Po krótkich namowach zgadzasz się na towarzyszenie komuś podczas targów promujących najogólniej mówiąc ideę slow life. Ma być ekologicznie, organicznie, swojsko, niedrogo i przyjaźnie, jak przekonuje amator pomysłu. Poza tym można poznać zwariowanych, pozytywnie zakręconych na maksa ludzi i razem zrobić coś dla ratowania planety. Nie wahasz się długo i przystajesz na propozycje spędzenia wolnego dnia na buszowaniu po straganach w poszukiwaniu smakołyków dla ciała i duszy. Wcześniej upewniasz się, ile możesz wydać na zakupowe szaleństwo. Docierasz na targ lekko poirytowana przeciągającym się spóźnieniem koleżanki. Pamiętaj, życie w stylu slow nie jest tym, co praktykujesz volens nolens każdego dnia w drodze do pociągu i z powrotem. Koleżanka żyje slow, bardzo slow, skoro nawet nie poinformowała, że się spóźni. W końcu dostrzegasz ją niespiesznie zmierzającą w Twoją stronę z… kubkiem jednorazowego użytku w dłoni. Na kubku logo sieciówki. Cóż, miało być lokalnie i swojsko, a jest kosmopolitycznie i globalnie. Przepraszam za mały poślizg czasowy, wyjaśnia koleżanka, musiałam zająć się psem. Ma biegunkę. Sporo sprzątania było. Zostawiłam go w domu. Oszczędź mi szczegółów, myślisz, mam wrażliwe ucho i jestem po śniadaniu.
Podążamy w kierunku straganów. Uliczny hałas narasta. Co na targach promujących higieniczny tryb życia robią pstrokate światła?! Prościej będzie wymienić, czego na bazarze nie ma niż to, co jest. Począwszy od produktów kuchni różnych narodów, trawy w sześciu smakach, deserów z dalekich zamorskich krajów (miało być głównie po polsku), twarogów, fast foodów (nieźle jak na slow life) poprzez etniczne ozdoby, średnio praktyczną odzież (szukam logo, metki, czegokolwiek), artykuły gospodarstwa domowego sprowadzane z… różnych krajów. Ceny zwalają z nóg. Jest i biżuteria. Na niej zawiesisz oko, cieszysz się na samą myśl. Nic z tego. Jeśli nabędziesz choć jeden komplet, nie będziesz mieć na życie przez resztę miesiąca. Koleżanka podchodzi z papierową tacką, na której leży jakaś maź o niezbyt apetycznym wyglądzie i zniechęcającym zapachu. Chcesz spróbować, pyta. Nie, dziękuję, odpowiadasz, a w myślach dodajesz, jak dobrze, że jestem po obfitym śniadaniu. Dają za darmo. idź, jeszcze jest, nalega. Popołudniowy upał i narastający tłum sprawiają, że tracisz zainteresowanie jedzeniem, natomiast odczuwasz lekką irytację i zmęczenie. Nagle czujesz, że na coś nadepnęłaś, a po chwili rozlega się skowyt psa. Odwracasz się i zanim zdążysz otworzyć usta, słyszysz: jak łazisz, uważaj, pies! Od kiedy jesteśmy na „ty”, ripostujesz, i jak można narażać zwierzę na taki stres w tłumie i hałasie! Koleżanka wyrasta jak spod ziemi i odciąga Cię na bok i mówi półgłosem, chodź, nie dyskutuj z… A właściciel psa odpowiada: a tu jeszcze druga wpier… się do kolejki. Z innych ust: pan też tu nie stał. Z tamtej strony kolejka jest! Dalszej wymiany zdań nie słyszysz.
Idziemy do naszego bistro, proponujesz. Jasne, padam z nóg, napiłabym się czegoś zimnego, słyszysz w odpowiedzi i po kilku minutach jesteś w drodze do dobrze znanego miejsca. Jest problem z wolnym stolikiem. O tej porze sporo tu żaków. Zamawiasz koktajl owocowy na wynos podobnie jak popularyzatorka ideii slow. Nie dbając o szczegóły wznosicie toast za dobrze przeżytą resztę dnia. To co, może kino, studyjniak? Dlaczego nie? Dzisiaj dzień tańszych biletów. Na targi nie wracasz. Slow life w takim wydaniu jest zdecydowanie nie dla Ciebie.
Marzysz o chwili, w której zajrzysz do osiedlowego warzywniaka, uśmiechniesz się do sprzedawców i kupisz lokalne, sprawdzone produkty. Na ich bazie przygotujesz ulubioną potrawę we własnej kuchni. I deser według swojego pomysłu. Będzie podwójne eko, bo bez dodatkowych opakowań i z korzyścią dla budżetu.
Całuchy-kluchy!
