One. Rocznica

Po przebudzeniu nie spojrzała od razu na zegarek, jak miała w zwyczaju. Postanowiła zostać w łóżku. W końcu to dzień wolny od pracy, przynajmniej tej, za którą otrzymuje wynagrodzenie. Słyszała dziecięce głosy wydobywające się z korytarza oraz matkę po raz kolejny strofującą pociechy. Następnie był trzask zamykanych drzwi oraz odgłos przekręcanego klucza. Co się dzieje? Co tak pachnie? Jak tu ciepło. Sygnał SMSa. Odstawię dzieciaki na cały dzień do Lufcika. Mamy dla siebie sobotę, przynajmniej do 17.00. Ok, niczego mi wcześniej nie powiedziała. Dzwonię. Wszystko jasne. Zwłaszcza niespodzianki w jej stylu.

-Jak się dziś czujesz? Dasz radę wyjść z wyra i wziąć prysznic? Zostawiłam ciasto w piekarniku. Marchewkowe. Z orzechami. Powinnam wrócić, zanim dojdzie. Na wszelki wypadek czuwaj.

Postanowiła czuwać. Opuściła łóżko. Po wczorajszej gorączce nie było śladu. Napar z kwiatu lipy oraz herbata z dodatkiem soku z malin zaliczyły dobrą robotę. Ech, te naturalne sposoby. Weszła pod prysznic. Śpiewała na całe gardło. Piosenkę. Ich piosenkę. Nie słyszała, jak otwierają się drzwi do mieszkania. Wyszła z łazienki owinięta w ręcznik nie przerywając wykonywania piosenki. Pisk.

-Śmiało, nagrywam Cię.

-Jak możesz?

-Mogę. Wiesz, jaki dziś dzień?

-Sobota.

-Nie dzień tygodnia, tylko jaki dziś szczególny dzień.

-Yyy… mamy listopad, sobotę.

-Też. Ale co się kiedyś wydarzyło?

-Oświeć mnie.

-Poznałyśmy się. Wtedy na dziedzińcu. I wymieniłyśmy telefonami. Siedziałaś wściekła i powiedziałaś, abym się od… abym sobie poszła. A ja powiedziałam, że jesteś bezczelna i nieszczęśliwa, skoro nowo poznanej osobie mówisz takie rzeczy. I dobrze, że nie dla Ciebie zabrakło biletu.

-Padało. Było zimno. Żadna z nas nie dostała biletów w kasie. Ty zachowałaś spokój, ja wręcz odwrotnie. Do końca miałyśmy nadzieję, że je odkupimy. To był pierwszy koncert w Polsce. Na bilet przeznaczyłam swoje stypendium. Ty w efekcie go dostałaś Załatwiłaś sobie od koników. Ze mną nikt nie chciał rozmawiać.

-Nic dziwnego. Zobaczyli scenę, którą zrobiłaś, i uciekli. Nie poszłam na koncert. Wiedziałam już wtedy o chorobie. Odechciało mi się wyjazdów, rozrywki, życia. Zadzwoniłam do Ciebie chcąc odsprzedać bilet. Wyjaśniłaś, że sprawa jest nieaktualna, bo straciłaś pracę i nie miałaś czym zapłacić. Tak więc odstąpiłam Ci bilet. Powiedziałam Ci o chorobie oraz objawach jej towarzyszących. Zaproponowałaś, że będziesz się mną opiekować przez dwa tygodnie, aby spłacić prezent.

-Początkowo nie chciałaś się zgodzić.

-Ale w końcu się zgodziłam. Karmiłaś mnie tartą marchewką z cynamonem. To na wzmocnienie, tłumaczyłaś. Obiecałam sobie, że gdy mi się poprawi, to nie tknę marchewki, a ty mi ją nieustannie serwowałaś. Duszoną. Gotowaną. Na surowo. W cieście.

-Ciasto!

-Co z nim?

-Będzie dobrze. Uchyliłam drzwiczki piekarnika. Wiesz, jak długo się znamy?

-Dłużej niż trwa Twoje małżeństwo.

Nieruchomość na sprzedaż

-Jeśli się zdecydujemy, zadzwonimy do Pani. Może w przyszłym tygodniu.

-Wolałabym wcześniej. Dom cieszy się sporym zainteresowaniem. Mogę dać Państwu czas do piątku, do wieczora.

-W takim razie dziękujemy Pani za poświęcony czas. Nie jesteśmy zainteresowani tą nieruchomością.

-To ja dziękuję. Do zobaczenia.

Gdy pracownica biura nieco się oddaliła, ona wyraźnie odetchnęła z ulgą.

-No, kolejny nic nieznaczący gniot. Tracimy czas. Zmieńmy agencję lub zacznijmy czegoś szukać na własną rękę.

-Dlaczego od razu ją pogoniłaś? Widać było, że się starała. Mogłaś chociaż udawać zainteresowanie. To już czwarta oferta, którą odrzucasz po prezentacji.

-Tu się nie da mieszkać. Widziałeś te wszystkie słodkie pierdy, kominek, iglaki w ogrodzie, korę przed domem. Wszędzie to samo. Wyczułam dziwny nastrój w tym miejscu. Nie chciałabym tu zamieszkać, a już na pewno niczego bym nie napisała, może z wyjątkiem ogłoszeń.

-Można byłoby go nieco przerobić. Na Twoje potrzeby.

-Prędzej zbudowalibyśmy nowy. A gdzie miejsce na Twoją pracownię? Nawet porządnej piwnicy nie ma, dobrze oświetlonej, z osobnym wejściem. Poza tym małżeństwo, które wybudowało ten dom, właśnie się rozwodzi i dzieli majątek. Chcesz wprowadzać się do miejsca, które od początku jest przeklęte? Jeśli tak, w tej okolicy jest cała masa takich domów.

-W naszym gniazdku na poddaszu robi się ciasnawo. Rodzice są tolerancyjni, skłonni dołożyć do remontu, ale sama rozumiesz.

-Ty nie rozumiesz, a rodzice nie są tolerancyjni. Nazywajmy rzeczy po imieniu. Wymarzyłam sobie stary dom z oknami wychodzącymi na stronę zachodnią, podpiwniczony, z werandą i patio, na której będę pić espresso podczas mroźnych poranków. Ty będziesz mieć wydzielone miejsce na pracownię, bez naruszania strefy prywatnej. Nie możemy stale wynajmować. Od przyszłego miesiąca właściciel znowu podniesie czynsz. Jakoś tam się jeszcze mieścimy. Twoje sprzęty, biurko, komputery. Łóżko. Przeniesiemy je w jednym kawałku do nowego domu. Ciężko mi pogodzić się z tym, że ludzie przychodząc do Ciebie kładą ubrania na nasze łóżko. Mieszkanie jest niby nasze, ale walają się po nim rzeczy różnych osób korzystających z łazienki, którą głównie ja sprzątam. Głupio mi tak chodzić w szlafroku po mieszkaniu, gdy goście przesiadują do późna i rozmawiają z Tobą o realizacji pomysłów.

-Stare budynki najczęściej wymagają kapitalnego remontu.

-Są często gotowe do zamieszkania i nie trzeba od razu robić kapitalnego. Uwielbiam drewniane, skrzypiące podłogi i dekoracyjne poręcze. Aha, i dobrze byłoby, gdyby taki dom znajdował się w pobliżu cmentarza. Miałabym blisko na spacery.

-Co chcesz robić na cmentarzu?

-Poszukiwać inspiracji do opisywanych historii. I trwać w zadumie oczywiście.

Łańcuszek

-Może go przypadkiem zostawiłaś w szatni albo gdzieś w sklepie, gdy przymierzałaś ubrania?

-Dzwoniłam do sklepu, nawet z menago rozmawiałam. Ponownie sprawdził. Nie ma. Zostawiłam namiar na siebie. Wyjaśniłam, dlaczego łańcuszek jest cenny i po czym rozpoznać, że to ten właściwy. Zgubiłam go razem z zawieszką w kształcie klucza wiolinowego. Ma charakterystyczne cechy użytkowania.

-Nie zostawiłaś go u kogoś?

-Nie, nie zdejmowałam go z szyi, chyba że przed kąpielą. Ale obdzwoniłam nawet ośrodki, w których nocowałam podczas urlopu… Nie znalazł się.

-Znajdź podobny i kup, jeśli Ci na nim tak zależy.

-Nabyłam go w szczególnych okolicznościach, zrozum. Ale ok, poszukam podobnego, jeśli nic się nie zmieni.

Telefony oraz e-maile. Rozmowy i opisy. Przesyłanie przykładowych zdjęć do sklepów jubilerskich. Wszystko na nic. Mamy podobny. Pamiętamy Panią. Dołożymy starań, by klucz wiolinowy był tych samych rozmiarów, co poprzedni. Odtworzymy go na podstawie fotografii i Pani szczegółowego opisu. Dziękuję, to dla mnie bardzo ważne. Miałam go przez wiele lat. Ogłoszenia na portalach społecznościowych. W miejscach pracy. Cisza. Panika. Nawrócenie. Modlitwa. Obwinianie siebie. Mogłaś bardziej uważać. Nie zdejmować.

Któregoś dnia na jarmarku. To ten. Poproszę zawieszkę i łańcuszek do niej. Proszę nie pakować. Założę od razu. Żałoba po poprzednim łańcuszku trwa. Znalazł się, słyszę od innych. Nie znalazł. Kupiłam następny.

Przeprowadzka. Kolejna. Ile ich jeszcze przede mną? Pakowanie rzeczy. Biżuteria ręcznie wykonana złożona w jednym pudełku. Część rozdana. Sobie zostawiam niewielką ilość. Kartony czekają na wywiezienie do miejsca przeznaczenia. Zostawiam za sobą kolejne życie.

Po latach. Trzeba uporządkować mieszkanie. Pozbyć się mebli i reszty bibelotów. Nie można go tak zostawić. Nie damy sobie rady z meblami. Są za ciężkie. Rozlecą się. Może chociaż spróbujemy. Pojedynczo. Coś drgnęło. Jeszcze raz. Tam coś jest. Zaczekaj. Jakiś sznurek, nitka? Nie! Nie zgadniesz! Twój łańcuszek! Niemożliwe! Możliwe! Brudny, ale w całości. Trzeba będzie doczyścić. Kluczowi wiolinowemu nic się nie stało. I jaki czyściutki. Nie wierzę! Uwierz!

 

Patynowa Pani Domu. Świąteczny klimat

Pora zrobić zapasy. Dziupla świeci pustką. Wybiorę się na zakupy z rana, myślisz, może będzie mniej ludzi. Dotrzymujesz danego sobie słowa i w sobotę przed południem jesteś w centrum handlowym. Dawno tam nie byłaś. Dawno, czyli od początku września, gdy jeszcze trwała końcówka wyprzedaży. Kupiłaś wtedy mydelniczkę. W dłoni trzymasz listę niezbędników na czas wojny i pokoju. O stanie zawieszenia broni jeszcze nikt nie wspomniał. Najpierw stoisko z warzywami, a przy nim tylko jedna para. Ona w wieku postbalzakowskim, on w podobnym. Oboje noszą okulary. Ogólnie niezbyt urodziwi i raczej nierzucający się w oczy, chyba że ktoś postanowi napisać o nich np. na blogu. Pójdzie zatem szybko i gładko. Nie tym razem. Przy okazji wysłuchujesz, co planują zrobić na obiad. Tonem żółwia wymieniają same paskudztwa. Ona: może fasolową. Z chudą śmietanką. On: czy Twój brzuszek to wytrzyma? Ona: nie wiem. On: może kapuśniaczek. Na żeberkach. Kapustki kupimy. Ukiszonej. Ugotujemy na dwa dni. Kapuśniaczek – obrzydlaczek, rzucasz w myślach. Nie słyszysz odpowiedzi, bo z nadmiaru słodkości uchodzących z ust klientów robi Ci się niedobrze. Idziesz więc na pasaż i miotasz się pomiędzy regałami nie wierząc własnym oczom. Już są!!! Stoją w równym rządku i uśmiechają się do Ciebie ze sklepowych półek. Mikołaje i inne krasnale z czekoladopodobnej miazgi. Bożonarodzeniowe ciastka, włoskie babki z rodzynkami, czekolady z motywem bałwanów, ozdoby z lukru na choinkowe drzewko, marcepanowe stożki, pierniczki, drobniutkie cukierkowe figurki na świąteczne babeczki. Wrzucasz kilka paczek słodyczy do koszyka. Zgodnie z prawem przyciągania oraz zasadami pozytywnego myślenia, serwowanymi raz po raz przez osoby mianujące się trenerami rozwoju, możesz mieć, co tylko zechcesz pod warunkiem, że przyciągniesz to myśleniem (a to ciekawostka). W takim razie chcę, by święta Bożego Narodzenia były w październiku. Kto nie wierzy, że się uda, niechaj uda się do pobliskiej galerii handlowej.

Nie inaczej sytuacja wygląda na stoisku z wyposażeniem wnętrz. Produkty zawierające świąteczne elementy wypierają inne. Pytasz obsługę o zapachy do mieszkań, z motywem jesiennym oczywiście. Są, odpowiada przemiła ekspedientka. Trwa pora dnia, gdy jeszcze ma siły i ochotę się uśmiechać. Ale proponowałabym Pani skorzystanie z oferty świątecznej. Mamy nową kolekcję. Ładnie schodzi. Zapach marcepanu, goździków, pomarańczy. Goździki masz w słoiku, podobnie jak wanilię i skórkę pomarańczy. Dziękujesz i wychodzisz. Nawet nie spoglądasz na poduszki z nadrukiem renifera tudzież łosia ani na zestaw kubków i talerzyków z podobizną tychże zwierząt.

Wracasz z pełną siatką zakupów. Jest w niej to, co zwykle. plus świąteczne ciasteczka. Zostaną schrupane do popołudniowej kawy. Gdy znajdujesz się w znajomej okolicy, w nozdrza uderza Cię zapach palonych liści (śpijcie spokojnie, śliczniusie jeżyki; mam nadzieję, że nie będziecie długo cierpieć) i czegoś, co wydobywa się z kominów lokatorów. Chciałaś poczuć jesień i czujesz jesień. Prawo przyciągania działa w praktyce. W drodze powrotnej zachciało Ci się świątecznych pierogów z kapustą i grzybami. Dwie godziny później telefon z informacją: pierogi jadą.

Całuchy-kluchy!

Patynowa Pani Domu. Obiad w rodzinnym gronie

Nie znosisz hasła „dawno się nie widzieliśmy”, szczególnie w wykonaniu niby lubianego członka rodziny, który generuje odzew „może wpadłabyś do nas, np. w niedzielę”. O tym wiedziałaś już od lat, ale po mijającym dniu Twoja wiedza została dodatkowo usystematyzowana. „Dlaczego nie. Brzmi zachęcająco” (znowu ta kurtuazja). Chętnie odwiedzę Was w niedzielę”. „To super. Może na obiad. Moja ugotuje coś dobrego, a Tobie przyda się kilka dodatkowych kalorii. Będą jeszcze inne osoby”. „Jasne. Może mogłabym Wam jakoś pomóc? Coś przynieść, np. deser”? Co i kogo obchodzą moje kalorie. Nie liczę ich, podobnie jak lat i pieniędzy. „Nie trzeba. Nie będziesz pałować się z pieczeniem i wożeniem tego po pociągach”. Kto powiedział, że będę piec?

Tak czy inaczej nadchodzi dzień upragniony przez innych. Nie zastanawiasz się, co na siebie włożyć. We wszystkim wyglądasz jak sto milionów euro (przeznaczonych na cel charytatywny). Zostałaś hojnie obdarzona przez naturę. Jak mawiała słynna projektantka „stylu i klasy za pieniądze nie kupisz”. Masz styl, właściwie różne, a klas ukończyłaś kilka (naście). Sukienka z secondhandu w kolorze butelkowej zieleni robi wrażenie. Od kilku lat zakładasz ją głównie na spotkania w rodzinnym gronie, by przekazać zaproszonym gościom, że w Twoim wieku najlepszą ozdobą jest miłość (niczym do słów piosenki z tańcem w tytule: „gdy trzymasz mnie za rękę, to nawet w starej ładnie mi sukience”) oraz kropelka perfum nr itp. itd. Gdy mózg, najbardziej seksowny organ, w naszym ciele, jest dodatkowo ładnie opakowany, masz wygraną w kieszeni. Co byś zrobiła z takimi pieniędzmi, to już inna sprawa. Na szczęście nie masz tego dylematu.

Docierasz na miejsce. Ze stacji jesteś odwożona pod wskazany adres. Dom tradycyjnie nowobogacki. Jedna z licznych kopii, często proponowanych przez znudzonych architektów, przedmiotowo podchodzących do klientów charakteryzujących się niewysublimowanym smakiem na piękno, harmonię i estetykę. Gospodyni wita Cię szerokim uśmiechem. Poprawia włosy niby przypadkiem informując, że dopiero wczoraj zaliczyła wizytę u fryzjera i „jeszcze nie nabrały ostatecznego kształtu, bo za dużo lakieru nałożył”. Grunt, że Twoja figura go nabrała, a Twój naiwny mąż dał się nabrać na Twoje potencjalne zalety. Gdybym miała twarz taką jak Ty, też starałabym się odwrócić od niej uwagę coraz nowszymi koafiurami.

Przy stole zachowujesz powściągliwe spojrzenie. Nie odzywasz się niepytana. Grzecznie chwalisz pieczeń przygotowaną przez gospodynię. Gdyby nie miała innych, licznych talentów, nie musiałaby zabiegać o uznanie w taki sposób. „Doskonały sos” wymyka Ci się, choć wiesz, że zbyt tłusty jak na Twój francuski żołądek. Z ulgą podnosisz do ust owoce. Pijesz kawę i zagryzasz pieczołowicie przygotowanym ciastem. Tylko malusi kawałek. Tyle, ile wymaga grzeczność. Dobrze wiedziała, że nie preferujesz ciast z kremami, przetykanych ogromną ilością spożywczych trucizn. Wyjątek stanowią torty, wytwory rąk i wyobraźni mamy D. To nic, że jest sezon na szarlotkę i szara reneta zdałaby egzamin celująco. Ciasto przygotowane przez gospodynię stanowi idealny obraz jej samej oraz mieszkania, które urządzała podobno z tak ogromnym trudem. „Na te meble czekaliśmy kilka miesięcy. Projektant się nie wyrobił”. Jaki projektant? Jesteś skłonna wskazać palcem, kto je wyprodukował i zmontował. Pieniądze rodziców topniały w zastraszającym tempie, dlatego realizacja zamówienia była rozłożona w czasie. „A te dodatki wyszperałam na …”. Słabo szperałaś. Są niedobrane i stanowią wyraz kompletnego bezguścia. Gospodyni mogłaby się bardziej zatroszczyć o komfort gości, bo w domu zimno. Na szczęście zabrałaś ze sobą chustę, którą otulasz się jak kocem. Pora na Ciebie. Nie chcesz chyba wracać ostatnim pociągiem. Składasz podziękowania za gościnę. Gdy na stacji trzymasz w dłoni bilet powrotny, wyraźnie oddychasz z ulgą.

Całuchy-kluchy!

Patynowa Pani Domu. Recycling

-Zakładasz lakiernię?! – krzyk D. słychać już od bramy i od tego czasu cała okolica wie, czym się zajmujesz – smród na pół miasta. Wrzeszcz jeszcze głośniej. Niechaj sąsiedzi wiedzą, że się nie nudzisz. Może wpadną na pomysł, by wezwać straż miejską. Zdejmujesz z twarzy maskę ochronną.

-Zakładam, że zaraz się zamkniesz. Tworzę.

-Co? Pokrywanie farbą starych, drewnianych skrzynek nazywasz twórczością?! – śmiech D. stawia do pionu miasto – i jeszcze to wdychasz, człowieku?

-Chcę wykorzystać wszystko, co mam. To ekonomiczne i ekologiczne rozwiązanie. Stworzę coś z niczego – tłumaczysz D. na czym polega idea domowego recyclingu – te kawałki drewna zmienią się nie do poznania. Powstaną z nich półki na książki i drobiazgi. Wyszperałam w piwnicy. Okazało się, że są całkiem całkiem… Wystarczy pomalować i już mamy coś nowego, czego nikt nie ma. Poza tym to uspokaja.

-Ty i spokój – śmiech D. nie ustaje – lepiej zajmij się wyszywaniem albo wydzieraniem kulek z papieru. Też się zrelaksujesz.

-Przyszłaś przeszkadzać czy pomagać? Bierz za to i delikatniutko przesuwaj. Niech dobrze wyschną. D. chwyta za Twoją pięknie pomalowaną na biało skrzynkę, a po chwili ślad farby odbija się na jej dłoni i spodniach. Zamiast śmiechu słyszysz niecenzuralne słowo. Drugie. Skrzynka traci look, który jej zafundowałaś.

– Nie mów brzydko do moich skrzyneczek na skarby.

-Weź je sobie. Wszystkie.

Z twarzy D. znika uśmiech, a w to miejsce pojawia się foch. D. wygląda idiotycznie z białym śladem na udzie.

-Masz jakiś rozpuszczalnik albo coś?

-Coś.

-Bardzo zabawne. Co tu robią te słoiki?

-Przydadzą się na…

-Burdel.

-Na lampiony. Obwiążę je kokardką.

-Teraz na sprzątanie garażu albo piwnicy trzeba ideologię dopisać. Nie możesz zwyczajnie powiedzieć, że robisz porządki? Albo że Twój budżet nie wytrzyma zbędnych zakupów, z wyjątkiem książek? Znowu ich naznosiłaś.

D. Gwałtownie gestykuluje. Ma tak od lat. Zbyt emocjonalnie reaguje na nieoczekiwany zwrot akcji. Misternie zbudowana piramida ze słoików chwieje się niebezpiecznie.

-Uważaj, Dora!

Za późno. Słychać brzęk tłuczonego szkła. Pozdrawiasz w myślach sąsiadów zapewniając ich zawczasu, że dzień się jeszcze nie kończy, Ty i koleżanka macie się świetnie, a Sulejman pokocha tę, która jest mu przeznaczona bez względu na to, czy w tym odcinku sąsiadki o tym usłyszą, czy nie. Porządkujesz ganek ostrożnie sprawdzając, czy nic nie zostało. I po lampionach. Nie wszystkie słoiki się stłukły. Dwa zostały. Do czegoś trzeba przecież nałożyć przesmażone jabłka z cynamonem.

-Sorry – mruczy D. tym razem lekko przerażona – odkupię Ci je, tylko nie zaraz.

– Daj spokój. Sprzątam dziuplę na zimę. Mój budżet jest zamrożony na jakiś czas. Bez lampionów też będzie romantycznie. I bez jednej skrzynki na książki.

Całuchy-kluchy!

Patynowa Pani Domu. Sezon grzewczy

Może to tylko u Ciebie? Aby rozwiać wątpliwości, rozsyłasz pytania do znajomych. Po chwili otrzymujesz odpowiedzi. U mnie słabo. U mnie nic. My jeszcze nie grzejemy. Przy okazji garść dobrych rad. Może to przejściowe? Może warto odpowietrzyć kaloryfery? Może są zakręcone? Jeszcze nie jest tak zimno. Wytrzymasz. Zadzwoń do spółdzielni. Albo do hydraulika. Brat Grześka by pomógł, ale nie dzisiaj. Świetnie! Skoro masz rozeznanie w temacie, wypadałoby go popchnąć. Ale jest piątkowy wieczór i większość porad można schować do szuflady. Przynajmniej do wtorku.

Bez względu na to, ile potrwa usuwanie awarii ogrzewania, trzeba zorganizować sobie czas bez ciepła. Zgodnie z poradami sąsiadów i części rodzinki, o dyskusyjnych forach nie wspominając (co byś bez nich zrobiła) rozgrzewasz stopy mocząc je w ciepłej wodzie z dodatkiem soli (kosmetycznej o zapachu lawendy. To pozwoli Ci się wyciszyć). I jeszcze olejkiem kamforowym natrzyj stopy. Cudownie rozgrzewa. To nic, że po zastosowaniu kuracji w mieszkaniu unosi się zapach leciwego hipochondryka. Pomogło… Na jakiś czas. Zakładasz stary sweter, a na niego polar (również nadgryziony zębem czasu). Podwójne skarpetki. Do boju! Zaparzasz sporą ilość herbaty. Jest cynamon. Imbir. Jest kardamon. Coś na pewno pomoże. Doraźnie. Prognoza się sprawdza.

W międzyczasie obmyślasz strategię, z kim się skontaktujesz, by pomógł w sprawie nieczynnego ogrzewania. Odkopujesz stare znajomości. Na niewiele się to zdaje. Czekasz cierpliwie na poniedziałek. Od rana telefonami szturmujesz pracowników spółdzielni. Trzeba po hydraulika albo kogoś, kto się na tym zna, słyszysz ciepły głos w słuchawce i wiesz, że dobrze trafiłaś. Po południu odwiedzasz lokalny żeleźniak. Tam otrzymujesz motywującą informację w trosce o Twój domowy budżet. Z tym poradzi sobie Pani sama. Po co od razu wzywać hydraulika. On skasuje jak za zboże. oczywiście jeśli Panią swędzi parę groszy, może Pani wezwać. Ale ja Pani pokażę sposób. Przykłada Pani motylka z boku kaloryfera, o tutaj, i przekręca Pani do siebie. Ok, płacisz i wychodzisz w poczuciu szczęścia, że Twój portfel wytrzyma usuwanie kolejnej niedogodności w Twoim gospodarstwie.

Po powrocie do domu robisz wszystko według instrukcji sprzedawcy ze sklepu. Cóż, podłogę i tak trzeba było umyć. Zakasujesz rękawy. Po kwadransie podłoga lśni jak na reklamie. Mieszkanie jest wywietrzone. Teraz pachnie chemicznym aromatem cytrynowym. Czego się nie robi dla zwiększenia własnego komfortu w chłodne, jesienne dni. Odkręcasz kaloryfery. Późnym wieczorem biegasz po domu bez polaru i ciepłego swetra. Przydzielasz sobie punkty za zaradność. Dobrze jest!

Notatki

Jesienne, opadłe liście wirują na silnym wietrze tworząc symfonię. Wciskają się pomiędzy ogromniaste głowy dyń rozlokowanych na werandzie jakby chciały ogrzać się pośród ich zwalistych ciał. Jest coraz zimniej. Zapada zmierzch. Przygotowałam świece i lampiony na wypadek przerw w dostawie prądu. Dziś już były przepięcia. Od porannych godzin w mediach grzmiącym głosem są podawane komunikaty ostrzegające przed porywistym wiatrem. Przynoszę kolejny dzbanek herbaty. Mogłabym tak spędzić zimę. Otulona w za duży sweter i koc. Nie sprzedam domu. To szaleństwo, powiesz, w Twojej sytuacji?! Przy braku stałego przypływu gotówki?! Nie podołasz wydatkom i pracy. Nie przepracowałaś ani jednego dnia. Nie wiesz, czym jest praca fizyczna! Znam na pamięć Twoje frazy.

Jakie to prozaiczne! Jakie znaczenie mają pieniądze w sytuacji, gdy urządzam kawałek wszechświata po swojemu? Lubię, gdy budzisz mnie SMS-ami w środku nocy. To nasza forma spotkania. Albo e-maile przychodzące o każdej porze. Czytam je kilkakrotnie, podobnie jak SMS-y. Zwykle poprawiają mi nastrój. Nie żałuję ani jednej sekundy w naszym byciu-niebyciu na odległość. Jestem to winna wszystkim, którym nie mogę stale towarzyszyć w codzienności. Jestem to winna Wam i sobie. Prosisz o wieści, jak mi mija czas, jaka herbatę zaparzyłam, co porabiałam w przerwach pomiędzy układaniem tekstów a włączeniem pralki, co ugotowałam na obiad, czy mam jeszcze zapasy lektury i jakiej. Teksty tworzą się same. Moje palce to tylko narzędzia, a kompozytorami są ludzie, bez których nie wyobrażam sobie życia. Jadam regularnie. Ostatnio głównie potrawy zawierające dynię. Suszę jej pestki.

Nie planuję sprzedaży domu. Wiem, że będą trudności z jego utrzymaniem. Właśnie spoglądam na róże. Niektóre odmiany mogą kwitnąć nawet podczas pierwszych przymrozków. Ich szczepki są u Ciebie w przydomowym ogródku. Gdy patrzymy na nie, możemy stale być razem. Nie znam się na uprawie ogrodu. Będę potrzebowała kogoś do pomocy. Doraźnie. Płot jest do wymiany. Najchętniej bym z niego zrezygnowała. Nie znoszę ogrodzeń. Część domu będzie zimą nieogrzewana. Nie mam środków na opał. Poza tym przyda się ktoś do naprawy starego radia. Nie chcę nowego. Uparłam się i już. Żaden serwisant, do którego się zwróciłam, nie podjął się naprawy. Będę więc szukać dalej. Do skutku.

Jaka jest różnica pomiędzy szczęściem a zadowoleniem? Pytasz coraz częściej. Odpowiedź jest taka: zadowolona jestem, a szczęśliwa bywam.

One. Doktorat

-Mogę Pani zająć chwilkę?

-Proszę.

-Siedzi Pani taka zamyślona. Chciałabym zaproponować Pani udział w ankiecie. To nieobowiązkowe oczywiście.

-Jaka to ankieta?

-Pracuję nad doktoratem i chciałabym Pani zadać kilka pytań, jeśli Pani pozwoli. Mogę też wysłać ankietę na e-mail, jeśli tak by Pani było wygodniej.

-Poproszę na e-mail. Jestem tu tylko przypadkiem. Nie jestem pacjentką.

-Nie, a ja pomyślałam… Nieważne. W takim razie…

-Może ankieta przyda się komuś, albo roześlę ją po znajomych. Może ktoś zechce podzielić się swoją historią?

-Dziękuję, byłabym zobowiązana.

-Miałam kiedyś znajomą, która robiła doktorat z nauk przyrodniczych. Wciąż opowiadała, jakie ma zajęcia, co miesza w probówkach, jakie komórki, co podaje myszom i kiedy wyniki. Nie potrafiła żyć bez zajęć na uczelni. Nie miała innych tematów do rozmowy jak tylko praca naukowa. Rozmawiała posługując się głównie naukowym żargonem. Znajomych i kontaktów poza środowiskiem naukowym również nie miała. Mało czytała, chyba że prasę naukową związaną ze swoją dziedziną. Przy bliższym poznaniu okazała się cholerną nudziarą.

-E-mail z ankietą do Pani już wysłany.

-Dziękuję, do zobaczenia.

Wieczór.

-Pomożesz jej w lekcjach? Niczego nie kumam z tego polecenia. Dzisiaj znowu był problem w szkole i jechałam na złamanie karku. Chcę się przejść. Wziąć Ci coś z osiedlowego?

-Pomogę, daj. Niczego nie potrzebuję. Spotkałam dzisiaj dziewczynę, doktorantkę. Wysłała mi ankietę do wypełnienia. Trzeba napisać zakończenie. Tak jest w poleceniu do zadania.

-Znowu będziesz trąbić po ludziach o naszych sprawach?

-Tym razem zatrąb Ty, jeśli potrafisz.

-Ty jesteś specjalistką od kreowania fikcji literackiej.

-Nie powiedziałam, że się tym zajmę.

-Ale nie odmówiłaś. Podczas wywiadów dla studentów byłaś już bezdomną, schizofreniczką, bezrobotną, ojcem rodziny. Kim jeszcze nie byłaś? Osiedlowa Matka Teresa. I po co Ci był ten doktorat?

-Idź już, nie nakręcaj się.

-Udostępniłam Twoje teksty znajomemu. Był nimi zachwycony.

-I kto tu pierze publicznie nasze brudy?

-Uważaj na niego, jest kobieciarzem. Będzie starał się Ciebie uwieźć. Prosił o więcej tekstów.

-To mu je daj. Jestem odporna na działanie męskich hormonów szaleństwa.

-Może na swojej drodze nie spotkałaś nikogo, kto byłby zdolny do uwiedzenia Ciebie.

-Wiesz, nie pokazuj mu więcej tekstów. Niech sam kombinuje, gdzie i jak je znaleźć.

 

 

 

 

One. Dom

-Co jest?

-Nic. odpocznę chwilę.

-Siedząc na schodach?! Może zrobimy sobie krótką przerwę, gdy trochę ogarniemy?

-Te szczeble poręczy niedługo wypadną. Wyrobiły się przez wszystkie lata.

-To już nie ma znaczenia. Nowi właściciele zdecydują, co z nimi zrobić. I tak trzeba odnowić całe schody, ale to im zostawiasz. Wiedzą, na co się porywają. Dom jest do remontu, zwłaszcza dach, który lekko przecieka.

-Został nam jeszcze strych.

-Zniesiemy klamoty na dół, a potem zadzwonię po kuzyna. Pomoże nam je zawieźć…

-Mogłam nie zgadzać się na opróżnianie domu przed wyprowadzką.

-Dobrze zrobiłaś. Komu chciałaś zostawić ten bałagan? Chodź, napalę w piecu. Spalimy…

-Jeszcze posiedzę, sorry, ale nie mam natchnienia. Opadłam z sił.

-Rozpalę, a potem wrzucimy do pieca wszystko, co papierowe. Te kartony zawierają blisko 40 lat życia Twojej rodziny. Chcesz, aby ktoś inny tam zaglądał? Skąd wiesz, co z nimi zrobi? Rusz się, trochę zostało. Do kiedy masz się stąd wynieść?

-Do piątku dali mi czas.

-Niedługo zrobi się ciemno. Lepiej wyjechać za dnia. Zwierzęta na drodze. Brak oświetlenia… Jak długo chcesz tak siedzieć?

-Spędziłam tu kawał życia. Gdy piętro domu było niewykończone, siadałyśmy na schodach i budowałyśmy na nich bazę. Obserwowałyśmy okolicę z okna na strychu. Często suszyło się tam pranie. Miał być dla mnie.

-Teraz Ci się zebrało na sentymenty. To tylko miejsce. Nie dałabyś rady utrzymać domu i go poprowadzić. Nie mieszkałaś tu od czasu studiów. Dom jest niedoinwestowany. Wymaga sporych nakładów finansowych. To cud, że tak szybko udało się znaleźć kupca i to bez pośrednictwa agencji.

-W zeszłym roku ekipa rozebrała na podwórku drewnianą chałupę.

-Skończyło się coś, aby zaczęło się coś. Dom trafi w dobre ręce.

-Oni chcą przebudować podwórko. Stary ogródek z ziołami i warzywami zasypać korą, a na ich miejscu posadzić iglaki.

-O gustach się nie dyskutuje.

-To wbrew naturze. Kora zakwasza glebę. Jaśminowce i pigwowce mają być wycięte. Słyszałam, jak o tym rozmawiali. W piwnicy jeszcze stoją słoiki z dżemem z pigwy sprzed kilku lat.

-Nie masz wpływu na to, co zrobią kolejni gospodarze. Wolnoć, Tomku, w swoim domku.

-Stare drzewa owocowe w ogrodzie też wytną. Zobaczysz.

-Nie miałabyś czasu ani sił, aby się nimi zajmować. Zdziczałyby.

-I tak są dzikie. Może zostaniemy tu na jeszcze jedną noc?

-No dobrze, ale od rana ostro bierzemy się do pracy. A teraz szykuj coś na rozpałkę.