koleżanki. Uzbrojona w torebkę wymknęłam się cichutko z pokoju bezszelestnie zamykając drzwi.

Przez kuchenne okna było widać, jak noc ustępuje miejsca dniowi. W milczeniu zachwycałam się ciszą brzasku. Otworzyłam szeroko okno. Słychać było ptaki z pobliskiego parku. Zapowiada się piękny dzień, pomyślałam w duchu uśmiechając się do tych, którzy nie mogli bądź nie chcieli być tutaj ze mną. Wszystko im opiszę. Ale najpierw skończę rozdział. Otworzyłam książkę. Zamknęłam oczy.

Ocknęłam się, gdy usłyszałam głos należący do kobiety w wieku bliżej nieokreślonym. Brzmiał młodo i energicznie.

-Patrz, Zosiu, obudziłaś panią. Mówiłam Ci, żebyś ciszej nalewała tej wody.

-Elu, mówiłam Ci, że inaczej się nie da.

-Ale to nie ma znaczenia, dzień dobry – przywitałam się – wystarczy tej wody na kawę dla mnie?

-Dzień dobry. Powinno wystarczyć. Zosiu, wystarczy wody dla tej pani? Kawę chciała zalać.

-Wystarczy. Gdzie położyłaś nasze zakupy?

-Do lodówki. Talerze też podaj. Jesteśmy tu od wczoraj, a Pani?

-Od wczorajszego popołudnia.

-A widzisz, Zosiu, mówiłam Ci, że spotkamy tu kogoś, kto mówi po polsku. Bo my z Zosią postanowiłyśmy zwiedzać Europę. Wczoraj pierwszy raz leciałyśmy samolotem. Wyobraża sobie Pani? Dwie emerytki z Polski postanowiły wyruszyć w podróż samolotem. Trochę się bałyśmy, zwłaszcza Zosia, ale powiedziałam jej „Co nam się może stać, tam w górze? Zawsze to bliżej do Pana Boga. A już swoje przeżyłyśmy”. I poleciałyśmy. A po wylądowaniu zaczęłyśmy rozglądać się za noclegiem.

-Nie miały Panie zarezerwowanego noclegu? Ja zaleję. Proszę siedzieć.

-Nie miałyśmy, bo postanowiłyśmy wybrać się w podróż bez planowanego noclegu.

-To jak Panie tutaj trafiły?

-Podjechałyśmy do centrum i znalazłyśmy informację. Wytłumaczyłyśmy pani z obsługi, trochę na migi, trochę rysunkowo, że szukamy czegoś na kieszeń polskiego emeryta i żeby było blisko do kościoła. Poleciła nam dwa ośrodki. Zapukałyśmy do jednego, ale to jakieś seminarium męskie było i furtian nas nie wpuścił. Mówiłyśmy mu, że mamy po 75 lat, komu i co zrobią dwie babcie z Polski.  Potrzebujemy jakiegoś kąta do spania, nie będziemy przeszkadzać. Ale on nie i nie.

-Ela, może pani coś chce zjeść.

-Spokojnie, zaraz sobie przygotuję. Jestem na urlopie. To jak z tym załatwianiem noclegu było?

-Było tak. Gdy nie udało się w jednym miejscu, postanowiłyśmy działać spontanicznie. Pamiętasz, Elu, co mówiłam?

-Mówiłaś Zosiu, abyśmy odpoczęły w parku. Uważaj, bo rozlejesz. Mamy cukier? Nie wolno Ci za dużo, pamiętaj.

-Nie mamy cukru. Zosiu, wypijmy bez cukru. To ma być szalony wyjazd, na który czekałyśmy długie lata. Nie przejmujmy się bagażami, cukrem, rozlaną herbatą. Miałyśmy zwiedzać i poznawać ludzi.

-Panie jednak planowały ten wyjazd?

-Planowały, hmm, niezupełnie. To było tak. Zosia i ja poznałyśmy się w pracy w przedszkolu. Zosia wkrótce potem wyszła za mąż, a gdy urodziła córkę, postanowiła przenieść się wraz z rodziną na wieś oddaloną od naszego miasteczka o jakieś 130 km, bo tam jej rodzice przepisali działkę. Dzieliły nas kilometry, ale nie zapomniałyśmy o sobie. Pisałyśmy listy, wysyłałyśmy kartki na święta. Rzadko się widywałyśmy, ale znajomość przetrwała przez te wszystkie lata. Zosia żyła swoimi sprawami, budowali z mężem dom. Potem ściągnęli do siebie jej rodziców. Ja nie wyszłam za mąż.

-Elu, bo Ty nie chciałaś tego… A ja Ci zazdrościłam, że jeździłaś na wycieczki nad morze i przez całe życie byłaś taka ładna, szczuplutka, nakręcałaś włosy. A pamiętam, jak na naszym weselu nie chciałaś zatańczyć…

-Zosiu, to już nie ma znaczenia. Miałyśmy opowiedzieć pani, jak tutaj trafiłyśmy.

-Elu, zaczepiłyśmy tych starszych ludzi w parku i oni powiedzieli nam, że dwie ulice dalej znajdziemy budynek w remoncie i żeby tam zapytać, więc poszłyśmy i zapytałyśmy stróża, czy nas przenocuje. Odesłał nas do sekretariatu i tam dowiedziałyśmy się, że możemy zostać na dwie noce.

-Planują Panie spędzić tutaj tyle czasu?

-Tak, potem wyruszamy w dalszą drogę. Chcemy zwiedzić większe miasta.

-Zosia, gdy owdowiała, zaprosiła mnie do siebie na kilka dni. Było jej smutno w pustym domu. Córka i zięć zajęci swoimi sprawami rzadko ją odwiedzali. Rodzice nie żyli. Byłyśmy już wtedy obie na emeryturze. Ona miała po mężu. Zaczęłyśmy wspominać, snuć marzenia, plany i wtedy zaproponowałam, abyśmy wybrały się za granicę. Samolotem. Zosia w tajemnicy przed rodziną odkładała na tę podróż każdy grosz. Kupiła sobie na tę okazję dwie bluzki, jedną białą, a drugą w kropki.

-Elu, ale tę w kropki to Ty mi doradziłaś, razem z tą przemiłą panią w sklepie. Ela uparła się, abym kupiła obie. A resztę do wyjazdu jakoś się uzbiera, powiedziała. W razie czego mi pożyczy. Taki to dobry człowiek z tej Eli.

-Bo Ty, Zosiu, całe życie myślałaś o innych. Zajmowałaś się domem, ogródkiem, potem opiekowałaś się chorą mamą. Teraz jest pora pomyśleć o sobie.

-Elu, nie siedźmy za długo. Jest dużo do zobaczenia. Dzisiaj idziemy do bazyliki. Nie możemy się spóźnić.

-Masz rację, Zosiu. Pora się zbierać. Zostaw te naczynia. Pozmywamy po powrocie.

-Ja chętnie pozmywam, jeśli Panie się zgodzą.

-O, widzisz, Zosiu, pani zajmie się sprzątaniem. Spokojna głowa. Chodź już.

 

 

 

 

 

 

Barista

-Widzę, że drużyna kawiarni powiększyła się o nowe siły. Świeże i witalne. Ciekawe, co wniosą.

-Tak, pracuję tu od niedawna. Skąd Pani wie?

-Bywam u Was dość regularnie, najczęściej wkrótce po otwarciu albo tuż przed zamknięciem. Mocnej kawy wyłącznie z mlekiem potrzebuję jednakowo bardzo o każdej porze.

-Tym bardziej cieszymy się, że mogliśmy spełnić Pani kawowe marzenie.

-Nie ma kolejki, więc trochę pomarudzę. A o czym Pan marzy?

-Studiuję… Próbuję studiować socjologię. Zaocznie.

-Interesujące, ale to nie są marzenia. Zauważyłam tatuaż.

-Nic się przed Panią nie ukryje. Proszę, oto Pani kawa.

-Dziękuję. Znam ten motyw tatuażu rytualnego. To kalendarz Majów. Ale o tym pewnie Pan bardzo dobrze wie.

-To faktycznie wzór kalendarza. Pani interesuje się takimi tematami?

-Powiedzmy, że co nieco wiem.

-A wracając do marzeń to chciałbym… kiedyś wyjechać do Ameryki Południowej. Może wezmę dziekankę. Nie wiem jeszcze.

-Cudownie. Życzę Panu spełnienia marzeń. Niechaj ta praca się do tego przyczyni. Trochę przecież Pan ją lubi.

-Dziękuję. Nie myślałem o niej w ten sposób. I niech Pani marzenia też się spełnią.

-O, jakie to miłe. Pewnie będzie tak, jako Pan rzekł. Teraz pędzę na pociąg, kolejny będzie dopiero nad ranem. A noce mroźne. Mogę o panu napisać na blogu?

-Może Pani pod warunkiem, że pozwoli mi Pani przeczytać.

-Oczywiście, że pozwalam i proponuję, by Pan wziął lekcje jazdy konnej, jeśli poważnie myśli Pan o wyprawie np. do Patagonii. A po powrocie z podroży lub w jej trakcie założył bloga. Do widzenia.

-Do widzenia. Ma Pani ładne bransoletki.

-Dziękuję. Oryginalne. Z Boliwii.