Patynowa Pani Domu. Ech, życie!

Będą budowane szpitale polowe na stadionach. To Pierwszy News, który usłyszałaś, odkąd odblokowałaś dziś uszy. Powoli. Panuj nad obrotami własnych sfer umysłowych. Stadionom tak, siłowniom nie. Nie wyciągaj pospiesznych wniosków. Sztuka długa. Życie krótkie. Już lepiej. Powtrzymaj się od komentowania, zanim odpalisz komp i otworzysz tajemniczą skrzynkę, w której została przygotowana specjalnie dla Ciebie spersonalizowana oferta reklamowa. Pachnące świece w promocyjnych cenach. Bez kosztów dostawy. Zapachy kojarzące się z dynią, letnimi wakacjami, jaśminem i grudniowymi świętami. Od samego rana poważne dylematy. Odpada. Najpierw się obudź. Zastawa stołowa z motywami kojarzącymi się z Bożym Narodzeniem. Kolejna w tym miesiącu. Kawiarki oraz inne akcesoria niezbędne do zaparzania kawy. Płyniesz w tę stronę. Niechaj na zewnątrz ważą się losy świata i ludzkości, ale Ty masz dokonać wyboru. Możesz wypić kawę zaparzoną w kawiarce, ekspresie, dopplerze czy innym sprzęcie, który jest Ci raczej niepotrzebny. Twoja stara przyjaciółka kawiarka jeszcze daje radę. Natomiast okoliczne kawiarnie coraz częściej serwują obrzydliwie smakującą ciecz o bliżej nieokreślonej barwie. Koncesja na przyrządzanie i serwowanie kawy w lokalu powinna być bezwzględnie wprowadzona. Inaczej nie wychowamy dobrych przedsiębiorców.

Prysznic pomaga skupić myśli. Nie obiecywałaś rzucić okiem na twórczość tej małej, która jest nieco nieśmiała, i pozytywnie zakręcona (nie znasz nikogo niepozytywnie odkręconego), ale prosiła, by ktoś niezależny zaopiniował to, co czasami wrzuca. Tzn. „mi to podesłała, ale ja Tobie to podrzucam, bo wiesz, raczej nie jestem literacki ani uduchowiony tak jak Ty. To jak? Zajrzysz”? Zaglądasz. „Co o tym myślisz”? Nie jest ważne, co ja o tym myślę, odpowiadasz, lecz jest ważne, co Autorka myśli. I w myślach (własnych) błagasz, aby więcej tego nie czytać. Zasłaniasz się brakiem kontaktu z literaturą wysoką, specjalistyczną, podziemną, naziemną i każdą inną, pod której banderą twórca powyższej chciałby się znaleźć.

Przez kilka najbliższych dni nie będziesz opuszczać swojej dziupli. Masz zapasy jedzenia, miodu, orzechów, filmu i literatury. Wino? Jest. Towarzystwo? Zdalne, ale jest. Pełny zestaw na czarną godzinę. Epidemię da się lubić pod warunkiem, że nie trzeba przekonywać decydentów o konieczności pozostawienia otwartych miejsc kojarzonych z rzeźbieniem sylwetki.

Całuchy-kluchy!

Deszczowe zapiski

Chciałabym mieć na głowie efekt stale potarganych włosów, tłumaczę fryzjerce i oddaję się z zaufaniem w jej sprytne dłonie. Dziewczyna sprawia wrażenie znawcy tematu i zgrabnie operując nożycami przy moich uszach cierpliwie wyjaśnia, jakie triki i narzędzia powinnam stosować, jeśli chcę uzyskać bałagan na głowie. Wychodzę z salonu prosto do sieciówki z kosmetykami, by powiększyć ich zasób w łazience. Kolejny dzień leje deszcz. Przeczytałam już cały zapas książek oczekujących w kolejce na lekturę. W myślach tworzę listę tych, które niebawem wypożyczę, błogosławiąc pomysłodawców i pracowników bibliotek. Gdyby nie czytelnicze świątynie, prowadziłabym życie na wzór bibliotecznego dewianta albo spałabym pod książkami niczym kloszard. Nie wystarczyłoby mi na jedzenie. A propos ostatniego. Nie znoszę robić zakupów spożywczych podczas deszczowej pogody. Szczególnie bieganie po warzywniakach wydaje się w tej sytuacji uciążliwe. Ale nie poddaje się. Z bałaganem na głowie pilnie poszukuję grzanek. Mogłabym zrobić je samodzielnie, lecz wtedy nie byłyby idealnie przyprawione ani chrupiące. Odwiedzam kilka sklepów z wiktuałami. Bezskutecznie. Chyba trzeba będzie spróbować swoich sił jako mistrz złotej chochelki i samodzielnie przyrządzić małe przekąski. Albo zrezygnować z ich konsumpcji przynajmniej dzisiaj. Kolejny punkt na spożywczej mapie myśli. Czy ma Pani grzanki w sklepie? Nie mam. A groszek ptysiowy? Też nie mam. To ja się jeszcze rozejrzę. Rozglądam się. Tuż za plecami na sklepowych półkach znajduję chrupiący obiekt kulinarnego pożądania. Są grzanki! Podam je z tartym żółtym serem. Mówię ni to do siebie, ni to do obsługi sklepu. Płacę i wychodzę. Mam zatem wszystko, czego potrzebuję do przygotowania smacznego, pożywnego obiadu na wrześniowe, chłodne dni. Kto powiedział, że w czasie deszczu nie można rozwijać się jako domorosły kucharz? Nakarmiona i zadowolona wybieram się do E. Odrobiłam lekcje. Mam coś na wymianę. Słoiki z pysznościami za owoce i pomidory. Uda się na pewno!

One. Sukienka w kolorze fuksji

W sklepie:

-Zostały dwie sztuki. Może Pani zmierzyć obie. Kolor idealnie pasuje do Pani typu urody.

-Zrobię tak, jak Pani powiedziała. Dziękuję. Nie nosiłam sukienek chyba od… Nieważne.

-Ma ciekawe wykończenie pod szyją. Można zawiązać albo zostawić luźno. I jak?

-Dobrze leży. Wezmę tę. Ale przyznam się Pani, że najchętniej wykupiłabym te koszule, gdyby nie podlegały pod męski dział.

-Ja mam kilka. Nosimy je na zmianę z chłopakiem.

U niej:

-Okradłaś księgarnię? Kiedy Ty to przeczytasz?

-Bez obaw. Zdążę. Coś trzeba robić wieczorami, gdy Ty śmigasz na randki albo urządzasz swoje nowe gniazdko.

-A to co? Jaka śliczna? Z długim rękawem. Nie będzie widać blizn. Pożyczysz oczywiście?

-Oczywiście, że tak. Na kiedy potrzebujesz?

-Na początek na jutro, ale najpierw podjedziemy do marketu oddać materiały. Coś tam zostało po chłopakach.

-Randka w markecie budowlanym. Tego jeszcze nie było.

-Zobaczę, ile on potrafi i co powie o sukience, czy mu się w niej spodobam. Jest bajeczna i ten wyrazisty kolor. Gdzie ją upolowałaś?

-Nie upolowałam. Zwróciłam na nią uwagę, a potem kupiłam.

-Pewnie droga.

-Nie, po promocji. Zostały dwie sztuki i…

-Tobie to dobrze. Wchodzisz do sklepu, bierzesz z półki to, czego potrzebujesz, płacisz i jest Twoje. Na zawsze.

-Jeśli rzecz można kupić za pieniądze, to oznacza, że jest niewiele warta. Dopiero właściciel nadaje jej znaczenie.

Kilka miesięcy później:

-Na pewno chce Pani się jej pozbyć?

-Tak. Nie miałam jej na sobie ani razu. Może mi Pan wierzyć.

-Ale metki nie ma.

-Nie ma, bo sukienka była pożyczana koleżance.

-I nie założy jej Pani już? Moja dziewczyna choruje na rzeczy w kolorze fuksji.

-Nie założę. Napisałam w ogłoszeniu, że odbiór osobisty, bo sukienkę oddaję za dobre słowo.

-Pani byłoby w niej ładnie. Nie było okazji do jej założenia?

-Nie było. Pierwsze zgłoszenie wpłynęło niespełna dziesięć minut po zamieszczeniu oferty. I to byli Państwo. To jak? Pakujemy?

 

One. Puszki

-Chcesz je?

-Pewnie, że chcę. Cudne puchy.

-Są Twoje.

-Będą pasować do pasków na ścianie. Zieloniutkie jak wiosenna łąka.

-Nie były używane.

-To po co je kupiłaś?

-Myślałam podobnie jak Ty, że będą pasować do kuchni, którą z taką pieczołowitością urządzałam.

-I?

-Nie pasowały. Podobnie jak kuchnia i nie tylko ona. Do życia.

-Tamto małżeństwo nie było dla Ciebie. Dla Was.

-Małżeństwo w ogóle nie jest dla mnie. Wiesz, kiedy dokładnie kupiłam te puszki?

-Nie wiem.

-W dniu, w którym garnki z zawartością po raz pierwszy poleciały przez okno. Grunt, że nikogo wtedy nie zabiły.

-To już przeszłość. Teraz skup się na…

-Na tym, jak przeżyć z dziećmi, nie pozostawić ich sierotami i nie zostać wyeksmitowaną.

-Nie panikuj.

-Tamtej wiosny miałyśmy jechać do Wiednia.

-Jeszcze pojedziemy.

-Kupiłyśmy bilety i zabukowałyśmy noclegi. Dzień wcześniej dostałam ataku. Ty wpadłaś w furię. Krzyczałaś, że zepsułam Ci weekend, naraziłam na koszty i jestem nieodpowiedzialna. Pojechałaś sama. Jak zwykle postawiłaś na swoim. Kilka dni później dowiedziałam się, że jestem w ciąży. Wzięliśmy ślub, na który nie przyszłaś.

-Nie widziałam w tym związku przyszłości.

-Urodziła się K. Od początku coś było nie tak. Obwiniał mnie o jej stan. Oboje stale mnie o coś obwiniacie.

-Przestaniesz?!

-Właśnie K. się obudziła i domaga uwagi.

-Krzyczy tak, bo nie chce, abyś ze mną rozmawiała i dzieliła się czasem z kimś innym.

-Nie znasz jej. Ona nie umie inaczej.

-I nie będzie umieć, skoro ma Ciebie na każdy gwizdek. Pójdę już.

-A puszki?

-Nie chcę ich.

-To je wyrzuć po drodze. Nie mogę na nie patrzeć.

-A mnie to chciałaś je podarować.

-Ty byś z nich zrobiła właściwy użytek i może do czegoś dobrego by to doprowadziło.

-Chyba w to nie wierzysz.

-Zawsze zazdrościłam Ci porządku na głowie i w głowie. Podasz mi chusteczki?

-Pozory.

-Nie można grać przez kilkadziesiąt lat. To by była schizofrenia.

Notatki. Epidemia po polsku

Godziny przedpołudniowe. Wychodzę po zakupy spożywcze. Omijam wymarły plac zabaw i park, w którym uwija się pojedynczy osobnik, mający na bakier z równowagą i higieną. Ptaki szaleją. Mają dla siebie starodrzew, krzewy, trawnik, klomby. Wbijam do ulubionej piekarni. Sprzedawcy z plastikowymi ochraniaczami na twarzach wyglądają zjawiskowo. Znowu nie ma rogalików, które preferuję na drugie śniadanie. Nie ma i przez jakiś czas nie będzie, słyszę. Wychodząc niemal zderzam się z grupą czterech osób. Przewodniczka stada (widoczne braki w uzębieniu), za którą unosi się woal dymu, wykrzykuje „patologia, k…, gamonie, nieroby”. Wtóruje jej dziki rechot pozostałych członków stada. „Co to jest? Nie ma nic, k…, porządny człowiek nic nie dostanie”. Idę dalej. Miasto wymarło. Małe sklepy, punkty usługowe i rodzinne interesiki to obecnie biała plama na jego mapie. Pozdrawiam znajomego sprzedawcę miodu. Nie tym razem. Jak ograniczenia to ograniczenia. Rodzice z dziećmi otulonymi w koce spacerują po balkonach śpiewając przy tym. Rozpoznaję jedną melodię. Gdyby nie wybuch epidemii, nie wiedziałabym, że istnieją lokalne nienazwane Marie Callas.

Pakuję do koszyka to, co niezbędne. Z drugiego sektora, obfitującego w trunki, słychać rozmowę dwóch mężczyzn. Ich sposób bycia, strój i aparycja mogą świadczyć o tym, że zmagają się z brakiem stałego zajęcia i kobiety. „Mnie to wcale nie przeszkadza, że siedzę w chałupie, k…, żeby nam jeszcze płacili, a oni nam g…o dają. To co mamy robić za darmo? Wolę się op…. i niech ten wirus jeszcze trochę siedzi, w ch.j”.

Idę do M., gdzie bez względu na czas i okoliczności coś jest niezmienne. Pierogi ze słodką kapustą i suszonymi grzybami. Nadzienie powinno być lekko pikantne, a ciasto luźne. Boki sklejone wyłącznie ręcznie, na ok. 7 mm. Doskonałe na ciepło i zimno, nawet bez okrasy.

Miejcie dobry, szczęśliwy czas i pozostańcie w zdrowiu!

Notatki. Korona świrus i czekoladowe zajączki

Dziś nie włączę radia i nie zajrzę do internetowych serwisów informacyjnych. Nie wdam się w żadną rozmowę na temat zbiorowej histerii, a sklepy i apteki ominę szerokim łukiem. Przyjmę życzenia z okazji Dnia Kobiet, napływające z rożnych stron. Wspomnienie jest formą spotkania. Spotykam się z Wami. Wymienimy myśli, spojrzenia, rzadziej uścisk dłoni (oczywiście tylko porządnie odkażonej).

Handel to specyficzna dziedzina gospodarki. Zarabia na ludzkich potrzebach, często nienaturalnie wykreowanych. Okazje czynią konsumenta. Jeśli nie ma okazji, należałoby ją w sztuczny sposób imputować. I tak można zaznaczyć w kalendarzu: dzień teściowej, dzień kota, dzień zbiorowego mycia rąk, dzień jak co dzień, dzień pisania ręcznego, dzień pisania na maszynie, dzień lenistwa, dzień zakochanych i odkochanych, dzień babci, kuzyna i pozostałych członków załogi. Gdyby spojrzeć na sklepowe półki, uginające się od substratów konsumpcji, obok czekoladowych zajączków i jajeczek leżą słodycze i lampki z nadrukiem w bałwanki, piernikowe ludziki oraz bombki, które nie zostały wykupione przed Bożym Narodzeniem (można pokusić się o zrobienie zapasów na tegoroczne święta, które wszak wypadają dopiero w grudniu, ale kto wie, co do tego czasu mogłoby się wydarzyć). Nieopodal nich rachityczne kartonowe regały zawierające asortyment na wypadek wybuchu epidemii, a więc rożnego rodzaju środki odkażające ręce (jaka szkoda, że nie głowę z jej zawartością, choć u niektórych nie byłoby tam czego odkażać), dezynfekujące pomieszczenia użyteczności zbiorowej (jakby dotychczas nie przeprowadzano prac konserwatorskich np. w szpitalach czy szkołach) oraz mieszkania (czyżby przed wybuchem paniki podsycanej głównie przez dziennikarzy i przez szarlatanów do spraw marketingu mało kto sprzątał swoje domostwa i prał odzież).

Bądźmy zdrowi, szczęśliwi i nie dajmy się zwariować. Papatki!

Patynowa Pani Domu. Dzień kobiet

Zaczyna się od rozbudowanej oferty sprzedaży tulipanów oraz innych roślin cebulkowych do samodzielnego wyhodowania w warunkach, określając je najprościej, domowych. I ta dzika radość, gdy po wielu dniach ofiarnego oczekiwania, pojawia się kwiat (tym razem nie paproci) jako dar z okazji marcowego święta. Inne propozycje prezentowe, lawinowo pojawiające krótko po walentynkach, są, jak głoszą teorie marketingowych specjalistów, dostosowane do potrzeb kobiet (i nierzadko mężczyzn, z którymi dzielą one życie). Nota bene na wyprzedaży można jeszcze kupić atrakcyjne serduszne produkty, które nie znalazły nabywców w sezonie poświęconym patronowi obłąkanych i epileptyków. Gdyby się dobrze zastanowić i wziąć pod uwagę okoliczności wraz z terminami obchodzonych świąt, można byłoby upiec dwie pieczenie przy jednym ogniu (pierwszą podać z sosem barbecue, a drugą z musztardowym) i wręczyć komuś prezent np. z okazji przesilenia lutowo-marcowego.

Jako pół-singielka na studiach zaocznych, uwikłana w profanum do tego stopnia, że o nadchodzącym potencjalnym świętowaniu przypominają Ci głównie bilboardy oraz ulotki w skrzynkach, postanawiasz przejść do sfery sacrum i skusić się na jedną z ofert. Masz do wyboru: konsultacje fryzjerskie (inaczej mówiąc, w czym Patynowej będzie do twarzy), kosmetyczne (zabieg redukujący zmarszczki), udział w loterii, w której do wygrania m.in. bon na kosmetyki do zwalczania celulitu, poradę dietetyka, podwójne zaproszenie na pizzę (na wypadek, gdyby zabrakło innej okazji do zjedzenia włoskiego specjału). Zanim wybierzesz, dobrze rozważ wszystkie kuszące propozycje. Dzień kobiet zdarza się raz w roku. Tym razem nie możesz zmarnować okazji do dobrej zabawy.

Całuchy-kluchy!

Młynek do pieprzu

-A ten gdzie odłożyć?

-Ten jest do wyrzucenia.

-Zatrzymam go, jeśli pozwolisz.

-Bierz. To klamot. Nawet nie wiem, czy działa.

-Dam mu drugie życie.

-Rdzewieje już.

-To nie rdza, tylko zabrudzenia. Zobaczysz, jeszcze będziesz jeść rosół ze świeżo zmielonym pieprzem z tego młynka.

-Rób, jak uważasz. Mnie jest niepotrzebny. Zamierzałam go wyrzucić.

I w ten sposób wiekowy, ręczny młynek do pieprzu trafił w moje, adopcyjne ręce. Poczyszczony, odrestaurowany przy pomocy tradycyjnych środków (stosowanych do impregnacji drewna m.in. na Podhalu, a jakże), czyli ciepłej wody, szarego mydła i szczotki ryżowej zaprezentował się znakomicie. Mam do niego ogromny sentyment tym bardziej, że często w dzieciństwie mieląc czarne kulki zawierające piperynę doskonaliłam manualne umiejętności. Gdy w szufladce znalazła się wystarczająca ilość czarnego proszku, wąchałam go, a potem kichałam mając z tego niesamowity ubaw. Potem wysypywałam zmielony pieprz do kubła ze śmieciami, a do skrzyneczki kładłam np. małe szyszki albo coś innego. Dźwięk wydobywający się spod mielonych żarn mnie uspokajał. Gdy bywałam w innych domach, nie spotkałam się z takim modelem młynka jak u nas. Tamte egzemplarze wygrywały inną melodię. Tylko nasz był dzięki temu wyjątkowy.

Obecnie młynek dumnie oczekuje na użytkowanie. W komorze z żarnami mienią się różnokolorowe kulki. Gościom o wysublimowanych oczekiwaniach kulinarnych pozwalam na wypróbowanie jego możliwości. Chętnym opowiadam historię z nim związaną. To on ma aż tyle lat. Sama nie wiem, kiedy to zleciało. Nieźle się trzyma. Ty też. Dzięki.

Alternatywne walentynki

Jeżeli czujesz się Europejczykiem, albo a la Europejczykiem, albo kimś pomiędzy, możesz świętować dzień 14 lutego w sposób odmienny od tej części społeczeństwa, która deklaruje, że opatuli się czerwienią, serduszkami, różami (obowiązkowo bez kolców) lub innymi symbolami wyrażającymi autonomię w relacjach. Dzień przypadający 14 lutego to także święto św. Walentego, patrona osób chorych psychicznie i epileptyków, jak i Cyryla i Metodego, niebiańskich opiekunów Europy. Sam wybierz, który powód do obchodzenia go z szacunkiem bardziej Ci odpowiada. Możesz również nie dokonywać żadnego wyboru. Brak decyzji też jest decyzją.

Propozycja świętowania jest taka oto. Pozostań na terenie własnego domostwa. Ubierz się niezobowiązująco. Nastaw pranie, jeśli uspokaja Cię dźwięk pralki oraz obraz kołującego się jej bębna. Potem, gdy ubrania będą poddawane mechanicznej konserwacji, zajmij się kawiarką. Użyj jej zgodnie z przeznaczeniem. Jeśli nie masz kawiarki, tradycyjnie zaparz kawę w największym kubku, jaki stoi pod ręką. Weź z półki książkę, którą masz ochotę poczytać, albo film jako alternatywę do spędzania czasu w łazience. To nic, że wielokrotnie oglądałaś tę komedię. Dziś jest Twój dzień. Spędź go na przyjemnościach. Nie zaszkodzi zadzwonić do kogoś bliskiego i przedłożyć mu ofertę wspólnego dzielenia wieczoru. Nie chcesz dzwonić, aby nikogo nie niepokoić, to ok. Pogłaszcz kota za uszkiem. Nie masz kota. Nic to. Pogłaszcz najbliżej znajdującą się roślinkę. Nie jesteś botanicznym wampem. Nic straconego. Możesz pogłaskać się po brzuchu, wcześniej obdarowanym smakołykami. Okryj się kocem. Pościel łóżko, bo może się zdarzyć, że niespodziewanie Hypnos cmoknie Cię w ucho. Spokojnych snów!

Walentynkowy prezent

Kolacja, kreacja, kooperacja na ten dzień zaplanowane w najdrobniejszych szczegółach, ale co tu kupić jako podarunek. Wiem, wiem, Ty jesteś najlepszym prezentem. Nikt tego nie kwestionuje, lecz nie zaszkodzi w ramach rozszerzenia oferty nabyć coś, co będzie Wam się kojarzyć niczym postać Rasputina na carskim dworze.

Zakładam, że znacie swój gust przynajmniej na tyle, aby wiedzieć, co raczej nie spodoba się drugiej połówce jabłka. Wybór wyrobów made in Daleki Wschód jest z roku na rok coraz większy. Tu powinna włączyć Ci się w głowie czerwona lampka. Synapsy pracują. Osiołkowi w żłoby dano. Umiarkowanie nakarm ukochaną osobę, aby romantyczny wieczór nie skończył się dla niej tam, gdzie koronowane głowy chadzają piechotą. Nie dopuść, aby była głodna. To mogłoby skutkować inną krępującą sytuacją towarzyską.

W wyborze upominku można kierować się ofertami serwowanymi w czasie reklamowym w środkach masowego przekazu. I tak od wczesnych godzin porannych usłyszysz np. o produktach na wszawicę, grzybicę, uciążliwe gazy, zespół przewlekłego zmęczenia itp. Wsłuchaj się uważnie w potrzeby kogoś bliskiego. Może akurat będzie potrzebować czegoś na pozbycie się kłopotliwych przypadłości. Pamiętaj, aby opakowanie farmaceutyków przewiązać czerwoną wstążką, ewentualnie dorysować wyraźne serduszko. Wszak to walentynki. Innym wymiernym pomysłem na uhonorowanie Waszego związku może być karnet na siłownię lub na masaż. Wcześniej upewnij się, czy masażysta lub instruktor fitnessu nie będzie bardziej seksowny niż Ty, zwłaszcza gdy nie jesteś pewien swojej pozycji w stadzie. Licz się z tym, że możesz oberwać karnetem, szczególnie w sytuacji, gdy Twoja druga połówka od jakiegoś czasu jest na chronicznej diecie i walczy z utratą zbędnych kilogramów. Tak czy inaczej najbezpieczniej dla Was będzie obdarować się różą w kolorze czerwonym oraz garnuszkiem z nadrukiem w serca, ewentualnie w misie, ewentualnie w jedno i drugie.

Bądźcie zdrowi i szczęśliwi. Dużo serduszek dla Was!