Bursa znajdowała się niedaleko centrum.Wybrałyśmy to miejsce na nocleg, bo było świetnie zlokalizowane, tanie i dawało możliwość skorzystania z aneksu kuchennego. Poza tym późnym latem opustoszałe. Władze postanowiły zatem za symboliczną opłatą udostępniać niektóre pokoje turystom z zastrzeżeniem, że w jednej części trwają prace remontowe. I w ten sposób moja lista osobliwych miejsc noclegowych powiększyła się o jeszcze jedną pozycję.
Nie miałam siły już dłużej przewracać się z boku na bok, więc gdy tylko zaświtało, postanowiłam pójść do jadalni, by tam poczytać zaległe e-maile i odpowiedzieć na nie. Nie chciałam budzić koleżanki. Uzbrojona w torebkę wymknęłam się cichutko z pokoju bezszelestnie zamykając drzwi.
Przez kuchenne okna było widać, jak noc ustępuje miejsca dniowi. W milczeniu zachwycałam się ciszą brzasku. Otworzyłam szeroko okno. Słychać było ptaki z pobliskiego parku. Zapowiada się piękny dzień, pomyślałam w duchu uśmiechając się do tych, którzy nie mogli bądź nie chcieli być tutaj ze mną. Wszystko im opiszę. Ale najpierw skończę rozdział. Otworzyłam książkę. Zamknęłam oczy.
Ocknęłam się, gdy usłyszałam głos należący do kobiety w wieku bliżej nieokreślonym. Brzmiał młodo i energicznie.
-Patrz, Zosiu, obudziłaś panią. Mówiłam Ci, żebyś ciszej nalewała tej wody.
-Elu, mówiłam Ci, że inaczej się nie da.
-Ale to nie ma znaczenia, dzień dobry – przywitałam się – wystarczy tej wody na kawę dla mnie?
-Dzień dobry. Powinno wystarczyć. Zosiu, wystarczy wody dla tej pani? Kawę chciała zalać.
-Wystarczy. Gdzie położyłaś nasze zakupy?
-Do lodówki. Talerze też podaj. Jesteśmy tu od wczoraj, a Pani?
-Od wczorajszego popołudnia.
-A widzisz, Zosiu, mówiłam Ci, że spotkamy tu kogoś, kto mówi po polsku. Bo my z Zosią postanowiłyśmy zwiedzać Europę. Wczoraj pierwszy raz leciałyśmy samolotem. Wyobraża sobie Pani? Dwie emerytki z Polski postanowiły wyruszyć w podróż samolotem. Trochę się bałyśmy, zwłaszcza Zosia, ale powiedziałam jej „Co nam się może stać, tam w górze? Zawsze to bliżej do Pana Boga. A już swoje przeżyłyśmy”. I poleciałyśmy. A po wylądowaniu zaczęłyśmy rozglądać się za noclegiem.
-Nie miały Panie zarezerwowanego noclegu? Ja zaleję. Proszę siedzieć.
-Nie miałyśmy, bo postanowiłyśmy wybrać się w podróż bez planowanego noclegu.
-To jak Panie tutaj trafiły?
-Podjechałyśmy do centrum i znalazłyśmy informację. Wytłumaczyłyśmy pani z obsługi, trochę na migi, trochę rysunkowo, że szukamy czegoś na kieszeń polskiego emeryta i żeby było blisko do kościoła. Poleciła nam dwa ośrodki. Zapukałyśmy do jednego, ale to jakieś seminarium męskie było i furtian nas nie wpuścił. Mówiłyśmy mu, że mamy po 75 lat, komu i co zrobią dwie babcie z Polski. Potrzebujemy jakiegoś kąta do spania, nie będziemy przeszkadzać. Ale on nie i nie.
-Ela, może pani coś chce zjeść.
-Spokojnie, zaraz sobie przygotuję. Jestem na urlopie. To jak z tym załatwianiem noclegu było?
-Było tak. Gdy nie udało się w jednym miejscu, postanowiłyśmy działać spontanicznie. Pamiętasz, Elu, co mówiłam?
-Mówiłaś Zosiu, abyśmy odpoczęły w parku. Uważaj, bo rozlejesz. Mamy cukier? Nie wolno Ci za dużo, pamiętaj.
-Nie mamy cukru. Zosiu, wypijmy bez cukru. To ma być szalony wyjazd, na który czekałyśmy długie lata. Nie przejmujmy się bagażami, cukrem, rozlaną herbatą. Miałyśmy zwiedzać i poznawać ludzi.
-Panie jednak planowały ten wyjazd?
-Planowały, hmm, niezupełnie. To było tak. Zosia i ja poznałyśmy się w pracy w przedszkolu. Zosia wkrótce potem wyszła za mąż, a gdy urodziła córkę, postanowiła przenieść się wraz z rodziną na wieś oddaloną od naszego miasteczka o jakieś 130 km, bo tam jej rodzice przepisali działkę. Dzieliły nas kilometry, ale nie zapomniałyśmy o sobie. Pisałyśmy listy, wysyłałyśmy kartki na święta. Rzadko się widywałyśmy, ale znajomość przetrwała przez te wszystkie lata. Zosia żyła swoimi sprawami, budowali z mężem dom. Potem ściągnęli do siebie jej rodziców. Ja nie wyszłam za mąż.
-Elu, bo Ty nie chciałaś tego… A ja Ci zazdrościłam, że jeździłaś na wycieczki nad morze i przez całe życie byłaś taka ładna, szczuplutka, nakręcałaś włosy. A pamiętam, jak na naszym weselu nie chciałaś zatańczyć…
-Zosiu, to już nie ma znaczenia. Miałyśmy opowiedzieć pani, jak tutaj trafiłyśmy.
-Elu, zaczepiłyśmy tych starszych ludzi w parku i oni powiedzieli nam, że dwie ulice dalej znajdziemy budynek w remoncie i żeby tam zapytać, więc poszłyśmy i zapytałyśmy stróża, czy nas przenocuje. Odesłał nas do sekretariatu i tam dowiedziałyśmy się, że możemy zostać na dwie noce.
-Planują Panie spędzić tutaj tyle czasu?
-Tak, potem wyruszamy w dalszą drogę. Chcemy zwiedzić większe miasta.
-Zosia, gdy owdowiała, zaprosiła mnie do siebie na kilka dni. Było jej smutno w pustym domu. Córka i zięć zajęci swoimi sprawami rzadko ją odwiedzali. Rodzice nie żyli. Byłyśmy już wtedy obie na emeryturze. Ona miała po mężu. Zaczęłyśmy wspominać, snuć marzenia, plany i wtedy zaproponowałam, abyśmy wybrały się za granicę. Samolotem. Zosia w tajemnicy przed rodziną odkładała na tę podróż każdy grosz. Kupiła sobie na tę okazję dwie bluzki, jedną białą, a drugą w kropki.
-Elu, ale tę w kropki to Ty mi doradziłaś, razem z tą przemiłą panią w sklepie. Ela uparła się, abym kupiła obie. A resztę do wyjazdu jakoś się uzbiera, powiedziała. W razie czego mi pożyczy. Taki to dobry człowiek z tej Eli.
-Bo Ty, Zosiu, całe życie myślałaś o innych. Zajmowałaś się domem, ogródkiem, potem opiekowałaś się chorą mamą. Teraz jest pora pomyśleć o sobie.
-Elu, nie siedźmy za długo. Jest dużo do zobaczenia. Dzisiaj idziemy do bazyliki. Nie możemy się spóźnić.
-Masz rację, Zosiu. Pora się zbierać. Zostaw te naczynia. Pozmywamy po powrocie.
-Ja chętnie pozmywam, jeśli Panie się zgodzą.
-O, widzisz, Zosiu, pani zajmie się sprzątaniem. Spokojna głowa. Chodź już.