Popołudnie. W przedpokoju mnóstwo koszy i skrzynek z warzywami. Niektóre z nich przejrzałe, o czym świadczy unoszący się w powietrzu zapach. Muszki stadami oblegają zawartość skrzynek.
-Matko i córko! A to co?
-Pomidory, papryka i cebula na przetwory. Z darów.
-Ale leje. Akurat byłam na targu, gdy lunęło. Nie wzięłam parasolki.
-Po co byłaś na targu?
-Po ser. Naturalny. To, co serwują markety, nie nadaje się do jedzenia. Przy okazji kupiłam warzywa. Ugotujemy zupę krem i ryż zrobimy. Z jabłkiem i cynamonem.
-Kończą się nam pieniądze, a Ty masz zachcianki.
-Dobrze wiem, ile kosztuje porcja sera z certyfikatem. Nie możemy sobie wszystkiego odmawiać. Nie wiedziałam, że przyjdą warzywa z darów.
-Przebierzesz ją?
-Nie.
-Ty ją odrzuciłaś. Podświadomie. Niczego przy niej nie chcesz robić.
-Zmiana szychty. Chciałaś wyjść do lekarza, a potem do apteki, więc nie opóźniaj, tylko idź. Ja z nimi zostanę.
-Już się zbieram. Chcesz coś?
-Z apteki? Nie, dziękuję.
-Zrobienie zakupów coraz bardziej graniczy z cudem.
-Nie mamy auta, dlatego chodzimy na zakupy na raty i na plecach przynosimy tyle, ile zdołamy udźwignąć. Trochę dostaliśmy z fundacji. Nie umrzemy z głodu. A propos może znajdzie się opiekunka z MOPS-u na stałe? Długo tak nie pociągniemy.
Noc. W korytarzu nadal stoją skrzynki z nieobranymi warzywami. Pośród nich dziecięce zabawki, ubrania oczekujące na upranie, nierozpakowane zakupy.
-I jak te sery? Mogą być?
-Odkładam każdą złotówkę na mieszkanie, a Ty mnie karmisz serami. Plan na życie mi się rozjeżdża, a dla Ciebie istotne głównie to, co masz w brzuchu.
-Co dokładnie Ci się rozjeżdża?
-Nikt nas nie odwiedza. Nie mów, że nie zauważyłaś.
-Czy uważasz, że to dobra miejscówka na kolację przy świecach lub popołudniowe herbatki?
-Towarzystwo się wykrusza ze względu na moją sytuację, ale przynajmniej wiem, ile było warte. W pracy spokojniej już?
-Już tak. Mogę w czwartki i piątki odbierać dzieci ze szkoły, choć już czas, aby same wracały. Ty w tym czasie ogarniesz mieszkanie i siebie.
