Patynowa Pani Domu. Zarządzanie czasem

-Nie możesz nieustannie przesypiać popołudni i wieczorów. Przepadnie Ci karnet na zajęcia.

-Mogę. Karnet i tak przepadnie, a przynajmniej będę wypoczęta.

Planowanie zadań oraz ich realizacja w chwilach wolnych od ustawowych obowiązków nie jest Twoją mocną stroną. Po powrocie na własne terytorium jesteś panią swojego czasu. Możesz go spędzić na: czytaniu, które kończy się snem, gotowaniu potraw zjadliwych głównie dla Ciebie, robieniu zakupów według listy (inaczej nie miałoby to sensu), na co i tak zwykle nie masz ochoty, więc summa summarum bazujesz na mocno kurczących się zasobach. Wyjątek stanowią sytuacje, gdy spodziewasz się gości. Wtedy stajesz na wysokości zadania i kreujesz coś zjadliwego z tego, co akurat masz pod ręką (telefon komórkowy, książki i czasopisma to nie element potrawy). Im mniej produktów, tym lepiej. Z braku rodzi się lepsze. Numer telefonu do zaprzyjaźnionej pizzerii staraj się mieć zawsze pod ręką. Niech będzie umieszczony przynajmniej w trzech newralgicznych miejscach Twojego terytorium. Żelazna checklista produktów nadających się do spożycia: woda mineralna, cytryny, limonki, jabłka, orzechy, miód, pestki dyni i słonecznika. Mając je w spiżarni nie zginiesz.

Czas przeznaczony na realizację Twoich zamiarów spędzaj głównie na serwowaniu sobie małych i dużych przyjemności. Jutro też jest dzień bez względu na to, czy Twoje mieszkanie będzie błyszczeć, a pranie pachnieć świeżością. Nie przejmuj się niewykorzystanym karnetem na zajęcia. Nic Ci nie przepadnie. Pójdziesz, gdy się zregenerujesz. Unikaj kontaktu i rozmów z tępymi osobami. Nie zawsze jest to możliwe, ale uwierz, przebywanie w ich towarzystwie sprawi, że poczujesz się rozdrażniona i przybita. Konsekwencją tego będzie niechęć do ludzi w ogóle i narastający bałagan wokół Ciebie. Nie rób sobie wyrzutów w powodu zaległości. One świadczą o tym, jak bardzo jesteś niezbędna sobie i światu.

Całuchy-kluchy!

 

 

One. Staruszka

-Przyjdzie Pani do mnie? Usiądziemy na chwilę.

-Możemy.

-Dzisiaj chłodniej. W powietrzu czuć jesień. Nie zimno Pani?

-Nie.

-Możemy wejść do domu. Tutaj na ławeczce może być Pani zimno.

-Nie. Na powietrzu przyjemnie. Cały rok w domu się nasiedzimy.

-Pani w bloku mieszka pewnie? W tej betonowej klatce?

-Tak, zgadła Pani.

-To Pani lepiej zrobi świeże powietrze. Ale teraz wieś nie ma tej urody, co kiedyś.

-Dla mnie ma.

-Pani jest młoda, ale ja już trochę roków mam za sobą. Kiedyś na wsiach było wesoło. Ludzie śpiewali przy pracy, odwiedzali się. Po podwórku biegały dzieci, gęsi, kurki. Krowa muczała w oborze. Mieliśmy dwie. Człowiek miał zajęcie. Teraz smutno.

-A nie ma Pani jakiejś koleżanki? Mogłyby Panie razem siedzieć na ławeczce i wygrzewać kości na słonku.

-Miałam koleżanki. Poumierały już. Wszystkie. Ja też niedługo umrę. Piękne dziewczyny były. Wszystkie z warkoczami. Nasze dzieci razem się chowały, po wsi bezczynnie nie chodziły, bo sporo pracy było. Pomagały sobie. Może Pani herbatkę zrobić?

-Nie trzeba.

-Wybudowaliśmy z mężem jeden domek. Ten za Panią. Potem dzieci się porodziły. Sześcioro mieliśmy. Dwoje zmarło w dzieciństwie. Ile ja się za nimi napłakałam. Gdy dzieci się porodziły, zaczęliśmy budować drugi, większy dom. Ale ja wolałam ten stary i powiedziałam mężowi, żeby go nie wyburzał. I nie zburzył. W tym domu jedno z naszych dzieci przyszło na świat. Dawniej nie było tyle telefonów ani samochodów, co teraz. Była zima. Nikt mnie nie zawiózł do szpitala. W domu urodziłam. Synka. Ale następne już w szpitalu. Pojechaliśmy koniem. Koń to jak człowiek, wie Pani? Ile on nam się napomagał. Mąż zwoził nim drewno z lasu na podłogę i belki do domu. Pewnie Pani się ześmieje, ale gdy koń był tak stary, że oślepł i nie mógł pracować, to mąż nie chciał go oddać na rzeź, tylko dalej go wyprowadzał za chałupę na popas. Którejś nocy padł. Mąż płakał po nim chyba ze trzy dni. Gdy chłop płacze, to już niewesoło musi być. Ja swojego widziałam dwa razy w życiu płaczącego. Raz, gdy nam córeczka zmarła, a drugi, gdy zdechł koń, który nam dom budować pomagał.

 

Jak żyć z Patynową i nie oszaleć. Part 1

Krótko pisząc: nie wiadomo. Ta lakoniczna informacja na początek powinna wystarczyć. W ramach uzupełnienia można zastanawiać się, dlaczego od razu oszaleć. Przecież dzielenie życia z osobą o dość specyficznym sposobie prowadzenia nie-gospodarstwa nie-domowego może okazać się całkiem niezłą zabawą i przygodą, jak mawia stary doświadczony pedagog.

Co Patynowa uwielbia?

Porządki, czyli pozbywanie się chaosu w głowie i otoczeniu. Odkładanie rzeczy na miejsce oraz przekładanie ich z miejsca na miejsce, by potem stwierdzić, że mogło zostać tak, jak było.

Minimalizm. Począwszy od ubrań, kosmetyków, środków czystości poprzez rozmaite przedmioty osobistego użytku, na domowych sprzętach kończąc. Zresztą ostatnia kwestia wymaga dodatkowego komentarza. Najpotrzebniejszymi sprzętami u Patynowej są kończyny górne i dolne. Nie trzeba pamiętać o odkładaniu ich na miejsce. Dobrze zakonserwowane nie zużyją się zbyt szybko. Książki, zeszyty i ołówki. Tych może mieć więcej niż to konieczne. Pocztówki, szczególnie własnoręcznie wypisane są dla niej niczym relikwie. Pudełka, kubki i filiżanki. Ma, bo lubi. Trudno o inne wytłumaczenie. Nie próbuj sugerować jej z tego powodu terapii poznawczo-behawioralnej. Ubrania. Gdyby nie przyjęte zasady dress codu, które i tak są z premedytacją łamane, mogłaby ograniczyć garderobę do dwóch par dżinów, flanelowej koszuli i dzianinowej sukienki.

Kuchnia i gotowanie. Bez względu na stosowany rodzaj diety staraj się być wyrozumiały dla jej upodobań kulinarnych. Raczej nie zapraszaj Patynowej na rodzinnego grilla, chyba że wyłącznie w celu uspołecznienia. Nie nakłaniaj jej także do spędzania czasu w rodzinnym gronie przy suto zastawionym stole, na którym królują potrawy typu golona, bigos, karkówka, a na deser np. sernik lub szarlotka obficie podlane familijnymi opowieściami o niczym. Wynudzi się i będzie dawać temu mocno sugestywny wyraz.

Glonojad. Póki żyje, trzeba się nim zająć. Patynowa czule do niego przemawia i podczas cieplejszych dni czasami zabiera na wycieczki wywołując zdumienie na twarzach ludzi i mordkach zwierząt. Glonojad otrzymał imię, ponieważ to, co nienazwane, nie istnieje.

Roślinka. Jest, bo była. Poza tym Patynowa lubi kwiaty cięte, ułożone w bukiet.

Tyle na teraz. Całuchy-kluchy!

 

Patynowa Pani Domu. Wietrzenie szaf

Wiosna nadeszła. Wie o tym wszystko, co żyje. Ptaki z samego rana wydzierają się w niebogłosy. W przerwach między śpiewaniem noszą w dzióbkach budulec na gniazdo. Dzięcioły wystukują niezmienny rytm. Wciąż masz nadzieję, że kiedyś w ich polifonii usłyszysz np. Smoke on the water. Bierzesz przykład z otoczenia. Postanawiasz odświeżyć swoje gniazdko. W końcu wiosna zobowiązuje, a natura najlepiej wie, kiedy jakie prace trzeba wykonać.

Jesz pożywne śniadanie. Tym razem tortilla prawie nie rozpada się, mimo że nie chce się składać. Kto powiedział, że prawie rozpadająca się będzie mniej smaczna od zakupionej w punkcie gastronomicznym? Nikt.

Przygotowujesz plan pracy. Zaczynasz od wietrzenia szaf. Trzeba je najpierw mieć, ale nie zaszkodzi porządkować ubrania w kartonowych pudełkach i na półkach doraźnie pełniących rolę garderoby. Rozpoczynasz. Otwierasz pierwszy karton, a tu niespodzianka. Nawet nie wiedziałaś, że masz swoje pierwotne martensy kupione za pierwsze poważnie zaoszczędzone pieniądze. Trzymasz je w obu dłoniach, głaszczesz najczulej niczym futerko kota (sorry, Blaki, za ujawnienie Ciebie, wiem, że pragniesz pozostać anonimowym). W głowie zapala Ci się lont. Przecież one jeszcze są dobre. Szukasz kasetki z przyborami do czyszczenia obuwia i galanterii skórzanej. Gdzie ją ostatnio widziałaś? Chyba… chyba nie widziałaś. Odkładasz buty. Zajmiesz się nimi później. I złożysz zamówienie w pracowni obuwniczej na środki przydatne w ich pielęgnacji. To będzie pasta w płynie z woskiem, Lamborghini wśród specyfików konserwujących wymagające obuwie, do tego szczotka i ściereczka do polerowania.

Inne buty znajdujące się w nieopisanych pudełkach to m.in. rozpadające się mokasyny, których szkoda wyrzucić, bo przydadzą się na wypady do warzywniaka, para skórzanych botek z przeznaczeniem np. na proszoną kolację do lokalu z gwiazdkami. Nie przypominasz sobie, kiedy ostatnio miałaś je na sobie. Ba, nawet nie pamiętasz, czy kiedykolwiek w nich wyszłaś. To nic, zaniesiesz do kontenera. Niechaj ich właścicielka ma udane randki. Przeszukujesz dalej. Szpilki. Wprawdzie obcas mierzy 3 cm, ale producent określił je jako szpilki. Prawie nieużywane, ale się przydadzą na najbliższą uroczystą okazję, która może zdarzyć się każdego dnia. Buciory trekingowe. Należy im się szczególne miejsce w potencjalnej szafie i będą je mieć. Przegląd dokonany. Nie trzeba uzupełniać zapasów, a to najważniejsze.

Podchodzisz do półek z ubraniami. Jaka szkoda, że nie możesz zostawić tylko bielizny, skarpetek, szlafroka i uniformu do fitnessu. Choć obecność tego ostatniego też jest dyskusyjna, ponieważ ostatnio na większość zajęć zasypiasz. Od jutra weźmiesz się za siebie, a dzisiaj skończ to, co zaczęłaś. Sukienki. Liczba sztuk: 2. Białe bluzki: brak. Marynarki? Są. Z czym je łączyć? Nie masz wątpliwości. I tak nie nadarza się okazja do ich założenia. Grube swetry? Po co Ci w sezonie wiosennym? Zostaw trzy, a reszta (cała jedna sztuka) do kontenera. Spódnica? Spódnica?! Masz spódnicę? Super. Dżiny. I to jakie sprane! Mieścisz się. Zostaw. Pamiętaj o zasadzie minimalizmu. Dziel się z potrzebującymi. Koszule flanelowe. Powinny być. Nie wpadaj w panikę. Na pewno znajdą się w najmniej odpowiednim momencie. Najwyżej kupisz nowe. Nabycie koszuli w galerii to nie zbrodnia. Uspokój się. Nigdzie ich nie zostawiłaś. Nie szalej. Nie biegaj po mieszkaniu. Nie sprawdzałaś jeszcze zawartości kosza na brudne ubrania. Są. Rozhuśtane emocje stają się niczym tafla jeziora.

Nastawiasz pralkę, ponieważ jej obracający i wirujący bęben uspokaja Cię. Nagradzasz się deserem w postaci kilku orzechów włoskich za świetnie wykonaną robotę. Reszta dnia upływa Ci na małych i wielkich przyjemnościach. Życie jest niezwykłe.

Patynowa Pani Domu. Dzień kulinarnej rozpusty

Mży. Do tego silny wiatr. Idziesz pod wiatr. Bez względu na okoliczności postanawiasz, że nic nie zepsuje Ci tego dnia. W końcu jest początek kalendarzowej wiosny. Podarujesz sobie iście wiosenny prezent. Przyrządzisz w kuchni coś, czego dawno nie jadłaś. I będą to potrawy w różnych kolorach tęczy rozjaśniające tym samym pochmurne niebo.

Pakujesz zakupy. Owoce, jogurt, pszenne placki, oliwki, różne rodzaje sera. Spoglądasz na zegarek. Dopiero ta godzina. Dziś jesteś mistrzynią w organizowaniu czasu, więc idziesz do kawiarni odetchnąć po burzliwych decyzjach i planowaniu wiosennego menu na najbliższe godziny. Zamawiasz czekoladę na gorąco i zatapiasz się w lekturze magazynu związanego z poradami, jak się nie ubierać i jak nie urządzać mieszkania. Czas nie ma znaczenia. Jest tylko minimalistyczne, lecz przytulne wnętrze lokalu i Ty z kubkiem gorącej czekolady z cynamonem w dłoni. Jeszcze raz sprawdzasz, czy kupiłaś to, co nie zbędne i przeliczasz złotówki, czy na pewno wystarczy na przyprawy oraz inne drobiazgi, bez których osoba ambicjonalnie podchodząca do ekologicznego i ekonomicznego prowadzenia domu nie mogłaby się obejść. Jeszcze raz sprawdzasz godzinę. Tym razem na knajpianym zegarze. Zwarta i gotowa w trzy sekundy płacisz i wychodzisz.

Zegarek nie działa. Niemożliwe! Jeszcze przed godziną działał. Bez niego czujesz się jak bez ubrania. Wpadasz w panikę. Czyżby syndrom odstawienia?! Gdzie szukać i znaleźć zegarmistrza?! Jesteś użytkownikiem tradycyjnych zegarków zakładanych na rękę. Uważasz, że przedmioty powinny służyć tak długo, dopóki ktoś podejmuje się ich naprawienia. Miotasz się w deszczu i na wietrze, patrzysz przed siebie. Jest zakład zegarmistrzowski. Załatwiasz sprawę u człowieka, od którego bije spokój i profesjonalizm. Przy okazji mało dyskretnie przyglądasz się jego pracowni. Tik-tak, tik-tak. Bujasz się rytmicznie. Tik-tak, tik-tak. Jest tylko cisza, w której słychać tykanie zegarów. Żadnego wrzaskliwego radia, głośnej muzyki ani otumaniającej papki dziennikarskiej. Porządek i ład.

Upojona własnym szczęściem wracasz do domu. Rozpoczynasz gotowanie zaplanowanego obiadu składającego się z różnokolorowych składników. Nie kupiłaś warzyw. Tym razem możesz obejść się bez nich. Dodajesz przyprawy. Zostały w sklepie. Ale sól i pieprz też są przyprawami.

Wiosenny koktajl dodający urody przyrządzisz później. Wszystko w nadmiarze szkodzi. Kiedyś wypijesz go więcej i rachunek będzie się zgadzać. To nic, że brakuje niektórych składników. Najważniejsze, że jest sprawny zegarek. Priorytety ulegają częstym zmianom zależnie od okoliczności. Przekąskami też zajmiesz się za kilka chwil.

Ciepło w brzuszku sprawia, że wchodzisz w komunię w poduszką i kocem. Za oknem deszcz obmywa kwiaty, zwiastuny wiosny, a silny wiatr je dodatkowo hartuje. Aaa, fiołki dwa, aaa… Kulinarne szaleństwo może poczekać… Zaczniesz od jutra…

Notatki. Pierwszy dzień wiosny

Jest zdecydowanie lepiej budzić się słysząc za oknem ptasią orkiestrę niż sygnał budzika. To będzie wyjątkowy dzień, mimo że nim rozpoczyna się kalendarzowa wiosna, na którą większość ludzi czeka z niecierpliwością, a ja do tego grona nie należę. Oto pierwsza myśl euforycznie rozdzierająca czaszkę po otwarciu oczu. Dzięcioł chyba kogoś przyprowadził na śniadanie. Dźwięki uderzania dziobem o drewno są głośne, wyraźniejsze i bardziej liczne niż dotychczas. Młody, ale masz apetyt. Wlokę się po szklankę wody z cytryną. Napój mnie orzeźwia. Ptasia gromada nie ustaje w wygrywaniu ody do radości. Niech i tak będzie. Uszanuję Waszą autonomię. To ja jestem gościem na waszym terenie, a nie Wy na moim. Dzisiaj wczesny ranek spędzamy tylko ze sobą. Szykuję tosty. Mogą być z awokado i pestkami dyni. Obok kładę kawałek ananasa. Do tego herbata. Obowiązkowo z miodem. Otwieram szerzej okno. Wychodzę na ganek. Rześko. Słyszę kroki sąsiadki na korytarzu. Już ta pora! Dzisiaj słucham ptasiej audycji, dlatego inaczej odmierzam czas. Rano można zrezygnować z zegarka. Wystarczy wsłuchać się w odgłosy z zewnątrz często układające się w powtarzalną całość.

Na mieście mnóstwo młodych ludzi. Nietuzinkowo ubrani całują się, obejmują i śpiewają. Wręczają kwiaty przechodniom i sobie nawzajem. W pierwszej chwili wydaje się, że to happening lub wysoce oryginalna kampania reklamowa, ale po jakimś czasie dociera do mnie, że jest dzień swobodnego podejścia do realizacji obowiązku szkolnego. Miasto przyozdobione uśmiechami oraz śpiewem wygląda zjawiskowo pięknie. Zatrzymuję te chwile w pamięci.

W drodze powrotnej wypatruję bocianów. Są terminowe. Od kilku dni powinny więc być. Gniazdo wciąż puste. Nic nie jest dane na zawsze.

Patynowa Pani Domu. Przedwiosenne porządki

Kto ma porządek wokół siebie, ten ma poukładane w głowie. Nie znasz nazwiska Autora tych słów, lecz pamiętasz, że ich treść wielokrotnie Tobie przekazywano. Ale nikt nawet nie wspomniał, że proces (również duchowy) przygotowań do zamiany chaosu w kosmos jest równie istotny jak i sam efekt. Po latach praktyk jako Patynowa postanawiasz wreszcie zebrać zasady, spisać je i opublikować, by inni czerpali ze skarbnicy wiedzy.

Po pierwsze wybierz czas, w którym rozpoczniesz przygotowania do ogarnięcia przestrzeni wokół Ciebie. Na kilka dni przed planowanymi pracami zacznij mentalnie przestawiać się na właściwe tory. Wyjmij potrzebne sprzęty i środki czystości. Spojrzyj na nie z czułością. Pomachaj do szczotki. Przytul drabinkę. Powiedz dobre słowo odkurzaczowi. Zaplanuj działania w taki sposób, by najbliższe otoczenie, rodzina i sąsiedzi, nie ucierpiało.

Po drugie, gdy nadejdzie ten czas, nie panikuj, że wszystkiego nie zrobisz, a na Twoje świeżo umyte okna spadnie przedwiosenny deszcz. Jeśli spadnie, to świetnie. Możesz wreszcie poczuć moc. Za każdym razem, gdy ludzie (i kanie) pragną dżdżu, powinni zwrócić się do Ciebie  z prośbą o umycie okien. Z pewnością nie odmówisz, a przy okazji wiele dobrego zdarzy się w przyrodzie. Spadnie ożywczy deszcz, który wspomoże proces wegetacji. Dla niektórych homo sapiens spadające krople wody uderzające o parasol albo o rynnę mają działanie terapeutyczne. Zatem umyj tyle okien, ile zdołasz. Przyczynisz się tym samym do rozmnażania dobra w świecie.

Po trzecie czas przeznaczony na rozmyślanie o konieczności sprzątania nie jest czasem straconym. Ty leżysz i pachniesz, a otoczenie wysyła Ci wyraźne sygnały: bez względu na to, czy posprzątasz, czy nie, dzień i tak upłynie, a głównie od Twojego nastawienia zależy, jak go ocenisz.

Po czwarte przygotuj coś smacznego na przerwę w pracach porządkowych. Znacznie lepiej sprząta się widząc perspektywę przekąszenia smakołyków. Zaparz kawę lub herbatę albo wypij cieplutkie, ale nie gorące mleko, najlepiej z dodatkiem masła, miodu i cynamonu. Jeśli nie lubisz zapachu i smaku cynamonu, to nie dodawaj tego składnika. Jeśli masz alergię na laktozę, wybierz mleko i masło bez laktozy.

Po piąte podejdź do okna. Wejdź na drabinkę od kilku dni ustawioną nieopodal parapetu. Pozdrów sąsiadów. Zagadnij o pogodę albo o spacery z psem. To nic, że nie masz czworonoga. W dzień przedwiosennych porządków rozmnażamy dobro, nie zapominaj. Uruchom myjkę. Użyj jej we właściwy sposób. Jeśli wolisz czyszczenie manualne, rozpocznij pracę. Pamiętaj, aby wiadro z wodą i detergentem nie spadło sąsiadom albo, co gorsza, ich pociechom na głowy. Uśmiechaj się podczas pracy. Niech połeczeństwo widzi, że praca sprawia Ci wiele radości. W ciszy prawej komory serca odmawiaj wszystkie modlitwy, aby nikt nie ucierpiał, a szczególnie Ty, gdy Twój mózg rzuca mielonym mięchem.

Po szóste pamiętaj o nagrodzie za dobrze wykonaną pracę. Spraw sobie przyjemność i zaprzestań dalszych działań, gdy masz inny pomysł na resztę dnia.

Całuchy-kluchy!