-Wdepniemy na chwilę do galerii?
-Jasne. Możemy.
-Mam kartę stałego klienta. Zbieram punkty w programie lojalnościowym. Jeszcze Trochę mi brakuje. Chciałabym też kupić coś do mieszkania. Pomożesz mi wybrać.
-Ok, możemy zdobywać punkty i poszukiwać skarbów do Twojego gniazdka.
-Ale uprzedzam, że hala jest spora i trochę pochodzimy. Mam nadzieję, że Cię to nie zmęczy.
-Jestem odporna. Bez obaw.
Obiegłyśmy chyba wszystkie sklepy z artykułami wnętrzarskimi. Małe AGD plus sieciówkowe dodatki do mieszkań. Objuczone niczym biblijna oślica postanowiłyśmy zakończyć maraton po targowisku próżności w przytulnej kawiarni. Zamówiłyśmy kawę z przekąskami, a potem sprawdzałyśmy, co mamy w torebkach. Z głośników… Niemożliwe. Cave. Wracają wspomnienia. A pamiętasz, jak biegłyśmy na pociąg, Ty wściekła i rzucająca piorunami… Przesiadka w środku nocy… A on śpiewał… Ledwo zdążyłyśmy… Konduktor patrzył na nas dziwnie. Skład był przepełniony… Ktoś śpiewał tę właśnie piosenkę… Tamto nie przetrwało. Nie miało szans według Ciebie. Nie przypominam sobie, w którym momencie umarło, ale pamiętam doskonale, kiedy się zaczęło. Zaczepił nas w przerwie koncertu, bardziej Ciebie. Otuliłaś go chłodnym spojrzeniem. Byłaś ubrana na czarno jak mistrz. Ale Ty chyba nie chcesz o tym słuchać.
-Zaprowadzisz mnie na Starówkę?
-Może poproszę obsługę, by zmieniła wykonawcę. Tak, pewnie. Pokażę Ci wszystko. Pójdziemy z tymi workami.
-Nie przeszkadza mi wykonawca ani piosenki. Idziemy?
-Zaczekaj. Niech złapię oddech. Albo chodźmy.
Żyję, więc doświadczam. Widoków, zapachów, klimatu, dźwięków. Zaniedbane podwórka. Tylko pozornie. Nieład w tej sytuacji ma swój nieodparty urok. Dostrzegam świetność domów w poprzednich stuleciach. Drewniane balkony. Stare drzewa. Cudnie szumią. Szkoda, że nie mogą opowiedzieć historii lokatorów. Szyldy drobnych rzemieślników. Uwielbiam. Mimo że rzemiosło powoli gaśnie, jego ślady pozostają. Wyraźnie czuję zapach piwnicznej stęchlizny. Zaglądam do środka. Jest niesamowicie. Za murem spotykam lokalsów. Pewnie nie słyszeli o idei slow life, ale doskonale wiedzą, na czym ona polega. Grają w karty. Rozmawiają. Śmieją się. Jakby czas nie istniał. Sami dla siebie są ochroniarzami. Niepotrzebne im alarmy, elektronicznie sterowane bramy, monitoring, agencja ochrony, wysokie płoty. Zagaduję. Opowiadają dużo i chętnie. O historii budynku, miejsca. O sposobach na życie. O tym, komu się udało. O tym, co wyszło, ale nie tak, jak tego oczekiwano. Pytają o mój powód odwiedzin. Dziwią się, że wykorzystuję wolny dzień na pielgrzymowanie po ich świątyniach zamiast na zwiedzanie światowych metropolii. Tłumaczę im, że niektóre miasta już zaliczyłam, a teraz chciałabym robić coś, czego jeszcze nie doświadczyłam. Mogłabym tak wędrować nieustannie. Wreszcie docieram do znanego zaułka. Niemożliwe. Nadal kwitną tam hortensje. Zdziczały. Podobnie jak ja. Za dużo znaków i wspomnień. Niezupełnie. Za każdym razem odkrywam coś nowego nawet w dobrze znanych miejscach. Lokatorów wyraźnie ubyło. Mury budynków nadal się kruszą, ale jest ostrzeżenie i są ślady wandalizmu. Z okien wyłaniają się strzępy firanek. Po drugiej stronie słychać dźwięk skrzypiec. Ktoś ćwiczy lekcje. Życzę mu powodzenia i idę dalej modląc się w milczeniu, by potencjalni inwestorzy omijali to miasto szerokim łukiem. Nie można zabić ducha czasu. Ani miejsca. Ani zgasić go w ludziach.
