Oni. Kisiel morelowy

-To była pierwsza potrawa, którą nauczyłam się robić w dzieciństwie. Mama zbyt wyczerpana obowiązkami domowymi, sprawowaniem opieki nad dziećmi i pracą w gospodarstwie nie miała siły, by wieczorami go robić, a ja uwielbiałam kisiel o smaku morelowym. Na naturalnym soku. Chciałam go jeść prawie codziennie. Któregoś wieczoru mama nie wytrzymała i powiedziała, że jestem już duża i od dziś mam się nauczyć, jak go samodzielnie przyrządzać, więc się nauczyłam. Obecnie jest w sprzedaży w tubkach, ale ja i tak wolę sama go robić. Mieliśmy gospodarstwo. Sad. Drzewka morelowe. Ciasto, które Pani je, zawiera morele z naszego sadu. Cieszę się, że smakuje. Właściwie już nie uprawiamy owoców. Oddaliśmy sad w dzierżawę, gdy rodzice przestali dawać radę. Brat prowadzi ten lokal. Przejął po mamie. Próbowała Pani kompotu? Brat osobiście nadzoruje receptury. Nie zmienił pracowników kuchni od lat. Drugie pokolenie kucharzy dla nas pracuje. Tutaj na kolonii znamy się wszyscy. Doleję Pani. Ja mam problem, jak pewnie Pani zauważyła. Dlatego nie mogę prowadzić tego biznesu. Teraz jestem na przepustce. Trochę im pomagam, ale bardziej interesuje mnie, kto tu bywa. Cieszę się, że mogłam Panią poznać.

-Ogromnie mi miło. W ofercie nie ma kisielu o smaku morelowym, a tak chętnie bym skosztowała.

-Wiem, kim z zawodu Pani jest i że jest Pani przejazdem. Podoba się tu Pani. Różni ludzie tu zaglądają. A ja postanowiłam sobie, że wyjadę stąd do A., zostanę malarką i będę prowadzić własną galerię. Ale, jak Pani widzi, czasami trzeba odłożyć marzenia na bok. Kolejna terapia. Kolejni specjaliści. Kolejne turnusy. I na razie nie ma poprawy. Widzę, że Pani już prawie gotowa do wyjścia. Zaczeka Pani jeszcze chwilkę? Coś mam dla Pani. Szkic powstał dziś w nocy. Skutki uboczne mojej choroby to bezsenność. Ale nie tracę czasu. Jakąś ramkę ma Pani do tego? Zaraz… Jeszcze dedykacja…

One. Królik

-Jeszcze klucze.

-Proszę.

-Śmierdzi tu niemiłosiernie. Królikiem. A była rozmowa, że nie przyjmujemy zwierząt. Złamała Pani warunki współpracy, zatem okłamała mnie Pani.

-Ale to królik koleżanki. Na kilka dni miał tu zostać, bo ona wyjechała do domu. I tam została, a królik został tutaj.

-Nie interesują mnie motywy, którymi Pani się kierowała. W mieszkaniu śmierdzi króliczym moczem i jest brudno. Powinnam Panią dodatkowo obciążyć kosztami sprzątania i dezynfekcji. Co to jest?

-Płótno. Rozwiesiłyśmy je z koleżanką, aby podzielić pokój na części.

-Nie wolno Pani było wiercić w ścianach.

-Wiem, ale ja chciałam mieć jakiś kąt. Bo w dzieciństwie nie miałam nawet własnego pokoju. Jeden pokój dzieliłam z rodzeństwem. Potem pokłóciłam się z rodziną. Praktycznie się nie odwiedzamy.

-Te wszystkie worki z rzeczami należą do Pani?

-Tak. Zostało jeszcze coś na balkonie, ale to niech Pani komuś wyda. Może jakiejś organizacji, bezdomnym.

-Proszę to ze sobą zabrać albo wyrzucić.

-To może wyrzucę.

-Królika z klatką i jego rzeczami też proszę zabrać.

-Właściwie ten królik to mój przyjaciel. Dawniej czułam się taka samotna, a teraz, odkąd go mam, jest mi raźniej samej w wielkim mieście. Trochę kosztuje jego utrzymanie. Wszystko wydałam na weterynarza. A od dwóch tygodni szukam pracy i nic. Nawet na bilet nie mam.

-A rodzice?

-Nie są razem. Mama ma osobowość depresyjną, a tata odszedł od niej, gdy zaczęła się choroba. Mamy słaby kontakt.

-Ok, proszę znieść te rzeczy do kontenerów, a potem odwiozę Panią na dworzec.

Chusteczki

Stolica. Plac przed ekskluzywną szkołą dla dzieci i młodzieży. Placówka jest chroniona przez pracowników wyspecjalizowanej firmy. Pierwsza zmiana kończy lekcje. Rodzice i guwernerzy okupują miejsca parkingowe, dyskretnie wypatrując swoich podopiecznych. Latorośle tymczasem, ubrane w nienagannie skrojone mundurki, wybiegają z budynku szkoły. Tłum gęstnieje. Moje silne przeziębienie daje się coraz bardziej we znaki. Potrzebuję chusteczek jednorazowych na już. Te, które mam, zużywają się w zastraszającym tempie. Nagle za tłumem dostrzegam pełzające po chodniku dziecko. W pierwszej chwili myślę, że obraz został wykreowany tylko w mojej głowie, trawionej gorączką. Tuż obok pełzającego szkraba pojawia się drugi. Leży na kocyku, zajmując niewielką część brudnego chodnika. Uczniowie szkoły oraz ich bliscy mijają naprędce dzieci oraz postać, która na płachcie rozłożonej obok dziecka sprzedaje… chusteczki higieniczne. Podchodzę bliżej i usiłuję wyjaśnić, że potrzebuję sporego zapasu. Wychudzona dziewczyna o dłoniach zniszczonych pracą oraz nieregularnym trybem życia wręcza mi dwie paczuszki chusteczek i podaje cenę. Nie mówię w jej języku. Płacę za kilka opakowań. Jedno z dzieci na czworakach surfuje pomiędzy nogami przechodniów. Drugie śpi na kocyku obok towaru, jakby nie istniał świat ulicznego chaosu. Korków. Przechodniów podążających do klubu fitness albo na lunch. Matka wydaje resztę. Nasze spojrzenia krzyżują się. Za dużo. Nie chcę się targować. Chcę kilka opakowań. Słychać znajomy krzyk: pospiesz się. Nie zdążymy na autobus. Kobieta bierze zapłatę za jedną paczkę, a pozostałe wkłada mi w dłonie. Nie mogę tego przyjąć. Spogląda mi prosto w oczy. Mam zapas. Obejmuje swoją dłonią (a właściwie jej szkieletem) moją, która kurczowo trzyma opakowanie chusteczek. Pozwalam sobie pomóc. Obiecuję wrócić tą samą trasą. Przyniosę jej obiad. I nie zapomnę. Kilka godzin później już jej nie ma. Kolejnego dnia nie ma śladu po przeziębieniu.

One. Serwetka

-Prosiłam o bajgla z indykiem na ciepło, a ten, którego otrzymałam, jest zimny i na pewno nie zawiera mięsa drobiowego.

-Faktycznie. Pamiętam. Proszę mi go dać. Natychmiast wymienimy. Chwilowo skończyły nam się porcelanowe kubki i filiżanki. Czy możemy podać Pani czekoladę w kubku jednorazowym?

-Tak.

Pracownica kawiarni wygląda na zamyśloną. Na twarzy maluje się przemęczenie oraz grymas bólu. Ostre światło zamontowane w lokalach zdradza wszelkie mankamenty urody spowodowane np. nieprzespaną nocą. Cera kelnerki jest wręcz trupio blada, a dłonie chaotycznie ślizgają się po pulpicie urządzenia rejestrującego opłaty.

-Proszę usiąść. Zamówienie przyniosę do stolika.

Zajmuję zatem miejsce za filarem. Zauważam, że przy sąsiednim stoliku zatrzymała się kobieta na wózku inwalidzkim. To prawdziwy napędzany elektronicznie rolls-royce wśród pojazdów przeznaczonych między innymi dla osób z postępującymi chorobami neurologicznymi. W myślach stawiam diagnozę. Stwardnienie zanikowe…

-Proszę, oto Pani zamówienie.

-Dziękuję. Mogłaby Pani przetrzeć blat?

Dziewczyna z sąsiedniego stolika potrzebuje chusteczki do wytarcia ust. Przydałaby się też papierowa serwetka na kolana. Znam ten upór. Napięcie twarzy i grymasy mówią „Odwal się. Dam radę”. Poradzisz sobie, oczywiście, że tak. Zacięcie i upór nie gasną. „Nie poproszę o pomoc”. Odjedź kawałek tą gablotą, ale w taki sposób, aby odwrócić się do mnie plecami. Dziewczyna czyta mi w myślach. Tymczasem wstaję i bezszelestnie przekładam serwetki na brzeg jej stolika tak, aby przy pomocy dwóch sprawnych palców mogła je wydobyć z pojemnika. Ściskam bajgla nieco mocniej, a sos kapie mi na dłoń.

-Mogę z Pani stolika jedną chusteczkę?

Jest zgoda. I uśmiech widoczny w spojrzeniu. Wyjmuję więc dwie papierowe serwetki, a następnie je rozkładam, przy czym jedna przypadkiem ląduje na udach niepełnosprawnej dziewczyny, która potakująco skłania głowę. Może tak zostać.

-Pierwszy raz zatrzymałam się na lunch w tym punkcie. Mają tu pyszne kanapki.

Mrugnięcie sąsiadki oznacza aprobatę.

One. Noc

-Pani pewnie też jedzie do uzdrowiska.

-Tak, w pewnym sensie. Jadę odpocząć.

-Ja pierwszy raz jadę nocnym autobusem i tak daleko. Babcia powiedziała, że dla nas obu nie wystarczy pieniędzy na bilety i dlatego jadę sama. Tak się bałam, czy mam ważny bilet i czy wsiądę do dobrego autobusu. Tam, na miejscu odbierze mnie opiekunka z ośrodka. Babcia długo starała się o ten obóz czy jak to się nazywa…

-Turnus.

-Tak, turnus. Będę się tam uczyć, jak się zdrowo odżywiać, jak o siebie dbać.

-To ciekawe zajęcia. W jakiej miejscowości?

-Pokażę Pani. Tu mam napisane. Czepiają się mnie, że jestem gruba i mam tłuste włosy.

-To przykre.

-Jestem przyzwyczajona. Może w ośrodku kogoś poznam, zaprzyjaźnię się i będziemy do siebie pisać i się czesać.

-Warto zaryzykować.

-Bo ja mam więcej kontaktu ze zwierzętami zamiast z ludźmi. Niech Pani zgadnie, ile zwierząt mam w domu.

-Nie potrafię… Kilka sztuk.

-Dwa szczury, psa, chomika i rybki, ale akwarium jest bardziej taty. Natomiast jego nowa dziewczyna nie lubi zwierząt i każe mi się ich pozbyć. Ale rybki mogą zostać pod warunkiem, że tata je ogarnie.

-To wesoło masz w domu ze zwierzętami.

-Cały czas jest hałas, a gdy chcę pobyć w ciszy, wsiadam do tramwaju i jeżdżę do końca trasy, potem się przesiadam do innego. Biorę ze sobą książkę albo notes do rysowania. Chce Pani zobaczyć moje rysunki?

-Tak, chętnie.

-To nasze mieszkanie. To tata, obok niego nasz pies. Siedzą przy piecu. Zimnym. Dziewczyna taty nie daje pieniędzy na opał. Chce wyburzyć piec.

-Może warto go zatrzymać?

-Proszę Pani, teraz już nikt nie ma w domu takiego pieca. Trochę to obciach.

Notatki. Sierpień

Kolejna noc spod znaku ulewy. Lubię słuchać, gdy krople deszczu uderzają o bruk dziedzińca oraz o meble i rośliny ogrodowe ustawione wzdłuż niego. Daruję sobie sen. Jest tak przyjemnie, że wychodzę na balkon i usiłuję oczyścić pękniętą na pół głowę. Za bardzo analizujesz i masz zbyt wysokie oczekiwania, usłyszałam w odpowiedzi na swoje niedawne rozterki, stąd tak silne emocje. Gdybyś je <oczekiwania> ograniczyła albo zredukowała, nie byłoby tylu dylematów, analiz. Może powinnaś skorzystać z fachowej pomocy? Coach? Mentor? Znowu to samo. W jakim celu rozkładam te zdania na czynniki pierwsze? Chwytam małą poduszkę, otulam się szczelnie kocem i ląduję w hamaku. Może tym razem zasnę? Deszczowe noce są takie kojące. Gdy odpowiednia pozycja w hamaku zostaje zajęta, odpycham się łagodnie bosą stopą od podłoża i zaczynam się rytmicznie bujać. Głowa serwuje rozmaite myśli. Dokończ notatki. Uporządkuj oba dyski. Napisz zaległy e-mail. Zmodyfikuj biurko. Zacznij od znalezienia dobrego stolarza. Zaczynam od jutra. Teraz jesteśmy tylko poduszka, ulewa, noc i ja. Jesteśmy jednością.

Budzi mnie krakanie wron i kawek. Nie miałam pojęcia, że tyle ich tu jest. Ale budynek jest przecież stary, zawiera mnóstwo ptasich kryjówek i wymaga kapitalnego remontu. Nic dziwnego, że te piękne ptaki upodobały go sobie jako miejsce przeznaczenia. Schodź na śniadanie, już czas. Zdawałyby się mówić do mnie w ptasim języku.

Pary podczas wspólnych wyjazdów niekiedy zachowują się osobliwie, w sprzeczności wobec zasad właściwych czysto ludzkiej naturze. W jadalni pojawiają się: on ubrany w koszulkę z logo popularnej firmy produkującej motocykle (innego dnia miał na sobie T-shirt z nadrukiem biblijnej bestii). Na stopach oczywiście popularne klapki marki będącej częstym gościem memów. Ona, która bardzo chciałaby być obsługiwaną damą o nienagannej dykcji i manierach. Kawa z mlekiem? Jaką wziąłeś? Jakiej marki? Ile nalałeś? Skąd? Tam była. Mogłeś z innego pojemnika wziąć. Dużo mleka dałeś? Jakie pieczywo bierzesz? Ile kromek? Jakiego rodzaju? Do wędlin możesz wziąć dodatki. Musztarda. Ketchup. Tylko nie wyciskaj za mocno. Bo wytryśnie. Coś do picia jeszcze przynieś. Może spróbuj soku. Tylko uważaj na żołądek.

Stoję przy ekspresie do kawy i kątem oka przyglądam się twarzom rozmówców. Przyrządzam kawę tak mocną, o jakiej on mógłby co najwyżej śnić przy swojej wybrance, i z taką ilością mleka, jakiej potrzebuję. Wcinam ciastka i kawałki owoców. Do tego świeżo wyciskany sok. Uśmiecham się do mężczyzny znacząco, aby wiedział, że ja wiem, przez co on przechodzi. Człowieku, wycofaj się, zanim będzie za późno. I zmień koszulki, bo kłócą się z Twoją osobowością.

One. Przerwa

-Zadzwoniłam, bo pomyślałam, że nie śpisz. Widziałam, że jesteś online.

-Czasami zapominam wyłączyć, ale istotnie, mam dziś kolejną noc dla siebie. Skąd dzwonisz?

-Z dworca. Czekam na pociąg. Ładuję telefon. Mam przerwę. To jeszcze trochę potrwa.

-Wysłałam materiały na konkurs, jak mi radziłaś.

-Świetnie. Kiedy wyniki?

-Kapituła zbierze się w najbliższym tygodniu i wyłoni zwycięzców, którzy otrzymają nagrody pieniężne. Nawet ci wyróżnieni.

-Na co przeznaczysz wygraną?

-Daj spokój.

-Na co?

-Nie sądzę, abym się załapała. Zrobiłam to raczej dla sportu i w ramach autoterapii.

-To niewłaściwe podejście. O czym pisałaś?

-O galeriach handlowych, a właściwie o walkach z samotnościami, które rozgrywają się na ich terenie.

-Jaki był pomysł na realizację?

-Opisałam kilka historii na podstawie tego, co zobaczyłam i czego doświadczyłam. Całe szeregi ludzi w różnym wieku zmagają się z samotnością myśląc, że w galeriach można się ukryć. Ale to nieprawda. Tam dopiero można być wyeksponowanym. Niektórzy klienci wyjmują laptopy udając zapracowanych, a w gruncie rzeczy pragną, aby ktoś ich dostrzegł. Częściowo odpowiadam na ich potrzeby uśmiechając się niby przypadkiem, gdy mijam ich stoliki. W oczach widać wtedy podziękowanie. Dużo mamy czasu?

-Bez obaw. Dam znać, gdy zacznę się zbierać. Mów do mnie. Uwielbiam Cię słuchać, o czytaniu nie wspominając.

-Własne obserwacje zamieściłam w pracy konkursowej, a w ramach grafiki dołączyłam samodzielnie wykonane i lekko podrastowane zdjęcia. Opisałam też krzywdzącą się parę. Ona miała w oczach smutek i krzyk. Co najmniej dwa razy domawiała ciastko, aby przedłużyć coś, czego konsekwencje są tylko rozłożone w czasie. On miał jej dosyć. Zdradziły go drobne, niby nic nie znaczące gesty i spojrzenie.

-Mówiłam Ci, że poprosiłam o przeniesienie w ramach projektów? Będę prowadzić zajęcia dla osób samookaleczających się i ano. Zaczynam od przyszłego miesiąca. Mogę liczyć na Twoją fachowe wsparcie?

-Schlebiasz mi. Nie wiem, czy będę potrafiła.

-Na początek możesz mi polecić coś z literatury. Tylko niezbyt dużo. Liderka mówi, żebyśmy podpierali się nazwiskami autorytetów.

Oni. Matura

-Nie mogę jechać na wycieczkę.

-Przestań. Dlaczego?

-Syn pisze wtedy maturę.

-I co? Chcesz ją napisać za niego?

-Nie o to chodzi. On może mi wywinąć numer.

-Jest dorosły.

-Za każdym razem, gdy wracam do domu, mamy nowy problem.

-Jak długo zamierzasz go tak niańczyć?

-Aż zda.

-A jeśli nie zda?

-Nie mogę jechać i już. Muszę go przypilnować.

-Okazja do wyjazdu może się nie powtórzyć. Przy takiej cenie?! I zaliczkę masz z głowy.

-Odpada. Musze przypilnować młodego. Powiedział, że nie pójdzie na egzamin. Boję się o niego.

-Będzie nadal wywijać numery, bez względu na wszystko. Taka jego natura.

-A jak Twoje sprawy? Na długo przyjechałaś?

-Na kilka dni. Umówiłam się z notariuszem.

-Jest szansa, że odzyskasz swoją część domu?

-Przecież jej nie utraciłam.

-Za każdym razem, gdy przyjeżdżasz, jest tutaj mniej Twoich rzeczy.

-Fakt, znikają w zastraszającym tempie.

-Jakby ktoś chciał zatrzeć ślady obecności. Dużo jeszcze tego zostało?

-Trzy kartony.

-To wszystko?

-Nie mam się gdzie podziać.

-To rześko.

-Przenocujesz mnie? Na kilka dni.

-Nie przenocuję.

-Ok, tak tylko pytam. Kogo teraz przygarnęłaś? Albo co?

-Nikogo. Potrzebuję ciszy. Pracuję. Poza tym spotykam się z kimś.

-Gratuluję! Jak Ci się to udało?

-Tak jakoś wyszło.

-Powiesz coś więcej?

-Nie powiem.

-To dlatego nie chcesz jechać na wycieczkę. Syn sobie poradzi bez Ciebie, a Twoje obawy dotyczą czegoś innego.

-Bingo! Znowu wygrałaś. Jak Ty to robisz?

One. Ziemia

-Mamy zajęty kalendarz do końca roku. Akurat terminy podane przez Panią idealnie się w niego wpisują.

-Cieszę się, że znalazły Panie dla mnie czas. Śmieszne są te kozy. Uciekły przede mną, ale nie miałam zamiaru ich wystraszyć.

-To matka i córka. Dzięki nim mamy mleko, bo dziecko Heli ma alergię i lekarz pediatra zalecił kozie mleko zamiast krowiego. Nie chce małemu dawać sztucznych mieszkanek. Inaczej, jej zdaniem, prowadzenie takiego gospodarstwa nie miałoby sensu. Przy okazji wyrabiamy sery, ale wyłącznie na swój użytek.

-Jak długo Pani tutaj pracuje?

-Dwa lata jako instruktor, ale od czasu do czasu pomagam w gospodarstwie. Przyda się dodatkowa para rąk. Będziemy rozbudowywać stajnie, dlatego w perspektywie skupimy się głównie na jeździe sportowej.

-Mam nadzieję, że do tego czasu uda mi się dość dobrze opanować podstawy.

-Bez obaw. Jest Pani blisko celu. Jeśli szuka Pani pokoju do wynajęcia, za jakiś dobry tydzień zwolni się jeden. Byłby idealny dla Pani i nie trzeba byłoby tracić czasu i pieniędzy na dojazd na lekcje.

-Przyznaję, że ładna okolica, a gospodarstwo robi wrażenie. Jest zadbane. Zwierzęta też.

-Przyjechałam tutaj na praktyki i zostałam. Wraz z narzeczonym mamy zamiar kupić ziemię w tej części Polski.

-Tu w okolicy?

-Niekoniecznie. Raczej na wzgórzu. I na końcu świata, gdzie będą tylko góry, lasy i konie.

-Będą Państwo dodatkowo coś uprawiać?

-Ziemia jest potrzebna, aby założyć stajnię. Chcemy zawodowo prowadzić działalność związaną z końmi. Jazda. Hotel. Dzierżawa. To mądre i piękne zwierzęta. Są jak dzieci. Przytrzyma Pani?

-Tak.

-Stara chata do remontu byłaby ok, ale na początek możemy zamieszkać w przybudówce tuż przy stajniach. Gdzie ta Zosia? Miała mi pomóc zaprowadzić konie.

-Chętnie pomogę, jeśli to nie problem.

-Nie, a prowadziła Pani kiedyś?

-Mogę się nauczyć, jeśli Pani pozwoli.

-Proszę tu chwycić i idziemy. Pięknie! Bardzo dobrze sobie Pani radzi.

-Dziękuję. Staram się. Mam nadzieję, że pozostaniemy w kontakcie. Proszę dać znać, gdy z pomysłów coś się urodzi. Będzie mi ogromnie miło zagościć u Państwa.

Frytki z batatów

-Pani jest taka pełna życia i ma piękną cerę. Jaki jest sekret utrzymania jej w tak dobrej kondycji? Jeśli to nie tajemnica oczywiście.

-Częstuję ludzi uśmiechem. Oprócz frytek, ale nimi zarabiam na życie. Podać Pani sól?

-Nie, dziękuję. Od razu Panią zauważyłam. Ma Pani fantastyczne podejście do dzieciaków. Ale na tym chyba nie da rady zarobić tym bardziej, że cena porcji dla nich jest inna niż ta oficjalnie podana.

Ruch przy budce wzmaga się, więc rozmowa jest przerywana. Ale mimo to właścicielka nie przestaje się uśmiechać do klientów dla każdego mając ciepłe słowo.

-Jest Pani bardzo spostrzegawczą osobą w takim razie. Kiedyś pracowałam w szkole. Napatrzyłam się na to, jak dzieciaki boksują się z życiem.

-I co sprawiło, że po części zmieniła Pani profesję?

-Sporo przeszłam. Nie godziłam się na zmiany. W międzyczasie przebrnęłam przez ciężki rozwód. Zostałam z niczym. Bez mieszkania. Nie miałam się gdzie podziać. Wtedy poznałam B. Gdzieś tu się kręci. Robi obchód okolicy. Jutro wyruszamy bardziej na północ.

-Też na kiermasz tego typu?

-Tak, połączony z nadaniem imienia jakiemuś ośrodkowi.

-Taki kawał świata Państwo zjeżdżą. Można przy okazji poznawać ciekawych ludzi.

-Głównie bezdomnych. Takich jak my. Nie wiem, na ile jest Pani zorientowana w temacie tzw. wykluczonych.

-Coś tam wiem, ale to nieuporządkowana wiedza i raczej nienabyta na drodze osobistej praktyki.

-W Polsce żyje cała masa ludzi, którzy nie mają się gdzie podziać. Wędrują z dobytkiem na plecach lub w rękach. Widzę w nich siebie sprzed lat.

-Duży ruch u Pani.

-Nie zawsze tak było. Konkurencja nie śpi. Podatki nas zjadają.

-Frytki smakują wybornie. Pomysł oryginalny. Posiłki spod znaku eko na kółkach.

-Cieszę się, że Pani tak mówi. Od wczoraj widzę, jak Pani krąży po polu, ale stołuje się chyba głównie u nas. Mam rację?

-Tak i dlatego mam odwagę zapytać o czas sprzed ciężarówki.

-Chciałam być zawodowym kierowcą, dlatego złożyłam podanie do technikum w czasach, gdy dziewczyn raczej nie przyjmowano do tego typu szkół. Wraz z dwiema koleżankami byłyśmy pionierkami.

-Świetnie. Warto przełamywać schematy. Iść pod prąd. Pokazać, że można.

-Byłam… Jestem autsajderem. Pani też nim jest. Widzę to w Pani oczach. Taka wilczyca stepowa.

-Coś tłoczno na tym stepie się robi.