City break

-Wdepniemy na chwilę do galerii?

-Jasne. Możemy.

-Mam kartę stałego klienta. Zbieram punkty w programie lojalnościowym. Jeszcze Trochę mi brakuje. Chciałabym też kupić coś do mieszkania. Pomożesz mi wybrać.

-Ok, możemy zdobywać punkty i poszukiwać skarbów do Twojego gniazdka.

-Ale uprzedzam, że hala jest spora i trochę pochodzimy. Mam nadzieję, że Cię to nie zmęczy.

-Jestem odporna. Bez obaw.

Obiegłyśmy chyba wszystkie sklepy z artykułami wnętrzarskimi. Małe AGD plus sieciówkowe dodatki do mieszkań. Objuczone niczym biblijna oślica postanowiłyśmy zakończyć maraton po targowisku próżności w przytulnej kawiarni. Zamówiłyśmy kawę z przekąskami, a potem sprawdzałyśmy, co mamy w torebkach. Z głośników… Niemożliwe. Cave. Wracają wspomnienia. A pamiętasz, jak biegłyśmy na pociąg, Ty wściekła i rzucająca piorunami… Przesiadka w środku nocy… A on śpiewał… Ledwo zdążyłyśmy… Konduktor patrzył na nas dziwnie. Skład był przepełniony… Ktoś śpiewał tę właśnie piosenkę… Tamto nie przetrwało. Nie miało szans według Ciebie. Nie przypominam sobie, w którym momencie umarło, ale pamiętam doskonale, kiedy się zaczęło. Zaczepił nas w przerwie koncertu, bardziej Ciebie. Otuliłaś go chłodnym spojrzeniem. Byłaś ubrana na czarno jak mistrz. Ale Ty chyba nie chcesz o tym słuchać.

-Zaprowadzisz mnie na Starówkę?

-Może poproszę obsługę, by zmieniła wykonawcę. Tak, pewnie. Pokażę Ci wszystko. Pójdziemy z tymi workami.

-Nie przeszkadza mi wykonawca ani piosenki. Idziemy?

-Zaczekaj. Niech złapię oddech. Albo chodźmy.

Żyję, więc doświadczam. Widoków, zapachów, klimatu, dźwięków. Zaniedbane podwórka. Tylko pozornie. Nieład w tej sytuacji ma swój nieodparty urok. Dostrzegam świetność domów w poprzednich stuleciach. Drewniane balkony. Stare drzewa. Cudnie szumią. Szkoda, że nie mogą opowiedzieć historii lokatorów. Szyldy drobnych rzemieślników. Uwielbiam. Mimo że rzemiosło powoli gaśnie, jego ślady pozostają. Wyraźnie czuję zapach piwnicznej stęchlizny. Zaglądam do środka. Jest niesamowicie. Za murem spotykam lokalsów. Pewnie nie słyszeli o idei slow life, ale doskonale wiedzą, na czym ona polega. Grają w karty. Rozmawiają. Śmieją się. Jakby czas nie istniał. Sami dla siebie są ochroniarzami. Niepotrzebne im alarmy, elektronicznie sterowane bramy, monitoring, agencja ochrony, wysokie płoty. Zagaduję. Opowiadają dużo i chętnie. O historii budynku, miejsca. O sposobach na życie. O tym, komu się udało. O tym, co wyszło, ale nie tak, jak tego oczekiwano. Pytają o mój powód odwiedzin. Dziwią się, że wykorzystuję wolny dzień na pielgrzymowanie po ich świątyniach zamiast na zwiedzanie światowych metropolii. Tłumaczę im, że niektóre miasta już zaliczyłam, a teraz chciałabym robić coś, czego jeszcze nie doświadczyłam. Mogłabym tak wędrować nieustannie. Wreszcie docieram do znanego zaułka. Niemożliwe. Nadal kwitną tam hortensje. Zdziczały. Podobnie jak ja. Za dużo znaków i wspomnień. Niezupełnie. Za każdym razem odkrywam coś nowego nawet w dobrze znanych miejscach. Lokatorów wyraźnie ubyło. Mury budynków nadal się kruszą, ale jest ostrzeżenie i są ślady wandalizmu. Z okien wyłaniają się strzępy firanek. Po drugiej stronie słychać dźwięk skrzypiec. Ktoś ćwiczy lekcje. Życzę mu powodzenia i idę dalej modląc się w milczeniu, by potencjalni inwestorzy omijali to miasto szerokim łukiem. Nie można zabić ducha czasu. Ani miejsca. Ani zgasić go w ludziach.

 

Notatki

Proponowano mi różne rzeczy. Między innymi tani alkohol, niezobowiązujący układ partnerski, kopulację, podróże do miejsc, których dobrowolnie bym nie odwiedziła, nieprzydatne ubrania, w których wyglądałabym jak kaszalot, botoks po 20. r.ż Nakłaniano mnie do tracenia czasu na bezowocne spotkania i rozmowy. Nikt nie zapytał, czy np. potrzebuję pomocy przy podłączaniu kabli w taki sposób, by zsynchronizować urządzenia audio. Albo gdzie miałabym ochotę pójść, by niczym normalny, szczęśliwy człowiek miło spędzić wieczór?
Pamiętam, że podczas wyjazdu do Pragi oddałam swoją szminkę młodej dziewczynie, której zabroniono stosowania tego kosmetyku. Patrzyłam na jej nieporadne próby posługiwania się pędzelkiem i myślałam: dalej, mała, nieźle Ci idzie.

One

– Przepraszam, mam do Pani pytanie: czy ja czekam na dobrym peronie? Chciałabym się dostać do (…).
– Tak, ten jest właściwy.
– To dlaczego pociąg jeszcze nie nadjechał? Pewnie ma opóźnienie. A może w ogóle go nie będzie? Nie wie Pani?
– Przyjedzie. Nie było komunikatu, że jest opóźniony.
– Bo już jest 5 minut po czasie. A pociągu nie ma. Bo wie Pani ja jadę do wnuczka. On ma kancelarię niedaleko Rynku, w centrum. Daleko jest z dworca do centrum?
– Kawałek trzeba iść. Ale można zamówić taksówkę.
– Hmmm. Bo wie Pani, mój wnuczek, właściwie mój drugi wnuczek nie wie, że przyjadę. Za każdym razem, gdy do niego dzwonię, nie odbiera telefonu. Próbowałam rozmawiać o tym z synem, ale on mi tłumaczy, że wnuk ma dużo pracy, spotkań, klientów. Podpisuje umowy. I dlatego nie odbiera telefonów. Wiec postanowiłam pojechać do niego. Ale tak dawno nie jechałam pociągiem. Z której strony on podjedzie?
– Z prawej.
– A ten przed nami dokąd jedzie?
– Nad morze.
– A to nie ten.
– Kiedyś dużo podróżowałam. Zwiedziłam całą Europę.
– Nadjeżdża Pani pociąg.
– Gdzie? To ten?
– Tak, tutaj jest wejście.
– Tu?
– Tak, tu proszę wsiadać.

 

Notatki

Obsługa kawiarni rozlokowanych na dworcu zdaje się czytać w myślach. Zanim wymówię nazwę wybranej kawy, bariści zawczasu wiedzą, które brałam pod uwagę. Gdy jest trochę czasu i poza mną nie ma nikogo w kolejce, wdaję się w pogawędki z pracownikami:
– Jestem ciekawa, jaki jest Pani ulubiony gatunek kawy.
– Nie piję kawy.
– Naprawdę?! To można pracować w kawiarni i nie pić kawy?!
– Oczywiście, że można. Jestem herbaciarą.
– Awansowała Pani na lidera. Gratuluję. Przeczytałam na plakietce.
– Od niedawna. Dziękuję. Zobaczymy, co dobrego przyniesie awans.
– Trzeba stawiać na rozwój.
– Proszę, oto Pani kawa.
Gdybym miała wybór, urządziłabym mieszkanie w stylu dworcowym. Zaparzałabym ulubioną kawę, paliła kubańskie cygara i pisała.

Oni. P.

-Jelenie, widziała Pani?

-Tak, nie pierwsze dzisiaj.

-Sporo ich tutaj występuje. Gdy mieliśmy praktyki na studiach, jeździliśmy do lasu i robiliśmy obserwacje populacji m.in. jeleni, dzików, saren. Badaliśmy, jak zmiana diety wpływa na ich liczebność. Teraz jadę do kolegi ze studiów. Spotykamy się starą paczką w rocznicę obrony pracy magisterskiej. Pani też do Wrocławia?

-Tak.

-Wraca Pani z urlopu?

-Tak, choć właściwie odwiedziłam koleżankę i razem wyskoczyłyśmy do Białowieży. Następnym razem planujemy Hajnówkę oraz pobyt w gospodarstwie agroturystycznym.

-Wrocław piękne miasto. Studiowałem tam, ale to już Pani wie. Chciałem zostać na uczelni, pracować naukowo. I hodować konie.

-W samym Wrocławiu byłoby raczej ciężko założyć hodowlę. Znowu jelenie przebiegły.

-Widocznie populacja się odrodziła. Nieopodal Wrocławia było gospodarstwo do objęcia. Opuszczone stajnie. Pomieszczenia gospodarcze. Chciałem wraz z kolegą je dzierżawić.

-I co sprawiło, że zrezygnował Pan z tego pomysłu?

-Mama ciężko zachorowała. Rodzice postanowili przepisać na mnie dom pod warunkiem, że zajmę się nimi dożywotnio. Mama, zanim pojechała do szpitala, prosiła, abym się ożenił z moją dawną dziewczyną z sąsiedniej miejscowości. Chodziliśmy ze sobą do liceum. Byliśmy w jednej klasie. Usiedliśmy w jednej ławce i tak się utarło, że zrobiono z nas parę. Potem wyjechałem na studia do Wrocławia. Zakochałem się w tym mieście. Poznałem ciekawych ludzi z pomysłami, Miałem też dziewczynę. Studiowała filologię polską. Była jakby z innego świata. Poezja, koncerty, długie rozmowy trwające czasami przez całą noc. Zanim ją poznałem, nie wiedziałem, że istnieją takie dziewczyny. Latem podróżowaliśmy stopem po Europie. Pakowaliśmy namiot i najpotrzebniejsze rzeczy. Nie mieliśmy grosza, ale byliśmy najszczęśliwsi pod słońcem, jak to się mówi.

-Brawo. I co się z nią stało?

-Chciała ratować świat. Po studiach wyjechała na Bałkany jako wolontariuszka, by pracować z ofiarami wojny. Kontakt został zerwany. Tak się złożyło, że wtedy moja mama była już bardzo chora. Wróciłem do rodzinnej miejscowości. Zaczepiłem się w laboratorium. Ożeniłem się. Niedługo będę mieć dzieciaka. A Pani pracuje we Wrocławiu?

-Nie, studiowałam tam.

-A co, jeśli można wiedzieć?

-Filologię polską.

-Chciałbym kiedyś pokazać Wrocław mojemu synowi. Posłać go na studia i nauczyć, aby nie rezygnował z planów na życie.

Patynowa Pani Domu. Przygotowania do podróży

Jeżeli wreszcie po długich wewnętrznych monologach płynących strumieniem świadomości postanowiłaś opuścić swoje gniazdko, wiedz, że proces przygotowań do drogi nie jest tak prosty, jak o nim piszą w poradnikach i na blogach. Zaczynasz od checklisty. Nie, sorry, do zakupy biletu w jedną stronę z otwartą data powrotu. Dlaczego tak? Dlatego, że nie wiesz, jak długo będziesz przemieszczać się z jednego końca Ziemi na drugi i co spotka Cię w podróży. Nie wiesz również, jakie opóźnienie będą mieć publiczne oraz niskobudżetowe środki transportu. Jeśli nastawiasz się na te ostatnie, zainwestuj w dobrego stomatologa i pastę do zębów o właściwościach wybielających. Nie znasz dnia ani godziny, w których ktoś zakocha się w Twoim uśmiechu. Bilet na wszelki wypadek wydrukuj w dwóch kopiach. Tak, tak, chronimy środowisko naturalne, lecz nie masz pewności, że np. w kraju nad Odrą, Wisłą i Bugiem będzie nieprzerwana dostawa energii elektrycznej i czy w związku z tym skorzystasz z odpowiedniej aplikacji. Numer biletu i kod rezerwacji miej zanotowane na karteczkach schowanych w kilku miejscach. Nie ręczę za Twoją pamięć. W głowie zanotuj, w której szufladce schowałaś karteczki.

Checklista. Najtrudniej zacząć ją sporządzać. Bez czego nie możesz obejść się w podróży? W tym miejscu wpisz wszystko, co chciałabyś zabrać na wypadek końca świata albo jego nowego początku. Wiem, nie możesz zabrać mamy, ukochanej paprotki i biblioteczki (e-book nie będzie przesadnie obciążać Twoich pleców), wszystkich pluszaków od ukochanego (zamiast nich zabierz jego, koniecznie z seksownym, podkreśl „seksownym” zarostem, który świetnie kłuje, a jednocześnie nie świadczy o brakach w utrzymaniu higieny osobistej). Na dobrą sprawę w tym miejscu kończy się jakakolwiek checklista. krótko pisząc ogranicz bagaż do tego, co niezbędne. Jeżeli nie lubisz pakować walizki, zainwestuj w plecak albo go pożycz. Z doświadczenia wiem, że najlepiej sprawdza się własny. Możesz na nim kolekcjonować przygody, np. przyklejone zwłoki zaprzyjaźnionego pająka, ślady pazurów drapieżników, plamy po kawie niechcący wylanej przez zgryźliwego turystę. Nie mów, że wybierasz się w miejsca, do których tacy nie zawitają. Zapewniam, że trafisz przynajmniej na jednego osobnika, dla którego pojęcie „podróż” oznacza co najwyżej wyjazd do marketu. Takiego turystę rozpoznasz po looku albo po grupie. Rzucają się w oczy niczym logo sieciówek z owadem lub płazem.

Ładowarka. Ładowarka. Ładowarka. Aby rodzina i przyjaciele nie umarli z troski o Ciebie, od czasu do czasu rzuć im trasy jakieś fotki czy SMS w stylu: żyję. jest ok. Będę, kiedy wrócę. Nie dzwońcie co kwadrans i nie pytajcie, czy szysko ok.

Gotówka. Niekoniecznie. Da się podróżować bez pieniędzy. Czasami mimo wszystko trzeba posłużyć się kartą, aby zapłacić za kawę. Ale lepiej wozić ze sobą swój ulubiony gatunek kawy i herbaty. Masz ich wiele? Wybierz tyle, ile zmieści się w bagażu, który będzie obciążać Twoje plecy. W ten sposób prędko dokonasz kalkulacji.

Zeszyt w stabilnej okładce i wiele dobrze zatemperowanych ołówków, jeśli poczujesz się zainspirowaną do zanotowania spostrzeżeń. Jeśli nie chcesz w miejscach publicznych i niepublicznych chwalić się swoimi gadżetami, zaopatrz się w notatnik i temperówkę, którą posłużysz się do ostrzenia ołówków oraz konturówek i kredek do oczu.

W podróży staraj się zawsze przedstawiać najlepszą wersję siebie i uwierz, że wszystko jest możliwe.

Całuchy-kluchy!

 

Oni. T.

-Proszę Pani, a gdybym Panią oprowadził, pokazał zamek, wzgórze. Za parę złotych. Moglibyśmy jeszcze las zwiedzić, i kapliczkę zobaczyć. Nie pożałuje Pani.

-Nie trzeba, dziękuję. Jakoś sobie poradzę.

-Ale mogłaby Pani się zgubić. A ja dobrze znam tutaj wszystko. Mieszkam… Mieszkam tam w dole. Widzi Pani z ten dom z czerwonej cegły?

-Widzę. Faktycznie z czerwonej cegły.

-To ja w nim mieszkam. I to okno na górze, prawie pod kominem, z którego leci dym?

-Widzę.

-To okno mojego domu. Mam tam pokój z bratem, takim małym, bo starszy już się wyprowadził od nas do dziewczyny.

-Mama wie, że tu jesteś i rozmawiasz np. ze mną?

-Wie, mówiłem jej: idę na zamek.

-A ona co na to?

-Tylko nie wracaj zbyt późno.

-Nie zimno Ci w tej bluzie?

-Trochę, ale ciepła jest. Z kapturem, ale ja nie nakładam kaptura. Nie jestem jakimś sebiksem. To znaczy czasami nakładam, gdy pada albo wieje, ale teraz nie wieje… tak bardzo.

-Widzę, że zmarzły Ci ręce. Miałbyś ochotę na herbatę? Cieplutką, z miodem i cytryną?

-E, nie. Piłem już.

-A ja dzisiaj jeszcze nie. Ale mam propozycję dla nas. Pójdziemy do pobliskiej kawiarni i powiesz mi, którą herbatę można wypić. Jak słusznie zauważyłeś, nie jestem stąd i nie znam wszystkich miejsc, więc proponuję, abyś poszedł ze mną i pomógł w wyborze. Co Ty na to?

-Zgoda. Pokażę Pani, gdzie nie ma wielu ludzi i tam najlepiej zająć miejsce. Będzie Pani mieć widok na dziedziniec zamku.

-Jak masz na imię?

-T.

-A Pani?

-Ilona.

Kilka minut później:

-Zamówiła Pani dwie?

-Tak, jeden dla Ciebie. Sama nie dam rady opróżnić dwóch kubków. Zauważyłam, że bardzo ładnie, starannie się wypowiadasz. W której klasie jesteś?

-W czwartej.

-Pani polonistka może być z Ciebie dumna.

-Pan. Powiedział, że widać poprawę, odkąd przychodzi do mnie pani studentka z akademii.

-Udziela Ci korepetycji?

-Yyyy. Pomaga w lekcjach i czasami zabiera na spacery. Dzisiaj miała przyjść, ale coś jej wypadło, to przyszedłem na zamek. Tutaj zawsze jest ciekawie.

-Już wiem. Jesteś podopiecznym fundacji, która zajmuje się pomaganiem dzieciom mającym przejściowe trudności w nauce.

-Pan pedagog ze szkoły namówił mamę, aby mnie zapisała.

-Brawo.

-Ale to obciach chodzić z panią studentką na spacery.

-Dlaczego obciach?

-Bo wolałbym z jakimś panem. Poszlibyśmy na pokazy albo do kina.

-To może zgłoś swoją propozycję panu pedagogowi.

-Zobaczę. Ale Pani powoli pije.

-Cieplej Ci trochę?

-Tak. Gdy dopijesz swoją, to się pożegnamy. Miło było Cię poznać.

-Jak Pani tu jeszcze przyjedzie, to wie Pani, gdzie mnie znaleźć. Mogę już iść?

-Jasne, że tak. Zmykaj.

 

 

Patynowa Pani Domu. Urządzanie wnętrz

Dziś o tym, co w przyrodzie jest dość popularne o tej porze roku, czyli o zakładaniu i budowaniu gniazda. Nie jest to oczywiście pozycją obowiązkową w kanonie zadań do zrealizowania na przestrzeni czasu, który Tobie pozostał. Ale gdy już zdecydujesz, że wybrałaś miejsce do zajmowania na dłużej, postaraj się, by miało Twój charakter i odzwierciedlało Twój pomysł na siebie. Po pierwsze o wyborze decydujesz Ty, a nie rodzina, przyjaciele, znajomi z portali społecznościowych, koledzy w wojska dziadka albo inne istoty chcące umieścić temat pomocy w swoim duchowym CV. Załóżmy, że znajdujesz się w odpowiednim miejscu i czasie, a od teraz zabierasz się za nadanie odpowiedniego kształtu swojej przestrzeni.

Kolor ścian. Biel będzie kojarzyć się ze szpitalami dla obłąkanych, ale Cię wyciszy. Pastele wydadzą się zbyt cukierkowe. Barwy w odcieniach beżu i piasku zbyt archaiczne i oklepane. Blada zieleń robi wrażenie tandetnej. Ciemne kolory nie sprawdzają się w małych pomieszczeniach. Czerń odpada. Co zatem pozostanie? To, co uwielbiasz. W wyborze kieruj się intuicją oraz własnym gustem. Weź pod uwagę swoje możliwości finansowe. Sprawdź stan swojego konta i zdecyduj, czy ściany faktycznie wymagają odświeżenia.

Umeblowanie. Realizację tego etapu rozpocznij od odwiedzin znajomych i sąsiadów. Może akurat będą pozbywać się kilku ich zdaniem niepotrzebnych mebli i sprzętów. Sprawdź oferty w outletach (również internetowych), na wystawkach, wyprzedażach garażowych oraz pchlich targach. Nie będziesz korzystać z używanych, ponieważ nie masz zaufania do sprzedawców i nie chcesz przejść nieznanymi zapachami? Ok, nie kupuj więc mebli. Kto powiedział, że nie można przespać życia na materacu, a rzeczy przechowywać w kartonach? Miejsce, które zajmujesz, powinno wyrażać Twoją osobowość. Wyryj to sobie w sercu i noś niczym identyfikator. Jeżeli uwielbiasz kartony i pudełka z sieciówki, to je zatrzymaj. Pamiętaj o opisaniu ich zawartości. Stół i krzesła. Z tym będzie trudniej. Jeśli nie odpowiada Ci masowa realizacja pomysłu na te meble, sporządź własny projekt i poszukaj wykonawcy. Zawsze możesz poprosić tego, kogo lubisz, aby pomógł w wykonaniu. Przy okazji przekonasz się, do czego on/ona się nadaje. Praca przy realizowaniu zamierzeń przynosi wiele korzyści, lecz przede wszystkim skutecznie zweryfikuje nasze znajomości. Jeśli chcesz obniżyć koszty produkcji, możesz samodzielnie wykonać prace renowacyjne. Zaopatrz się w potrzebne narzędzia, obejrzyj odpowiednie filmy instruktażowe w sieci i… do dzieła. Nie martw się rezultatami. Może być tylko lepiej niż na początku, gdy stołu i krzeseł nie było.

Pamiętaj o nagradzaniu siebie za przebrnięcie przez kolejny etap prac. Formą gratyfikacji może być w zależności od nastroju: rozmowa z dawno niesłyszaną koleżanką, zakupy podstawowych produktów spożywczych, wyjście na spacer do lasu. To nic, że w pobliżu go nie ma. Wsiądź na rower i w drogę. Nie masz roweru? Pożycz. Nie masz od kogo? Na to też jest sposób. Jasne, że na końskim grzbiecie również można wyruszyć na poszukiwanie przygody. To znacznie ciekawszy pomysł na spędzanie wolnego czasu niż maraton po sklepach.

Tyle na teraz. Następnym razem będzie o dodatkach, zielonym kąciku oraz elementach dekoracyjnych (Twoja obecność sam w sobie jest jednym z nich). Tymczasem całuchy-kluchy!

 

One. Staruszka

-Przyjdzie Pani do mnie? Usiądziemy na chwilę.

-Możemy.

-Dzisiaj chłodniej. W powietrzu czuć jesień. Nie zimno Pani?

-Nie.

-Możemy wejść do domu. Tutaj na ławeczce może być Pani zimno.

-Nie. Na powietrzu przyjemnie. Cały rok w domu się nasiedzimy.

-Pani w bloku mieszka pewnie? W tej betonowej klatce?

-Tak, zgadła Pani.

-To Pani lepiej zrobi świeże powietrze. Ale teraz wieś nie ma tej urody, co kiedyś.

-Dla mnie ma.

-Pani jest młoda, ale ja już trochę roków mam za sobą. Kiedyś na wsiach było wesoło. Ludzie śpiewali przy pracy, odwiedzali się. Po podwórku biegały dzieci, gęsi, kurki. Krowa muczała w oborze. Mieliśmy dwie. Człowiek miał zajęcie. Teraz smutno.

-A nie ma Pani jakiejś koleżanki? Mogłyby Panie razem siedzieć na ławeczce i wygrzewać kości na słonku.

-Miałam koleżanki. Poumierały już. Wszystkie. Ja też niedługo umrę. Piękne dziewczyny były. Wszystkie z warkoczami. Nasze dzieci razem się chowały, po wsi bezczynnie nie chodziły, bo sporo pracy było. Pomagały sobie. Może Pani herbatkę zrobić?

-Nie trzeba.

-Wybudowaliśmy z mężem jeden domek. Ten za Panią. Potem dzieci się porodziły. Sześcioro mieliśmy. Dwoje zmarło w dzieciństwie. Ile ja się za nimi napłakałam. Gdy dzieci się porodziły, zaczęliśmy budować drugi, większy dom. Ale ja wolałam ten stary i powiedziałam mężowi, żeby go nie wyburzał. I nie zburzył. W tym domu jedno z naszych dzieci przyszło na świat. Dawniej nie było tyle telefonów ani samochodów, co teraz. Była zima. Nikt mnie nie zawiózł do szpitala. W domu urodziłam. Synka. Ale następne już w szpitalu. Pojechaliśmy koniem. Koń to jak człowiek, wie Pani? Ile on nam się napomagał. Mąż zwoził nim drewno z lasu na podłogę i belki do domu. Pewnie Pani się ześmieje, ale gdy koń był tak stary, że oślepł i nie mógł pracować, to mąż nie chciał go oddać na rzeź, tylko dalej go wyprowadzał za chałupę na popas. Którejś nocy padł. Mąż płakał po nim chyba ze trzy dni. Gdy chłop płacze, to już niewesoło musi być. Ja swojego widziałam dwa razy w życiu płaczącego. Raz, gdy nam córeczka zmarła, a drugi, gdy zdechł koń, który nam dom budować pomagał.

 

Oni. J

-Autobus Pani uciekł?

-Tak, zagadałam się z koleżanką i nie zdążyłam. Odprowadzałam ją do pociągu i trochę się przedłużyło. Ale dzięki temu możemy wspólnie pokonać ten odcinek drogi.

-Nie ma tego złego. Wakacje, urlop?

-Powiedzmy, że urlop. Od życia.

-Brzmi poważnie. Chętnie posłucham.

-Hahaha. Myślałam, że to ja posłucham.

-Co by Pani chciała usłyszeć?

-Wszystko, o czym Pan chciałby opowiedzieć.

-Nie daje Pani za wygraną. To mi się podoba.

-Od czego Pan zacznie? Po rejestracji poznaję, że tubylec.

-Tybylec i tambylec.

-Już jestem zaintrygowana.

-Jadę do kolegi. Będziemy planować wyprawę.

-Uuuu. Dokąd?

-Mongolia. Chiny. Pustynia Gobi.

-Podziwiam i zazdroszczę, ale nie zawistnie. Pana pasją są podróże?

-W pewnym sensie tak. Pasja pomogła mi przetrwać ciężkie chwile po wypadku. Przeszedłem załamanie. Nie wiedziałem, czy będę chodzić. Wracaliśmy z kolegą z Holandii. Byliśmy po pierwszym roku studiów i chcieliśmy trochę zarobić. Kolega prowadził. Ja się zdrzemnąłem. Wypadek zdarzył się krótko po przekroczeniu granicy z Polską. Obudziłem się w szpitalu. Kolega wyszedł z tego bez szwanku, gorzej było ze mną. Operacje. Jedna, potem druga. Żmudna i kosztowna rehabilitacja.

-A co było potem?

-Potem… potem zostałem przywieziony do domu rodziców. Znajomi odsunęli się ode mnie. Podobnie jak dziewczyna, której chciałem zaimponować forsą. Pozostał jeden kolega. Ten, do którego jadę. Powtarzał mi, podobnie jak rodzice, którzy ani razu we mnie nie zwątpili, jeszcze staniesz na nogi, bracie. Pojedziemy kiedyś na wyprawę dookoła świata. Na rowerach. Odtrąciłem go, ale się nie poddał. Przyjaźń przetrwała lata.

-Na Gobi wybieracie się na rowerach?

-Zgadłaś. Pojedziemy koleją, a potem rowerami.

-Niesamowite.

-Wcale nie. Żyj pasją, wtedy nie zestarzejesz się tak szybko. Założyłem kameralną agencję turystyczną. Pomagam innym spełniać podróżnicze marzenia.

-To pięknie.

-Ślad po wypadku został. Na studia nie wróciłem. Dostałem rentę i miałem do wyboru: skończyć ze sobą albo żyć dalej tak, jakbym miał umrzeć jutro. Wybrałem drugie. Staram się nie tracić czasu na pierdoły takie jak np. oglądanie mało wartościowych programów, głupich filmów albo uganianie się za kimś, kto na to nie zasługuje. Starannie dobieram znajomych. Obecnie nie mam ich wielu. Dawni koledzy pobudowali domy, wyjechali za pracą, założyli rodziny. Ja zostałem przy rodzicach. Chcę być ich podporą, by oddać im to, co od nich otrzymałem przez te wszystkie lata.

-Możesz mnie zostawić na krzyżówce?

-Nie ma sprawy. Wiesz, Ty też masz to w oczach.

-Niby co?

-Siłę charakteru. Po co naprawdę przyjechałaś do Z.?

-Leczyć złamane serce. I tu mnie masz.

-Poradzisz sobie. Nie zasłużył na Ciebie.