Wyprzedaż garażowa

-Filiżanki są jeszcze w tamtym koszyku. W różyczki, jeśli takie Panią interesują. I jeszcze w romby. Pozbywamy się tych wszystkich rzeczy.

-Zauważyłam napis „wyprzedaż garażowa” i postanowiłam zajrzeć. Przechodziłam tędy.

-Dobrze Pani zrobiła. Może znajdzie Pani coś przydatnego. Popatrzy, zastanowi się.

-Młynek do kawy działa?

-Działa. Mamy drugi. Jeszcze nieużywany. Niedawno w prezencie na rocznicę ślubu dostaliśmy ekspres do kawy, który mieli. Mężowi i tak nie smakuje z ekspresu. Pije plujkę, siekierę taką, choć mu nie wolno. A kawę kupuje mieloną, tak więc stoją dwa młynki. Nazbierało się tego przez tyle lat.

-Państwo się przeprowadzają?

-A skąd! Nie mamy się gdzie ruszyć. Garaż cały pełny. Same kartony, pudła, kosze. W przedpokoju, na poddaszu też. Nie wiem nawet, co w nich jest. Przegląda Pani sukienki? Na Panią raczej tu niczego nie będzie.

-Dom jest niesamowity. Stary z poddaszem. Zabytek?

-Tak, niczego nie można tu zmieniać. Na wszystko potrzebna zgoda konserwatora zabytków. Te okna wprawialiśmy w zeszłym roku. Poprzednie już się rozsypywały. Syn zajmuje piętro. U niego okna są niewymienione. Twierdzi, że tak lubi i taka uroda okien, że nie będzie zmieniać. Firanek też nie chce zakładać.

-Uważam, że firanki są i tak niepotrzebne na wysokim pierwszym piętrze. Kto go tam będzie podglądać? Chyba te stare drzewa z ogrodu, na które wychodzi widok z okna. A swoją drogą piękny ogród. Dziki. Idealnie pasuje do domu.

-Dziękuję. Nie mam ręki do ogrodu, dlatego taki zaniedbany.

-Nie to miałam na myśli. Chciałam powiedzieć, że te sosny i grab oplecione bluszczem są takie niezwykłe, a paprotki i poziomki przypominają mi las. Ma Pani odrobinę własnego lasu przed domem.

-Podobno kiedyś był tutaj las. Mój dziadek karczował go wraz z innymi mieszkańcami wioski pod budowę gospodarstw. Ale kilka drzew zostawił, specjalnie dla babci, która nie pozwoliła ich ścinać. Dziadka przygniotło spadające w dół drzewo. Babcia została sama z moją mamą, która miała wtedy niecałe dwa latka,  i wujkiem w brzuchu.

-Piękna historia. Bardzo romantyczna.

-Babcia nie wyszła powtórnie za mąż. Mieszkamy tutaj od pokoleń. Nie chcemy opuszczać tego miejsca. Jesteśmy za bardzo do niego przywiązani. Mamy jeszcze córkę. skończyła studia, zootechnikę i wyjechała za pracą na Śląsk, ale tęskni bardzo. Wiosną i latem jest tutaj niemalże w każdy weekend. Zimą rzadziej. Ciężko się dostać, a ona dopiero robi prawo jazdy. Ale zapowiada, że gdy tylko trochę się odkuje, to wróci. Ta wyprzedaż jest też po to, aby pomóc jej spełnić marzenia o powrocie. Chcemy kupić jej auto, dlatego odkładamy każdy grosz. Znowu będziemy wszyscy razem jak kiedyś.

One. S.

Razem zaczynałyśmy jako sprzedawcy powierzchni reklamowych. Obie przyszłyśmy do firmy w tym samym czasie. Obie stawiałyśmy pierwsze kroki w branży. Obie byłyśmy chude i przerażone ogromem pracy, która nas czeka. Obie wychodziłyśmy ostatnie z biura. Obie prawie tam nocowałyśmy. Obie w krótkim czasie osiągnęłyśmy bardzo dobre wyniki. Obie wychodziłyśmy na papierosa, choć tylko Ty z nas paliłaś. Ja przychodziłam socjalnie, jak zwykłaś mawiać. Snułyśmy plany, co będziemy robić po opuszczeniu tego obskurnego miejsca, gdy się trochę odkujemy. Chciałaś wyjechać w góry i hodować owce. Produkować bryndzę albo inne ekospecjały. Ja zamierzałam uciec na drugi koniec Polski i tam zacząć od nowa. Chciałam pracować zdalnie i sprzedawać coś ładnego.

Potem kogoś poznałaś i postanowiłaś nas opuścić. Przeprowadziłaś się do niego. Odeszłam wkrótce po Tobie, gdy atmosfera zaczęła się psuć. Tamtego roku jesienią stanowisko lidera objął G. Zaczął wymagać coraz więcej. Chciał świeżej krwi. Zatrudnił szczurków. Jeździli razem na weekendy. Z czasem wypadłam z obiegu, mimo że moje notowania jako sprzedawcy nie spadły. Z czasem się z tym pogodziłam. Z czasem Ty zaczepiłaś się u konkurencji i zaczęłaś od początku. Z czasem wspinałaś się po szczeblach kariery i osiągnęłaś wysokie stanowisko. Z czasem Cię doceniono, a realizacja Twoich pomysłów doczekała się konkursowych zwycięstw. Z czasem nasze kontakty się poluzowały. Do tamtej majówki.

Byłam coraz bardziej zniecierpliwiona tym, że nie udało mi się zarezerwować noclegu. Szukałam wytrwale pokoju dla jednej osoby. Wtedy wyjazdy w pojedynkę, zwłaszcza kobiet do głuszy, nie były tak popularne jak obecnie. Postanowiłam sprawdzić jeszcze jeden numer. W słuchawce usłyszałam Twój głos. Rozpoznałam Cię od razu. Jasne, że mnie pamiętałaś. Po tylu latach. Miałaś jedynkę, a właściwie dwójkę, ale przygarnęłaś mnie po kosztach. Miałam pomóc w ogarnięciu gospodarstwa. Na miejscu nie zastałam owiec. Zamiast nich było kilka kóz. Dawały mleko, a Ty przerabiałaś je na sery. Twierdziłaś, że cienko przędziesz, dlatego wynajmujesz dwa pokoje turystom. Latem jest łatwiej, bo zbierasz grzyby i jagody. Nauczyłaś się robić przetwory. Twój syn wyleczył się z alergii bez środków farmakologicznych. Wybrałaś to życie dla niego, aby miał szczęśliwe dzieciństwo. Nie zmieniłaś nazwiska po rozwodzie, aby nie tłumaczyć młodemu zawiłości, których i tak w tym wieku by nie pojął. Nie przewidziałaś, że przy roztopach i późną jesienią drogi będą nieprzejezdne, a szkoła daleko. Autobus nie chciał podjeżdżać. Młody musiał iść codziennie do głównej drogi, skąd był odwożony do szkoły. Nie miał kolegów. Za towarzystwo służyły mu głównie kozy. Ty nie miałaś dla niego zbyt wiele czasu zajęta ich dojeniem i warzeniem serów. Dorabiałaś pisaniem na zlecenie. Przestałaś robić makijaż, farbować włosy, dbać o dietę i sylwetkę, nosić szpilki. Mówiłaś, że tak jest dobrze. Zostawiłam Ci wszystkie kosmetyki, które przywiozłam, łącznie z perfumami. Z początku nie chciałaś ich przyjąć. Widziałam, jak szkliły Ci się oczy, kiedy ich dotykałaś. Prosiłaś, abym Ci opowiedziała o sobie, o wielkim świecie, który za szybko pędzi.

 

Oni. Szczęśliwy człowiek

-Dzień dobry. Pani pewnie przyjezdna.

Mężczyzna skromnie ubrany uchylił kaszkiet i uśmiechnął się w moją stronę.

-Dzień dobry. O tej porze nie spodziewałam się nikogo tutaj spotkać. Było dość duszno i tak cicho, że wybrałam się na przechadzkę, a przy okazji kupię chlebek i bułki z jagodami. Piekarnię zaraz otworzą. Przyjechałam na urlop. To Pana konie? Widziałam podobne na polanie pod lasem, przy rogatkach. Tam, gdzie pasą się krowy, a na zboczu owce. Dlatego im się przyglądam.

-Tak, to te. Staruszki już, ale jeszcze trochę pociągną. Mieszkam w sąsiedniej wsi. Przyjeżdżam tutaj oddawać mleko. Krowy też moje. Pani zwykle wstaje tak wcześnie?

-Zazwyczaj tak.

-A ja wstaję codziennie o 5.00 bez względu na porę roku i pogodę. Idę do stajni. Obrządzam. Koniom daję pić. Myślę sobie, ile ludzie tracą, gdy nie budzą się przed świtem. Nie czują zapachu rosy, nie widzą, jak dzień się budzi, jak słońce wstaje. Kto śpi do południa, ten ma krótszy dzień. Taki człowiek jest cały czas zmęczony, gdy snuje się bez celu po domu. Trzeba mieć zajęcie, sens jakiś. Wyjść na pole, ptaków posłuchać. Nawet zimą. Świat jest poukładany, tylko trzeba to zobaczyć, a najlepiej z samego rana. Człowiek, który rano wstaje, wie, po co żyje. Wie, że w oborze czekają na niego zwierzaki. Wie, że trzeba koło nich zrobić. Potem do ludzi wyjść. Sprzedać to, co obrodziło i porozmawiać. Dobre słowo zostawić. Ludzie nie chcą rozmawiać. Zamykają się w swoich domach, bramy na elektronikę zamykają, jakby było ich z czego okraść. U mnie jest brama otwarta. Cały czas. I zawsze ktoś w domu jest. Albo żonka, albo synowa z wnukiem. Tyle razy mówiły, żeby zamykać, a ja jej mówię, z czego nas kto okradnie. Swoi tego nie zrobią, bo na wsi ludzie się znają, a obcy tak rzadko tędy przechodzą, że gdy ktoś się pojawi, to zaraz wiadomo. Pani u kogo ma pokój?

-U Wójcików, tych znad rzeczki.

-Widzę Panią czasami, jak w tamtą stronę Pani chodzi.

-Słychać, kiedy Pan przejeżdża. Konie słychać, jak uderzają podkowami o asfalt i jak jedzie wóz.

-To ja. Może podwieźć Panią? Daleko Pani ma.

-Skoczę do piekarni, a potem tędy będę wracać. Jeśli nadal Pan będzie tutaj stać, to dlaczego nie. Taką taksówką jeszcze nie jechałam.

 

 

Patynowa Pani Domu. Okazje

-Zwolnił się pokój, o który Pani pytała. Czy jest Pani nadal nim zainteresowana?

-Tak, jestem.

-Właściwie można się meldować od zaraz. Dziś odwołano rezerwację. Kiedy by Pani przyjechała?

-Mmmm. Dzisiaj raczej nie. Może jutro.

-Dobrze, więc zrobimy rezerwację od jutra na Pani nazwisko. Na ile noclegów?

-Poproszę na trzy. Na początek. Zobaczymy, jak będzie.

-Zrobione. Do zobaczenia więc.

-Do zobaczenia.

Od samego rana (prawie południa) rewelacje. Wygląda na to, że wyjeżdżasz na urlop. Jeszcze nie wiadomo, czy wymarzony, ale masz nadzieję, że zasłuży na to miano. Póki co ogarnij się i sprawdź, czy masz wszystko, czego będziesz potrzebować w dziczy. Pomocne w tym przypadku bywają checklisty. Spis powszechny się do nich nie umywa. Wygląda na to, że niczego nie brakuje, a gdyby na miejscu przeznaczenia okazało się inaczej, to przecież jedziesz do cywilizowanego przysiółka, nawet jeśli znajduje się na końcu świata. Na zdziczałe obyczaje rzekomo wypoczywającej ludności nie masz zapobiegawczego środka, ale o tym przekonasz się później, gdy ogary pójdą w las, a Twoje pieczołowicie ciułane pieniądze trafią do kieszeni hosta.

Po długiej i wyczerpującej podróży docierasz na miejsce. Jak tu pięknie! Chyba nie mogłaś lepiej trafić. Nie mów hop, póki nie przeskoczysz, czytaj: nie poznasz innych lokatorów, a tych tutaj dostatek. Jest wieczór, więc tylko rozpakujesz się, wskoczysz pod prysznic… Zaparzysz herbatę… Wypoczniesz po podróży…

Opuszczasz pokój. Po drodze unikasz zderzenia czołowego z piszczącym dziewczęciem w wieku ok. 6 lat. W kuchni i przedpokoju unosi się aromat ryby z puszki. Niejednej, jak się okazuje. Amatorzy tego przysmaku volens nolens zafundowali pozostałym przymusową inhalację w oparach konserwy rybnej w oleju. Do tego zapach przypalonego tłuszczu, na którym były podgrzewane tanie wyroby garmażeryjne. Latorośle biegają pośród garnków, patelni oraz innego kuchennego doposażenia. Jedno domaga się frytek, inne w tej samej chwili pragnie sosu pomidorowego z dodatkiem glutaminianu monosodowego. Trzecie próbuje zmywać, wchodząc w już rozdeptane resztki spożywcze tego, co wcześniej spadło ze stołu. Rodzic natomiast walczy z otwarciem kolejnej puszki z rybną zawartością. Postanawiasz nie pożyczać mu swojego scyzoryka. Niech się pomęczy, skoro wybrał na posiłek trudno dostępne produkty zawierające pochodne niklu.

Czego się spodziewałaś po okazyjnej cenie? Chciałaś wypoczynku w dziczy, zatem otrzymałaś to, po co sięgnęłaś. I to z nawiązką. W dziczy i wśród dziczy.

Noc przyniesie ukojenie. Rozgwieżdżone niebo. Szumiący w oddali potok i drzewa kołyszące do snu. Usiłujesz zasnąć. Obudzona w środku nocy prawie siadasz na łóżku. Co jest grane?! Co to za dźwięki?! Dochodzą z sąsiedniego pokoju. Przypominają… odgłosy wydawane przez zwierzęta albo bestie. To tylko zły sen. Kładź się. Nie, to nie sen. Ponownie siadasz na łóżku. Odgłosy nie dość, że nie milkną, lecz jeszcze nasilają się. I tak do bladego świtu. Odkąd wyprowadziłaś się z centrum miasta nie używasz stoperów. Zresztą w tej sytuacji niewiele by pomogły. Wstajesz, aby przygotować herbatę. Trochę nocy upłynie, a do tego czasu chrapiący może przestaną chrapać. Na klatce schodowej półmrok. Nie świecisz światła, aby nie obudzić pozostałych mieszkańców. Drogę do kuchni znasz na pamięć. Wychodzisz z pokoju ubrana tylko w piżamę. W tej samej chwili z sąsiedniego pokoju wychodzi… niedźwiedź. Próbujesz go ominąć. Okazuje się, że on też do kuchni. Nie mógł zasnąć, łóżko za ciasne i gorąco mu. Tak powiedział. Siedzicie więc wspólnie w pomieszczeniu, które zdecydowanie wymaga wywietrzenia po wczorajszej kolacji. Otwierasz okno na oścież. Jeszcze chłodne powietrze muska Cię po twarzy. Dwie kolejne noce prędko miną. Kusturica w tym miejscu miałby co robić bez wyszukanych rekwizytów do scenografii. Kuchnia wygląda niczym z jego filmów przedstawiających w formie groteski życie w regionie nie tak dawno ogarniętym wojną.

Dobrze jest!

 

 

Oni

-Zabukowałes lot?

-Uhmm. Z przerwą w Lizbonie. Wdepniemy na fado?

-Pewnie. Może z noclegiem? Zwiedzimy co nieco. Torre de Belem. Zamek. Klasztor. Co chcesz.

-Czasu będzie dość. Można z noclegiem. Znam hostel. Znośnie, w miarę czysto. W przystępnej cenie.

-Załatwiłbyś to?

-Jasne. Już sprawdzam ceny. Jedna noc?

-Jedna. starczy nam. To będzie krótki wypad. Na Kubie sobie odbijemy.

-Bab nie bierzemy.

-Nie, po co drewno do lasu wozić.

-Słusznie. Tu mam coś taniego. Lukaj.

-Wygląda dość dobrze. Bierzemy. Dwuosobowy.

-Twoja nie robiła scen, że ze mną jedziesz.

-Jakie sceny?! Przypiliła się, bo kasę czuje, a ja ją trzymam na dystans, chłopie. Nie dość, że opłacam rachunki i czasami zabieram do knajpy, to jeszcze mam jej wczasy nad oceanem fundować? Żeby mi się tam darła i fochy strzelała?! Ona nie zarobi nawet na waciki. Udaje, że ma forsę. Od rodziców doi, a teraz myśli, że frajera za gacie złapała, bo ode mnie też jej coś skapnie. Po Kubie coś jej powiem na ten temat. Tępa aż boli, a wydaje się jej, że tego nie widać.

-Chyba nie taka tępa, skoro wie, koło kogo dupą kręcić. Chłopie, uważaj, aby Cię w alimenty nie wkopała. Nie patrz tak!

-Ale masz dowcip!

-Sorry, znam życie. Miejscówka w Lizbonie zaklepana.

-Dzięki. Rozliczymy się…

-Daj spokój. Potraktujmy to jako rewanż za ten obiad. Bierzemy jeszcze po bronksie?

-Prowadzę.

-Byłbym zapomniał. Ale możemy zostawić auto, a dopiero wieczorem gdzieś pojechać. Albo taksówkę weźmiemy.

-Ok, zamów i dla mnie.

One. Córeczki

-Dziewczynki są bliźniaczkami?! Nie przypuszczałabym. Na pierwszy rzut oka oczywiście.

-Mają po 6 lat. Janinka i Marysia.

-Piękne imiona.

-Długo z mężem nie mogliśmy się zdecydować. I zostało, jak zostało.

-Ale temperamenty mają różne. I osobowości.

-O, tak! Jak Pani na to wpadła? Janka nie chce się uczyć. Pani w przedszkolu czasami skarży, że jest uparta i ciągle się śmieje. Pani myśli, że to z niej albo z dzieci.

-A ja uwielbiam, gdy Jana się śmieje. Od razu ją zauważyłam.

-Ona Panią również, ale obawiała się podejść i zagadnąć. Uczymy dzieci, aby nie zaczepiały obcych.

Matko, naucz dzieci, jak rozmawiać z ludźmi, jak ich rozróżniać i jak nawiązywać kontakt oraz jak go ograniczać albo zrywać, bo gdy Ciebie zabraknie, będą musiały poradzić sobie same.

-Jasne. A druga córcia jest przeciwieństwem Janki?

-Tak, ma na imię Marysia. Jest ułożona i ambitna. Uczy się hiszpańskiego i od razu  pochłania każdą lekcję. Pani mówi, że jeszcze takiej dobrej uczennicy nie miała. Marysia chce wszystko umieć perfekcyjnie. Jeśli coś idzie nie po jej myśli, zaraz się obraża. Na siostrę także. Czasami wstydzi się za Jankę, która nie znosi prac domowych oraz tego, gdy ktoś ją poucza.

Matko, Twoja perfekcyjna córka kiedyś się potknie o ziarenko piasku i zamiast wstać po upadku, otrzepać kolana i opatrzyć ranę, będzie łykać leki, by odzyskać równowagę albo biegać od jednego specjalisty do drugiego, którzy oprócz tego, że wyciągną od niej masę pieniędzy, w niczym nie pomogą.

-Martwię się o Jankę, czy da sobie radę w życiu. Będzie jej ciężko z takim charakterkiem.

Matko, to, co Marysia zdobędzie ciężkim tyraniem, Jance przyjdzie bez wysiłku. Ona zyska przychylność innych przy pomocy osobistego uroku i jednego uśmiechu. Będzie miała gdzieś sukcesy, nagrody, wyróżnienia i Twoje pochwały. Będzie żyła pełnią życia i darła łacha z tych, którzy biorą udział w absurdalnym wyścigu szczurów. Ale Ty, matko, jeszcze o tym nie wiesz, i dlatego będziesz próbowała za wszelką cenę wcisnąć ją do przygotowanego przez siebie schematu.

Plecak

Bagaż podróżny to niemy świadek wojażu oraz tego, co się odbywa poza utartymi szlakami, szczególnie w miejscach, w których nawet bociany nie zawracają, ponieważ jeszcze tam nie doleciały:

-I jeszcze na plecak bilet trzeba wykupić.

-Poproszę. Nie wiedziałam… Dlaczego za plecak mam zapłacić tyle, ile za pasażera?

-Bo na siedzeniu leży.

-Ale ja go mogę trzymać na kolanach.

-Nie będę z Panią dyskutował. Płaci Pani czy wychodzi?

-Płacę, ale uważam, że to nie w porządku.

-Opłata się należy. Jak Pani chce, to może na piechotę iść. To ostatni kurs.

-Nie chcę. Zapłaciłam przecież. Jakby nie można było do bagażnika go dać.

Dalsza część drogi upływała we względnym milczeniu. Plecak został zabrany z siedzenia i trzymany na kolanach, aby ustąpić miejsca pasażerowi. Nie miałam siły spierać się o parę złotych tym bardziej, że było relatywnie późno, a ja po całym dniu podróżowania różnymi środkami marzyłam jedynie o prysznicu i lekkiej kolacji. Stan techniczny pojazdu budził wątpliwości nawet u takiego laika jak ja. Moje obawy potwierdziły się. W pewnym momencie otrąbieni cudem lądujemy się na poboczu. Jest dawno po zmroku. Znajdujemy się na drodze lokalnej. Kierowca wysiadł. Obchodzi bus dookoła, a potem udaje, że panuje nad sytuacją wykrzykując od czasu do czasu nieparlamentarne wyrażenia. Dźwignia zmiany biegów stała się bezużyteczna. Ktoś z pasażerów podpowiada, aby wetknąć kija od szczotki i spróbować nim manewrować. Jesteśmy w połowie drogi. Jakoś dojedziemy do miasta, odzywa się chłopak z fryzurą samuraja z kataną przy boku. Jadę na turniej, jutro z rana mamy ćwiczenia. Nie może mnie zabraknąć, dorzuca, mam swoją funkcję na pokazie. Ja wracam z drugiej zmiany, a jutro obiecałam przyjechać wcześniej, aby zastąpić koleżankę, odzywa się sfrustrowana pasażerka, nie ma mnie kto przywieźć. Jak tak dalej będzie, to dzwonię na Policję.

Kwitniemy w ciemnościach na poboczu. Tereny przygraniczne. Są krzaki. Nie ma latarni. Część pasażerów rozładowuje nerwy pielęgnując swój nałóg. Nie panikować. Zachować spokój. Chętnie poznam osoby, które osiągnęły spokój po usłyszeniu słów „uspokój się”. W końcu zapada decyzja. Samuraj godzi się trzymać kij od szczotki i manewrować nim w miejscu, w którym znajduje się dźwignia zmiany biegów. Zatrzymywać się będziemy na awaryjnych i tylko tam, gdzie nie ma monitoringu. Tym razem nie zawiadamiamy Policji. Wsiadamy na własne ryzyko. Ruszamy. Jedziemy. Samuraj z wdziękiem operuje kijem od szczotki. Snuje opowieść o swoim plecaku, całkiem podobnym do tego, który wciąż trzymam na kolanach. Wspomina pobyt na Mazurach, gdy były całkiem dzikie. Teraz jest cywilizacja i nie ma tego uroku, co kiedyś, prawi.

Docieram do wsi w środku nocy. Na szczęście kierowca bombowca postanowił zrobić przystanek dość blisko chałupy, w której miałam zabukowany nocleg. Pukam delikatnie w okno nie chcąc obudzić gospodarzy. Wiem, że jest późno. Mieliśmy mały problem z dojazdem. Trzeba było zadzwonić. Mój by przywiózł. Ale ja nie wiedziałam, gdzie jesteśmy. To nic. Jutro też jest dzień. Odpływam przytulona do plecaka.

 

Podróżowanie w klasie biznes

Miał być kwadrans temu. Spoglądam na wyświetlacz. Jest informacja o opóźnieniu. Dookoła zmęczone twarze o wytężony wzroku, z którego można wyczytać determinację. Czy już dojeżdża? Może ten będzie nasz? A może… Nie, tym razem to nie ten. Wytatuowana dziewczyna z ok. dwuletnim dzieckiem na ręku, a drugim, jak się okazuje, sześcioletnim, usiłuje zapanować nad niełatwą dla niej sytuacją. Liczymy autobusy? Nie!!! To może coś namalujemy? Nieee!!! Chcę do autobusu. W powietrzu zapach miejskiego zaduchu, kurzu i… nie, niech mi ktoś powie, że się mylę. To zużyta pieluszka jednorazowa. Matko, przewiń dziecko. Autobus tak prędko nie podjedzie. To tanie linie. Jeszcze zdążysz. Sześciolatek rozrzuca pastelowe kredki dookoła. Część w moją stronę. Uśmiecham się mimowolnie. Maluch odwzajemnia uśmiech. Nie zaczepiaj pani. Chodź tu. Mama Ci coś pokaże. Chłopiec idzie do matki i łapczywie chwyta za telefon. Matka w tym czasie wyjmuje czystą pieluszkę, kładzie drugiego malucha na ławce i przewija go. Grunt, że karmić nie zaczęła. Zgromadzeni pasażerowie odwracają wzrok, podobnie jak ja nie chcą tego oglądać! Nie krzycz! Nie będę w to grać! Chcę do autobusu! O, tata idzie. Paweł, weź go! Daj mu jakieś ciastko czy coś. Potem mu dam. Nasz autobus właśnie zakręca. Masz bilety? To z mojego ściągną. Soczek kupiłem i jakieś drożdżówki.

Wesoła rodzinka zajmuje miejsca ze stolikiem. Podroż upływa pod znakiem słuchania piosenek oraz pisków w dziecięcym wykonaniu. Tym razem sprawdza się klimatyzacja, ale i ona składa broń przed bijącym po nozdrzach fetorem ludzkich wydzielin. Nie narzekam na przyjemny chłodek. W słuchawkach ulubiona stacja radiowa. Powstaje plan działań na najbliższe dni. Usiłuję sobie przypomnieć, gdy… słyszę przeraźliwy krzyk i spazmy. Psieplasiam, psieplasiam, że Cię obzigałem. Natężenie dźwięku zwiększa się. Psieplasiam. Odwracam głowę w stronę, z której dochodzi płacz. Widzę przeraźliwie umęczone dziecko przytulone do bezradnego ojca, udekorowanego kleksem zawierającym kwas żołądkowy, matkę zajętą smartfonem, dwulatka grzebiącego w śmieciach rozrzuconych na stoliku, pod nim i dokoła niego. Ojciec trzyma w ręku foliówkę z wymiocinami, które są również na siedzeniu i głaszcze spoconego syna i spogląda wokół siebie. Prędko odwracam głowę. Niedługo będzie postój, to Pan podejdzie do apteki i kupi coś temu dziecku. Ale dzisiaj może być nieczynne. Święto jest. I te worki Pan wyniesie. O nowe popyta. Może ludzie dadzą.

Po przerwie miejsce rodzinki plus okazuje się być pustym. Pasażerowie, którzy wsiedli na postoju, zajmują strefę miejsc siedzących w przejściu, przy schodach. Wyobrażam sobie zapach olejku kąpielowego oraz jaśminowej herbaty. Pragnę znaleźć się pod prysznicem. Zapomnieć o podróżowaniu ostatnią klasą. Zatopić się w wartościowej lekturze i cieszyć wolnością.

Miasteczko, w którym nic się nie dzieje

Tłum narasta z minuty na minutę. Dziś koncertuje ikona popkultury dla niewymagającej publiczności. Impreza nie jest biletowana. Podobnie jak wszystkie plenerowe, które mają na celu przypodobanie się potencjalnym wyborcom. Na parkingach, chodnikach i skwerach zatrzymują się auta z rejestracjami z różnych stron Polski. Jeszcze chwilę temu było czym oddychać. Obecnie czuję się przyduszana ciałami spoconych osób przepychających się niczym w matni. Kieruję się w stronę wyjścia. Zablokowane. Schodzę więc w dół, by obejść muszlę koncertową i nadkładając drogi wrócić do siebie. I tu zastaję korek z ludzi. Gdzie są służby porządkowe? Na służbie. Nie mam innego wyjścia niż przymusowy postój pod drzewami. Tam przynajmniej jest powietrze i cień. Dopadam wolne miejsce pod rozłożystym klonem i zaczynam rozumieć, dlaczego pozostało tam nieco przestrzeni. Odór mężczyzn spożywających napoje z procentem działa odstraszająco nie tylko na komary. Na tym etapie jest mi wszystko jedno, czy zostanę zgnieciona przez tłum, czy uduszona oparami i moczem.

-Pani teraz nie przejdzie. Poczeka Pani, aż trochę ludzi pójdzie do przodu. Tutaj przynajmniej cień Pani ma. I miejsce do siedzenia. Niech Pani tak nie patrzy na mnie.

-Próbuję Pana słuchać, póki jeszcze słyszę, choć zaraz to się pewnie zmieni.

-Pani przyjezdna.

-Tak, zwiedzałam miasteczko i impreza mnie zastała. O której to się kończy?

-Aż zagrają, ale ludzie pewnie będą chcieli bis.

-O, matko i córko.

-W tym miasteczku, pani szanowna, nic się nie dzieje. Jestem tu codziennie z kolegami to wiem. Dopiero jak z unii pieniądze przyszły, to jakieś płyty na Rynku wymieniają albo co. Imprezy robią. Władza kiełbasę rozdaje.

-A mnie się tutaj podoba.

-Przyjechać i wypić kawę, lody zjeść to każdemu się podoba.

-Jak długo Pan tu mieszka?

-Prawie od urodzenia. Miałem rok, jak mnie rodzice przywieźli. Chodziłem tu do szkoły, potem do Liceum Plastycznego.

-Do Liceum Plastycznego? Tego, które mieści się w byłym dworku?

-Tak, do tego. Tam teraz wystawa jest. Rocznicowa. Widziała Pani?

-Jeszcze nie. Pan jest Autorem wystawy?

-Nie, ja nie robię wystaw ani nie maluję już, chociaż jak na Panią patrzę, to chyba powinienem znowu zacząć.

-Myśli Pan, że teraz się przecisnę do wyjścia?

-Może Pani próbować. Nie chce Pani zostać na koncercie?

-Nie, mam inne plany.

-To też nie moja muzyka. Przyszedłem tu z kolegami pogapić się na tępy tłum i pośmiać z nich. Wszyscy tacy sami. Żyć się odechciewa, gdy tak się pomyśli, ale ja się napiję i jakoś leci. I tak mam ich w dupie. Zaraz pewnie nie będziemy się słyszeli. Tylko niech Pani nie myśli, że jakimś dziadem, łajdakiem jestem. Do matury podszedłem, a nawet ją zdałem. Na studia mi się nie chciało iść, chociaż nauczyciele namawiali. Zakochałem się w takiej jednej. Wybrała innego. Poleciała na jego obietnice i piękne oczy.

-Zdarza się. Nie ma czego żałować. Pan też ma piękne oczy.

-Jest. Jest. Co Pani się tu najbardziej podoba?

-Stare cmentarze. Więcej w nich życia niż np. tutaj.

-Kapliczka w części ewangelickiej będzie remontowana. Przyjedzie Pani następnym razem i sobie obejrzy, choć dla mnie taka jak teraz jest najładniejsza. Tablica pamiątkowa też ma być.

 

Bazar

Pchle targi, dzikie stragany, kina studyjne, lokalne rzemiosło, ludzie stąd i stamtąd, ich historie, dramaty, byty i niebyty. To wszystko składa się na atmosferę miejsca. Dlatego unikam galerii, multipleksów, sieciówek i fastfoodowych punktów gastronomicznych. Rzadko nocuję w hotelach, a komercyjne biura podróży omijam szerokim łukiem. Gdy jadę gdzieś po raz pierwszy, koniecznie rezerwuję czas na wędrówkę po bazarach. Towary kupuję głównie od lokalnych dostawców. Często pytam o kanał dystrybucji i źródło pochodzenia. Proste recepty i sposób sprzedaży. Gawęda. Szczery uśmiech. Spracowane dłonie. Zauważam detale. Patrzę w oczy sprzedawczyni (i nierzadko producentowi w jednej osobie). Wymieniamy grzeczności. Wiem, że spędzę z nią trochę czasu.

-I tak jeździ Pani po Polsce?! Rozmawia z ludźmi, słucha, a potem? Co potem?

-Czasami opisuję te sytuacje, a czasami nie, ale pamiętam wszystkie. Często z detalami, nawet w co kto był ubrany. Może niezbyt dokładnie, ale jakiś szczegół z ubioru zapamiętam, np. fartuch albo kapelusz. Dużo czasu nie ma na pogawędki. Nie chcę Pani wystraszyć klientów.

-Może Pani się dosiąść. Tutaj z boku. Mam tylko to plastikowe wiadro. Niewygodnie będzie.

-Nie szkodzi. Mam chustkę. Rozłożę. Pomóc w czymś Pani? Mogę podawać, układać…

-Nie trzeba. Jakoś daję radę. Wstaję o 5.00 rano. Doję krówki. Mój chłop obrządza. Zbiera jajka. To te. Pakujemy wózek. Potem siadam na rower. Jadę tutaj. Z mlekiem, jajami, serem. Czasami mam ogórki. Chce Pani wody z ogórków? Dobra na upały i zdrowa. Pani da butelkę albo słoik. Proszę. Jak Pani będzie długo się tu kręcić, to pić się zechce.

-Wracam wieczorem.

-W południe jestem z powrotem na wsi.

-Zapytałabym, ile Pani ma lat, ale nie wypada kobiet pytać o wiek.

-A, tam nie wypada. A kraść albo łajdaczyć się wypada, albo po buziach okładać? Mam osiemdziesiąt i dwa roki.

-Podziwiam, że Pani się chce.

-Jeżdżę tak od wielu lat. Latem wożę truskawki, jagódki, grzybki. Jesienią nawet kaczuszkę albo kurkę przywiozę, ale trzeba wcześniej powiedzieć, żeby mięsko się nie zmarnowało. Ja nie dla pieniędzy tu jeżdżę, ale dla ludzi. Popatrzeć, jak żyją, co gadają. Trzy razy w tygodniu. W sobotę jest największy ruch. I co, dobra woda?

-Pewnie, że tak. Cały towar Pani schodzi?

-Prawie zawsze schodzi, a co nie schodzi, to rozdam. Jak Pani obejdzie już wszystko, to niech Pani przyjdzie do mnie. Może coś zostanie, to Pani dam. Nie można marnować tego, co się zebrało. Dorobić to się dorobiłam. Człowiek musi mieć zajęcie, bo inaczej głupieje. Ja jestem roboty nauczona. Od małego. Było nas w domu ośmioro. Byłam druga po bracie. Wesoło było. Biednie, ale wesoło. Biegaliśmy po łąkach, po lesie. Żyliśmy z pola i z tego, co się zebrało w lesie. Ale dobre jedzonko było. Dzieciaki zdrowe, krzepkie. Chłopaki jak dęby. Grały na grzebyku albo piszczałki robiły. Nie to, co teraz. Drewna nie narąbie. Zwierząt nie obrządzi. Dachu nie położy. Pieca nie wyczyści. Co to za chłop.