Patynowa Pani Domu. Tosty z resztek

Mentalnie przygotowujesz się do spędzenia majówki w domu. W tym roku wojaże z noclegiem w katalogowych hotelach z gwiazdkami są zawieszone ze względu na wprowadzony stan epidemii i odmrażania gospodarki. Gdy się nie ma, co się lubi… Wycieczki po okolicy też mają swoje zalety. Dzięki ich regularnym praktykowaniu zyskujesz miano lokalnego patrioty. Zmniejszają się koszty podróży, a co za tym idzie, emisja gazów cieplarnianych do atmosfery. Zyskuje zatem środowisko naturalne. I biznes, bo kupujesz lokalnie od tych, od których jest jeszcze co kupować. Ale najpierw układasz menu. Choć właściwie przez kilka ostatnich tygodni to ono układa Ciebie. Dziś jest przedmajówkowy Dzień Dziecka. Nie przygotowujesz w związku z tym obiadu składającego się z trzech dań z deserem, lecz wybierasz opcję: zrób coś na ciepło z tego, co akurat masz w lodówce. Zobaczmy. Kilka kromek pieczywa tostowego. Pomidorki. Po jednym plasterku sera różnego rodzaju, co daje łącznie tyle plasterków, ile masz kromek chleba. Punkt dla Ciebie za rozsądne gospodarowanie środkami żywności. Ekonomia i ekologia. Oba pojęcia stanowią fundament Twojego gospodarstwa. Wróćmy do składników: dwa plasterki chudej wędlin, co w praktyce oznacza tyle samo tostów dla mięsolubów. Oprócz śmierci i podatków jedno jest pewne: bez względu na to, jaka zaraza by nie przyszła, Ty nie skonasz z głodu pod warunkiem, że plaga zastanie Cię schowaną w dziupli. Twoja atawistyczna potrzeba została zaspokojona. A co z innymi, mniejszymi braćmi? Kolejny punkt z listy: nakarmić Paskudę. Paskuda będzie szczęśliwa, że ma Ciebie, a Ty, że masz ją. Uff, chyba można zacząć majówkowanie. Nie będziesz czekać z tym do północy.

Całuchy-kluchy!

Notatki. P jak pieczarkowa

Kolejny tydzień izolacji nie niesie niczego nowego. Jestem tylko coraz starsza, coraz bardziej sfrustrowana i coraz mniej zainteresowana newsami podawanymi w formie ciężkostrawnej P jak papki. P jak pandemia. Słowo klucz, odmieniane przez P jak przypadki, które niczego nie otwiera, a już najmniej nasze umysły. P jak panika. Usilnie wywoływana na wypadek, gdyby komuś przyszło do głowy utracić wiarę w czwartą władzę. P jak porządki. Zalecam codzienne praktykowanie. Najlepiej zacząć z czystą kartką usuwając z głowy to, co niepotrzebne. P jak prokrastynacja. Niebawem zostanie zdiagnozowana jako jednostka chorobowa. Podobno WHO czyni o to starania. Ciekawe, jakimi środkami prokrastynacja będzie leczona. P jak pożar. Spłonęły tysiące hektarów, a wraz z nimi żywcem upiekły się rzadkie osobniki fauny i flory. Ekosystem został zakłócony na długie lata. Gdzie jest P jak podpalacz? Wierzę, ze sprawiedliwość go dosięgnie. Jeśli nie boska, to ludzka. Tej ostatniej obawiałabym się bardziej. P jak podwyżki. Ceny za żywność oraz jakże nieliczne już usługi poszybowały w górę niczym orły znad Biebrzy. Pożar dokończył ich P jak podróż. Trzeba zmienić P jak plany (podróżnicze). P jak parki. Można po nich spacerować i biegać. To już coś. P jak pieczarkowa. Bo trzeba jeść. Niedożywiony umysł mógłby popaść w P jak paranoję. P jak pomidory. Niebawem na skutek niekontrolowanych podwyżek cen nie będzie mnie na nie stać. P jak prawo. Autorskie. P jak plagiat. Podróbka. P jak piosenka.

Uważajcie na siebie i pozostańcie w zdrowiu.

Patynowa Pani Domu. Głos wołającego na pustyni

Lawinowo nadchodzące komunikaty o niebezpieczeństwie zarażenia wirusem mocno opinającym świat sprawiają, że i tak już mocno otumaniona część społeczeństwa w panice wykupuje produkty pierwszej potrzeby w ilościach przemysłowych. Imprezy masowe są odwoływane. Placówki oświatowe stoją przed decyzją o zawieszeniu zajęć. W sąsiedztwie rozmowy dotyczą głównie nadciągającego armageddonu. Chyba pora się do niego przygotować.

Nie wiesz, czy i jak planować urlop. Podróżowanie środkami masowego transportu może stanowić zagrożenie. To nic, że jest tańsze i bardziej korzystne dla ochrony środowiska. Ekoluby, na pomoc. Ludzie nie chcą jeździć autobusami. Wybierają auta. Wolą stać w korkach, a tym samym wdychać spaliny nie troszcząc się zbytnio o los planety i własnych płuc. Poza tym wciąż nie wiadomo, jakie żniwo zbierze zaraza w niektórych częściach globu, jak długo potrwają kwarantanny i kto zostanie im poddany.

Dziś miałaś okazję odwiedzić państwową instytucję. Mimo stale rozwijających się technologii zwykłe administracyjne sprawy wciąż trzeba rozwiązywać osobiście. Można prowadzić telekonferencję z użytkownikami ze wszystkich kontynentów, ale w kraju nad Wisłą i Odrą nadal nie ma większych szans na zdobycie podobną drogą kilku pieczątek niezbędnych do uzyskania świadczeń. Różnica temperatur na zewnątrz i wewnątrz budynku oraz maraton po korytarzach sprawiły, że dostałaś kaszlu. Poza tym raz kichnęłaś. Zaraz pojawiły się sugestie, abyś uważała i dokładnie umyła, a następnie zdezynfekowała dłonie, bo inaczej możesz być poproszona o opuszczenie sali. Są oficjalne komunikaty, że trzeba kichać w zgięcie łokcia. Zabrzmiało groźnie. Uśmiechasz się, a w myślach dodajesz, że w mocno nadgryzionych zębem czasu meblach i sprzętach tu ustawionych jest więcej roztoczy oraz zarazków niż na Twoich dłoniach. Na szczęście jesteś po zakupach. Pokazujesz pojemnik z mydłem, z którym rzekomo nie rozstajesz się od kilku dni, wyjaśniając, że na pewno umyjesz dłonie, gdy zawitasz do toalety. Uspokajasz otoczenie swoim aksamitnym, radiowym głosem. Jeszcze raz się uśmiechasz i odchodzisz z pożądanym kwitkiem (a nawet dwoma).

Wracasz do siebie. Smażysz racuchy. Na pohybel koronowanym głowom.

Patynowa w wielkim mieście. Sequel

Świątynię handlu opuszczasz w nowym obuwiu. Biorąc pod uwagę Twoje możliwości finansowe oraz stosunek do kompulsywnego nabywania produktów z sieciówek ta sytuacja powinna przejść do rangi wydarzenia. W pamięć wwierca Ci się scena z filmu „Skazani na Shawshank”, w której Andy pojawia się w nowych butach niezauważonych przez nikogo. Bądź jak Andy. Pokazuj się tak, aby to, co istotne, pozostało niewidoczne dla ogółu.

Poczułaś głód. Dokonywanie zakupów w zatłoczonym pomieszczeniu, sztucznie wykreowanym na potrzeby konsumentów to wyniszczający proces, wymagający sporych nakładów energii. Pora ją uzupełnić. Wchodzisz do lokalu urządzonego w stylu industrialnym (mniam), słynącego z kawy, przekąsek i ciekawej lektury w językach urzędowych gospodarczo rozwiniętej części globu. Czas na Twój występ. Udając kosmopolitę, co dla nosiciela ubrań ze starannie odciętą metką i obuwia z ogólnodostępnych sieciówek okazało się fraszką, składasz zamówienie na ulubiony napój plus kanapkę na ciepło. Na obiad z deserem trzeba będzie poczekać do wieczora. Plan reszty dnia jest taki, by dziś odwiedzić galerię rzeźby, a jutro malarstwa. Poza tym nadprogramowo skarbiec oraz spacer wśród architektonicznych zakamarków pozostających pod panowaniem lokalnej bohemy.

Otrzymujesz zamówione produkty. Do stolika, przy którym je spożywasz, dosiada się (chyba) atrakcyjny zewnętrznie jegomość. Nawiązuje się rozmowa we wszystkich językach świata, łącznie z migowym. Elektroniczny tłumacz jest na wagę zboża. Dowiadujesz się, że (on, ten jegomość) jest w drodze do pracy. Ma teraz przerwę i postanowił tu zajrzeć. Zwykle jest wcześniej. Jada tutaj śniadania, na które zamawia grzanki oraz musli, ale dzisiaj wziął tylko małą kawę (?). Albo masz intuicję, albo nie chcesz wyjść na lingwistyczną ignorantkę. Odkrywasz w sobie zdolności aktorskie, co dodatkowo nadmuchuje Twoje i tak już nadęte ego. Słyszysz życzenia udanego pobytu w jego pięknym mieście i rozstajecie się z uśmiechem na ustach.

Całuchy-kluchy!

Notatki. Jaki ranek…

Doskonale pamiętam dwa momenty, które zmieniły mój stosunek do życia. Jeden z nich nastąpił wtedy, gdy za ostatnie pieniądze kupiłam bilet do galerii starych mistrzów w Monachium, by stanąć przed obrazem przedstawiającym słynne słoneczniki pędzla Van Gogha. Wpatrywałam się w dzieło uświadamiając sobie, że dla tej chwili przyszłam na świat i od tej pory nic nie będzie takie samo. Nie było. Wróciłam do siebie z nowym postanowieniem, że nie zmarnuję ani chwili na zajmowanie się czymś, co w przyszłości nie przyniesie satysfakcji. Drugim momentem była pewność, że mój typ urody oraz osobowość nie mieszczą się w żadnych kanonach proponowanych przez media głównego nurtu, a ja mam to gdzieś, bo poradzę sobie używając mózgu.

Nie liczę kalorii w posiłkach. Tylko raz w życiu chciałam poczuć się jak osoba, która obsesyjnie się odchudza i w związku z tym jadłam tyle, by przetrwać do wieczora. Nie wytrzymałam dłużej niż dwa dni. Stwierdziłam zatem, że diety cud również nie są skrojone dla mnie. W dzień, w którym mieszkańcy kraju nad Wisłą licytują publicznie, ile kto wchłonął kalorii, szacuję, ile czasu zajmie mi przeczytanie tego, co leży po obu stronach mojego biurka. Techniki improwizacji dla profesjonalistów. Sposób na cholernie szczęśliwe życie. Losy mieszkańców tajemniczego miasteczka na dalekiej północy Szkocji z przełomu ubiegłych stuleci. Jak pisać, aby inni nas czytali. Wywiad rzeka z nieżyjącym filozofem. Jaka szkoda, że w szkołach masowych nie uczą, jak skutecznie zarządzać czasem oraz jak odróżniać sprawy ważne od pilnych.

 

 

 

Patynowa Pani Domu w wielkim mieście

Raz się żyje. Trzeba zatem i do miasta się wybrać. Wielkiego nieznanego. Pamiętaj, że jedziesz tam głównie w celu przeprowadzenia researchu do bloga. Weekendowy plecak spakowany. Roślinki zaopiekowane. Paskuda nakarmiony. Będzie mi Ciebie brakowało podczas nocnej eskapady oraz pobytu w atrakcyjnym (podobno) miejscu, mój Ty… Ty… glonojadzie. Nocleg zabukowany. Bilet również. Czekasz w umówionym miejscu. Pada informacja, że będzie opóźnienie, które może ulec zmianie. Czekasz mimo wszystko. Myślisz o tym, co za Tobą, a co przed Tobą. Lutowe temperatury podgrzewają głównie emocje pasażerów. Decydujesz się na kubek gorącej czekolady. Jednorazowy. Ekoterroryści nie będą zachwyceni, ale czego się nie robi dla popularności. Może komuś spodoba się Twoja postawa nieugiętego trwania przy wyborze kubka na tyle, by przeprowadzić z Tobą wywiad albo napomnieć Cię, że podjęłaś niesłuszną decyzję o szkodliwych skutkach dla środowiska naturalnego. Nic takiego się nie zdarza. Dowiadujesz się za to, że niebawem możesz zająć miejsce w środku transportu publicznego, który właśnie nadjeżdża.

Ponoć metropolie w lutym są do siebie podobne. Ponoć wszystkie metropolie są do siebie podobne. Tak przynajmniej mawiają Ci, którzy spędzili w nich trochę czasu na kosztownej rozrywce oraz na pracy zawodowej. Wszędzie są muzea, galerie, świątynie handlu, knajpki oraz dawne dzielnice, w których obecnie rękodzieło kołem się toczy. Różnice są tylko takie, że w każdym muzeum można co innego zobaczyć. A Tobie akurat na początku wyprawy zachciało się wizyty w sieciówkach. Twoje wysłużone trepy rozpadły się na środku chodnika pozostawiając Cię w niedwuznacznej sytuacji. Spacerować w lutym w skarpetkach po ulicach kosmopolitycznego miasta w strefie klimatu umiarkowanego mogą np. hipsterzy, wolontariusze tworzący flash mob albo spóźnieni do pracy kochankowie, którzy zamiast klucza zapomnieli tym razem obuwia. Ty nie zaliczasz się do żadnej z tych grup, więc niczym samotny biały żagiel udajesz się do spokojnego portu, by zarzucić kotwicę w sieciowej świątyni oferującej obuwie na obecną porę roku. Wybierasz model, który zawojuje większość pokazów światowej mody. Zakładasz buta na stopę niczym Kopciuszek swój pantofelek (w Twojej historii książę udał się tam, gdzie jego poprzednik chadza piechotą). Pasuje jak ulał. Lubisz to! Płacisz. Nie lubisz tego. Wędrówką jedną życie jest człowieka. Idzie tam, idzie tu…

One. F.

-To Pani gabinet? Trzeba przyznać, że jest gustownie urządzony.

-Nie, podnajmuję go. Pracuję jeszcze w kilku miejscach. Jeżdżę też do klientów do domów, ale tylko do sprawdzonych. Grafik mam tak ustawiony, że obsługuję stałe zamówienia. Doliczam kilometrówkę.

-Dziewczyny z reprodukcji spoglądają na nas tak, że czuję się, jakbym była jedną z nich.

-Nawet nie zwróciłam uwagi. Nie jestem wybitnym znawcą malarstwa.

-Ja też nie, ale akurat obrazy tego twórcy są charakterystyczne, dobór kolorów, sposób, w jaki patrzy na kobiety. Chciałabym, aby ktoś mnie kiedyś taką namalował.

-Przyjechała Pani na wypoczynek?

-Coś w tym rodzaju. Raczej po to, by nabrać dystansu do pewnych spraw. Odreagować silny stres, trochę się go nazbierało ostatnimi czasy.

-Tutaj są mocne przykurcze. Ja tego nie rozmasuję podczas jednego seansu, ale dam Pani wskazówki do samodzielnej pracy. Nie zaszkodzi pokazać się fizjoterapeucie.

-Nie zauważyłam.

-Pokażę Pani. Proszę luźno trzymać rękę. Jeszcze luźniej. O, tutaj jest mocny i biegnie tędy.

-Ok, coś zrobię w tym kierunku. Pani jest miejscowa?

-Tak, sprowadziłam się tu kilka lat temu.

-Gratuluję świetnej figury.

-Zmieniłam dietę. Wzięłam się za siebie. Zdobyłam uprawnienia na instruktora fitnessu. Jestem po fizjoterapii, ale mam też skończone różne kursy.

-To z pewnością wzmocni Pani pozycję na rynku, który w tej dziedzinie jest bardzo konkurencyjny.

-Ma Pani rację, lecz na dobrego specjalistę ciężko trafić. Sama mam z tym problem, gdy potrzebuję pomocy. Na szczęście jest w okolicy ktoś sprawdzony.

-Córka pójdzie w Pani ślady?

-Nie sądzę, ona ma zapędy do układania włosów, kosmetyków. Nie będę jej tego wybijać z głowy. Kiedyś myślałam, że u niej to przejściowe, ale widzę, że z wiekiem się nasiliło.

-Ojciec młodej co na to?

-Mieszkamy same. Jeszcze z moją mamą. Wybudowałyśmy dom wspólnymi siłami. Zaczęło się od tego, że przyjechałam tu kiedyś z przyjaciółką na wakacje i zażartowałam, że mogłabym zamieszkać w tym mieście. Okazało się wkrótce, że rodzice kupili działkę i rozpoczęli budowę domku. Wyliczyli, że będzie taniej, jeśli postawimy coś swojego. Będzie baza na urlop i na wypady. Życie się tak ułożyło, że urodziłam córkę, którą samotnie wychowuję. Pomaga mi mama. Jest już na emeryturze. Dorabia księgowaniem. Żyjemy tu we trzy i bardzo się kochamy. Młoda ćwiczy na nas swoje pomysły na fryzury. Ja ćwiczę masaże na nich obu, a mama prowadzi moją działalność i domowy budżet od strony księgowej. Uzupełniamy się. Przed laty zaczęłam tutaj życie od nowa. Nie żałuję.

-Pani cały czas w ruchu?

-Staram się. Prowadzę zajęcia na siłowni, z fitnessu. Jestem w trakcie robienia uprawnień na trenera personalnego. Lubię kontakt z ludźmi oraz to, co robię. Chciałabym to wszystko jakoś powiązać. Wiosną i latem jeżdżę na rowerze. Czasami wyskoczę na krótki urlop, ale nie na długo. Wraz z dietą zmieniłam nastawienie do życia. Pomogło.

 

Patynowa Pani Domu. Czas dla siebie

Docierasz na miejsce. To nic, że pada. Jutro ma być bezdeszczowo i wietrznie, a więc tak jak uwielbiasz. Otrzymujesz kwaterunek. Cena adekwatna do warunków. Metraż pokoju odpowiedni dla osoby o Twoich gabarytach. Czy K. by tutaj się zmieściła? Owszem, w kabinie prysznicowej oraz w szafie są miejsca. Zamykasz drzwi, po czym automatycznie sprawdzasz ogrzewanie. Niektóre żeberka nie działają. To nic, najwyżej na piżamę narzucisz bluzę, a na kołdrę koc i jakoś przeżyjesz. Duże okna od strony wschodniej. Są rolety. Również w wyodrębnionym kącie z przeznaczeniem na toaletę. Nie potrzebujesz luksusu, poza tym zaplanowałaś krótki pobyt, więc wygody nie są niezbędne. Drewniana podłoga na zewnątrz cudownie skrzypi. W aneksie kuchennym można przygotować skromne posiłki, choć jest tylko kuchenka z jednym palnikiem oraz czajnik. Na półce znajdujesz trzy kubki i kilka filiżanek z miśnieńską ornamentyką. Tobie wystarczy jeden plus filiżanka. Rekwirujesz je w trybie natychmiastowym, zwłaszcza że dom jest pełen gości, więc liczba kuchennych naczyń może zaraz się zmienić. Mówiłam, zabierz ze sobą przynajmniej kubek i sztućce.

Wychodzisz na obchód okolicy, bliższej i dalszej w poszukiwaniu miejsc, w których możesz zatrzymać się na chwilę i zastanowić nad realizacją pomysłów. Dlaczego większość właścicieli knajp oszczędza na ogrzewaniu? Jaką przyjemność mają klienci ze spożywania posiłków w zimnych lokalach? Nie liczysz ponownie gwiazdek pod szyldem hotelu. Kto je w ogóle przydziela i według jakich kryteriów? Na salach konsumpcyjnych jest zimno, a potrawy nota bene trzeba prędko spożywać, bo stygną w lamparcim tempie. Z rozrzewnieniem wspominasz swoją dziuplę, własne kubeczki oraz serwowaną w nich herbatę. Myślisz o gorących i chrupiących plackach ziemniaczanych prosto z patelni, polanych śmietaną lub sosem czosnkowym własnej produkcji. I pomyśleć, że hotel zatrudnia kucharza z doświadczeniem. Wzdychasz i wracasz do noclegowni. Może już się nagrzała. Jest wieczór. Weźmiesz szybki prysznic i spędzisz wieczór przed telewizorem otulona w kocyk i w swoje marzenia. Zadzwonisz do rodzinki. Opowiesz, jak się masz. Opuszczasz rolety. Jedna z nich się pruje. Chwytasz mocniej za sznurki. Roleta spada. Próbujesz ją zamocować. Nie udaje się. To nic, i tak nie byłaby potrzebna. Pokój mieści się na piętrze. Świecisz światło w łazience. Migoce, ale jest. Szykujesz ręcznik i inne akcesoria potrzebne do kąpieli. Żarówka wciąż migoce. Wchodzisz, zasuwasz drzwi i… światło gaśnie. Wychodzisz. Podnosisz rolety. Bezchmurne niebo. Pełnia księżyca. Będzie, co ma być. Zapamiętujesz układ pomieszczenia i wyobrażasz sobie, że bierzesz udział w zmaganiach na oszczędność czasu i miejsca pod prysznicem. Czujesz się jak modelka z obrazu G. Klimta kąpiąca się w księżycowej poświacie.

Całuchy-kluchy!

Patynowa Pani Domu. Owoc granatu

-Gdzie najszybciej dostanę owoc granatu?

-Na Rogatkach.

-Podjechałabyś ze mną na Rogatki?

-Tak, tylko wskoczę w coś bardziej wyjściowego.

Uzależnienie od zakupów czy zachcianki? Nie snuj przypuszczeń, tylko bądź gotowa do drogi w ciągu kilku minut.

Zanim się zorientowałaś, znalazłaś się na placu przed marketem. Nie stawiałaś pytań, bo sprawa wyglądała na poważną, gdy otrzymałaś alarmujące połączenie. W pierwszej chwili pomyślałaś, że to kwestia życia lub (na pewno) zdrowia, zatem pojechałaś do sklepu jako ekspert od owoców granatu. To, że najchętniej cisnęłabyś granatem, niekoniecznie tym z sokiem, to osobna rzecz. Dzielnie przemierzasz sklepowe aleje w poszukiwaniu pożądanego owocu. Jest! Jest i drugi! Kolejny! Każdy następny wydaje się być lepszym od poprzedniego. Wybieracie Waszym zdaniem najokazalszego. Będzie się pięknie prezentować na cieście lub babeczkach (mufinkach, czy mafinkach, czy jak je tam zwą). Zjem każdą, która będzie tego warta bez względu na zastosowaną metaforę i złożoność nomenklatury. A co do tego? Nic, pozostałe składniki są przygotowane. Na wypadek powodzi, trzęsienia ziemi albo innego kataklizmu wybieracie jeszcze jeden okaz. Ale ja nie mam odpowiedniej tortownicy. Nie mogłabyś upiec w ceramicznej formie w kształcie prostokąta? Lepiej trzymać się tego, co podaje przepis. Ty wykonujesz, Ty decydujesz. Trwają poszukiwania odpowiedniego naczynia. Na Rogatkach nie ma, więc udajecie się na przeciwległy koniec miasta. Może blaszka nie wygląda jak na reklamie, ale pewnie się nada. Ma przecież odpowiednie wymiary. Bierzecie. Płacicie. Wychodzicie.

Wracasz myślami do dziupli. To będzie nastrojowy wieczór, myślisz. Rozpylisz olejek. Lawendowy? Pomarańczowy? Może je nawet zmieszasz. Już witasz się z gąską, choć do św. Marcina daleko, gdy słyszysz: pomogłabyś mi zrobić ciasto? Zanim Twój najseksowniejszy organ zgromadził i przetworzył treść zasłyszanej informacji, Twoje usta i gardło wypowiedziały sakramentalne „tak”. Nie wracasz do dziupli. Przynajmniej nie od razu po zakupach.

Podziel owoc granatu na cząstki i wyskub pestki. Polecenie jak z karabinka. Wykonano. Przygotuj szpinak. Słucham?! Szpinak do blendera wrzuć i zmiel, ja ubiję jajka i przesieję mąkę. Matko, nie tak drobno. To nie na koktajl. Ile go dałaś?! Wszystek?! I co ja teraz zrobię? Szpinak wrzucisz na patelnię, zapultasz z jajkiem, śmietaną i czosnkiem, a potem zjesz jako pożywną kolację. Nie znosisz szpinaku? To dlaczego robisz ciasto z jego dodatkiem? Chodzi o barwę, a nie o smak. Dobrze, to ja zjem szpinak z czosnkiem, a Ty zrobisz ciasto w kolorze innym niż zielony. Coś nie tak ze śmietaną. Krem nie chce zgęstnieć, a jeszcze żelatyny nie dodałam. Co to za śmietana? 18%. Kremówka miała być. To nic. Zrobisz ciasto bez kremu. Takie gołe będzie? Saute, koleżanko. Minimalizm jest trendy. Pestki granatu zjemy jako pokolacyjny deser. Podobno świetnie wpływają na poprawę stanu cery i paznokci.

Całuchy-kluchy!

Patynowa Pani Domu. Rezerwacja noclegu

Powinnaś odpocząć. Nadszedł ten etap roku, w którym uznajesz, że trzeba doładować baterie. Jest poza sezonem, więc z noclegiem w cenie na Twoją kieszeń nie będzie problemu. I nie ma. Błyskawicznie znajdujesz miejscówkę i rezerwujesz ją. Klepnięte. Przez kilka dni będziesz leżeć, pachnieć i pić herbatkę z lawendą. I tworzyć wpisy na blog. To (jeszcze) niekomercyjna miejscowość, więc zapowiada się prawdziwy reset. Lokalizacja pensjonatu zadowalająca. Cisza, w pobliżu park i klimatyczne kawiarenki. Właśnie! Klimatyczne. Sprawdź, czy cena podana w ogłoszeniu nie zawiera dodatkowych, ukrytych opłat. Nie zawiera. Uff. Wystarczy na filiżankę kawy. Poza tym jeszcze przez kilka dni można bezkosztowo anulować rezerwację na wypadek, gdybyś uznała, że nie jesteś aż tak zmęczona. Drukujesz potwierdzenie rezerwacji. Czytasz opinie o pensjonacie. Dominują superlatywy. To będzie udany pobyt. Zamykasz stronę i w myślach planujesz, co zapakować, co jeszcze sprawdzić, jak dotrzeć, zabukować bilet, następnie go wydrukować. To ostatnie można zrobić jutro. Planowanie trzeba rozłożyć na etapy.

Jutro. Ponownie sprawdzasz dane obiektu noclegowego. Nie wierzysz. Cena podana na stronie internetowej jest niższa niż ta, której od Ciebie zażądano. To pewnie nieporozumienie. Telefonujesz w tej sprawie do pensjonatu. Połączenie przyjmuje zniecierpliwiona pracownica o znudzonych głosie. Wyjaśniasz, jaki jest cel kontaktu. Przecież może Pani odwołać rezerwację, słyszysz od poirytowanej osoby. Zależy mi na niej, lecz chciałabym wyjaśnić, dlaczego Państwo pobierają od gości wyższe opłaty niż podane na stronie internetowej. Może warto zamieścić informację, że ceny wzrosły ok. 30 %. Odpowiedź pracownicy: po co cokolwiek zamieszczać, skoro jest długi weekend, a w takich okresach oraz świątecznych ceny są inne. Może Pani odwołać rezerwację, jeszcze bez ponoszenia dodatkowych kosztów, jeśli Pani nie chce zapłacić, słyszysz ponowienie propozycji, od której rozpoczęłaś rozmowę. Właśnie o tym długim weekendzie ani o żadnym innym nie ma wzmianki na Państwa stronie. Pytam jeszcze raz, ile mam zapłacić za pobyt. Tyle, ile ma Pani na wydruku, pada odpowiedź. Zapłacę, ale skoro w ofercie widnieje inna kwota za nocleg, to dlaczego pobierają Państwo wyższe opłaty niż podane w ogłoszeniu, pytasz stanowczo, ale grzecznie. Odpowiedź: jeśli ktoś ma zapłacić, to wie, ile ma płacić, i nie trzeba pisać na stronie o długich weekendach. Odpowiedź Patynowej: dziękuję za informacje. Do usłyszenia.

Już wiesz, jakie podejmiesz kroki po zakończonej rozmowie. Odwołujesz rezerwację. Na szczęście koszty inwestycji poniesionych z tytułu nawiązania połączenia telefonicznego oraz wydruku potwierdzającego rezerwację nie nadszarpnęły poważnie Twojego budżetu. Najbliższy weekend spędzisz leżąc, pachnąc, popijając ulubioną herbatkę. Wieczorem wybierzesz się na cmentarz. Lokalne nekropolie też mają sporo uroku, szczególnie na początku listopada.