One. Zachcianki

Popołudnie. W przedpokoju mnóstwo koszy i skrzynek z warzywami. Niektóre z nich przejrzałe, o czym świadczy unoszący się w powietrzu zapach. Muszki stadami oblegają zawartość skrzynek.

-Matko i córko! A to co?

-Pomidory, papryka i cebula na przetwory. Z darów.

-Ale leje. Akurat byłam na targu, gdy lunęło. Nie wzięłam parasolki.

-Po co byłaś na targu?

-Po ser. Naturalny. To, co serwują markety, nie nadaje się do jedzenia. Przy okazji kupiłam warzywa. Ugotujemy zupę krem i ryż zrobimy. Z jabłkiem i cynamonem.

-Kończą się nam pieniądze, a Ty masz zachcianki.

-Dobrze wiem, ile kosztuje porcja sera z certyfikatem. Nie możemy sobie wszystkiego odmawiać. Nie wiedziałam, że przyjdą warzywa z darów.

-Przebierzesz ją?

-Nie.

-Ty ją odrzuciłaś. Podświadomie. Niczego przy niej nie chcesz robić.

-Zmiana szychty. Chciałaś wyjść do lekarza, a potem do apteki, więc nie opóźniaj, tylko idź. Ja z nimi zostanę.

-Już się zbieram. Chcesz coś?

-Z apteki? Nie, dziękuję.

-Zrobienie zakupów coraz bardziej graniczy z cudem.

-Nie mamy auta, dlatego chodzimy na zakupy na raty i na plecach przynosimy tyle, ile zdołamy udźwignąć. Trochę dostaliśmy z fundacji. Nie umrzemy z głodu. A propos może znajdzie się opiekunka z MOPS-u na stałe? Długo tak nie pociągniemy.

Noc. W korytarzu nadal stoją skrzynki z nieobranymi warzywami. Pośród nich dziecięce zabawki, ubrania oczekujące na upranie, nierozpakowane zakupy.

-I jak te sery? Mogą być?

-Odkładam każdą złotówkę na mieszkanie, a Ty mnie karmisz serami. Plan na życie mi się rozjeżdża, a dla Ciebie istotne głównie to, co masz w brzuchu.

-Co dokładnie Ci się rozjeżdża?

-Nikt nas nie odwiedza. Nie mów, że nie zauważyłaś.

-Czy uważasz, że to dobra miejscówka na kolację przy świecach lub popołudniowe herbatki?

-Towarzystwo się wykrusza ze względu na moją sytuację, ale przynajmniej wiem, ile było warte. W pracy spokojniej już?

-Już tak. Mogę w czwartki i piątki odbierać dzieci ze szkoły, choć już czas, aby same wracały. Ty w tym czasie ogarniesz mieszkanie i siebie.

 

One. Wtedy

Obudziłam się w środku nocy. Znowu mi zimno. Myślę o Tobie. Wspomnienie jest formą spotkania. Zapewniam Cię, że stale jesteśmy razem. W takich sytuacjach często wracam pamięcią do czasu, gdy wieczorami rozpalałaś w piecu ogień. Momentalnie robiło się ciepło w całym domu. Wstawiałyśmy wodę na herbatę. Przywoziłaś ją od znajomej lekarki, która oprócz tego, że wyciągała od Ciebie pieniądze, rozdawała hojnie herbaty i kawy niby pochodzące z całego świata. Pewnie sama nie dała rady ich wypijać albo wcale jej nie smakowały, dlatego się ich pozbywała. Najbardziej lubiłam herbatę o zapachu pieczonych kasztanów. Lekarka medycznie Tobie niewiele pomogła. Znowu byłaś w punkcie wyjścia. Miałaś nadal zrujnowane zdrowie z tą różnicą, że bez oszczędności. Smażyłaś naleśniki dla naszej gromadki, a ja smarowałam je powidłami śliwkowymi z cynamonem. Wiem, że nie znosisz cynamonu, lecz dodałaś go z myślą o mnie. Często myślałaś najpierw o innych, o sobie prawie wcale i to się zemściło. Mówiłaś, że życie Ci się rozjeżdża, że rozpadasz się na kawałki, że czujesz się nieatrakcyjna i nie masz znajomych ani prawdziwych przyjaciół.

Już się nie odwiedzamy. Wiem, że nadal smażysz konfitury i robisz przetwory. Cukier zastępujesz stewią. Pamiętam Ciebie siedzącą na schodach domu i drylującą wiśnie. Tłumaczyłaś, że pestki będą dla świń. W październiku chodziłyśmy na orzechy. Mocno wiało od pola, a w wąwozie było potwornie zimno. Nie chciałam nosić chustki na głowie, ale mnie do tego zmusiłaś. Podrzucałaś kawałki gałęzi, które zaczepiając się o koronę drzewa sprawiały, że część orzechów spadała na ziemię. Dotychczas nie opanowałam tej sztuki. Gdyby nie Twoja pomoc, na tamtym etapie życia, umarłabym z głodu albo rozpaczy.

Obecnie kupuję coraz droższe i cieplejsze koce. Jeden z nich wykonano z wełny alpaki, ale żaden z nich nie grzeje jak ogień rozpalony w piecu Twojej kuchni. Unikam dżemów wyprodukowanych fabrycznie. Jadam jedynie te przygotowane w domowej kuchni. Śliwkowe z dodatkiem cynamonu zostawiam na dnie słoiczka z myślą o Tobie. Powtarzałaś, że pisanie to świetny sposób na poradzenie sobie z traumą i kiedyś zaczniesz pisać. Obecnie nie masz na to czasu. Nie będziesz mieć czasu. Tak uważam, ale jestem człowiekiem małej wiary.

Notatki. Niedziela

Wychodzę przed południem. Mijam stojącego w drzwiach klatki schodowej zaniedbanego higienicznie człowieka, ubranego w brudny turecki sweter oraz spodnie pamiętające czasy bazarów wczesnych lat 90. Przerzedzone, tłuste włosy pozostają w niechlujnym nieładzie. W XXI wieku, gdy łazienka jest w każdym domu w niedzielne przedpołudnie można jeszcze spotkać kogoś, kto o zasadach higieny osobistej słyszał może w latach szkolnych. W dłoni ozdobionej zapuszczonymi paznokciami trzyma obitą, blaszaną miskę, z której aluminiową łyżką wyjada ziemniaki obficie polane przypalonymi skwarkami. Swąd przypalonych skwarków i cebuli roznosi się po całej okolicy.

Matka z dwojgiem dzieci. Jedno w wieku ok. 4 lat i drugie noszone w  chuście w wieku kilku miesięcy. Dodatkowo w jej dłoni smycz, na której idzie uwiązany pies. Mówią tak głośno, że słychać ich z daleka. Wybierają się na wycieczkę po okolicy. Zmierzają w w kierunku dworca kolejowego. Zostaw. Nie rusz. Połóż. Zaraz w d*pę dostaniesz. I zobacz, co narobiłeś. Nie wezmę Cię już nigdzie. Oddaj to. Potrzymaj psa. Nie tak mocno. Nie szarp. Czterolatek kładzie się na chodnik, który dzieli z resztkami niestrawionego pożywienia. Rozpoczyna się pokaz akrobatyczny w jego wykonaniu. Widownia nie klaszcze. Oddala się spoglądając w ekrany swoich smartfonów. Matka wraz z dziećmi i czworonogiem wsiada do pociągu.

Późne niedzielne popołudnie. W bistro przy stoliku rodzina z dzieckiem o specjalnych potrzebach edukacyjnych. W powietrzu czuć dziwne zawieszenie, ciszę przed burzą. Intuicja mnie nie zawodzi. Dziecko z zaburzeniami zachowania i emocji nie odnajduje się w świecie, do którego zostało zaproszone. Na oczach konsumentów daje temu wyraz w postaci konwulsji oraz rzucania czym popadnie. Przytomny ojciec wynosi je na zewnątrz. Matka w błyskawicznym tempie ubiera pozostałą dwójkę, chwyta torebkę i wybiega za nim.

Moja strefa ciszy i komfortu znajduje się za zamkniętymi drzwiami mieszkania. Rezygnuję z obiadu w punkcie gastronomicznym. Wracam do siebie. Otulam się w koc niczym w kokon. Nie ma mnie dla nikogo.

Patynowa Pani Domu. Od kuchni

W piątkowy wieczór Twój image raczej rozmywa się z klasycznym wizerunkiem kogoś ubiegającego się o miejsce na okładce pisma przeznaczonego dla wymagającego czytelnika o odpowiednich zasobach materialnych. Postanawiasz w tym czasie nie przyjmować gości, zresztą kto po zajechanym tygodniu pracy chciałby Cię odwiedzić. Pewnie niewielu nawet zauważy, że rozpoczął się weekend. Wpadasz więc na pomysł, że oszczędzisz sobie jutro troski o żołądek i już dziś przygotujesz coś na wzmocnienie ciała i ducha. Wybór pada na krem z dyni ze względu na ogólną dostępność składników i stałą rezerwę przypraw niezbędnych do przygotowania sezonowego specjału.

Przynosisz z ganku Jej Pulchność Dynię z rodu Hokkaido („dobra na frytki, na zupę, zapiekana, zasmażana i duszona. Tylko pestek proszę nie jeść; są niesmaczne”). Jest lodowata. Po pierwsze trzeba ją pokroić. Rozpoczynasz dzielenie warzywa na części, co nie należy do łatwych czynności ze względu na jego kształt oraz specyfikę miąższu. Mocujesz się mimo to. Nie chcesz przecież umrzeć z głodu. Żyjesz w miejskiej dżungli, trzeba sobie radzić. Każdy nóż wydaje się zbyt tępym narzędziem, by rozprawić się z jedną niewinną dynią i podzielić ją najpierw na duże cząstki. Ostrzyż zatem nóż. Próbujesz kroić. Bach! Są cztery kawałki. Punkt dla Ciebie. Jeszcze raz wbijasz ostrze noża w kawał dyni. Bach! I czerwona ciecz zdobi deskę (do krojenia warzyw, aby było jasne). Usiłujesz zatamować krwotok. Nacięcie jest zbyt głębokie, by pomogła woda utleniona (gdzieś tu ją schowałaś, niemożliwe, że nie ma. Przecież ostatnio była) i zwykły plaster z opatrunkiem. Przerywasz kuchenne szaleństwo. Opatrujesz krwawiącą ranę. Znalazłaś dwa gaziki. Przykładasz. Słabo. Notatki i zapiski do bloga mają specjalne miejsce w Twoim królestwie. Pełnią rolę podnóżka skrzyżowanego z kamerdynerem. Myśli i motywy są zapisane wszędzie w trosce o słabą pamięć. Część z nich zostaje opryskana na czerwono. To nic takiego. Sporządzisz nowe notatki. Widocznie tamte pomysły nie były do wykorzystania. Wykonując mini akrobacje ucinasz potrzebną ilość plastra z opatrunkiem. Doraźnie pomogło. Nie da rady kontynuować prac z nieczynnym palcem wskazującym. Jutro też jest dzień. Dziś idziesz spać bez kolacji w ramach duchowej łączności z krajami Trzeciego Świata.

Całuchy-kluchy!

One. Duet

-Opuścić rolety?

-Nie, nie trzeba.

-Co tym razem? Nie możesz tak nie spać kolejną noc.

-Obudziłam Cię?

-I tak miałam wstać po coś do picia. Co jest grane?

-Układam tekst. Mogę iść do kuchni, jeśli…

-To niewiele pomoże, szczególnie przy ostrym świetle. Zepsujesz wzrok, rozbudzisz się na dobre i znowu przez resztę dnia będziesz sfrustrowana.

-Mam dziury w głowie. Nie udawaj, że nie zauważyłaś. Kolejny raz zapomniałam o zrobieniu przelewu. Dzisiaj wpakowałabym się po koła samochodu na przejściu. Nie kupiłam mydła i nie odebrałam rzeczy Mikołaja z szatni, jak prosiłaś.

-Nie masz dziur, tylko jesteś coraz bardziej rozkojarzona. Za dużo na siebie wzięłaś. Jesteś przemęczona w dzień, bo nie sypiasz w nocy. Dlatego stale jest Ci zimno. Powinnaś pomyśleć o dłuższej przerwie. Tak się nie da żyć. Bezsenne noce, bezsensowne przerzucanie klamotów z miejsca na miejsce. Szczelnie wypełniony dzień na wysokich obrotach. Kobieto, kto tak żyje i jak długo?

-Jakiej przerwie? Od czego?

-Weź zwolnienie. Od życia. Pojedź gdzieś. Odpocznij. Złap dystans. Zapętliłaś się. Nie masz ani chwili dla siebie w ciągu dnia. W nocy gorączkowo analizujesz, co się zdarzyło, co i kto powiedział. Co zostało do zrobienia na wczoraj, a co na zaraz i dlaczego nie nadążasz. Stale gdzieś biegasz. Wykonujesz mnóstwo czynności, z których nic nie wynika. Jakieś kursy, szukanie grup popaprańców, udawanie działalności społecznej. Angażowanie się w pomoc. Bez tego można żyć. Kiedy ostatnio byłaś z kimś w kinie albo na spacerze? Długim takim. Kiedy ostatnio włóczyłaś się bez celu? Co ostatnio zrobiłaś dla siebie?

-Jakie zwolnienie?! Oszalałaś?!

-Nie oszalałam. Nie podnoś głosu. Obudzisz dzieciaki.

-Ok, cicho już będę.

-Nie rycz. Nie mówiłam Ci o tym wcześniej. Szukam domu dla naszej ferajny. Kiedyś miałam marzenie, by kupić domek, zaszyty gdzieś, w oddaleniu od cywilizacji, żeby go udostępniać wszystkim udręczonym. Znalazłam taki nawet, ale był ponad moimi możliwościami. Będę szukać do skutku.

-A gdzie ja się podzieję? Co ze mną będzie?

-Tak, jak powiedziałam. Udostępnię Ci kąt w domku. Pora, abyśmy się ustatkowały. Ty i ja. Dwa pokoje już nie wystarczą. Dzieci rosną. Wymagają większej przestrzeni, a my nie możemy stale mieszkać razem. Mamy różne potrzeby i charaktery. Trzeba stanąć na własnych nogach.

-Nie umiem palić w piecu.

-To nic skomplikowanego. Nauczysz się.

-Nie nadaję się na odludzie.

-Nie zrozumiałaś mnie. Poszukuję domku dla siebie i dzieci. Ty zostajesz tutaj, ale będziesz mogła nas odwiedzać, jeśli zechcesz.

 

 

One. Alicja

-Zimno się zrobiło. Możesz zamknąć? Dzięki. Poszukam koców. Chcesz też?

-Tak, jeśli masz zapasowy.

-Powinno coś się znaleźć. Trzymaj.

-Po kolejnej nieprzespanej nocy od rana jest mi zimno. Obejrzymy coś?

-Możemy. Co proponujesz?

-Mocniejsze czy na wesoło? Wybieraj.

-Na wesoło. Ty zajmij się odpalaniem sprzętu, a ja postaram się o nastrój.

Alicja włącza laptop, gdy krzątam się po kuchni w poszukiwaniu świec albo czegoś, co chwilowo zmienia klimat. Znajduję tealighty o zapachu przypominającym pomarańczę, albo ogólniej cytrusy. Zaświecam kilka i ustawiam na odwróconej skrzynce.

-Wiesz, że to podobno niezdrowe? Ale cóż, czego się nie robi dla przyjemności kumpeli.

-Jeśli chcesz, mogę zdmuchnąć.

-Nie, zostaw. Wstawisz wodę na herbatę? Nie mogę się rozgrzać.

-Dobrze. Masz sproszkowany imbir albo kardamon? Powinny pomóc takiemu zmarzluchowi jak Ty.

-Imbir znajdziesz tam, gdzie zawsze. A co do herbaty poproszę zieloną. Tymczasem poszukam czegoś na smutne wieczory dla samotnych kobiet.

-Nie jesteśmy samotne, przecież spędzamy ten czas wspólnie – odpowiadam i znikam w kuchni. Gdy wracam, widzę Alicję, jak leży skulona w kłębek pod kocem. Na zewnątrz wystaje jedynie chustka, a spod niej kosmyki włosów, które ostatnimi czasy układają się w rzadkie placki. Na skutek przeżytego silnego stresu oraz utraty stałej pracy w zeszłym roku wypadła jej większość włosów. Od tamtej pory Alka nosi na głowie kolorowe chustki, co w jej wykonaniu i tak jest cudem. Proponowałam kurację wspomagającą odrost włosów. Tłumaczyła, że chciałaby to wszystko przemyśleć i poukładać. Chcieliśmy nawet zorganizować dla niej zrzutkę, ale kategorycznie odmówiła. Od tamtej pory zamknęła się w sobie. Popadła w przygnębienie. Zerwała kontakty. Usunęła konta na portalach społecznościowych. Nie przyjmować jałmużny. Nie być obiektem litości. Została ze swoim bólem podporządkowując mu resztę życia. Taki miała pomysł na siebie. Początkowo nie chciała nawet wychodzić z domu. Wróciła do malowania i szkicowania. Mama przynosiła jej potrzebne materiały z zaprzyjaźnionego sklepu dla plastyków. Z czasem Alicja zaczęła sprzedawać swoje prace. Okazało się, że jest zainteresowanie.

-Czytam Twoje teksty od jakiegoś czasu. Niektóre są trudne w odbiorze. Powinnaś zamieszczać do nich komentarze albo bardziej rozbudować opisy. To by ułatwiało zrozumienie.

-Właśnie dlatego nie zamieszczam komentarzy ani szczegółowych opisów, aby czytelnicy odnaleźli w nich cząstkę siebie.

-Możesz opisać moją historię. Możesz w niej użyć prawdziwego imienia. Pozwalam.

-Dzięki.

-Oraz opisać okoliczności, w jakich się poznałyśmy i dlaczego w ostatniej chwili mnie wystawiłaś i nie pojechałaś na imprezę plenerową. Właśnie, dlaczego Cię tam nie było?

-Dlatego, że też mam przeszłość.

-Znowu tajemnica?!

-Nie chciałabym pojawiać się w określonych miejscówkach ani środowisku.

-Przed kim się ukrywasz?

-Nie ukrywam. Dbam o własny komfort psychiczny.

Wyprzedaż garażowa

-Filiżanki są jeszcze w tamtym koszyku. W różyczki, jeśli takie Panią interesują. I jeszcze w romby. Pozbywamy się tych wszystkich rzeczy.

-Zauważyłam napis „wyprzedaż garażowa” i postanowiłam zajrzeć. Przechodziłam tędy.

-Dobrze Pani zrobiła. Może znajdzie Pani coś przydatnego. Popatrzy, zastanowi się.

-Młynek do kawy działa?

-Działa. Mamy drugi. Jeszcze nieużywany. Niedawno w prezencie na rocznicę ślubu dostaliśmy ekspres do kawy, który mieli. Mężowi i tak nie smakuje z ekspresu. Pije plujkę, siekierę taką, choć mu nie wolno. A kawę kupuje mieloną, tak więc stoją dwa młynki. Nazbierało się tego przez tyle lat.

-Państwo się przeprowadzają?

-A skąd! Nie mamy się gdzie ruszyć. Garaż cały pełny. Same kartony, pudła, kosze. W przedpokoju, na poddaszu też. Nie wiem nawet, co w nich jest. Przegląda Pani sukienki? Na Panią raczej tu niczego nie będzie.

-Dom jest niesamowity. Stary z poddaszem. Zabytek?

-Tak, niczego nie można tu zmieniać. Na wszystko potrzebna zgoda konserwatora zabytków. Te okna wprawialiśmy w zeszłym roku. Poprzednie już się rozsypywały. Syn zajmuje piętro. U niego okna są niewymienione. Twierdzi, że tak lubi i taka uroda okien, że nie będzie zmieniać. Firanek też nie chce zakładać.

-Uważam, że firanki są i tak niepotrzebne na wysokim pierwszym piętrze. Kto go tam będzie podglądać? Chyba te stare drzewa z ogrodu, na które wychodzi widok z okna. A swoją drogą piękny ogród. Dziki. Idealnie pasuje do domu.

-Dziękuję. Nie mam ręki do ogrodu, dlatego taki zaniedbany.

-Nie to miałam na myśli. Chciałam powiedzieć, że te sosny i grab oplecione bluszczem są takie niezwykłe, a paprotki i poziomki przypominają mi las. Ma Pani odrobinę własnego lasu przed domem.

-Podobno kiedyś był tutaj las. Mój dziadek karczował go wraz z innymi mieszkańcami wioski pod budowę gospodarstw. Ale kilka drzew zostawił, specjalnie dla babci, która nie pozwoliła ich ścinać. Dziadka przygniotło spadające w dół drzewo. Babcia została sama z moją mamą, która miała wtedy niecałe dwa latka,  i wujkiem w brzuchu.

-Piękna historia. Bardzo romantyczna.

-Babcia nie wyszła powtórnie za mąż. Mieszkamy tutaj od pokoleń. Nie chcemy opuszczać tego miejsca. Jesteśmy za bardzo do niego przywiązani. Mamy jeszcze córkę. skończyła studia, zootechnikę i wyjechała za pracą na Śląsk, ale tęskni bardzo. Wiosną i latem jest tutaj niemalże w każdy weekend. Zimą rzadziej. Ciężko się dostać, a ona dopiero robi prawo jazdy. Ale zapowiada, że gdy tylko trochę się odkuje, to wróci. Ta wyprzedaż jest też po to, aby pomóc jej spełnić marzenia o powrocie. Chcemy kupić jej auto, dlatego odkładamy każdy grosz. Znowu będziemy wszyscy razem jak kiedyś.

One. S.

Razem zaczynałyśmy jako sprzedawcy powierzchni reklamowych. Obie przyszłyśmy do firmy w tym samym czasie. Obie stawiałyśmy pierwsze kroki w branży. Obie byłyśmy chude i przerażone ogromem pracy, która nas czeka. Obie wychodziłyśmy ostatnie z biura. Obie prawie tam nocowałyśmy. Obie w krótkim czasie osiągnęłyśmy bardzo dobre wyniki. Obie wychodziłyśmy na papierosa, choć tylko Ty z nas paliłaś. Ja przychodziłam socjalnie, jak zwykłaś mawiać. Snułyśmy plany, co będziemy robić po opuszczeniu tego obskurnego miejsca, gdy się trochę odkujemy. Chciałaś wyjechać w góry i hodować owce. Produkować bryndzę albo inne ekospecjały. Ja zamierzałam uciec na drugi koniec Polski i tam zacząć od nowa. Chciałam pracować zdalnie i sprzedawać coś ładnego.

Potem kogoś poznałaś i postanowiłaś nas opuścić. Przeprowadziłaś się do niego. Odeszłam wkrótce po Tobie, gdy atmosfera zaczęła się psuć. Tamtego roku jesienią stanowisko lidera objął G. Zaczął wymagać coraz więcej. Chciał świeżej krwi. Zatrudnił szczurków. Jeździli razem na weekendy. Z czasem wypadłam z obiegu, mimo że moje notowania jako sprzedawcy nie spadły. Z czasem się z tym pogodziłam. Z czasem Ty zaczepiłaś się u konkurencji i zaczęłaś od początku. Z czasem wspinałaś się po szczeblach kariery i osiągnęłaś wysokie stanowisko. Z czasem Cię doceniono, a realizacja Twoich pomysłów doczekała się konkursowych zwycięstw. Z czasem nasze kontakty się poluzowały. Do tamtej majówki.

Byłam coraz bardziej zniecierpliwiona tym, że nie udało mi się zarezerwować noclegu. Szukałam wytrwale pokoju dla jednej osoby. Wtedy wyjazdy w pojedynkę, zwłaszcza kobiet do głuszy, nie były tak popularne jak obecnie. Postanowiłam sprawdzić jeszcze jeden numer. W słuchawce usłyszałam Twój głos. Rozpoznałam Cię od razu. Jasne, że mnie pamiętałaś. Po tylu latach. Miałaś jedynkę, a właściwie dwójkę, ale przygarnęłaś mnie po kosztach. Miałam pomóc w ogarnięciu gospodarstwa. Na miejscu nie zastałam owiec. Zamiast nich było kilka kóz. Dawały mleko, a Ty przerabiałaś je na sery. Twierdziłaś, że cienko przędziesz, dlatego wynajmujesz dwa pokoje turystom. Latem jest łatwiej, bo zbierasz grzyby i jagody. Nauczyłaś się robić przetwory. Twój syn wyleczył się z alergii bez środków farmakologicznych. Wybrałaś to życie dla niego, aby miał szczęśliwe dzieciństwo. Nie zmieniłaś nazwiska po rozwodzie, aby nie tłumaczyć młodemu zawiłości, których i tak w tym wieku by nie pojął. Nie przewidziałaś, że przy roztopach i późną jesienią drogi będą nieprzejezdne, a szkoła daleko. Autobus nie chciał podjeżdżać. Młody musiał iść codziennie do głównej drogi, skąd był odwożony do szkoły. Nie miał kolegów. Za towarzystwo służyły mu głównie kozy. Ty nie miałaś dla niego zbyt wiele czasu zajęta ich dojeniem i warzeniem serów. Dorabiałaś pisaniem na zlecenie. Przestałaś robić makijaż, farbować włosy, dbać o dietę i sylwetkę, nosić szpilki. Mówiłaś, że tak jest dobrze. Zostawiłam Ci wszystkie kosmetyki, które przywiozłam, łącznie z perfumami. Z początku nie chciałaś ich przyjąć. Widziałam, jak szkliły Ci się oczy, kiedy ich dotykałaś. Prosiłaś, abym Ci opowiedziała o sobie, o wielkim świecie, który za szybko pędzi.

 

Patynowa Pani Domu. Porządki

Znowu od rana leje. Kolejny dzień spędzisz zatem na mało znaczących czynnościach dla ludzkości, ale ogromnym znaczeniu dla Ciebie i Twojego świata. Obejrzałaś chyba wszystkie komedie W. Allena pojąc się przy tym hektolitrami herbaty. Jej zapasy kurczą się. Pamiętaj o tym podczas najbliższych zakupów. Przejrzałaś zawartość półek z kosmetykami. Niektóre straciły ważność… Nieistotne. Pozbądź się ich. Natychmiast. Bez żalu. To tylko tubki, słoiczki i pudełka. Zamknij oczy i wrzuć do worka. Nawet niczego nie poczułaś.

Otwierasz szafę. Na głowę spada Ci szlafrok. Nie ten, który wisi w łazience. Tamten w krówki, który kupiłaś w sieciowym bazarku. Ile razy miałaś go na sobie? Jasne, że to praktyczne mieć czegoś minimum dwie sztuki na wypadek, gdyby jedna uległa uszkodzeniu, ale weź pod uwagę, że nie żyjesz w kraju trzeciego świata, choć kto to wie. Za szlafrokiem spada Ci na głowę poszewka. Składasz ją i szukasz pozostałych części kompletu. Nie ma. Jeszcze raz sprawdzasz. Jest tylko jedna sztuka w ten deseń. Czy to możliwe? Pamiętasz, jak niedawno ubierałaś tę pościel, gdy nocował u Ciebie. Teraz sobie przypominasz. Pocięłaś tamte części, a potem wyrzuciłaś. Ta jedna najwidoczniej się zawieruszyła, ale na niej nie spał. Tak nie może być. Pora na porządki w szafie. Zaczynasz od najwyżej półki. Przekopujesz się przez kartony i mnóstwo drobiazgów, z których urosła góra. Nawet nie wiedziałaś, że jeszcze tyle ich masz. Zrobić wystawkę czy ogłosić się w rubryce „Kupię, sprzedam, oddam”, wyrzucę lub gdzieś pierdyknę, należałoby dopisać. Wygrywa drugi pomysł. Słychać sygnał przychodzącej wiadomości. Schodzisz z drabinki. Odczytujesz informacje. Odpowiadasz na nią. Jasne, że mogę dziś wieczorem. O której? Nawet jeśli będzie lało, to wspólne szwędanie się po mieście ma więcej uroku niż spędzanie czasu w domu na porządkach. Tłumaczysz, co porabiasz i dlaczego. Pomysł z wyprzedawaniem lub oddawaniem gratów został zaakceptowany. Przyjdź. Coś sobie wybierzesz. Najlepiej byłoby, gdybyś sama obejrzała. Jak to, co mnie naszło? Nic. Nie mieszczę się z dobytkiem. Piwnica też odpada. Za symboliczną opłatą korzystają z niej sąsiedzi. Nie będę tego psuć. Nie ma tam ani jednej mojej rzeczy, za wyjątkiem półki z owocowymi i warzywnymi przetworami od mamy.

Wystawiasz kartony na środku izby. Schodzisz na niższe półki. Bluzki w rozmaitych kolorach i fasonach machają do Ciebie przyjaźnie. Niektórych nie zakładałaś od czasu nieudanych randek. Poza tym wyglądasz w nich nietwarzowo. I pomyśleć, że kiedyś miały być Twoją ozdobą. Obecnie nie nadają się nawet do kontenerów z przeznaczeniem na drugi obieg. Nie chcesz, aby inne kobiety skorzystały z odzieży, która nie sprawiła, że z Twojego powodu komuś zabiło szybciej serce. Masz przecież stare krawieckie nożyce. Używasz ich. Ciach, ciach… Jaki cudny dźwięk. Były sobie bluzeczki, koszuleczki, tiszerteczki… Tę zostawię na ścierkę, ta będzie do wycierania okien po umyciu. Rozhuśtałaś się w rozmyślaniach. Pod ostrze nożyc poszły też wyjątkowo niepraktyczne sukienki. Trzy sztuki. Nadawały się tylko na śmietnik. W nich też wyglądałaś beznadziejnie. Do worka, a potem niechaj wędrują w świat. Przedpokój tonie w strzępach ubrań. Ty pośród nich w ferworze działań zmierzających do finalizacji. Czas nie ma znaczenia. Liczy się tylko działanie. Porządkowanie przeszłości. Udaje się częściowo zapanować nad chaosem. Trzaskasz zdjęcia przedmiotom przeznaczonym na podarunek lub sprzedaż. Zamieszczasz fotosy w sieci nie licząc specjalnie na zainteresowanie. Przerwa na coś do picia. Wstawiasz wodę. Oddychasz z ulgą przyznając sobie kolejną gwiazdkę za spryt. Słyszysz sygnał powiadomienia. Niemożliwe. Ktoś zwrócił uwagę na stary notes z długopisem do kompletu oraz na drewniane serce i na zawieszki, o których nie pomyślałabyś, że pies z kulawą nogą będzie pamiętać. Pojawiają się pytania. Możemy umówić się na bazarku. Przyniosę więcej rzeczy w tym stylu. Nie trzeba przyjeżdżać z przyczepką. Ja podejdę z plecakiem. Coś Pan sobie wybierze. Mam jeszcze drewniany domek, ale odpadła w nim owieczka. Jeśli miałby pan dobry klej…

Deszczowe dni mają swój urok…

Przeprowadzka

-Gotowe. Dałyśmy radę.

Kartony z naszym dobytkiem stały obok siebie i czekały na załadunek. Obok nich jej walizka i moja torba podróżna, do której upchałam głównie dokumenty i trochę zdjęć. Nie było tego dużo. Storczyki rozdałyśmy, podobnie jak część książek. Inne znalazły się w piwnicy w domu jej matki, gdzie z czasem przepadną. Na szczęście nie były zbyt wartościowe, przynajmniej dla mnie.

-Co z ikoną?

-Jaką ikoną?

-Trójcy Świętej. Wisi na ścianie. Chcesz ją tu zostawić?

-A, faktycznie. To prezent ślubny od Ciebie, jedyne, co zabrałam ze sobą z poprzedniego życia.

-Oryginalna. Taszczyłam ją z Rosji, z monastyru. Co mamy z nią teraz zrobić?

-Zapomniałabym. Zapakuję ją w folię, aby się nie zniszczyła. Będzie ozdabiać moje nowe lokum i przypominać o Tobie.

Twoją suterenę, młoda, ale łaska Pańska na pstrym koniu jeździ. Poradzisz sobie i tam, skoro życie Cię do tego zmusza. Życie, czyli Twój były… mąż i jego decyzje. Pokłóciłyśmy się o niego i nie podtrzymywałyśmy kontaktu od czasu Waszego ślubu, na który przyszłam głównie z towarzyskiego obowiązku. Ikonę Trójcy Świętej wiozłam dla Was przez dwa kontynenty, ale nawet ona nie pomogła w kryzysowej sytuacji. Początek rozwodów często ma miejsce na sali ślubów, jak mawiają prawnicy specjalizujący się w sprawach rozwodowych i o podział majątku. W Twoim przypadku, mała, nie było czego dzielić. Na własne życzenie zostałaś w jednych majtkach.

-Mamy czas.

-Grześki mają być za jakieś pół godziny. Obiecały nam pomóc. Najpierw pojedziemy do mnie, aby zostawić graty, a potem do Ciebie. Na szczęście to dość blisko.

-Może podzielmy te rzeczy, żeby potem było wiadomo, które gdzie trafią? Podpisałaś kartony?

-Nie podpisałam. Nie mówiłaś, ale chyba rozpoznamy swoje ubrania.

-Chyba tak. Będziesz wiozła te wszystkie albumy ze zdjęciami?

-Tak, część zdjęć przywieszę nad kiblem.

Tyle nam zostało z dotychczasowego życia. Rozdzielamy się, bo nie jesteśmy w stanie dalej płacić za wynajem kawalerki w podłej dzielnicy. Ty wprowadzasz się do obecnej Miłości Swojego Życia, kolejnego artysty bez grosza przy duszy, któremu będziesz płacić rachunki, prać, gotować i wykonywać masaże. Pytanie, gdzie on obecnie tworzy i jak go znaleźć, w której z europejskich stolic? I kiedy doczekamy się choć jednej ukończonej realizacji jego pomysłu? Cud, że zdążył wymalować Wam gniazdko i zostawił Ci do niego klucze. Z tej mąki chleba nie będzie, ani nawet bułek. Co najwyżej zakalec, od którego rozboli Cię brzuch. Ja wracam na przerwane kiedyś studia. Studiowanie w trybie zaocznym trochę kosztuje, dlatego zdecydowałam się na mało atrakcyjną pracę i mieszkanie  w pobliżu uczelni, by mieć czas na prowadzenie badań, przesiadywanie w bibliotekach i napisanie magisterki.

-Grześki dojeżdżają, zbieraj się.